Już od dłuższego czasu, nienaturalnie mała orka nie mogła znaleźć pożywienia. Co prawda dwa miesiące to okres wystarczająco długi aby się usamodzielnić i w pewien sposób ustatkować. No.. Przynajmniej nie dla niezdarnej samotniczki jaką jest Lukrecja. Kocię stawiające powolnie łapki, co było skutkiem jego znużenia przypomniało sobie pierwsze dni w nowym miejscu. Poczuło na sobie jeszcze raz błogi stan uczucia przepływu wiatru, który przyjemnie pieścił jest sierść. Gnała przed siebie bez opamiętania pośród kępy wysokiej trawy, pochłaniając przez pyszczek powietrze kilogramami. Uczucie jej towarzyszące było równe ekstazie. Cieszyła się wtedy chwilą, nawet przez moment nie pomyślała w jakie wpakowała się tarapaty, nie wspominając o totalnym zignorowaniu obowiązków. Dopiero w tej małej, głupiutkiej główce zaświeciła się lampka, w momencie wydania na świat pierwszego odgłosu pochodzącego z brzuszka. Przypominał on warczenie dużego potwora, czyli samochodu. W hodowli prowadziła beztroskie życie kotki, której wszystko było podawane pod nos. Nigdy nie zaznała uczucia głodu, zimna czy zmęczenia. Przeważnie marudziła i narzekała, a nawet wybrzydzała w doborze karmy. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie ma już odwrotu i musi poradzić sobie sama. Wiedziała, że jeżeli w tej chwili nie zadba o swoją kolację - nie zrobi nikomu różnicy. Była myśli: "Ot, samo przyszło, samo przejdzie". Nie mogła nikogo winić za swoją sytuację moralną, to tkwiło w wyłącznie jej winie. Ale czy na pewno dane jej cierpienie było na miejscu? Przecież ona tylko chciała być wolna, szczęśliwa. Nie zrobiła nikomu krzywdy. Przynajmniej sama tak uważała.
Dreptała tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu postanowiła zatrzymać się i odpocząć przez jakiś czas pod średniej wielkości drzewem. Tak też uczyniła i już zaraz można było ujrzeć ją, wygodnie ułożoną, zwiniętą w kłębek. Przynajmniej tego się nauczyła i wiedziała już jak ograniczyć spadek temperatury z ciała. A stało się tak całkiem przypadkiem, kiedy uznała ptaka za kamień i podchodząc do niego wbiła pazur. Owe, pycie stworzonko gwałtownie wyszarpało się z objęć kocicy i prędko wzbiło się w powietrze w ramach ucieczki. Czarna, przerażona odskoczyła w bok i schowała głowę w biały krawat widoczny na klatce piersiowej. Leżąc tak dłuższą chwilę uświadomiła sobie, że nadal jest jej tak samo ciepło jak było. Z pewnością to całkiem zabawny, aczkolwiek rzetelny fakt, jak możemy co nieco dowiedzieć się o swoim organizmie. Wystarczy ostra część ciała, coś co się rusza i vuo la.
Lukrecja poczuła, że znów jest pełna energii, po czym spokojnie wstając ujrzała coś zielonego na drzewie. Normalnie nie zwróciłaby pewnie na to uwagi, jednakże iż zielony to jej ulubiony kolor, więc nie potrafi się napatrzyć na wszystko co jest w tej barwie.
- Hmm - Obejrzała się dookoła. - Ta substancja tworzy skupiska plam na wielu drzewach i są one zwrócone ku jednemu kierunku, więc może to coś oznacza.. - Pomyślała całkiem rozważnie.
Perska zadecydowała, że pokieruje się w kierunku przez nie wyznaczonym. Nie szła tak długo jak przedtem, ale nie owijając w bawełnę - ta droga do najkrótszych również nie należała. Gdy już była na miejscu, ujrzała ogromną, niebieską miskę, pełną magicznego płynu, który zawsze w starym domu gasił jej pragnienie. Oczy jej napełniły się blaskiem nadziei. "Może jeszcze nie jest tak źle! Może jeszcze sobie poradzę!" - Powtarzała w głowie.
Poczęła szybko przewijać króciutkimi łapkami niemal się nie potykając po drodze, aby tylko dostać się do źródła lazurowej wody. Od równych 2 księżyców musiała zadowolić się jedynie niesmaczną deszczówką, więc taka ilość świeżego płynu była dla niej w tamtej chwili najważniejsza na świecie, nawet ważniejsza od jedzenia. Nie wiedziała, z której strony zacząć pić, była tak zdesperowana i przytłoczona ostatnimi próbami polowań, kiedy to wszystkie zwierzęta płoszyły się przez jej głośne stąpanie po ziemi, że bała się, iż to sen i wszystko za chwilę zniknie wraz z nią samą.
Kiedy już bezpiecznie się usadowiła na brzegu jeziora, zaczęła energicznie przewijać językiem po wodzie. Poczuła rześkość i ulgę. Kiedy już wszystko stało się lepsze, a czas trochę zwolnił, kotka odeszła od brzegu i weszła za krzaczek znikając z pola widzenia. Oczyściła długim narządem nieco zmoczone futerko, a następnie przymknęła oczy układając się w pozycji do snu.
Szeptała cicho:
- Zaczekaj kolorowa bryzo, chwilkę na mnie zaczekaj..
Wtem usłyszała chlupot. Pomyślała, że to jak zwykle wiatr próbuje zagrać jej piosenkę do fantasmagorii, na swoim niewidzialnym instrumencie, więc postanowiła nie zwracać na to większej uwagi. Potem rozległ się kolejny dźwięk. Lukrecja nadal zachowała spokój. Odgłos stopniowo zaczął odtwarzać się szybciej i głośniej. Perska trochę poddenerwowana urochomiła swój ogromny ogon, naiwnie myśląc, że to naprawi sytuację. Ale jakby na złość "chlip chlip" wciąż się nasilało. Różnooka złapała ogromny oddech, jednak tak naprawdę głód stłumił jej uczucie wściekłości, więc "wszystko było jej jedno". Lecz na wszelki wypadek wstała, obróciła się i wyjrzała ostrożnie zza krzaka, gdyby czegoś lub kogoś się spodziewała. Kiedy przed nią, a dokładniej w wodzie pojawiła się rybka, oniemiała.. Wpatrywała się w nią dokładnie, nie spuszczając wzroku nawet na chwilę. Już od trzech dni nie miała niczego w pyszczku, była kompletnie wycieńczona. Nawet puszysta dotąd sierść stała się szorstka i ogólnie wyglądała marnie. Lukier nigdy nie zmarnowałaby takiej okazji. Tym razem to ona była panią tej chorej gry, wszystkie warunki były po jej stronie. Od ryby dzieliła ją stosunkowo niewielka odległośc, więc bez problemu zdążyłaby ją złapać, plus szare, opływowe stworzenie nie słyszy drgania ziemi, ponieważ jest w wodzie. Ponadto nikogo nie ma w pobliżu, żyć nie umierać! Przynajmniej tak się zdawało czarnej kulce. Znowu, gwola ścisłości..
Nie było żadnych przeszkód, aby się pożywić i poczuć w ustach ten smak. Chociaż dla owej perski taka kuchnia nie należała do ulubionych..
Nadszedł ten moment, najprawdopodobniej od tego zależy, czy przeżyje, czy padnie z głodu.. Lukrecja naprężyła się i.. Bach! Wszystko poszło samo, jakby miała to w genach. Wykonała bardzo mały, lecz na szczęście na tyle wystarczający skok, aby dosiegnąć rybę. Wpadła na jeden z kamieni umiejscowionych pod wodą, przywarłych do piachu i cisnęła centralnie w głowę ryby łapką. A raczej łapkami? Nadal je trzymała na oszołomionej od uderzenia, unoszącej się przy pomocy pęcherza pławnego zdobyczy, jednak zaraz.. Coś tutaj nie grało.
Pyciusia podniosła pyszczek ku górze i ujrzała naprzeciwko rudego, pręgowanego, małego, aczkolwiek umięśnionego kocura. Pomijając dwie łapki, dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Zjeżyła się na grzbiecie i przestraszona, momentalnie zawróciła skokiem w tył, o mały koci włos nie wpadając przy tym do wody.
Otrzepała się na lądzie, jej oczy nabrały całkowicie innego wyrazu, albowiem zauważalna w nich była nić paniki. Rudzielec przez to się zmieszał i pozostając nadal w tej samej pozycji razem z płotką, obrócił jedynie głowę w prawą stronę. Na zadane pytanie kotka nie śmiała odpowiedzieć myśląc, że to żart.
- P-proszę.. - Zająknęła się.. - Nie rób mi krzywdy! Ja tylko byłam głodna! Nie wiedziałam, że to również Wasz teren, ostatnim razem także nie chciałam zrobić wam nic złego.. Pójdę, sobie, obiecuję, ale nic mi nie rób, proszę.. - Zdezorientowana uczyniła krok w tył, zaś pod jej ciężarem z trzaskiem złamała się mała gałązka.
Kocur odpowiedział jej jedynie przyjaznym śmiechem. Lwia Łapa namącił Lukrecji do tego stopnia w głowie, że kotka nie widziała czy ma zostać, czy wskoczyć w najbliższe krzaki, dosłownie.
- Nie wierzę, ale z Ciebie mysi móżdzek! Gdybym chciał Ci coś zrobić to stałoby się to już dawno. Jestem jednym z najsilniejszych uczniów Klanu Nocy! - Lewek wypiął dumnie klatkę piersiową.
- Kim? - Zapytała niewtajemniczona w dziwny slang dzikich kotów hodowlana perska.
- Naprawdę z Ciebie nie mogę! - Rudy dłużej nie wytrzymał i wyskakując zwinnie na ląd z rybką w pyszczku, opadł na ziemię tarzając się po niej ze śmiechu, jednak o czymś sobie przypomniał i prędko wstał.
- Skąd jesteś? - Zapytał ciekawsko.
- Ja.. Uciekłam od dwunożnych, pałęsam się tutaj już od dłuższego czasu. Najprawdopodobniej minęły dwa pełne księżyce. - Westchnęła właścicielka ogromnego ogona, pokazując przy tym, że również nauczyła się ciekawych formułek.
Zapadła chwila ciszy. Dwoje sierściuchów wzajemnie wpatrywało się w swoje oczy. Obojga z nich poczuło coś ciekawego, szczególnie Lukrecja, która uważała, że zielone oczy są najładniejsze na świecie.
- A to Ci dopiero. - Rozluźnił atmosferę rudy kociak. - Wiem co czujesz, jedz. - Rzucił przed nią tuszę i kiedy doczekał się cichego "dziękuję", z ulgą przycupnął na trawce.
Czarna czyścioszka nie chciała ani wzbudzać litości, ani ukazywać przez co przeszła w poszukiwaniu czegoś na ząb, więc jadła pomalutku, lecz ciężko było jej to ukryć, więc niecierpliwie przyspieszyła. Sama płotka i tak zaspokoiła jej burczenie w brzuchu tylko po części.
Dama szybko się wyczyściła po śniadaniu i niezręcznie wtopiła swój wzrok w jedno miejsce.
- Chodź, prędko, gdzieś Cię zaprowadzę. - Lwia Łapa nie czekając na odpowiedź, tradycyjnie zmrużył oczy i zaczął prowadzić towarzyszkę po kamieniach nie oglądając się za nią nawet na chwilę, jakby było wszystko mu jedno. Jednak w głębi duszy był honorowym kotem i nie zamierzał dopuścić, aby komukolwiek stała się krzywda.
Lukrecja postawiła łapę do przodu, jednak szybko ją cofnęła, wahając się. Nie znała tego krewnego, a jednak nie mogła tutaj znowu zostać. Czy mu zaufać? Zapewne gdyby nie jego pełne blasku i chęci życia, szmaragdowe ślepia, nigdy by za nim nie poszła. Jednak tym razem nie miała wyboru albo jak kto woli miała, ale i tak nijaki.. A więc wybór był prosty.
<Lewku? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz