*akcja dzieje się około księżyc temu*
Szczerze mówiąc, miał więcej obaw niż nadziei.Wędrując za zapachem (odrobinę klucząc), dotarł do szarej, jednolitej powierzchni. Z oddali ciągle dochodziło dudnienie i warkoty i minęło go parę śmierdzących urządzeń, z których dwunożni korzystali, żeby znajdować się w innym, odległym miejscu.
Pamiętał, jego Rodzina też taki miała. Pani i Pan zabierali ich raz na półksiężyc, czasem częściej, czasem, dopiero gdy Srebrny Wilk parę razy znikał, pożarty przez Złotego. Gdy już mogli wyskoczyć… Polowanie. Tak, polowali. Poczuł, że tamto wspomnienie nie mogło pochodzić z polowania z nimi. Te polowania były… inne. Głośne. Nie miały w sobie tyle harmonii. Biegali, hałasowali. Zaganiali. A potem był huk i zwierzę nie miało już zwykle siły, by walczyć dalej. Dopadali do niego, kończąc jego żywot i czekając na przyjście Pana. Albo przynosili spadające z nieba ptaki.
Skąd więc tamto wspomnienie? Z… wcześniej?
Mimo obaw postanowił przejść trochę wzdłuż szarej drogi. Ciągle nasłuchiwał, uskakując przed nadciągającymi urządzeniami i węsząc. I coraz mniej mu się to podobało.
Gdy tylko znajdował się wewnątrz, idąc za przykładem reszty, zasypiał, prawie nigdy nie obserwując zmieniającego się krajobrazu. Nawet jeśli razem mijali ten las, nie wiedziałby o tym…
W końcu coś przykuło jego uwagę.
Pod linią drzew leżało coś, co wydzielało znajomy zapach.
Poszedł tam, cały czas spięty. Kawałek czarnego czegoś pachniało tak, jak urządzenia dwunożnych, prawdopodobnie będąc jego częścią. Problem w tym, że pachniało jak to konkretne urządzenie. To, którym jeździła jego Rodzina.
A zdążył zauważyć, że urządzenia nie mają w zwyczaju gubić swoich kawałków.
Gdzieś z tyłu jego głowy zaczęły lęgnąć się okropne myśli.
Wilki na niebie, to nie mogła być prawda.
Nie. Po prostu nie.
Zrobił parę kroków.
Ktoś wbił w ziemię deskę, przebitą w połowie drugą. Kiedyś widział coś takiego. Gdy jego Państwo przed tym stawali, zaczynali pachnieć smutkiem, czasem niepewnością. Tak, pamiętał… Gdy zniknął jeden z braci, całą Rodziną stali pod czymś takim.
To mógł być zwykły zbieg okoliczności. Coś zupełnie nic nieznaczącego.
Odetchnął głęboko, przepędzając panikę, powoli chwytającą jego umysł w swoje szpony.
I wtedy zauważył ją.
Czerwoną obrożę. Pachnącą jego matką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz