BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 lipca 2023

Od Strzyżykowego Promyka

 Czuła się gorzej przez ostatnie kilka księżyców. Wciąż myślała o matce, o tym, w jaki sposób zginęła. Ile im nie powiedziała. Ucięłaby sobie łapę, żeby z nią porozmawiać. A wszyscy zachowywali się tak, jakby to było nic takiego. Raz na jakiś czas wspominali o niej przy posiłku, ale rozmowy toczyły się wokół obecnej władzy. Wokół Mglistej Gwiazdy i Sroczego Lotu. Dlaczego? Bo matka była przywódczynią? Bo traktowali ją właśnie jako liderkę, a nie jako żywą osobę. Medyczce przez długi czas ciężko było przekonać się do nowej władzy. Nie z powodów politycznych, o dziwo, ale właśnie dlatego, że nastąpiło to po śmierci Dalii. 
Strzyżyk nie wiedziała, co czuła do Mgły, ale nie były to zdecydowanie pozytywne uczucia. Coś pokroju antypatii i zniesmaczenia. Ale nigdy tego po sobie nie pokazywała. Robienie sobie wrogów to nigdy nie był jej cel, zawsze zmieniała osobowość w zależności z kim rozmawiała. Nawet Nastroszony, naczelny seksista i homofob, robił się przy niej miękki jak piórko, a ona nigdy nie była jego wrogiem, tak jak prawie każda pozostała kotka w obozie. Na samo wspomnienie o nim rozbolała ją skroń, więc postanowiła odrzucić myśli i zająć się faktyczną robotą.
A faktyczna robota, cóż, była niezbyt zadowalająca, bo do legowiska przyszła akurat Pszczela Duma ze Wzburzonym Potokiem, czyli dwie persony, których zdecydowanie Strzyżyk nie chciała w tym momencie widzieć. Z pomocą wrotyczu i pokrzywy zajęła się Pszczelą Dumą, pytając się krótko o Makowe Pole. Pszczółka zawsze zachowywała się dziwnie przy każdej wzmiance o kotce. Wzburzony Potok całe szczęście nie gadała dużo, co medyczkę uszczęśliwiło z racji, że nie pałała ona zbytnią sympatią do kotki. 


Wyleczeni: Pszczela Duma, Wzburzony Potok

Od Świtu CD Brzasku

 Plan Brzasku był… i w zasadzie tylko był. Świt nie była co do niego względnie przekonana, bo jak matka ich złapie, to będą mieli przesrane. Jednakże wizja uprzykrzenia życia Jutrzence zdecydowanie była kusząca.
Podrapała się mini szkitką za uchem, podczas gdy jej głowę zalewały różnorakie myśli.
— A co jak to nie pomoże?
— Nie bądź taka — burknął czarny kocurek. — To mój pomysł, a każdy mój pomysł się sprawdzi. — Szturchnął siostrę nosem. — A jak się nie sprawdzi, to kulwa, nie wiem.
Brzask jeszcze nie nauczył się poprawnie mówić, ale za to świetnie radził sobie z przekleństwami. Kto go tego nauczył? Nie wiadomo, być może już taki się urodził.
Latorośle Szakalego Szału były jednak tak pojętne, że bardzo szybko łykały od siebie, na nieszczęście kocicy, większość złych nawyków.
— Dobla, to lobimy — rzuciła dziarsko, zerkając z nienawiścią w stronę siostry. Problem polegał tylko jednak na tym, JAK mają to zamiar zrobić. No bo jednak mimo wszystko podejście do niej i ostentacyjne wytarcie gili tak średnio wchodziło w grę.
Zaraz się skapnie, co w trawie piszczy.
— Zajdziemy ją może od tyłu? Jak będzie z kimś gadać? — zaproponowała. Serio, nie miała pomysłu, jak podejść tego cieloka, żeby się nie skapnęła. Może i Brzask, który podszedłby do kotki, byłby uznany za niegroźnego, tak jednak Świt, która niemalże codziennie uprzykrzała życie Jutrzence, już jednak lekkie podejrzenia by wywołała.
— To jest upierdliwe! — oburzyła się, lecz zaraz zniżyła ton głosu do szeptu. — Ile trzeba się męczyć, żeby ta… ta… uh… no wiesz! Dostała za swoje — niezadowolony pomruk wydobył się z jej gardła.

< Brzask? >

Od Świtu CD Szakalego Szału (Szakalej Gwiazdy)

Mała świt spojrzała na swoją matkę, przekrzywiając łeb. Niby rozumiała, co kocica do niej gada, lecz z drugiej strony jednak nie. Taki fifty-fifty, pół na pół. Marszcząc nosek, przesunęła się, by być bliżej jej łap, czy czym nadepnęła Jutrzence na ogon, co miała wesolutko w dupie.
— Aaaaa lozumiem! — odezwała się donośnie — Czyli to takie kochanie innej osoby! Na psyklad blata! A zatem my się... Polanku, jak to odmienić?
— NIE!
Lecz było już za późno. Krzyk matki przepadł w wielkim harmidrze, a wraz z nim nadzieja na przekazanie, choć odrobinki mądrości tym małym wypierdkom. Dzieciarnia natychmiast wkręciła się, że może określać tak swoje uczucie do rodzeństwa, co wywołało lekki horror na pysku zastępczyni.
— Eeee... Seksujemy? — podsunęła niebieska
— Tak, to jest to! — wykrzyczała uradowana — My się seksujemy! Powtarzać za mną! SEKSUJEMY SIĘ, SEKSUJEMY SIĘ, SEKSUJEMY SIĘ!
Szakali Szał zasłoniła oczy łapami, nie mogąc patrzeć na swoją porażkę. To był koszmar w świecie żywych! Poddała się i położyła na boku, licząc na zbawienie zesłane prosto z piekła. Niech ją kiedyś wreszcie ten piorun pierdolnie albo jej własne pociechy rozwalą klan od środka.
— O, mamo! Mamo! — zawołał Brzask, wskazując łapą w stronę liliowego kocura, który przechodził nieopodal żłobka. — Ten pan nas uczył! — mówiąc to, wypiął dumnie pierś, jakby chwalił się złapaną myszą.
— No ten pan mamo! Ten kacz… Kaczo… Kaczy… NO TEN NO! — pisnęła Świt, uderzając matkę łapkami, byleby tylko ta spojrzała.
Nadęła policzki, gdy to nie podziałało
— BO POGLYZE!
No, dopiero teraz cokolwiek na starą zadziałało. Złota wojowniczka podniosła ociężale łeb, wbijając ślepia w liliowego pointa. Ten chyba zauważył, że ktoś może coś od niego chcieć, bo zaraz zawinął dupę.
— Mamusiuuuu… A co to musi bob… bobek? — kolejne pytanie padło z mordki Świtu, dobijając tym samym Szakal.

< Mother? 💀> 

Od Larwy (Krogulca)

Odzyskał świadomość i pierwsze co ujrzał to lekką, zamazaną poświatę. Łeb mu pękał, o łapie nie wspominając. Czuł się tak, jakby wiele małych igiełek przechodziło przez jego ciało, które było strasznie ciężkie. 
Przy swoim boku usłyszał szelest i zdumione sapnięcie, ni to ulgi, ni zaskoczenia. Zaraz ktoś kto ujrzał, że wracał do żywych, pognał na zewnątrz, wołając jakiegoś Owsa. Czekaj... Co? Zamrugał i uniósł gwałtownie łeb w górę, rozglądając się bardziej przytomnie po jamie, w której był. Pachniała wieloma wonnymi ziołami i w pierwszej chwili uznał, że był w legowisku medyka. Ale... To niemożliwe. Przecież pamiętał co się stało. Jego łapa powędrowała do prawego oka, ale wyczuł pod nią jakieś zgrubienie. Czy to mech opleciony pajęczyną? Coś mu tu nie grało. Skoro został wygnany, dlaczego Plusk go opatrzyła? Czyżby Agrest jednak zrzekł się władzy albo zmienił zdanie? 
Nagle w przejściu stanęły dwie sylwetki, które obserwowały go z zaciekawieniem i niepewnością, tak jakby zaraz miał się na nich rzucić. Nie znał ich, cuchnęli... obco. Wpatrywał się w nich chwilę, a widząc, że nie było żadnej reakcji z ich strony poza wybałuszonymi ślepiami, jak gdyby widzieli pierwszy raz na oczy kota, syknął w ich kierunku. 
— Kim jesteście? Co to za miejsce? 
Z pyska kremowego rozległo się niedowierzające sapnięcie, a jego wzrok skrzyżował się z niebiesookim towarzyszem. 
— Widziałeś? Mówi... 
Co... Co to niby za odpowiedź? Oczywiście, że potrafił mówić! Czy coś odwalił przez ten czas, gdy był nieprzytomny, a ci wysnuli jakieś dziwne wnioski?
— My... przyjaciele. Ocalić cię przed śmiercią — odpowiedział mu liliowy w bardzo prymitywny sposób. 
Natrafił na jakieś ułomy... Wspaniale. I to jeszcze dzikusy! Jak inaczej miał ich nazywać, gdy zachowywali się w ten sposób? Musiał wstać i się stąd jak najszybciej wynieść. Nie zamierzał żyć z takimi wronimi strawami i oddychać tym samym powietrzem co oni. Spróbował wstać, ale jego tylna łapa była usztywniona przez patyki, mech oraz pajęczynę, jakby była złamana. Chciał to zerwać, bo przez to nie mógł się unieść, ale dopadł do niego liliowy samotnik, który pisnął, widząc jego czyn.
— Zostaw. Nie wolno. Spokojnie... Twoja łapa została uszkodzona. Nie możesz nią ruszać dla własnego dobra. Musisz odpoczywać. — Nieznajomy wyglądał jakby zaraz miał się poryczeć, kładąc mu łapę na barku i zmuszając do położenia się. 
Nie będzie go jakiś pchlarz pouczał! Nie potrzebował żadnego odpoczynku! Rzucił się na niego z kłami, ale zaraz jego kompan wparował i przycisnął go do ziemi. Z jego pyska uciekł jęk, bo rany wciąż go bolały, a to nie było zbyt przyjemne. 
— Mówiłem ci Wrzos. Nie możesz do niego podchodzić, bo zaraz pogryzie! Widzisz? — Spojrzał na kocura karcąco, kręcąc łbem.
— Och, wybacz. Chciałem tylko mu pomóc. Jeszcze bardziej by się uszkodził, gdyby zerwał opatrunek — miauknął ze skruchą uzdrowiciel. — Hej, już spokojnie. Owies nie chciał cię tak potraktować, ale nie dałeś mu wyboru. Bądź grzeczny, dobrze? 
Zasyczał na niego wrogo. Taktowali go jak jakiegoś ułoma! Albo gorzej... Zdziczałe zwierzę! A wcale nim nie był! To oni byli tymi całymi samotnikami, którzy żyli w swoich prymitywnych stadach. 
— Wypuście mnie szczury! Nie będziecie mnie więzić! — spróbował się wyszarpnąć, ale jedyne co dostał to więcej bólu z własnych ran. 
— Kłosiku spokojnie... Nikt cię nie więzi. Chcieliśmy ci pomóc. Wykrwawiłbyś się — zaczął wyjaśniać. — Wykrwawić to... Takie coś, że masz ałał i takie czerwone wypływa z niego, a jak dużo wypłynie to się już nie obudzisz... 
— Nie jestem mysim móżdżkiem, wiem co to znaczy! I nie jestem żaden Kłosik! — oburzył się, ale zaprzestał walki z tym całym Owsem, który nie pozwalał mu wybiec na zewnątrz. — Nazywam się Krogulec! — przedstawił się dość niechętnie tej dwójce, porzucając swoje dawne imię "Larwy". Nie zamierzał być już więcej żadnym robalem. Skoro Owocowy Las się na niego wyparł, zamierzał porzucić także i to znienawidzone imię nadane mu przez ojca. 
— Jakie ładne! No to Krogulciu... Nie będziesz już gryzł? Owies cię puści, ale musisz leżeć tutaj na mchu. — Pokazał łapą na posłanie.
Jego pysk skrzywił się dość znacząco słysząc jak zmiękczył jego nowe imię. Okropieństwo! Znów wpadł w jakieś gówno. Na dodatek prawa strona pyska przez ten opatrunek była taka strasznie ciężka, no i nic nie widział! Bycie na łasce tej dwójki to było prawdziwe upokorzenie! 
— Krogulec — powtórzył, aby dotarło to do liliowego łba. — I dobrze. Zostanę — skłamał, chcąc tylko pozbyć się ciężaru ze swojego grzbietu. 
Owies rzucił spojrzenie Wrzosowi, który pokiwał z uśmiechem głową. Kocur zszedł z niego, stając u boku uzdrowiciela i teraz oboje siedzieli tak nad nim, jak gdyby podziwiali rzadki okaz zwierzęcia. Zamarł w bezruchu, mierząc się z nimi chwile wzrokiem i... wyskoczył. Krzyknął z bólu, gdy poczuł, że łapa uderza bezwładnie o ziemię, a przez brak równowagi wyrżnął pyskiem o podłoże. Usłyszał zduszony, wystraszony pisk Wrzosa i śmiech Owsa, którzy zaraz ponownie znaleźli się przy nim.
— Ale jest zabawny — skomentował to wszystko kremowy na co dostał wrogi syk od czekoladowego. — Dzikus jak się patrzy! 
— Trzeba mu pomóc. — Liliowy posłał mu zmartwione i pełne troski spojrzenie. — Musiał być źle traktowany. Nie możemy go puścić póki się nie wyleczy i nie zostanie oswojony na powrót z przedstawicielami swojego gatunku. Znów wpadnie w kłopoty, a wtedy już mu nie pomożemy! — załkał przejęty jego losem. 
Nie za bardzo chciał słuchać tych dwóch durni, którzy wydawali się urwać z jakiegoś drzewa i spaść na łeb. Ale gdy usłyszał jak go nazwali, zawrzało w nim. On? Dzikus?! No chyba nie! Spróbował udziabać drania kłami w kończynę, bo te słowa aż podniosły mu ciśnienie, jednak kremowy odskoczył. 
— Krogulczusiu nie gryź! — pisnął Wrzos, chcąc jakoś go uspokoić przez dotyk, a jedyne co dostał to ból w postaci jego kłów na łapie. — Ałć! 
— Ej! Krogulczusiu! Zostaw mojego partnera, bo się pogniewamy! — Owies złapał go za kark i odczepił od pseudo medyka, który od razu poleciał odkazić ranę. 
— Nie nazywaj mnie tak! Krogulec do jasnej cholery! — wydarł się na niego, oburzony ich zachowaniem. Co im się przestawiło we łbie?! Każdy samotnik był taki nie ten tego?! 
Nie dostał odpowiedzi, znów zostając przetransportowany na mech.
— Wrzos daj mu ten mak! Za bardzo to przeżywa. Trzeba było jednak wbić te patyki w ziemię! Mówiłem ci, że oni po dobroci nie rozumieją! — wołał Owies do swojego partnera, który tarł jakimś zielskiem skaleczenie po jego zębach. 
Prychnął na nich rozzłoszczony jeszcze bardziej. Będą go ćpać?! Po jego trupie! Zaczął się szarpać i wić, ale kremowy był silny i nie pozwalał mu zrobić głupoty. Wrzos zaraz znalazł się przy nim i wepchnął mu coś do pyska. Zakaszlał, przełykając drobne ziarna, przeklinając ich rzewnie. 
— Tak... Właśnie widzę, że z nim będzie ciężko. Jak uśnie opatrzę mu rany, pewnie znów się otworzyły — biadolił liliowy, patrząc na niego z wielkim smutkiem w oczach. 
Chciał wyrzucić mu w pysk, że miał w tyłku jego litość, ale nagle siły go opuściły, a powieki stały się ciężkie. Rozluźnił się i usnął, a dwójka samotników odetchnęła z ulgą. 

Nowi samotnicy!

Od Wiśniowej Iskry

 Szkoliła już dwie poprzednie uczennice i jedna z nich, Gepardzia Łapa, była szczególnie kłopotliwa. Miała nadzieję, że choć Słoneczko okaże się bardziej spokojna i chętna do nauki, ale problemy zaczęły się już od początku. Była co do niej wyrozumiała, przynajmniej starała się taka być - medyczka dobrze wiedziała, że córka Pasikonik nie uczyła się u niej z własnej woli. Musiała zmienić ścieżkę pod wpływem niefortunnych zdarzeń. Ale mimo to nie miała aż tak dużo cierpliwości. Nie chodziło tu tylko o nią, Klan Burzy potrzebował medyka, a sama rola była niezwykle ważna dla podtrzymania klanu. 
Od jakiegoś czasu pogorszył jej się wzrok i początkowo potraktowała to jako nieuniknione objawy starości, ale dopiero, gdy zaczął temu towarzyszyć ból i ropienie, posiliła się na to, żeby coś z tym zrobić. Użyła do tego glistnika, wyciskając sok i z pomocą uczennicy naprowadzić go na oczy. Bolało tylko przez krótką chwilę, ale była na to przygotowana. 
Zajęła się też Jałowym Pyłem, gdy odwiedzała legowisko starszyzny. Często odwiedzała kuzyna. Wszyscy byli już starzy, tylko oni pamiętali jeszcze czasy Piaskowej Gwiazdy. Dla Żara pewnie najpiękniejszy okres w jego życiu, ale dla niej prawdziwy koszmar. Nigdy nie lubiła jakkolwiek wplątywać się w wrogie lub przyjazne relacje. Zawsze była po prostu neutralna, nie opowiadała się po żadnej stronie, co uważała za swoją powinność jako medyka, który powinien być też mediatorem dla klanowych kotów. 
Późnym wieczorem zdążyła tylko przebadać łapę Malwowego Rozkwitu i zaleczyć infekcję, która wdała się do jego ran.

Wyleczeni: Malwowy Rozkwit, Wiśniowa Iskra, Jałowy Pył

Od Jutrzenki CD Świtu

*jakiś czas temu*
Siedziała sobie gdzieś z boku, gdy rodzeństwo wpadło na pomysł na zabawę w Klany. Jutrzenki nigdy nie włączano do takich rzeczy. Niestety, zawsze zostawała z boku. I mimo, że nie raz ona sama, jeszcze zanim reszta kociąt zaczynała przydzielać role i zapraszać do gry, uciekała gdzieś w kąt, to i tak było jej… przykro. Że była taka słaba i mizerna. I strachliwa. Nawet jak chciała się bawić i czuła w sobie ociupinkę więcej odwagi, niż zwykle (tyle co kot napłakał… no ale jednak) to na pewno by jej nie zaprosili. Nie wpraszała się, mimo, że jej serduszko rozrywało się na strzępy, gdy patrzyła, jaką ci mają relację. Jak się razem bawią, ganiają. A ona tam czasem stała gdzieś z boku żłobka, czasem była poza nim… ale zawsze zdawała sobie sprawę, że to jej dane nie będzie. Siedziała więc gdzieś dalej skulona. A gdy… gdy Poranek… nagle zaproponowała, by ją też włączyć… mimo tego, że wiedziała… wiedziała jaka jest…
Jutrzenka uniosła łebek. Spojrzała na nią. Czy się uda przeprowadzić dobrą zabawę z nią w grupie? Nie wiedziała. Ale rozpaczliwie pragnęła… chociaż spróbować.
Dostać szansę.
Przez co to, iż Świt warknęła od razu i zastąpiła drogę niebieskiej, bolało tym bardziej. Trzecie kocię Szakalego Szału skuliło się, wbijając ślipka w ziemię, na której widoczne były dwie, ciemne, bure łapki. Oczka zeszkliły się, a kotka tak jak zwykle zaczęła się mazgaić. Napłynęły jej łzy, i choć próbowała powstrzymać emocje, ukryć pyszczek i jak najmniej siorbać… to nie działało.
Nawet tego nie umiała porządnie zrobić. Być cicho, jak płacze. Była beksą. Tak jak powtarzała złota… bo miała rację.
Poranek westchnęła na reakcję Świtu, wywracając ślepiami.
— Przecież może robić za więźnia.
Mimo tej przykrości i niższej roli, nieco wstąpiła w nią nadzieja. Pokierowała uszka w stronę kotek. Liczyła, miała nadzieję, nikłą nadzieję…
— Więźnia?! — wściekły głos Świt od razu przywrócił tą niewielką cząstkę Jutrzenki do parteru. Poczuła, jak jeszcze bardziej zaczyna z niej kapać słonej cieczy. Siostra przewróciła oczyma, zirytowana — Ona jest zbyt słaba by nawet być więźniem! Nie zamierzam się z nią baw-
Nie chciała jej przerywać. Ale się po prostu jeszcze bardziej popłakała. Choć próbowała to tłumić niskim położeniem pyszczka, zaciskaniem ślipek i jak najbardziej powolnym, spokojnym oddychaniem, jak uczyła ją kiedyś Bielik… po prostu nie mogła. Krztusiła się własną śliną i łzami, po prostu tam się kuląc na tej ziemi jak jakaś zwierzyna, a nie kot.
— Świetnie, ta znowu ryczy.
Wydała z siebie kolejne piśnięcie i dalsze szlochy. W pewnym momencie odezwał się Brzask.
— Zabawa z nią nie będzie zbyt ekscytująca. Musielibyśmy uważać, by się przez coś nie poryczała bo by wszystko mogła popsuć. A i tak już to robi.
Faktycznie. Wszystko psuła i ciągle płakała. Świt miała rację. I ona dobrze to wiedziała. Że tutaj nie pasowała, była niepotrzebna, wręcz zawadzała. Odsunęła się bardziej, by móc mieć nieco więcej tlenu, bo czuła, jakby tego jej bardzo brakowało. Oczywiście przesuwając się tak dalej wyglądała żałośnie, nieomal leżąc na tej podłodze we własnych łzach.
Nie słyszała, co dalej się działo. Ten strach, ten stres ją obezwładniał. Paraliżował. Wiedziała, że coś mówili. Ale nie wiedziała co. Wszystko było przygłuche i rozmazane. Jak na bardzo, bardzo złej jakości nagraniu. Rodzeństwo coś gadało, nie wiedziała nawet, czy do niej, a ona była zatopiona we własnym umyśle, we własnym lęku i zmartwieniach, zalewana przez emocje, z których nie była się w stanie uwolnić. Rozryczała się jeszcze głośniej, nie kontrolując już swojego ciała, ani tego, co się działo. Po prostu płakała rzewnie, mocząc kociarniany mech i czując, że zaraz jej serce wystrzeli z piersi.
< Świt? Panic attack >

Od Jutrzenki

*zanim babcia zrezygnowała z pozycji lidera, również zanim Brzask i Świt ją wepchnęli do śniegu*

Był wczesny ranek, ale kociaki szybko się obudziły, a czwórka dzieci Szakal od razu zaczęła rozsadzać żłobek. Oczywiście piąte młode jak zwykle nie brało w tym udziału. Przerażona siedziała tam sobie w kącie, a każdy ruch Świt skierowany w jej stronę przyprawiał ją o dreszcze i jeszcze szybsze bicie małego serduszka kocięcia.
Dlatego też, kiedy Bielicze Pióro została włączona do zabawy z kociakami, gdy te uznały ją za wielkiego lisa zagrażającego Klanowi Wilka, ona czmychnęła tak jak to robiła nie raz.
Gdy tylko wyszła poczuła się zaraz lepiej. Dźwięki rodzeństwa zaczęły cichnąć, a przebodźcowanie powoli przemijało. Jej szybki oddech zaczął się uspokajać, a kocię zaczęło powoli wydychać. Bielik ją tego nauczyła. To był dobry sposób na uspokojenie. Niestety… działał tylko wtedy gdy Jutrzenka miała miejsce do wyciszenia się. Więc w żłobku był bezużyteczny w większości przypadków.
Powoli wypuściła ostatni kłęb pary z pyszczka, następnie zamykając go i przełączając się na oddychanie noskiem. Zimne powietrze od razu podrażniło go, ale młode jedynie wzdrygnęło się, mało co się tym przejmując. Mróz i chłód stały się… jakby jej przyjaciółmi. Nie zawsze takimi, z których obecności się cieszyła… ale i tak dobrymi, znanymi, którzy nie krzyczeli jej nad uchem, nie to co inne kocięta.
Spoglądała na swoje małe łapki zatopione w puchu. Rozcapierzyła paluczki a pazurki wbiła w białą masę, przy czym wydany został charakterystyczny chrzęst. Pewna stara kotka, kultystka, Sosnowa Igła, która kiedyś zajrzała do niej i do rodzeństwa, gdy Bielik była akurat w wychodku, powiedziała, że to dźwięk łamania kręgosłupów śnieżynek. Ta pierwsza konwersacja od razu spotęgowała przerażenie Jutrzenki, w przeciwieństwie do zaciekawionej reszty rodzeństwa. No bo w końcu skoro śnieżynkom tak się działo, to czemu i nie jej, gdy jakiś wojownik na nią następnie?
- P-prze-prze-przepraszam, śni-śnie-śnieżynki… - miauknęła cichusio, patrząc na swoje dzieło. Ruszyła dalej, unosząc już główkę. O dziwo koty będące w obozie głównie spały, albo jadły śniadanie i nie zwróciły większej uwagi na może i wyróżniające się, acz niewielkie ciemnofutre stworzonko, które przemknęło do legowiska w którego wnętrzu mało kto się znajdował.
Jutrzenka jeszcze nigdy tam nie była. Z tego jednak co widziała podczas swoich nielegalnych eskapad, mało kto tam wchodził, więc drogą dedukcji i tego co jej dorośli opowiadali domyśliła się, iż było to leże nikogo innego jak jej babci, liderki, Stokrotkowej Gwiazdy. A skoro była rodziną… to może jej tak szybko nie wygoni? Nie chciała wracać do żłobka… wiedziała, że jeśli zostanie w środkowej części obozu ktoś ją złapie – jeśli wejdzie do siedziby uczniów lub wojowników – też, jeśli pójdzie do medyków zaczną się bać, że coś szkodliwego zjadła, a poza tym przesiadywała tam ta cała Kunia Norka, o której tak niepochlebnie wyrażali się kultyści… więc to też przynajmniej tego dnia odpadało, bo nie miała takiej odwagi, by tam wejść, gdy posiadała tak wygodną opcję minimalizującą możliwość wystąpienia stresujących sytuacji jak legowisko lidera.
Po przedarciu się przez śnieg wślizgnęła się do legowiska, ciesząc się iż zrobiło się nieco cieplej.
To co ujrzała w środku zdziwiło kocię.
Złota kotka, jej babcia, rozmawiała właśnie z… powietrzem. Skonfundowane kocię przekręciło główkę, obserwując tą dziwną scenę. Stokrotkowa Gwiazda raz przestawała mówić, kiwając łbem, jakby słuchała, a innym razem drgała zaskoczona, odwracając łeb. Zdawała się nie dostrzegać swej wnuczki, zajęta wlepianiem wzroku w sufit nory. Tymczasem coraz bardziej zaciekawione dziecko zaczęło ruszać końcówką ogona. Stary dobry strach oczywiście był w jej serduszku, ale i ta nieposkromiona ciekawość. W końcu to była jej babcia… nie zrobi jej chyba przecież krzywdy za to, że tu była, szczególnie, że nie zdawała sobie z tego sprawy… nie myśląc wiele kocię ostrożnie podeszło bliżej, obserwując szylkretkę swymi pistacjowymi oczętami, nie śmiąc jednak celowo przerwać cokolwiek ta robiła.
— Tak... To naprawdę okropne... Czas... Nie dziwię się. Tak. Mhm. Wiem to — miauczała córka Irgi. Z kim rozmawiała? Czy był tu ktoś, kogo młoda nie widziała? Przecież… legowisko było małe… zobaczyła by tego, kogoś, prawda? Rozejrzała się na boki, wystraszona, ale nikogo nie dostrzegła.
Czekała i słuchała, a strach ponownie wkradł się do niej w opozycji z zwykłym kocięcym zaintrygowaniem.
Co ty robisz, Jutrzenko? Jeśli wejdziesz głębiej, może ten kot cię zauważy i się na ciebie zezłości, i babcia też, bo przerywasz rozmowę!
Ale przecież nikogo tam nie ma…
Co ty gadasz za dyrdymały! Na pewno jest, tylko ty jesteś głupia i tego nie widzisz! Świt mówiła, że do niczego się nie nadajesz! Nawet patrzeć porządnie nie umiesz!
A-ale…
Jutrzenko!
Ale to takie ciekawe… chcę podejść bliżej… wsłuchać się bardziej… jeśli kogoś zobaczę to wyjdę… przecież i tak mnie nie widzi, skoro jeszcze się nie odezwał… tak samo jak babcia…
Nie, Jutrzenko! To niebezpieczne! A co jak ten kot cię zje? Niczym te złe gwiezdne duchy? Chcesz tego?
Nie!
No, więc tam nie idź…
Ale… ja chcę!
To czego chcesz się nie liczy.
Tylko kuknę…

I tak oto młode mimo kłócącego się z nią głosiku w głowie postąpiło dalej. I dalej. I jeszcze dalej. I wtedy…
Potknęła się.
Z piskiem straciła równowagę, upadając na coś… miękkiego? Spojrzała pod łapy… a tam dostrzegła… futro. Rude… futro…
Od razu poczuła, jak coś ściska jej gardełko. Głosik miał rację! Strach miał rację, było się go posłuchać!
— P-prze-przepra-przepraszam! - wypiszczała od razu, nim do niej dotarło... że babcia siedziała na... kociej skórze...
W szoku patrzyła na to, co się przed nią rozciągało. Futro… ale… nie na kocie… samo futro… sama… s-skóra…
— Och... Nie zauważyłam cię. — głos babki ledwie dotarł do jej uszu.
Wszystko stało się jakby przytłumione. Przed nią leżała część kota… a rozczłonkowany kot to martwy kot… Czuła, jak nie może nabrać powietrza, jak łapki rwą jej się do ucieczki a zarazem trzęsą jak galareta. Z jej zaciśniętej krtani wydobyły się nieokreślone, pisko podobne dźwięki, a młode rzuciło się w stronę babki na tych swoich patykowatych nóżkach, przyklejając się do złotego ogona, pragnąc schować się pośród jego włosów.
— M-m-martwy k-ko-kot...! — w końcu wydobyło się z niej coś zrozumiałego.
— Hm? Gdzie? — Stokrotka rozejrzała się po otoczeniu. — Nie widzę...
Nie widziała. Mogło być niebezpiecznie. Nie myślała nawet teraz o tym, że to było legowisko lidera, że wilczaki dbały o to, by było bezpiecznie w obozie. Musiała pokazać babci co odkryła. Przecież mogły być w niebezpieczeństwie! W końcu, uniosła drżącą łapkę, po czym wskazała na rudą masę futra, na której siedziała starsza kocica. Napięcie wzrosło, a Jutrzenka przełknęła ciążącą i zaskakująco lepką, wręcz zdającą się utrudniać oddychanie ślinę. W końcu, po sekundzie, zdającej się być wiecznością babcia spojrzała we wskazane miejsce.
— To mech, nie kot... — Jutrzenka została poklepana po główce. — A ty skąd się tu wzięłaś? Gdzie twoja mama?
To… co? Mech? Jak to mech… mech był rudy i w kształcie kota? Zdziwiła się bardzo, dalej czując się w niebezpieczeństwie, choć nieco mniej. Babcia w końcu nie zignorowałaby ryzyka… prawda?
— Sz-szkoli... sz-szkoli wojo-wojoników... — wymiauczała cicho po chwili milczenia i zastanawiania się nad sensem słów przywódczyni, po czym położyła po sobie uszka, a w jej oczach wezbrały łezki — N-n-nie o-odsy-odsyłaj m-m-mnie d-do żło-żłobka p-proszę! - zaczęła błagać, wczepiając się mocniej w ogon złotej.
Nie chciała tam wracać. Znów słyszeć tych pisków, krzyków, jęków niezadowolenia albo wrzasków szczęścia, słów Świtu które tak ją bolały, widzieć, jak oni się bawią, rozmawiają, tulą, a ona siedzi w kącie nie mogąc do nich podejść ze strachu zresztą przynajmniej częściowo uzasadnionego.
— Hm... — złota wydała z siebie pełne zamyślenia chrząknięcie, które sprawiło, że mięśnie na całym ciele burej napięły się. Ona się wahała, jejku, jejku... — No dobrze. Duchy nie mają nic przeciwko.
Na te słowa kamień spadł jej z serca. Dziko pręgowana przestała nieco płakać, po czym wtuliła się w ogon Stokrotki. Po chwili, orientując się, iż wypowiedź starszej zawierała coś niezrozumiałego, a zarazem bardzo ciekawego, młoda uniosła łebek i spojrzała na pysk swej babki.
— J-jaki-jakie d-d-duchy? — w jej skrzekliwym głosiku było słychać lekką dawkę stresu, ale i ciekawości. Wlepiła w babkę swe pistacjowe oczęta, czekając na to, aż odpowiedź nadejdzie. A to stało się szybko.
— Duchy. Te, które nas otaczają i z nami są słońce — wyjaśniła rozglądając się dookoła, machając łapą w kierunku tylko jej widocznych osobników. — To nasi przodkowie. Szeptają mi różne rzeczy od maleństwa. Na początku się ich bałam, bo mnie straszyli, ale teraz... Teraz czuje, że to moi przyjaciele.
Oczka Jutrzenki zaświeciły.
— To... k-ko-koty z Mro-mrocznej P-p-puszczy? S-są tu t-teraz z n-nami — zaczęła się rozglądać po legowisku.
Ci, o których wspaniałości tak wiele jej opowiadano, byli tutaj, teraz?! Widzieli ją?! Ci, od których zależał jej los, których tak bardzo nie chciała zawieść, choć słowa Świtu sprawiały, iż wątpiła w swe możliwości niepojęcie?
— Tak. Są. Cały czas — potwierdziła córka Irgi, kiwając głową.
Jutrzenka znów rozejrzała się wokoło. Niestety… dalej ich nie widziała… cóż, może to była domena tylko i wyłącznie jej babki?
— A c-c-co tera-teraz ro-robią? — spytała.
— Nie wiem... Słyszę ich tylko. Ale czasem się zakradają. Teraz jednak nic nie widzę — mruknęła do kociaka.
Skinęła główką, przetwarzając podane informacje w główce.
— Bab-babciu, a c-c-co są-sądzą o m-m-mni-mnie d-d-duchy? Cz-czy... d-d-dam r-r-radę zo-zostać do-dobrą ku-kult-kultystką? — spytała. To ją dręczyło. Spuściła swe uszka wbijając spojrzenie w ziemię — D-d-duchy z-znają od-odpowie-odpowiedzi, p-prawda? B-bo... j-ja... m-m-moje... ro-rodzeństwo... j-jest si-silniejsze... i-im si-się na p-pewno u-uda...
Ale jej… tego już nie była taka pewna.
— Oczywiście, że znają! Daj mi łapkę dziecko. — Chwyciła ją za kończynę i zaczęła się jej przyglądać w zamyśleniu. Jutrzenka czuła to spojrzenie, a jej serca waliło jak młotem. Z ekscytacji, zarazem strachu i szczęścia, że w końcu niepewności się rozwieją — Hm... twój strach to problem, ale czas zadecyduje czy podołasz. Wiele kociąt wyrasta z takiego zachowania w dorosłym życiu. Na końcu drogi czeka zawsze jednak Mroczna Puszcza, która zabierze cię z tego świata hen daleko w przestworza do naszych przodków.
Sporzała na Stokrotkową Gwiazdę z nadzieją w pistacjowych ślipiach. Czyli…
— Cz-czyli... j-je-jest sz-szan-szansa, ż-że po-podo-podołam... ni-nie je-jest... p-prze-przeznaczo-przeznaczona mi po-porażka?
— Jest szansa. Zawsze jest. Trzeba tylko w to wierzyć i chcieć. — Puściła jej łapkę, przekręcając się leniwie na bok. — Ah, jak miło odpocząć po pracy...
Pocieszona koteczka przysunęła się do szylkretki, po czym przytuliła się do jej boku.
— M-m-masz... ł-ła-ładne... fu-futerko... — miauknęła — ta-takie... z-złote...
— Och, tak. To po mojej mamie. Niestety... odeszła — starsza zasmuciła się. — Ale trafiła do Mrocznej Puszczy, do naszych przodków i czuwa nad nami wszystkimi. Bura przytuliła się bardziej do Stokrotki słysząc te słowa, czując, że mimo wszystko starszej jest smutno. W końcu utrata mamusi… musiała być straszna… ona sobie nie wyobrażała… by Szakal miała zniknąć, odejść, zginąć.
— Ch-chcia-chciałabym... j-ją po-pozna-poznać...
— Była cudowna... Wspaniała. Mądra... To dzięki niej powstałam ja i siostra. Teraz nas obserwuje, a ty poznasz ją, gdy już odejdziesz z tego świata.
Nie chciała umierać... ta wizja ją przerażała... ale cieszyła się że jak już to się stanie, spotka Irgowy Nektar. I będzie przy niej bezpieczna.
— C-chcia-chciałabym... mie-mieć z-zło-złote fu-futerko... j-jak o-ona… t-t-ty i ma-mama — miauknęła, spuszczając uszka. Chciałaby być bardziej podobna do swojej rodziny, ale nie była ani z wyglądu, ani z charakteru. W końcu była taką strachliwą ciapą, a one były kultystkami, które tak wiele osiągnęły.
— Och... Mroczna Puszcza dała ci inne, to musi być znak me dziecko. Głowa do góry — dorosłą musnęła ją ogonem pokrzepiająco.
— Z-znak? — zdziwiła się — a... m-m-ma-masz mo-może po-pomy-pomysł, c-c-co... c-co on mó-mógłby zn-znacz-znaczyć? — spytała, mając nadzieję, że to nie był jakiś omen jej przyszłej porażki, w końcu kotki ze złotymi futrami z ich rodziny były bardzo uzdolnione... ale gest który wcześniej wykonała jej babcia dał jej nadzieję, że może to nic złego, a coś dobrego.
— Twoja ciocia... Cienista Łapa okazała się porażką... Moja siostra, Goryczkowy Korzeń, okazała się porażką. W naszej rodzinie najwidoczniej to rodzinne, więc prawdopodobnie też może cię to spotkać, jeśli uważasz, że coś jest na rzeczy. Ja... Nie znam innych kociąt, więc ciężko mi coś ocenić. Duchy milczą.
Przerażenie wymalowało się na pyszczku kociaka. Nie, nie, nie… Jej futro… spojrzała na nie – może i większość jej rodzeństwa też miała inne niż złote… ale… a-ale… — Cz-czy-czyli Ś-św-świt m-mia-miała r-rac-rację... j-j-je-jes-jestem d-d-do n-ni-nicz-niczego i m-ma-mam-mama p-prz-prze-przest-przestanie m-m-mni-mnie w-wkr-wkrótce ko-kochać... - zaczęła płakać wtulając się w futerko Stokrotkowej Gwiazdy. Dlaczego, dlaczego, dlaczego! Dlaczego nie mogła urodzić się złota! Mieć zapewnienie, że wszystko pójdzie dobrze!
— Ciii, spokojnie dziecko. Lepiej nie martw się na zapas. Oddychaj i zaśnij słabe dziecię, a natchnie cię kiedyś siła.
Bała się. Tak strasznie się bała, że zawiedzie. Ale zgodziła się. Pokiwała główką, po czym wtuliła się w babcię. Mimo smutków zaczęła się pocieszać, że w łapce nie miała jeszcze wypisanej porażki, że może się jednak uda… i tak oto usnęła.

Od Nastroszonego Futra

 Nastroszony spotkał się z Dumą w wyznaczonym wcześniej miejscu. Kocur wyglądał poważniej niż zwykle - ze ściągniętym pyskiem obserwował otoczenie, nasłuchując bacznie dookoła. Dopiero po chwili się rozweselił, widząc dymnego kocura. Zaraz się zbliżył i końcówką języka liznął niebieskiego po policzku.
— Witaj, Nastroszony! — zamruczał, odchodząc na parę kroków. — Dobrze, że jesteś. Dzisiejsze zadanie na pewno ci się spodoba — zapewnił, poruszając wąsikami.
Zamarł czując jak uszy go palą z zażenowania. Kiedyś ubiłby Dumę za to, wyrwał język i potem myślał jak uciec przed gniewem Entelodona. Teraz jednak... rozumiał, że to był tutejszy zwyczaj, którym witano się swoich. Ale i tak... Nie potrafił się do tego przyzwyczaić, przez co jego ciało zesztywniało, a sierść uniosła się ku górze. 
— Hej... — chrząknął niepewnie, by zaraz zainteresować się słowami kocura. — Kolejne mordobicie? — Uśmiechnął się pod nosem. — Jestem gotowy. Uwielbiam wyjaśniać wrogów Entelodona. To wspaniałe uczucie.
O tak, ile już takich sklepał. I za to jeszcze dostawał pochwałę! Musiał przyznać, że życie w Betonowym Świecie bardzo mu się podobało od tego klanowego. Ta wolność i możliwości jakie oferował mu gangsterski styl, były znacznie ciekawszy od tego co doświadczył w Klanie Nocy. No i oczywiście był tu szanowany! Chyba pierwszy raz w życiu! 
— Tak, mordobicie. I to bardzo ważne. Pewien gagatek się tutaj kręcił ostatnio sporo. Taki najgorszy z najgorszych. Plugastwo okropne — mruknął Duma. 
Ważne mordobicie? Już czuł ekscytacje. Uwielbiał polować na koty. Po to żył. W Klanie Nocy nie miał takiej możliwości, a tutaj? Tutaj wręcz wymagano od niego bycia brutalnym! Dlatego też pomimo tego czego dowiedział się o ich dziwnych tradycjach, jeszcze nie nawiał. Gdzie mógłby w końcu poczuć się sobą? No i polubił Dumę jak i Entelodona. Starszy kocur był dla niego niczym wzór do naśladowania. 
Zaraz obok niego z płotu zeskoczył biały kocur o zirytowanym spojrzeniu.
— Miejmy to już za sobą, bracie. Jestem umówiony — wręcz warknął, pomijając zbędne powitania. Duma wyszczerzył się ładnie, odsłaniając kły.
— Ty? Litość i plany? I to nie uwzględniające mnie... łamiesz mi serce — westchnął teatralnie. — Poza tym, nie przywitałeś się z naszym kolegą. Co się ładnie mówi na dzień dobry? — miauknął jak do kociaka, wskazując na Nastroszonego. Litość zbył ich obydwu skrzywieniem mordki, strzepując ogonem.
Widząc białego kocura, miauknął do niego krótkie cześć, a słysząc jego imię, aż wytrzeszczył oczy. Litość? Ten Litość? Był zaszczycony. Dużo się o nim nasłuchał. Był brutalny i mordował każdego kto wchodził na jego teren od tak, więc pilnowała go matka, aby nie narozrabiał za bardzo. Skąd on to znał... Praktycznie mógłby usiąść z białym i porozmawiać na temat ich życia, bo wiele ich pod tym względem łączyło. Ale wracając do pracy, wychodziło na to, że mieli zapolować na tego gagatka we trójkę. 
— To kogo mamy dorwać? — zwrócił się do nich, przerywając tą ich kocięcą sprzeczkę.
— Artura. Były generał Entelodona. Zdrajca. — Duma dał znak Nastroszonemu, by do niego dołączył przy niedużym, ogrodzonym drzewie. Na ziemi pazurem wyrysował parę kształtów przypominających uliczki. — Czujesz ten zapach? — zapytał, sugerując mu żeby się skupił. — Musi być gdzieś blisko. Jest buro-biały, a na czole ma parszywą bliznę — opisał krótko dzisiejszą ofiarę. — Rozdzielimy się. Ty pójdziesz parę ulic niżej, a ja i Litość przeszukamy górną część. Łapiesz?
Skinął łbem. Zapamiętał plan oraz rozłożenie uliczek. Gość im nie zwieję. Zaciągnął się zapachem, by odróżnić go od miejskiego smrodu. Rzeczywiście czuł jakiegoś kota. To był on? Prawdopodobnie tak. 
— Łapie. Nie będzie litości dla zdrajcy. Jak go dorwę to nie puszczę. Będzie żałował, że w ogóle ośmielił się zadrzeć z samym Entelodonem — rzekł gorliwie, niczym prawdziwy wyznawca swego szefa.
Duma uśmiechnął się, poklepał dymnego po ramieniu i dał znak bratu do wymarszu. 
— Powodzenia! — zawołał jeszcze za nim, puszczając się biegiem, by zaraz zniknąć w ciemnych uliczkach za białą kitą Litości.
Sam także udał się we wskazane miejsce, już sobie wyobrażając jak Entelodon mu pogratuluje, gdy złapie tego zdrajcę. Może mianuje go generałem? To byłoby... coś. Starał się w końcu wykonywać dane mu obowiązki z prawdziwą sumiennością. A teraz... Teraz czekała go prawdziwa okazja na zaimponowanie szefowi! 
Gdy znalazł się na miejscu, zaczął wolno iść przed siebie z uwagą rozglądając na boki. Opis dany mu przez Dumę powinien wystarczyć do rozpoznania wroga. Skoro miał parszywą bliznę na czole, to łatwo go wyhaczy wśród innych samotników. Takiej szpetnej gęby na pewno nie dało się z nikim innym pomylić.
Rozglądając się na boki, Nastroszony wyłapał dźwięk miarowo zbliżających się kroków. Ktoś biegł w jego stronę. I nim się zorientował, dymny leżał na ziemi, przygnieciony czyimś cielskiem. Brudny, smukły kocur najeżył się, gdy tylko przestał rozcierać sobie pysk, którym zarył w ziemię przez zdarzenie. 
— Ah, wybacz miłościwy Panie! — zawołał zaraz, wstając z kocura. Otrzepał i tak brudne, poczochrane futro i uśmiechnął się niezręcznie do niebieskiego. — Niezdarność to moja klątwa... nic ci nie zrobiłem? 
Zamrugał zaskoczony, gdy nagle został powalony przez jakiegoś typa. Co on wyprawiał?! Był na misji! Ważnej misji! Zmierzył go niezbyt zadowolonym wzrokiem, podnosząc się na łapy. Nie miał czasu na dekoncentracje. Musiał pokazać Entelodonowi na co było go stać. 
— Jedynie przewróciłeś. Co tu robisz? Przeszkadzasz w akcji — prychnął, ale zaraz go olśniło. Może ten typ widział tego całego Artura. — Ej w sumie... Znasz jakiegoś Artura? Podobno tu gdzieś łazi i się szlaja.
— Artur... Artur...? — mruknął cicho samotnik, opuszczając łeb w zamyśleniu. — Ah, Artur! Tak, raz go widziałem w tej okolicy. Niedawno zresztą. — Pokiwał łebkiem. — Wydawało mi się to dziwne, ba, myślałem, że się przewidziałem. W tych okolicach mówią, że Entelodon się już nim zajął... 
— Właśnie się zajmuje. Wysłał mnie do wykonania zadania. To parszywy zdrajca. Trzeba się go pozbyć. A ja mam do tego dryg — pochwalił się, dumnie prostując. — Jak uda mi się go dorwać, to awans mam jak w banku. A więc? Gdzie go widziałeś? 
— Tak, ten dryg widać na pierwszy rzut oka. W końcu nie wysłaliby byle pachołka na takie zadanie — zamruczał pochlebnie, po czym wdzięcznym ruchem postawił parę kroków i machnął ogonem. — Chodź, zaprowadzę cię.
Naprawdę? Naprawdę to widział? Jego ego zostało miło połechtane. No oczywiście, że był najlepszy! Udowodnił to na wielu akcjach. Teraz też nie zamierzał zawieść. Ale dostać takie słowa od jakiegoś nieznajomego to... to było naprawdę miłe. 
— Dzięki — zwrócił się do obcego, zaczynając za nim podążać. — Jestem Nastroszone Futro — przedstawił się. — A ty?
— Nastroszone Futro... ładnie. Egzotycznie. Podoba mi się — miauknął cicho, z sympatycznym uśmiechem na pysku. — Możesz mi mówić Rynna — rzucił, przeskakując na ogródkowy płot. Z gracją aż niepasującą do zwykłego, niewytrenowanego dachowca  przeskakiwał po słupkach, aż nie dotarł na drugą stronę ulicy. 
Egzotyczne? Zdziwił się nieco na takie określenie jego imienia. Znaczy przywykł do tego, że tutaj nazywano się jak kocięta, ale sam jakoś nie mógł tego zrobić. Nie zamierzał porzucać imienia, na które ciężko pracował. Słysząc imię kocura, parsknął śmiechem. Już trochę tutaj żył i poznał co niektóre słowa. 
— Rynna? Ha! Niezłe. To do ciebie przychodzą koty jak mówią, że trafiają z deszczu pod rynnę? — zapytał, starając się nadążyć za jego krokiem. On nie był przyzwyczajony do poruszania się po płocie, więc kilka razu nadział się na drewno, krzywiąc pyska, aż nie udało mu się koślawo dotrzeć do kocura. 
— Okropne! Weź korzystaj następnym razem z płaskiego terenu. Te przeszkody są... idiotyczne. Po co tu w ogóle rosną?
— Ha, chciałbym — zachichotał uroczo, czekając na dymnego. Widząc, jak prawie przewraca się na ogrodzeniu, tylko rzucił mu rozbawione spojrzenie. — Dla kogoś tak wspaniałego jak ty lada dzień nie będą stanowiły już problemu — miauknął gładko. — Rosną tu, żeby wyprostowani wiedzieli, gdzie kończą się ich tereny.
— Są idiotyczni. Mogliby oznaczać zapachem, tak jak to robią koty. — Otrzepał się, ponawiając podróż do miejsca, w którym ostatni raz widziano tego całego Artura. Słysząc pochwałę z jego pyska jego ego jeszcze bardziej zostało połechtane. Nigdy nie słyszał takich miłych słów od nikogo, nawet w klanie. — Ależ się podlizujesz. — Uśmiechnął się pod nosem. — Ja wiem, że może jestem od Entelodona, ale nie trzeba... Znaczy... Jak chcesz to możesz. — Skoro dawał mu atencje z własnej woli to zamierzał z tego skorzystać. Nie powinien odrzucać czegoś co sprawiało, że dzień mijał mu znacznie przyjemniej. — A znasz tego całego Artura? Opowiesz mi coś o nim więcej?
W końcu nie znał typa za bardzo. Dzisiaj o nim się dowiedział i to naprawdę bardzo mało, ponieważ w gangu panowała jasna zasada - mniej gadania, więcej działania. Chciał jednak dowiedzieć się nieco więcej o celu, bo skoro był niegdyś generałem jego pracodawcy, to musiał być dość trudny do uchwycenia. Zabawa z takim gagatkiem mogła go kosztować masę sił, a wiedza pozwoliłaby mu na odkryciu jego słabych punktów. 
— Oh, ale to nie przez to, że jesteś od Entelodona... — zaczął, wciąż prowadząc go w tylko sobie znanym kierunku. — W końcu rzadko kiedy odwiedzają mnie takie wspaniałe osoby — zamruczał z uśmieszkiem. — Artura osobiście nie znam. Wiesz, słyszy się to i owo na ulicach, ale ja raczej plotkarz nie jestem, nie powielam niepotrwierdzonego info. Dlatego możesz mi ufać, jeśli go widziałem, to na pewno jego. Już niedaleko.
Zamrugał zaskoczony. 
— Och? Pierwszy raz się z taką reakcją spotykam, bo wiesz... Jak widzą mój znak to od razu się łaszą. Cieszy mnie w sumie, że uważasz mnie za wspaniałego ze względu na to kim jestem, a nie przez moja pozycję. — Napuszył się dumnie. — Ta? No dobra. Ufam ci. Ale spróbuj tylko mnie wywieźć w pole to się pogniewam. Wiesz... awans ciężko dostać u szefa. A laski lecą na generałów... — Szedł dalej skupiając się na swoim rozmówcy.
— Nie wątpię. Zależy ci na wyrywaniu lasek? Wyglądasz, jakby się do ciebie lepiły bez większego wysiłku — zdążył jeszcze miauknąć, nim stanął jak wryty. — Wiesz co, to chyba zła droga.. powinniśmy iść, teraz — rzucił prędko, zawracając nagle. W oddali dymny zauważył sylwetkę, która zaczęła iść w ich kierunku.
— Ta... chciałbym żeby tak było... — słysząc jego ostrzegawczy ton, nastawił uszy i spojrzał w stronę nieznajomej. Dziwne, że Rynna się jej bał. Kto to był? Cofnął się, zasłaniając kocura ciałem, nie idąc za nim. Miał się bać jakiegoś kota? On? Mistrzunio i prawie generał Edka? Nigdy. 
— Ja się tym zajmę. Nie bój się. Żaden samotnik z olejem we łbie nie ośmieli się nas zaatakować. Przegonie typa. — Postąpił kilka kroków naprzód. — Ej ty! Tak do ciebie mówię. Kim jesteś?
— Nie, posłuchaj, nie rozumiesz! To na pewno ta wiedźma co tu niedaleko mieszka! Zapomniałem, że dzisiaj patroluje swoje tereny! Błagam, bo zacznie rzucać na nas klątwy! 
Wiedźma? No proszę... nie urodził się wczoraj. Nie z nim te numery. Nie wierzył w takie brednie. Skrzywił nos, patrząc z politowaniem na samotnika i to jak cykorzył, zaraz skupił spojrzenie na starej babie. Łatwo taki suchy rodzynek pokonać... kości na pewno już nie te i łatwo by padła.
I tak jak kocur cofał się coraz bardziej, gdy tylko Nastroszony odwrócił głowę by spojrzeć na jego wystraszony pyszczek, jakby znikąd, zaraz za jego plecami pojawiła się stara, wysoka szylkreta.
— Czego tu chcecie, gówniarze? Szczególnie ty. — Wskazała pazurem na niebieskiego. — Czego tu chcesz, miernoto? Wynocha z mojego chodnika. 
— Szukam Artura. Rynna prowadził mnie do miejsca, gdzie go ostatni raz widziano. Nie przeszkadzaj nam. Przejdziemy tylko i tyle. Spójrz na to. — Pokazał jej swój znak. — Widzisz? Lepiej z nami nie zadzierać. To ważna misja zlecona przez samego Entelodona pana Betonowego Świata. Jak będziesz współpracować to odpali ci profity. 
Kocica spojrzała ostrym wzrokiem to na gangstera, to na kulącego się za nim samotnika. 
— Rynna? Z tym małym pchłojadem policzę się później, skoro łazi tu bez pytania — fuknęła, jeżąc futro. — A ty? W dupie mam ten twój znaczek, nie będzie mi się tu jakiś niedorobiony sługusek wielkiej bitewnej świni panoszył po terenach, gdzie jego pan nie panuje i nie ma porządnych wpływów. Skoroś taki mądry powinieneś wiedzieć, że nie wszyscy tu są od niego uzależnieni, ale widzę, że jakbym przywaliła ci w łeb, to tylko echo by się rozniosło po tych pustkach w środku — warknęła, prostując się. — Więc, pasożycie, wynoś się póki mam dobry humor. I tu nie wracaj  bo następnym razem nie będę taka miła.
Ale wredna baba. Nastroszył swoją sierść. Jak tak można było odzywać się do kogoś o jego statusie! Na dodatek kocica nazwała jego szefa wielką, bitewną świnią! To... oburzające!
— Słuchaj no paniusiu, grzeczniej, dobra? Za takie słowa możesz stracić język. — Cofnął się jednak wiedząc, że z babami nie było żartów, a jakoś nie miał chęci się z nią sprzeczać. — Chodź, Rynna. Pójdziemy naokoło — zwrócił się do kocura, uspokajająco kładąc mu łapę na ramieniu. — Co tak cykorzysz? Jesteś baba czy chłop? No chodź. Nie dam cię skrzywdzić, w końcu mi pomagasz, nie? Nara stara prukwo — rzucił jeszcze do kocicy, popychając samotnika, by się ruszył.
— Kto język straci ten straci — fuknęła, patrząc prosto w oczy buro-białego. Ten tylko się zatrząsł, a położenie łapy na barku zdawało się jednak niewiele pomóc. 
— Tak, ch-chodźmy — miauknął cicho. — No chłop jestem... właśnie, nara, p-prukwo — Rynna widocznie zebrał w sobie jeszcze trochę odwagi, na co kotka tylko zasyczała na niego głośno, jednak nie zaczęła ich gonić.
Nastroszone Futro skierował się na luzie, wcale nie przestraszony zachowaniem staruchy jak jego przewodnik. Spojrzał na niego z politowaniem, gdy zniknęli za rogiem.
— Ale z ciebie kocur — prychnął. — Nie istnieje coś takiego jak czary, a tym bardziej klątwy. Wiedźmy może i tak, z jedną żyłem pół życia,  ale to wiedźma z charakteru a nie, bo ma magiczne moce. Już przeszło ci? — rzucił na niego krytycznym okiem.
— Tak... ale ona serio jest jakaś dziwna! Raz jak podebrałem jej jedzenie, to rzuciła na mnie jakieś zaklęcie i przez cały dzień łapy mi się plątały o siebie. Normalnie chodzić normalnie nie mogłem! A teraz... widziałeś jak na mnie spojrzała? Straszna ta baba... — wzdrygnął się, oglądając jeszcze na miejsce, z którego przyszli.
Dawny nocniak zaśmiał się, klepiąc go po grzbiecie. 
— Plątały łapy mówisz. Haha! Wiesz na co mi to wygląda? Nie na czary, a na zjedzenie jakiegoś ziółka. W Kasztelanie po takich nie tylko łapy się plączą, a widzi się nawet i kolorki. Po prostu baba dała ci popalić z jedzeniem i tyle. Nie cykaj się. Męstwo to podstawa. Nie można dać się omotać kotkom. To my tu rządzimy. Pamiętaj. No... to poprowadź mnie inną trasą. Byle szybko, nie mam całego dnia.
— Chyba... chyba masz rację. Musiała mi coś dosypać do jedzenia — westchnął, rozciągając się. — No dobrze. To chodźmy tędy. Tutaj już nie powinno być problemów.
Tak jak zapowiedział, szybko i bez przeszkód dotarli na miejsce. Nieduża uliczka zakończona ślepym zaułkiem, w którego kącie leżał nieduży karton.
— Tutaj był ostatnio. Ale chyba się zwinął, lamus.
Zaczął przeczesywać teren, węsząc i zaglądając do kartonu. Rzeczywiście miejsce wydawało się opuszczone. Skrzywił pysk. Liczył, że dorwie drania i Entelodon go nagrodzi, a tu nic. Czuł zawód. 
— Niech to. A sądziłem, że go dorwę. Wiesz jak trudno jest komuś zaimponować? Entelodon dał mi wiele, a ja nawet głupiego kota nie umiem znaleźć i pojmać. Ugh... No nic... dzięki — Podszedł do kocura, dotykając go szybko pyskiem w policzek, tak jak uczył Duma. Gość się w końcu starał i jeszcze wyglądał tak nieporadnie, że zasłużył na takie pożegnanie. To wcale nie był całus! Nie polizał go, a więc to nie było nic romantycznego. Po prostu pożegnanie, takie jakie w mieście były codziennością. Dziwna tradycja, ale musiał się dostosować skoro chciał tu żyć. 
— To będę wracał. Może Duma znalazł drania z Litością. Też polowali na niego. Nie kręć się przy starych wariatkach, moja rada. No i uważaj jak chodzisz.
— Tak, wiem coś o tym... — mruknął słabo Rynna, opuszczajac nieco wzrok. — Ale jestem pewien, że ci się uda. Następnym razem go dorwiesz — posłał mu pokrzepiający uśmiech. Na "pożegnanie", kocur tylko zamrugał parę razy, nieco zaskoczony gestem dymnego, po czym pokiwał mu łapką. — Ah, dzięki, dzięki. Powodzenia w poszukiwaniach, Nastroszone Futro — miauknął jeszcze, po czym powoli zaczął kierować się w swoją stronę.
Skinął mu łbem na pożegnanie, a następnie oddalił się, wracając do Dumy i Litości, chcąc dowiedzieć się, czy może oni mieli szansę dorwać tego całego Artura. Może już go mieli, a on tracił niepotrzebnie czas? Musiał się o tym przekonać. 

***

Gdy dotarł na ustalone wcześniej z braćmi miejsce, już zastał tam i Litość i Dumę. Jednak ich pyski, a szczególnie Litości, mówiły tylko jedno.
— Niczego nie znaleźliśmy — westchnął tylko Duma, widząc, jak zbliża się do nich Nastroszony. — A tobie jak poszło?
— Znalazłem samotnika, który go widział, ale miejsce, w którym się ukrywał było opustoszałe. Najwidoczniej ktoś go ostrzegł i nawiał — zdał raport. — To co robimy? Wracamy? — to było ważne pytanie, w końcu nie wypełnili rozkazu, a taką akcje przeprowadzali pierwszy raz i nie wiedział jak zareaguje na to Edek...
— Wracamy. To nie pierwszy raz jak tak zwiewa — mruknął Duma, kładąc po sobie uszy, na co Litość tylko skrzywił się bardziej i wywrócił oczami.
— Strata czasu — syknął pod nosem, po czym z zamaszystym ruchem ogona odwrócił się i zaczął iść w kierunku swoich terenów. Duma pokręcił tylko głową.
— Cóż, i tak dobrze się spisałeś. Mogło być lepiej, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Kiwnął łbem odprowadzając Litość wzrokiem. Gdy zniknął im z widoku, uśmiechnął się pod nosem i wypiął dumnie pierś. Nawet jeśli zawalili misje i nie udało się dorwać Artura, to on zrobił wielki krok naprzód w staniu się prawdziwym gangsterem. Musiał mentorowi pochwalić się ze swojego czynu. 
— Wiesz, że pożegnałem się z tamtym kocurem tak jak mi mówiłeś? Ale... wydawał się zaskoczony... Nawet mi nie oddał. Myślisz, że nie pochodził stąd?
— Oh? — Duma momentalnie się rozpromienił. — Widzę, ze wyrastasz na prawdziwego gangstera. A on? Pewnie się przestraszył, że jesteś od Entelodona albo może rzeczywiście nietutejszy.
— Możliwe — miauknął ucieszony z tego, że udało mu się zadziwić Dumę. Tak! Był prawdziwym gangsterem. Już czuł o co w tym wszystkim chodziło. — Coraz lepiej idą mi te sprawy. Nawet wygarnąłem takiej starej babie, co niby wiedźmą była rzucającą czary! Ha! Syczała tylko groźnie, ale nie miała ze mną szans — opowiadał niebieskiemu, kierując kroki z powrotem na tereny Edka.

***

Przez ten ziąb nabawił się jakiejś infekcji ucha. Bolało go i nie dało się z nim żyć. Duma się śmiał, że może Śmierdziel sprzedał mu świerzb, ale mu nie było do śmiechu, gdy raz po raz jego łapa drapała irytujące miejsce. Dlatego też udał się do pewnej uzdrowicielki, która świadczyła swoje usługi za żarcie. Akurat teraz trwała pora Nagich Drzew, więc była to cenna zapłata. Udało mu się upolować wronę, która została zaakceptowana jako płatność za zioła i maści, które kocica wepchnęła mu do ucha. Miało niby przejść za parę dni. Liczył, że to prawda i samotniczka go nie oszukała. Chociaż wątpił, aby była taka głupia, gdy na jego barku widoczny był znak Entelodona. Miałaby tylko problemy. 

Wyleczony: Nastroszone Futro

Od Wilczej Tajgi

 Pora nagich drzew przyniosła za sobą fałdy grubego śniegu, a czasami Tajga miała wrażenie, że gdyby wyszła z obozu, zmiotłoby ją szybciej niż była w stanie zaczerpnąć oddechu. Wiatr był porywisty i z miną największego gbura przemierzając las na poduszkach łap wiecznie dotykających zwilgotniałej i zimnej gleby zapragnęła znowu zobaczyć znienawidzoną przez nią porę zielonych liści, która była mniej dręcząca nawet w swoich upałach. Nawet jej gęste futro, choć pomagało w odizolowaniu zimna od ciała, nie sprawiało, że zima była bardziej znośna.


* * *

Wróciła do obozu, czując, jak pocą jej się poduszki łap. Miała nadzieję, że nie zachoruje, bo nie zamierzała kisić się bezczynnie u medyka, nie robiąc całkowicie nic dla klanu. Mówiąc zresztą o medyku, natknęła się na matkę wychodzącą od Kuniej Norki z ojcem przy boku. Wilcza Tajga instynktownie odwróciła pysk i zniżyła głowę, starając nie rzucać się w oczy. Unikała rodziców odkąd wyczuła ich niezadowolenie z tego, że przyprowadziła nazywającego się teraz Białą Łapą samotnika do klanu. Wciąż nie potrafiła ich zrozumieć. Odkąd się urodziła i wychowywała w Betonowym Świecie, zakazywali jej ufać komukolwiek. Praktycznie nie znała świata poza rodziną. Robiła tylko to, co chcieli, zastanawiała się nad tym, co było według nich ważne a pomijała to, co uważali za niegodne uwagi. Kochała ich, ale wciąż byli nadmiernie ostrożni we wszystkim, co robili - ona też, ale bez przesady! Miała dość izolacji od otoczenia, słuchania się ich jak ślepiec i nieprzywiązywania do kotów. W Klanie Wilka poznała zarówno wielu idiotów, jak i wielu świetnych kompanów. Biała Łapa był ciekawy, miał za sobą historię, którą chciała poznać jak elementy nieznanej dotąd układanki. I przede wszystkim przerażało ją to, jak bardzo mogła się z nim utożsamić - jak bardzo im obu odebrano dzieciństwo. Prawie jak każdemu kotu urodzonemu w mieście. Jak skrzywdzono go w młodym wieku. Nie powinna mu współczuć, powinna była go przegonić, bo taki jej obowiązek - ale to, że mu zaufała wcale nie znaczyło, że była krucha! Nie była słaba, nie była i nigdy nie będzie. Jej mentorka mogła być z niej dumna. A rodzice po prostu jej nie rozumieli.
— Gdzieś się wybierasz, młoda damo? — słyszała już głos swojej matki, który sprawił tylko, że kotka strzepnęła ogonem. W końcu musiało do tego dojść. Unikała sprzeciwiania się woli rodziców, ale nie mogła wiecznie zgadzać się na wszystko. Musiała w końcu się im stawić i najwidoczniej to był ten moment.
— O co wam chodzi? Dlaczego nie możecie zaakceptować, że nie będę wiecznie robić tego, czego wy chcecie? Biała Łapa nie zrobił niczego złego. Nie znam go długo, a zdążył wesprzeć mnie bardziej, niż wy kiedykolwiek przez te dziewiętnaście księżyców. 
— Nie znasz go — warknął Zawilec. — Nie wiesz nawet, skąd pochodzi.
— Z Betonowego Świata. Jak my.
— I to pierwszy powód, dla którego nie powinnaś mu ufać. Betonowy Świat rodzi morderców i zepsutych moralnie świrów.
— Takich jak wy?
Chwilowa cisza, która nastała po tym pytaniu sprawiła, że kotka położyła po sobie uszy, ale po chwili ogarnęła się z własnymi myślami. Nie powinna żałować tego, co powiedziała, bo powiedziała prawdę. Jej rodzice byli potworami, a to, że byli delikatni w stosunku do niej nie usprawiedliwiało tego, co robili innym.
— Robiliśmy, co musieliśmy, żeby zapewnić nam przetrwanie. Nie odwracaj kota ogonem. Zresztą, nie musisz się martwić o Białą Łapę. Nie będzie ci zawadzał, bo odchodzimy.
Wilcza Tajga aż się zakrztusiła. Splunęła, strosząc futro.
— Co?! Nie zamierzam opuścić Klanu Wilka tylko dlatego, że wy coś sobie ubzduraliście. Mam tu przyjaciół. Biała Łapa, Szakala Gwiazda, mam ich wszystkich zostawić, bo nie możecie mi zaufać choć ten jeden raz? Osiągnęłam tu tak dużo i mam pozwolić, żeby znów stać się nikim?
— Słońce, wiem, że to dla ciebie ciężkie, ale właśnie dlatego nie chcieliśmy, żebyś się przywiązywała — powiedziała szylkretka, choć względnie spokojnie, to tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— Ach, rozumiem. Mam się nie przywiązywać do kotów, bo mogę je stracić. Co za pokrętna logika. Nie kłopoczcie się mną, nie zamierzam stąd odchodzić. Najwyżej będziecie musieli mnie zostawić.
Odwróciła się i mimowolnie uśmiechnęła, słysząc za sobą prychanie matki. 
— Nie zamierzamy cię tu zostawić. A już na pewno nie z tym potworem.
— Potworem? Kogo masz na myśli? Białą Łapę? Może cię tym nie oświecę, ale w Klanie Wilka wszyscy są chorzy na łeb, choć to wam jakimś cudem nie przeszkadza. Jednak cieszę się, że zmieniliście zdanie.
— Czy to był szantaż emocjonalny? — w pytaniu ojca mogła niemalże dostrzec nutę podziwu. No tak, czego się po nich spodziewała?
— To nie ma znaczenia. Nie zamierzam zostawić wszystkiego tylko dlatego, że wy tak chcecie — warknęła, obróciwszy się na piętach i usłyszała za sobą tylko sapnięcie matki uspokajanej przez ojca. Natknęła się na (ku ironii) swojego ucznia i aż zesztywniała, uświadamiając sobie, że to widział.
— Ja...
— Spokojnie. Twoi rodzice nie rozumieją ani naszej relacji, ani żadnej innej. Ale ty nie musisz się ich słuchać.
Położyła po sobie uszy. Może coś było w tych słowach? Powinna być bardziej samodzielna i przestać jakkolwiek zastanawiać się przed zrobieniem czegoś, czy rodzice będą z tego czegoś zadowoleni. Ona i siostra już od początku powinny zastanowić się nad tym, czy faktycznie zawsze mają rację.
A potem, ku jej zdziwieniu, Biała Łapa zbliżył do niej pysk i pocałował ją. Uśmiechnęła się po wszystkim, nie z samego faktu, że to zrobił, ale z faktu, że rodzice to widzieli.

wyleczeni: Ostra Kostrzewa