BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 listopada 2024

Od Jeżyny

Wzniosła oczy ku gorącemu słońcu, wzdychając cicho. Idącą na przedzie Sówka rozmawiała cicho z Przepiórką, kierując się w stronę wrzosowej polany. Poszukiwania ciała Przebiśniega nie ustały; wręcz przybrały na siłę i determinacji. Nieprzyjemna pogoda i coraz częściej przychodzące burze nie sprzyjały, ale owocniacy się niepoddawali.
Już po chwili patrol wkroczył między fioletowe pola, teraz o nieco mniej żywym kolorze; wyschnięte łodyżki skrzeczały pod jej łapami. Słodkawy zapach wypełnił jej nos, utrudniając ewentualne wyczucie czegokolwiek innego. Zastępczyni rozejrzała się, przystając tuż przed nią. Uszy Jeżyny podrygiwały, wyczulone na każdy drobny dźwięk. Była zmęczona, ale zdeterminowana, aby przynieść społeczności spokój. Poszukiwania jakichkolwiek wskazówek, które miałyby wspomóc poszukiwania, były jednak bezowocne. Po dość długim czasie, grupa była poirytowana i przegrzana, oraz zdecydowanie zniechęcona. Końcowo Sówka oznajmiła, że powinni się zbierać.
Westchnęła, spoglądając w górę. Mimo chęci pomocy całej społeczności te patrole ją męczyły.
— Ehh, was też to męczy? — jej uwagę zwróciło narzekanie Czereśni. Miała wrażenie, że całą tendencję do marudzenia podłapał od mentorki; Gruszki, gdyż jeszcze parę księżyców temu się tak nie zachowywał.
— Tak — zaryzykowała.
Starała się “naprawić” trochę ich relację. Od pewnego czasu rozmawiali trochę więcej niż zazwyczaj; może i głównie o rzeczach czysto związanych z obowiązkami (takich jak gdzie wyczuć można było podejrzany zapach lisów, czy gdzie kręcą się samotnicy), ale to i tak lepiej niż nic. Przynajmniej nie był już taki aroganckiego jak kiedyś momentami, a to się liczy..?
Czekoladowy odpowiedział coś pod nosem, cały czas wzrokiem pilnując swoją uczennicę – Figę. Bura nadal nie wspominała żywiołowej kotki dobrze, ale co mogła na to poradzić. Gdy młodsza wyrwała się do przodu, zdecydowała się podejść bliżej do kocura i zacząć jakąś poważniejszą rozmowę.
— Jak wam idą treningi, Czereśnio? — zagadnęła zwiadowcę, rzucając mu ciekawskie spojrzenie — Niezłe z niej ziółko…
— Tak, to akurat muszę ci przyznać — zamachnął się ogonem — Ale myślę, że w miarę dobrze. Szybko się uczy… Lecz gorzej z koncentracją. Jedyne na czym się skupia, to walka — westchnął, a jego wąsy zadrżały — Nie powinienem się nad tym tak rozwodzić, w końcu to nasza sprawa.
— Ah, rozumiem — przytaknęła po chwili, nie chcąc wchodzić kocurowi w słowo — Co do walki, to o tym się zdążyłam już przekonać — prychnęła.
Zagojona już szrama po pazurach srebrnej nie zostawiła dużego śladu, lecz skóra w tym miejscu nadal czasem pobolewała. Jedna z niewielu osób, która to zauważyła, była Kaczka, która jeszcze w ten sam dzień zdążyła odciągnąć córkę na bok i zapytać, czy musi kogoś przegonić.
— Jeszcze raz, przepraszam za nią — oznajmił z nutka niechęci w głosie — Przysięgam, uczyłem ją, że pazury zostawiamy schowane…
— Nic się nie stało, naprawdę — odparła — Zwykły błąd ucznia, mówię ci. Mi też się tak zdarzało… Ale pamiętam, dostałam po uszach i już zawsze się pilnowałam!
Czekoladowy pokiwał głową, oglądając się za siebie. Jeżyna, mimo prób zniechęcenia przez brata, wcale nie odpuściła sobie zabiegów o względy zwiadowcy. Nie traktowała tego tak poważnie i emocjonalnie jak kiedyś, ale starała się co najmniej dobrze zaznajomić z kocurem, zanim się podda.
— To dobrze — miauknął w końcu — No nic, skoro już wróciliśmy, to do zobaczenia. Muszę iść znaleźć Figę.
Podniosła łapkę i pomachała mu na pożegnanie, po chwili zostając sama. Rozejrzała się po obozie, szukając kogoś do pogadania… Wiedziała, że Topola został na treningu z Żagnicą. Nie miała ochoty na konfrontację ze starszym kocurem, więc szukanie brata odpadało z gry.
— Jeżynko! — do zwiadowczyni podeszła Pieczarka — Szukałam cię, gdzie ty byłaś?
Uśmiechnęła się przyjaźnie na powitanie, a biała usiadła tuż obok niej.
— Na patrolu poszukiwawczym — mruknęła — A tobie co się stało? — dodała jeszcze, widząc trochę zielonej papki wystającej z ucha starszej.
— Ah, to? Bolało mnie ucho, a jak poszłam do Świergot, to wepchnęła mi tam jakieś zioła — skrzywiła się zwiadowczyni — Ale powiedziała, że powinny pomóc.
Buraska przytaknęła, wzdychając i wznosząc spojrzenie ku niebu.
— I wiesz co? Taki tłok tam był! Tuż po mnie przyszedł Kamyczek z jakimiś problemami żołądkowymi, a później twoja mama! Ale nie wiem, o co chodziło.
— Sówka?
— Nie, Kaczka. Jeju, zapominam, że Ty nie wiesz która!
Jeżyna zachichotała, strzepując uszami.
— Dużo kotów zapomina — westchnęła — Chciałabyś może coś zjeść? Umieram z głodu.
— Jak najbardziej! Poza tym, mam ci coś do opowiedzenia….

npc: Czereśnia, Pieczarka
wyleczeni: Pieczarka, Kamyczek, Kaczka

Od Ćmiej Łapy

Dzień byl wyjątkowo upalny, nawet jak na panującę od dłuższego czasu zabójcze temperatury. Słońce nie było już tylko nieznośne, a wręcz niemożliwe do zniesienia. Chmury, jeśli jakiekolwiek pojawiały się na niebie, szybko ginęły rozproszone na bezkresnym błękicie. Nawet wiecznie odczuwalna morska bryza nie zdołała zmienić tego dnia na mniej męczący. Delikatnie wilgotny wiaterek pokonując, wcale nie tak długą, droge znad wielkiej wody do okolic obozu, przez skwar tracił swój orzeźwiający charakter, a kotom pozostawało szukać ulgi w suchym powiewie. Oczywiście pozostawał jeszcze wodospad, ktory okazał się być, najpewniej, ich największym wybawcą. Sprawiał on, że sama jaskinia, w której ulokowany był obóz, pozostawał całkiem znośny, zwłaszcza wczesnymi porankami lub już pod wieczór. Dopiero gdy cienie się wydłużają, a kamienna posadzka barwiona jest na wszelkie kolory ochry, wojownicy i uczniowie zaczynają ożywiać się, harcować i śmiać beztrosko. Niestety przed tym, nie ważne jak niebezpieczne dla zdrowia może się to okazać, muszą wykonywać typowe, przypisane im przez rangę, zadania. Treningi musiały mieć miejsce, nawet mimo glośnych żalów uczniów i westchnięć ich mentorów. Coraz częściej dostrzegała pojedyncze pary, które zamiast prowadzić szkolenie na zewnątrz, zostawały w chłodniejszej jamie, aby poćwiczyć walkę lub ograniczyć się do teorii. W pełni to rozumiała, a nawet popierała, razem z Liściastym Futrem; nic nie było tak niebezpieczne jak wysiłek fizyczny w porze szczytowania słońca, szczególnie na otwartym terenie. Patrole również musiały wciąż regularnie opuszczać zacieniony azyl, ale tutaj Przyczajona Kania poszedł za głosem rozsądku, jak i reszty klifiaków, i ogłosił wcześniejszy wymarsz tych porannych, a także znaczne opóźnienie, wieczornych. Najciężej mieli, o dziwo, zwyczajni wojownicy, którzy danego dnia nie brali udziału w zwiadach oraz nie mieli pod opieką aktualnie żadnego podrostka. Mimo skwaru ptaki wciąż latały, wciąż przesiadywały na gałęziach, a więc wciąż można, a nawet trzeba było, na nie polować. Wysoka trawa ukrywała gryzonie, które w plątaninie gęstej, nieważne, że pożółkłej i suchej, roślinności, przemykały, nie martwiąc się upałem. Również kraby niestrudzenie biegały, przebierając swoimi dziwnymi nóżkami, po rozgrzanym piasku z pełną swobodą, wiedząc, że kocie poduszki są zbyt delikatne, aby robić to samo. Mimo zabójczej pogody ktoś musiał nakarmić klan. Zwłaszcza przy tak ekstremalnej pogodzie wszyscy potrzebowali porządnej dawki energii, która wydawała się ulatywać wręcz od samego egzystowania. Każdy bardziej pochmurny dzień, a nawet chwila, musiała być odpowiednio wykorzystana; nawet jeśli leżenie przy wejściu, czując na futrze chłodząca mgiełkę, która tworzył wodospad, brzmiało tak kusząco. Ktoś błyskotliwy podsunął również kolejny sposób na rozwiązanie problemu nagrzewających się karków i głów, które już wielokrotnie niemal doprowadziły do tragedii.

— Czuje się, jakby cały mój grzbiet aż stawał w ogniu. Te polowania nas wykończą, mowie to wam, dziewczyny, ze śmiertelną powagą. Kogoś w końcu trzeba będzie przynosić na barkach — powiedziała zrezygnowana Zielone Wzgórze, która tarzała się właśnie w niewielkiej kałuży, zrobionej przez pryskającą na boku wodę z wodospadu. Wiedziała, że wszyscy źle znoszą skwar, ale nie mogła nie zauważyć, że tylko jej futro zdawało sie robić aż ogniste i rude, na skutek promieni słońca. Dodatkowo czuła początki prawdziwych poparzeń, a swędzenie połączone z piekącym bólem, zaczynało nieźle ją wkurzać. Nie miała jednak serca narzekać, nie przy obecnej partnerce, a tym bardziej nie miała w zamiarze udawać się po medykamenty; córek nie chciała martwić nawet bardziej. Teraz, wykorzystując nierówną posadzkę, pocierała obolałym karkiem o mokry kamień.
— Faktycznie strasznie cie to wszystko męczy, aż widać gołym okiem — zgodziła się Miedziany Kieł, łapiąc na pyszczek mgiełke. Kilka niewielkich kropelek pozostało jej na wibrysach; zlizała je językiem. — Aż cię słoneczko liznęło, co? Zamieniasz się w rudaskę? Będziesz podobna do swojej córy. — zaśmiała się szylkretka. Przeniosła wzrok na milczącą Bożodrzewny Kaprys. Kotka, chociaż widocznie zmęczona, nie wyglądała na zmordowaną; przynajmniej nie bardziej niż miała to w zwyczaju.
— Mhm, już długo myślałam, co by tutaj zmienić, a wszelkie dodatki tylko mnie uwierają lub przeszkadzają w polowaniach — odpowiedziała, oddając nastrój, który wysłała w jej stronę przyjaciółka. Partnerka zmarszczyła nos niezadowolona.
— A tobie, Bożodrzew, podoba się taki eksperyment, innowacja w wyglądzie? Hm? — miauknęła, ale szybko dodała — Chociaż, brzydko, że o to pytam. Wyglądasz na kogoś, kto parzy wyłącznie na wnętrze.
— Uważam, że powinnyście nie stroić sobie żartów z takich poważnych spraw... — odburknęła, zmierzając wrogim wzrokiem Miedziany Kieł, który następnie zmiękł, gdy napotkał soczyste ślepia ukochanej. — Nie powinnaś wychodzić, skoro to dla ciebie takie uporczywe. Ja mogę polować za nas dwie. Ja czuję się w porządku.
— Nie przesadzaj, a co ważniejsze, nie wygaduj głupot. Dam sobie łapę uciąć, że to nie tylko ja się tak koszmarnie czuję. — Wydęła policzki, a następnie zaczęła przemykać zielonymi ślepiami po obozie. — Spójrzcie tylko na Bijącą Północ, też ją nieźle przypiekło, aż zaczyna przypominać Nocnego Kochanka. O wilku mowa! Ledwo ducha nie wyzionie, tam, na tym kamieniu — wskazała łbem na czekoladowego kocura, wylegiwującego się na głazie, bez jakichkolwiek oznak żywota.
— Ale on tak zawsze wygląda... — rzuciła biała, wychylając się zza Zielonego Wzgórza, aby rzucić okiem na wojownika.
— Mniejsza... Mówię tylko, że to nie tylko ja, a więc i ty, a to znaczy, że nie ma szans, że pozwolę Ci na takie zachowanie! — zadeklarowała stanowczo — O! No a patrz na Siewczy Letarg, właśnie wraca, wygląda, jakby goniła za zającami cały ranek, a jak wychodziłyśmy, to jeszcze rozmawiała z Pikującą Jaskółką. Taka młoda... Czym jest niby zmęczona?
— Nigdy mnie nie słuchasz... Będziemy mieć, ty i ja, większy problem, jeśli nagle padniesz gdzieś przy Złotych Kłosach! Nigdy nie myślisz? — Czarna tylko wzruszyła ramionami, nie robiąc sobie za wiele z komentarza partnerki. Wiele się już nasłuchała.
— Nie, nie, słuchaj Bożodrzewny Kaprysie, coś w tym jest... Myślę, że Zielone Wzgórze może miec jakiś przebłysk geniuszu.
— Przebłysk?! — wyrzuciła zielonooka. Przywykła do pejoratywnych słów ukochanej, ale Miedź jest jej przyjaciółką, niech się tak nie poczuwa!
— Rozwiń tę myśl, bo obawiam się, że nie jestem tak inteligentna, jak wy — mruknęła biała, wstając i mijając pozostałe dwie wojowniczki, zmuszając je tym samym do zakończenia przyjemnego pluskania przy wodospadzie. Posłusznie ruszyły.
— No bo Jeżykowa Werwa też ma w sobie, no... Mniej werwy... — zażartowała, puszczając do brązowookiej oczko, ale na widok jej zblazowanej mordki, zmieszała się, kontynuując mimo wszystko — Skarżył się, że swędzi go grzbiet i faktycznie zauważyłam, podczas dzielenia języków, że ma niesamowicie zaczerwienioną skórkę, co musi być bardzo nieprzyjemne. Następnego dnia przyszło mi iskać kark Paprociowego Zagajnika, a następnie Liściastego Wiru i muszę powiedzieć, że to u twojej mamy widziałam taką samą przypadłość... No i może parę brykających robaczków... Porozmawiaj z mamą o częstszym wylizywaniu.
— Ostatnie mogłaś sobie darować — rzuciła naburmuszona Bożo, odchodząc ze zjeżonym grzbietem.
— Myślę, że to wszystko ma jakiś sens, zgodzisz sie chyba ze mną? — zwróciła się do zieloonokiej, które wodziła wzrokiem za oddalającą się ukochaną.
— No jakiś to na pewno... Ale to nie na moje kompetencje... — Miedź musiała się zgodzić; nie znała się na medycznych przypadłościach, nie była przygotowana do obserwowania objawów i porównywania ich, skrupulatne wyciągając wnioski. Pokręciła tylko głową, zrezygnowana i podążyła za przyjaciółką do stosu zwierzyny.

Może i ona nie była na tyle zaintrygowana wyciągniętymi, a trzeba było przyznać, z dość umiejętne, wnioskami, aby na własną łapę kontynuować medyczne dochodzenie, ale całej rozmowie przysłuchiwał się ktoś, kto z wielką uwagą chłonął każdą namiastkę informacji. Skryta, tym razem nawet nie specjalnie, za kamieniem, próbując uchronić zioła od uschnięcia, siedziała skulona Ćmia Łapa. Nie miała w planach podsłuchiwać swoich mam i ich koleżanki, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Musiała przyznać, że to, co podsunęła Miedziany Kieł, było rewolucyjne. Faktycznie, ciemni członkowie Klanu Klifu o wiele wcześniej przybywali z poparzeniami czy innymi dolegliwościami spowodowanymi przez te zabójcze temperatury. Pozostawiła swoje dotychczasowe zajęcie i pognała z powrotem do legowiska, gdzie dyżur sprawowała aktualnie Czereśniowa Gałązka; Liściaste Futro wybrała się wraz z Zaćmieniem po mech nasączony wodą. Musiała się podzielić tym z kimś bardziej doświadczonym.

* * *

Starsza kocica okazała widoczne zainteresowanie, jak i zadowolenie, że uczennica wykazuje się chęciami do zgłębiania dodatkowych zagadnień związanych z leczeniem, ale nie wydawała się aż tak za afiszowana. Najwidoczniej powiązania między odcieniem i jasnością futra, a częstością i skłonnością do oparzeń była już ogólnikowo znana. Ćmia Łapa otrzymała szczerą pochwałę, ale w głębi serca, nie czuła sie usatysfakcjonowana. Chciała jakiś działań; czegoś, co pomogłoby sytuacji ciemnych wojowników i uczniów, którzy w szczególności cierpią z powodu skwaru. Poklepanie po główce było przyjemne i rozgrzało jej serce w piersi, ale co to zmieni?
Co powinna zrobić?
Zastanawiała się nad tym, zajmując się jednocześnie Pokrzywowymi Zaroślami. Wojownik wrócił z dzisiejszego polowania znaczne osłabiony. Na początku wszyscy mysleli, że biedak się przegrzał; nie byłoby to nic szczególnie dziwnego, ale nawet po krótkiej drzemce w zacienionej wnęce, haustach zimnej wody, a nawet okładach z wilgotnego mchu, nic się nie poprawiało. Ostatecznie przyznał się, że od kilku wschodów słońca coś ściska go w piersi. Słowa grzęzły mu w gardle, a przyspieszony, nierówny świst, który wydobywał się z jego pyska tylko potwierdzał te słowa. Diagnozę wydała Czereśniowa Gałązka, ale już samo leczenie, wraz z podaniem odpowiednich ziół lub jagód, opiekę i doglądaniem chorego pozostawiła w stu procentach Ćmy. Terminatorka powoli przywykała już do takich sytuacji, zwlaszcza, gdy znajdowała się pod opieką starszej z uzdrowicielek. Czereśnia była zwolenniczką samodzielności, poczucia odpowiedzialności i praktycznego podejścia do nauki. Bladooka zabrała więc kilka barwnych jagódek do pyska, a na grzbiet zarzuciła płat mchu, aby kocur mógł wyssać z niego trochę wody do wymycia cierpkiego smaku jałowca z języka. Wymaszerowała obładowana i skierowała krok w stronę skałek wojowników; słabo radziła sobie z wnoszeniem ciężkiego mchu po zboczu, ale jakoś dała radę. Niebieskooki bez słowa wziął kuleczki do pyska i przeżuł; nawet się nie skrzywił, a na mchu, zamiast ugasić pragnienie, położył policzek i w oka mgnieniu zasnął. Na widok uspokajającego się boku i uciszającego stopniowo oddechu, terminatorka uśmiechnęła się delikatnie; uwielbiała widok ulatującej choroby. Dziarsko wróciła do opiekunki i zdała krótki raport; w odpowiedzi dostała skinienie łbem i krótką pochwałę. Medyczka zajęta była przeglądaniem zapasów w składziku. Mała wiedziała już, co się święci. Zabójcze upały nie były ciężkie tylko dla kotów, ale w szczególności dla roślin. Wiecznie wszystkiego brakowało, a gdy już coś było, to przypominało siano i było do niczego.
— Musisz wybrać się po... Cokolwiek, tak naprawdę. Wszystko po kolei się nam kończy; tragedia... — wymruczała Czereśniowa Gałązka. Westchnęła głośno i wstała. Zaczęła krzątać się, stękając od czasu do czasu, po wnętrzu legowiska. Raz po raz wyglądała w stronę wodospadu, wyczekując najpewniej powrotu asystentki z Zaćmioną Łapą. — Nie ma co... Czekanie jest bezcelowe. Posłuchaj mnie, Listek najpewniej wybrała się na poszukiwania przy klifach i plaży, istnieje szansa, że zahaczą o granicę z Klanem Nocy. Ty, moja droga, musisz, chociaż wiem, że niezwykle Ci się to nie spodoba, obrać kierunek na Złote Kłosy. Rośnie tam wiele ważnych roślin. No ale ty to wszystko wiesz...
— No dobrze... — pisnęła widocznie zmartwiona. Nienawidziła oddalać się tak bardzo od obozu. No a w dodatku może natknąć się na potwory dwunożnych. Wolałaby uniknąć takich wypraw za wszelką cenę, ale jeśli chce zostać kiedyś medyczka, musi być gotowa na takie niebezpieczne misję i poświęcenie.
— Chodź, poprosimy jakieś odpowiedzialne i porządne koty o pomoc. — machnęła ogonem i ruszyła na zewnątrz. Obóz był dosyć gwarny, zwłaszcza jak na porę wczesnowieczorną. Zwykle dopiero kończono treningi, wracano z łowów, wychodzono na patrol. Fioletowe oczy skanowały obecnych. Zatrzymała się na postaci Delikatnej Bryzy, która siedziała z kosem pod łapami. Widać, że kończyła już posiłek, a między kęsami rzucała pojedyncze zdania, najpewniej do leżącego obok Nocnego Kochanka. Kocur nie poruszył sie nawet o milimetr przez ostatnią godzinę. Dziarsko, jak na swoj wiek, przytruchtała do owej dwójki, zwracając się jednak wyłącznie do kotki.
— No i wtedy, choć stałam na zwykłej trawie, myślałam, że odpadną mi łapy albo że mi się od spodu poduszki zapalą! Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale niech ta Pora Spadających Liści już przychodzi, bo mi futro płowieje... — wyburczała liliowa, zastrzygając uszami, kiedy tylko usłyszała kroki starszej. Czekoladowy jedynie mruknął. — Och. Dobry wieczór Czereśniowa Gałązko, coś się stało?
— Pogoda i słońce się stała. Ziół mi wieczne brakuje, a muszę znaleźć kogoś, aby zaopiekował się Ćmią Łapą podczas szukania medykamentów; ja już jestem za stara na takie wyprawy... Czy jesteś zajęta Delikatna Bryzo?
— W żadnym wypadku! Z wielką chęcią wam pomogę, akurat dzisiaj byłam jedynie na krótkim polowaniu. Ubogim i męczącym, więc może tym razem Klan Gwiazdy ześle więcej zwierzyny pod moje łapy.
— Ja też pójdę... — Wszystkich zadziwił głos Nocnego Kochanka, który nagle odezwał się, wybudzony z półsnu. Otworzył jedno ślepie, które po kolei kierował na każdą kotkę. — Panienki nie powinny wychodzić same, samiutkie... A nawet mniejsza o to, ale trenowałem Promyczka w obozie i zaraz chyba przyrosnę do tego kamienia.
— Mówisz jakby cię siłą do niego przywiązali — zauważyła Czereśnia.
— Pilnowałem legowiska kociąt
— Ale nie mamy żadnych.
— Czepiacie się mnie, jak zwykle... — zarzucił teatralnie łapami. Medyczka przewróciła oczami, ale nie miała powodu, by odmawiać. Faktycznie bezpieczniej jest w obecności dwóch wyszkolonych kotów; nie doszłaby do siebie, jeśli Ćmie coś by się stało. — Kot chce zrobić coś dobrego, coś godnego oklasków, a tu mu na każdym kroku podcinają skrzydła... W tym świecie kotki o złotym, czystym sercu to szukać trzeba, ah trzeba...
— Jak nie mówisz nic mądrego, to zamilcz, błagam cię... — mruknęła dawna mentorka kocura i szybko zwróciła się do starszej. — Powiedz nam tylko gdzie mamy się kierować, a Ćmia Łapa będzie bezpieczna jak kocie przy piersi matki.
— Jak kocięta, których właśnie pilnuje Nocny Kochanek? — zażartowała medyczka. — Kierunek Złotych Kłosów. Zbieramy wszystko, co się nadaję do użytku; sytuacja jest tak krytyczna... — Wojowniczka skinęla głową i pacnęła przyjaciela w policzek. Wzdrygnął się i ziewnął przeciągle, jednocześnie zsuwając się z kamienia. Uczennica przypatrywała się dwójce dorosłych z lekkim sercem. Cieszyła się, że towarzyszyć będzie jej dwójka, która widocznie lubi spędzać ze sobą czas. Najgorsze co mogłoby ją teraz spotkać, to jakiś rozgadany kot, który od początku do końca próbowałby nawiązać konwersację. Nie musiała się tym przejmować, przynajmniej tak jej się wydawało. — Ćmia Łapa będzie was instruować czego dotykać a czego nie, ale jak dobrze pamiętam, to ty również wiesz dość sporo o lekarstwach, prawda?
— Coś tam wpadło... Bryzka mnie Wam sprzedawała, jak zaczynałem ją denerwować — miauknąl czekoladowy, wygładzając futro na piersi.
— Dobrze królewiczu, idziemy, bo nas noc zastanie. — pogoniła go liliowa, szarpiąc za ucho. — Prowadź Ćmo.
Srebrna kiwnęła prędko główką i ruszyła w stronę wyjścia.

* * *

Parli nieprzerwanie naprzód. Zbiory były skromne, ale najważniejsze, że jakiekolwiek były. Przez to, że jako jedyna nie posiadała wiedzy z zakresu medycznego, Delikatna Bryza została oficjalnym tragarzem całej wyprawy. Zaopatrzona w wielki liść buku, niosła kilka różnokolorowych kwiatów, parę łodyg i innych ziółek, które cudem nie uschnęły od żaru popołudnia. Niestety zamykały one pysk niewłaściwej jednostce.
— [...] No i w tamtym momencie, całkowicie oczarowany, myślę sobie, że w końcu znalazłem moją wybrankę. Kotkę zapisaną mi w gwiazdach i płatkach kwiatów. A właśnie takie piękne krzewy hortensji ja otaczały... A jakie ona miała zjawiskowe futro! Nie uwierzysz, ale cała była jak złoto poprzeplatane miedzianymi wstęgami, tylko mordeczkę, ah! Tą swoją rozkoszną mordeczkę miała jak chmurka białą... Lecz mimo serca ciepłego jak poranek, nie otworzyła go dla mnie... Lecz nie roń łez, kochana Ćmo, gdyż i ja ich nie uroniłem! — paplał Nocny Kochanek, opowiadając, po kolei, każdy swój nieudany romans. Wojowniczka idąca kilka kroków za nim przewróciła jedynie oczami; słyszała tę historię poraz piąty, przynajmniej. Szli równym tempem; nie chcieli przesiadywać długo przy polu, nawet jeśli zmrok przychodził wciąż stosunkowo późno. Wojownik już od jakiegoś czasu powrócił do opowieści, ale tym razem nikt go nie słuchał.
Uczennica skupiła się na wyglądaniu ziół; była w pełni skupiona, cała reszta świata dla niej nie istniała, nie w tym momencie. Niemal nie umknął jej warkot w tle, warkot dobiegający z okolic ich destynacji. Wojowniczka zastrzygła uszami, a za jej śladem poszedł przyjaciel. Dopiero ich pełne gotowości postawy i mordki zwróciły uwagę srebrnej. Sparaliżowało ją.
To były potwory dwunożnych.
W oczach stanęły jej łzy bezradności.
— Nie podoba mi się to, szalenie mi się nie podoba... — powiedziała szylkretka, wypuszczając tobołek pełen roślin. Zrobiła kilka niepewnych kroków, wyprzedzając wbitą w ziemie terminatorkę — Normalne było, że słychać te koszmarne warkoty bestii przy kłosach, ale jeszcze jesteśmy za daleko. To nie są te same potwory.
— Co robimy? — zapytał Miodek
— W-w-wracajmy... — wydukała przerażona Ćmia Łapa, która czuła, jakby jej język był jednocześnie zrobiony z wodorosta i ważył tyle, co głaz.
— Nie. Nie możemy tego tak zostawić — rzuciła wojowniczka, znów kierując się w stronę hałasów. Wyraźnie dobiegały one zza ściany krzaczorów, które w oczach bladookiej, były niczym mur, który daje jej ostatnią kapkę bezpieczeństwa.
''Dlaczego wojownicy są tacy śmiali i dlaczego tak nie szanują swojego życia?''
Pomyślała sobie i pokręciła głową. Wiedziała, że jest bezsilna. Mogła mieć wiedze na temat większości roślin, krzewów, drzew i innych potrzebnych rzeczy, ale jeśli w grę wchodzi bezpieczeństwo całego Klanu Klifu, musi pozwolić działać doświadczonym wojownik.
— Idziemy, ruszcie się. — pogoniła ich kotka. Nocny Kochanek równie niechętnie ruszył za nią, lecz poczekał, aż terminatorka wstanie, aby iść za nią; pilnował tyłów. — Musimy zdać sensowny raport Przyczajonej Kanii, postarajmy się dostrzec jak najwięcej, ale ty, Ćmia Łapo, nie odchodź ani na krok. — Koteczka kiwnęła ledwozauwalżnie Łebkiem.
Cała trójka zaczęła przedzierać się przez zarośla i jeżyny; kolce szarpały za futro, a ciemne soki, którym Słonce nadało cierpki aromat, roznosiły swoją woń dookoła. Sierść jeżyła się na grzbiecie srebrnej; była iście przerażona. Wszyscy starali się stawiać kroki w jak najbardziej cichy i delikatny sposób, co najlepiej wychodziło właśnie terminatorce, która jednak traciła wielki procent w niezauważalności przez swoje futerko. W końcu udało im się wydostać z plątaniny cierni. Widok, który otworzył się przed nimi nie, był tym, co zazwyczaj malowało się w okolicach Złotych Wzgórz. Duże połacie było całkowicie oczyszczone z życia; nie rosły tam krzaki, kwiaty czy cokolwiek innego, co nie jest krótką trawką. Zapachu zwierzyny nie dało się wydobyć spomiędzy smrodu spalin i swądu dwunogów, którzy kręcili się wokół swoich bestii. Robili... Coś?
Ćmia Łapa nie była pewna co, ale na pewno nie kręcili się tutaj bez powodu. Na środku wznosił się szkielet jakiejś budowli. Przypominało pojedyncze, wysokie i całkowicie proste, drzewa pozbawione gałęzi, kory i koron liściastych. To coś było duże... Duże i niepokojące...
— Co to, na wszystkich Gwiezdnych, ma być? — wywarczała Bryza, wychylając się bardziej z bezpiecznej kryjówki pomiędzy paprociami. — Śmierdzi tu śmiercią.
— Zło... — wydukała uczennica.
— Czyste zło. Nie masz nawet pojęcia jak ogromne i potężne — dokończyła druga kotka. Na skutek tych słów grzbiet nastroszył się najmłodszej jeszcze bardziej, o ile było to możliwe.
— Widywałem takie rzeczy, te ich wszystkie... Srebrne, lśniące potwory... — odezwał się czekoladowy — Czasami coś dzięki nim powstawało, a innym razem, upadało. Tutaj zdecydowanie chcą coś postawić...
— Straszą zwierzynę; czujecie? — dwójka jednocześnie pokręciła głową — No właśnie... Pustka, i to na Złotych Kłosach... Nie możemy na to pozwolić. To niebezpieczna strata dla całego klanu.
Nagły trzask przerwał Delikatnej Bryzie. Jak oparzeni, wszyscy zwrócili swój wzrok w kierunku hałasu. Runo leśne trzęsło się i szumiało. Czuć było łysego. Oczy uczennicy rozszerzyły się jak księżyc w pełni. Musiałą uciekać. Musiała! Wszyscy musieli.
W końcu go zobaczyli, a on zobaczył ich. Dwunożny stał kilka kroków od nich; górował zdecydowanie, a jego paszcza wykrzywiona byłą w gniewnym grymasie. W łapie trzymał jakieś dziwne patyki. Szybko zaczął coś wykrzykiwać i wymachiwać przyrządem.
— Zawszone brudasy! Zaszczacie wszystko i znowu będzie kocurem walić w tym ukropie! — wykrzykiwał, ale do uszu trójki docierał jedynie niezrozumiały, acz jasny w przekazie, bełkot. Odpowiedzią na niego było wianie. Szybkie.
Pierwszy do pędu rzucił się Nocny Kochanek, który przez pierwsze kilka susów nawet nie obejrzał się za siebie, czy aby na pewno kotki za nim podążają, czy nic im się nie stało. Zaraz w jego ślady poszła Ćma, która tylko czekała na pozwolenie, w byle jakiej formie, do brania nóg za pas. Najdłużej przyglądała się liliowa, której fascynacja dzielnie walczyła z panicznym lękiem. Ostatecznie też ich dogoniła.
Podążanie za tak szybkim i sprawnym biegaczem jak miodowy wojownik obudziło w Ćmie podkłady siły i prędkości, o jakich nawet jej się nie śniło. Wiadomo, nie dotrzymywała mu kroku, ale ani na momencik nie straciła tempa, ani nie została w tyle. Nagle jednak zobaczyła, jak kocur cudem unika wywrotki. Przeraziła się po raz setny, gdyż w jej główce, oczywiste było, że straszny paszczur dalej ich goni, co oczywiście nie było prawdą.
Koziołek Nocnego Kochanka był na wysokości Kaczego Bajorka. Wojownik prędko wstał na równe łapy, ale gdy chciał wykonać następny krok, skrzywił się i usiadł, podnosząc lewą łapkę poduszką do góry. Terminatorka wraz z dawną mentorką kocura szybko doskoczyły do niego.
— Co się stało? — zapytała szylketka, spoglądając na ranę. Była spora, całkiem głęboka. Spomiędzy paliczków sączył się obfity strumień krwistej posoki, barwiąc spaloną trawę na szkarłat.
— Upadłem, poślizgnąłem się na patyku i musiałem uderzyć o ostry kamień.
— Proszę... pokaż — wypiszczała wciąż rozdygotana srebrna. Myśl o leczeniu delikatnie ją uspokoiła. Zrobi coś, co umie. Coś, w czym jest dobra. Żółtooki zniżył łapę, aby mogła ją zbadać. Jednym liźnięciem terminatorka pozbyła się nadmiaru brudu i krwi, dzięki czemu mogła bez problemu obejrzeć i zająć się opatrunkiem. Przypomniała sobie o zielnym tobołku, który pozostał przy dwunożnych; co za strata... Był w niej szczaw, który mógłby się przydać. Najważniejszym było zatamować krwawienie; wszystko inne może czekać. Wzięła więc kilka podłużnych liści i zaczęła próbować owijać je tak, aby trzymały się siebie. Ostatecznie wspomogła się żywicą.
— Ciekawy opatrunek... Dziękuje Ci — wyraził aprobatę poszkodowany. Delikatna Bryza ciągle, niczym oparzona, rozglądała się za siebie. Nie czuła się ani pewnie, ani bezpiecznie. Musieli wrócić. Musieli podzielić się tymi informacjami, aby nikt nie ucierpiał.
— Pośpieszcie się, to sprawa najwyższej wagi... Nie może czekać aż skończycie sobie dziękować. Jak tylko wrócimy, ide złożyć raport Przyczajonej Kanii, a wasza dwójka leci do legowiska medyków. Ruchy!

[3527 słów]

[przyznano 71%]

Wyleczeni: Pokrzywowe Zarośla, Nocny Kochanek

01 listopada 2024

Od Cykoriowego Pyłku Do Marionetki

 Minęło sporo księżyców, od kiedy znalazł się w norze Zmory. Nie było to przyjemne miejsce, zważając, że nawet łap nie mógł wyprostować. Podjął pierwszą próbę ucieczki, a zakończyła się ona tragicznie. Zatrzymany został przez Zgrzyt i jej siostrę, które później zaciągnęły go z powrotem do środka i podały mu nasiona maku na uspokojenie. Jak się później okazało, siostra liliowej kotki, która zwała się Ryk, została jego nową partnerką, chociaż nie wyraził na to swej zgody. Traktowała go jak swego ukochanego, co chwilę dbając o jego futro i przynosząc mu zwierzynę do zjedzenia. To ona wtulała się w jego futro, chociaż sam bał się ją odepchnąć. Ostatnio, gdy to zrobił, to skończyło się tylko blizną na jego poliku. Czarna pointka była nieprzewidywalna i to go niepokoiło.
 - Ugh. Zgrzyt, gdzie jest matka? - Warknęła kocica, podnosząc głowę z futra Cykorii. Jej wzrok wbił się w jej siostrę, która siedziała w składziku z ziołami. - Już dawno powinna wrócić.
 - Zmora spotkała po drodze jakieś koty i postanowiła im pomóc. - Opowiedziała druga kocica. - Gdybyś widziała, w jakim stanie są oni, to nie przeszłabyś obojętnie.
 - To tylko wymówki, które zawsze używasz. Po prostu powiedz mi, że ponownie poszła do swoich dwunożnych po zioła i do wyroczni, a nie wciskaj mi kłamstwa. - Kotka wróciła wzrokiem na cynamonowego. - Chociaż mam mojego partnera przy boku. Inaczej byś musiała słuchać mojego narzekania.
 - Powinnaś się cieszyć, że nawet przy takich upałach posiadamy wszystkie potrzebne zioła. Nawet jeśli są zabierane od dwunogów. Zmora dba, chociaż o to. Dobrze, że przyjęła nas pod swoje łapy, bo inaczej zginęłybyśmy przy następnym opadzie białego puchu.
 - Przesadzasz jak zwykle Zgrzyt. Może ty byś skończyła, wąchając kwiatki od spodu, ale ja trzymałabym się dobrze. Pewnie los pokierowałby mnie na drogę mojego kochanego piórka i siedzielibyśmy gdzieś razem w norze jak teraz. Prawda kochany? - Zapytała Cykoriowego Pyłku, co tylko zestresowało go. Jak miał odpowiedzieć? Co jak odpowie źle i znowu oberwie? - Och, małemu ptaszkowi wyrocznia odebrała głos. Na szczęście ma mnie, a ja wiem, o czym myśli i jestem tym ja. - Cichy śmiech liliowej dotarł do uszu wojownika, przez co tej skierował swój wzrok na nią. Ryk tylko warknęła coś pod nosem, ponownie wtulając się w jego futro. Zapanowała chwilowa cisza, którą przerwał głos czyiś kroków. Z każdym mrugnięciem powieki stawały się one głośniejsze. Ktoś się zbliżał i miał nadzieję, że nie jest to czarna kocica.
 - Ugh, wreszcie wróciła. - Powiedziała ciemna kotka, wstając i udając się do drugiej z towarzyszek kocura. - Ile można było na Ciebie czekać Zm-... - Zaczęła, kierując swój wzrok w stronę wyjścia z legowiska, jednak nie dokończyła. Zamiast Zmory, na którą oczekiwała Ryk, w wyjściu pojawiło się znane mu rude futro. Od razu rozpoznał zdrajcę klanu, którym okazał się Ważkowy Lot. Był tu już raz, widział go. Niestety rana pozostawiona mu przez pewnego wojownika, stwarzała dla niego dużo problemów, które zielarki mogły szybko naprawić. Teraz ponownie się pojawił, trzymając królika w pysku, którego położył pod łapami liliowej kotki.
 - Zapłata za ostatnią przysługę. - Rzucił krótko, gdy zły wzrok samotniczek padł na niego. Rozglądnął się wokół, a jego wzrok padł na przewodnika, który wpatrywał się w niego od dłuższego czasu. - Widzę, że Zmory nie ma, a chciałem z nią porozmawiać. Za to dalej trzymacie mojego przyjaciela i to nawet w dobrym stanie. Jak się trzymasz Cykoriowy Pyłku? Powinieneś mi dziękować, że znalazłem Ci kogoś, kto jest w stanie Cię pokochać. Jeszcze byś zginął przez głupią miłość skierowaną do mej siostry. Jesteś ślepy, jeśli nie mogłeś dostrzec jej ostry kłów i pazurów.
 - Za to ty jesteś głupi, uważając, że zdrada klanu da Ci jakiekolwiek korzyści. - Odsyknął niebieskooki. - Obserwująca Gwiazda z pewnością tu mnie znajdzie, a ty zginiesz z naszych łap. Klan Gwiazdy poślę Cię do bezgwiezdnego miejsca, gdzie będziesz gnić wraz z Niknącym Widmem. - Śmiech, to jedyne co usłyszał w odpowiedzi od Ważki. Dwójka samotniczek była zdziwiona nagłą wymianą zdań kocurów, jednak postanowiły nie ingerować. - Teraz żałuje, że nie dałem Małej Koszatniczce wydłubać Ci i Pszczelej Łapie oczu. Teraz pewnie leżałbyś martwy.
 - Ojej, głupiutki przewodnik żałuje swoich czynów. No cóż, czasu nie zmienisz. - Rzucił rudy samotnik. - Tak samo, jak nie wycofasz słów odnośnie braku akceptacji Kniei, które mi powiedziałeś. Byłeś taki naiwny… Musiałbyś zobaczyć jej minę, kiedy jej powiedziałem o tym. Niezapomniany widok. Teraz może żałować swoich słów i czynów jak ty.
 - Byłeś moim przyjacielem, a postanowiłeś rzucić to w bok dla jakichś ziół. Mam nadzieję, że mimo wszystkiego Kwiecista Łapa zatopi w tobie swe kły!
 - Nawet teraz nie możesz przyjąć do siebie, że jest przewodnikiem, a nie uczniem. - Ważka zrobił krok w stronę Cykorii, na co ten odsunął się od niego, uderzając o ścianę nory. - Ja uważam za to, że z chęcią wbije swe kły w Ciebie, gdy teraz wie, że popełniłeś taki błąd. Utopi Cię, a może zakopie żywcem w tunelach, kto wie? A Obserwująca Gwiazda nawet nie spojrzy w twą stronę i pozwoli jej działać. Wiesz czemu? Bo jest kot-... - Przerwał, zdając sobie sprawę, że w jego słowa wsłuchują się też inne koty. - Bo jest ona okropną przywódczynią, a gdy reszta Klanu Burzy zda sobie z tego sprawę, to wyląduje w swej kochanej dziurze. - Zbliżał się w kierunku cynamonowego, jednak nim zdołał stanąć przed nim, to Ryk zagrodziła mu drogę.
 - Myślę, że wystarczy Ci tej małej rozmowy. Bo powoli zaczynasz przekraczać granice naszej małej umowy, a wtedy nici z naszej opieki. - Po tych słowach Ważkowy Lot cofnął się do składziku, na co ta tylko prychnęła. - Zmory nie ma. Przyjdź jutro o zachodzie słońca, nim postanowię wbić me pazury w twe futro. - Ostatni raz rudy kocur posłał zły wzrok w stronę Cykorii, nim zniknął z jego pola widzenia.
 - Denerwuje mnie już on. Nie rozumiem, jak matka może z nim wytrzymywać. Już dawno powinniśmy go zabić. - Rzuciła tylko Zgrzyt, powracając do sortowania ziół. - Tyle problemów dawno by znikło. Jak jeszcze raz zacznie swoją gadkę o miejscach kotek, to mu tak pysk powykrzywiam, że nie wiadomo, czy będzie to kotka, czy kocur.
 - Też mam go dość, jednak może matka wie, co robi. Może jednak dalej mamy z niego jakieś korzyści. - Wzrok kotki powrócił na przewodnika, a jej pysk momentalnie zmienił się ze złości na łagodny uśmiech. - Próbował skrzywdzić moje piórko. Teraz jest przerażony i zestresowany. Mamy jeszcze jakieś ziarna maku?
 - Wcześniej narzeka na zbieranie ziół, a teraz chcę z nich skorzystać. Nigdy Cię nie zrozumiem Ryk. A odpowiadając na twe pytanie, mamy, ale małą ilość. Nie musisz wykorzystywać wszystkiego na swego ukochanego.
Pointka zwróciła wzrok w stronę składziku, do którego później zmierzyła, aby przeszukać w nim skalne półki w poszukiwaniu wcześniej wspomnianego zioła. Z pewnością nie spodziewała się, że czarna kocica wejdzie do nory i wbiję w nią swój wzrok.
 - Dobry wybór Ryk, właśnie tego potrzebowałam dla naszego nowego pacjenta. - Powiedziała kotka, co sparaliżowało samotniczkę. Obróciła się powoli, kierując swe brązowe oczy na kota stojącego w wyjściu. - Nie możesz ciągle odurzać swojego partnera, bo tylko wprowadzisz go w zły nawyk. Odłóż to. - Młodsza tylko prychnęła, odkładając nasiona maku na wcześniejsze miejsce, po czym jakby obrażona ułożyła się obok Cykoriowego Pyłku.
 - Kto niby jest taki ważny, że zasługuje bardziej na zioła niż moje piórko? - Zapytała Ryk, wtulając się w jego futro. - Gdyby nie ta ruda kupa futra, to nie musiałabym go uspokajać.
 - Ważka był tu dziś? Huh. Czego chciał?
 - Coś tylko rzucił, że chce Cię widzieć, a Ryk umówiła was na jutrzejszy zachód słońca. - Powiedziała Zgrzyt.
 - Inaczej by się nie odczepił mego piórka! Nie wiem, co oni mają wspólnego, ale na pewno nic dobrego. Wspominali o jakiejś… Jak ona miała na imię? O! Obserwującej Gwieździe i Klanie Burzy. Jakieś dziwne te nazwy.
 - Wiesz, że jestem obok Ciebie, prawda? To nie są dziwne nazwy, a Klan Burzy to moje miejsce ur-... - Zaczął kocur, jednak przerwała mu ponownie kotka.
 - Ciii! Dziwne miejsca i nazwy. Na szczęście nie jesteś już tam, a z nami.
 Zmora odwróciła się, wbijając wzrok na coś, co było za nią. Głową tylko wskazując do środka nory, nim sama nie znalazła się cała w składziku. Zaraz za nią wszedł jakiś kot, którego widział on pierwszy raz na oczy.
 - Nie przejmuj się nimi, oni tak zwykle. Pozwól, że Ci ich przedstawię. - Zaczęła czarna kocica. - To jest Zgrzyt i Ryk, moje dwie córki. Częściej je tu spotkasz niż mnie i nie musisz się ich obawiać. Znają się tak dobrze na zielarstwie, jak ja. - Ogonem wskazała na obie kocice, a na końcu wskazała na Cykorię. - A ten tu… Nie nazwaliśmy go jeszcze. Zwracaj się do niego, jak tylko chcesz, Ryk woła na niego piórko.
 - Jestem Cykoriowy Pyłek, a nie jakieś piórko. - Rzucił cynamonowy, jednak szybko żałował swoich słów, bo przeszył go mocny ból, spowodowany przez kły Ryku. Kocica ugryzła go w kark jakby nic!
- Czy ktoś pytał Cię o zdanie? - Zapytała starsza kotka z uśmiechem na pysku, a słysząc pisk bólu przewodnika, kontynuowała. - No właśnie. Lepiej jak siedzisz cicho piórko. - Odwróciła się tyłem do nieznajomego, chwytając nasiona maku i kładąc je pod łapami kota. - To powinno pomóc Ci z bezsennością. Uznaj to za podarunek od nas w ramach miłej rozmowy.
 Nieznajoma tylko wlepiła wzrok w mak przez chwilę, po czym położyła jakieś mocno pachnące zioła i biorąc ziarna, opuściła tak szybko norę, jak się w niej znalazła. Wydawało mu się to dziwne, jednak nie tak dziwne, jak nagły atak kogoś, kto miał być jego partnerką. Coś było nie tak z tymi kotami i to wyczuł od razu. Na Klan Gwiazdy, czemu to on tu musiał się znaleźć? Czemu nie porwały Ważki? On zasługiwał na takie tortury bardziej niż on. Po krótkim zastanowieniu doszedł do wniosku, że były wojownik Klanu Burzy byłby zbyt ryzykowny, aby trzymać go uwięzionego w norze.
 - Za mocno go ugryzłaś. A mówiłam Ci, że miałaś to robić lekko. - Powiedziała Zmora, gdy bura kotka zniknęła z nory. Chwyciła ona pajęczynę i podeszła do cynamonowego, przykładając ją do jego nowej rany. Ryk tylko przewróciła oczami na słowa matki. Musiał się stąd wydostać jak najszybciej.

npc: Ważkowy Lot, Zmora
wyleczeni: Marionetka, Umakini, Mrówkolew


<Marionetko?>

Kalafior urodziła!

Kalafior urodziła trójkę rozkosznych szkrabów!

 

Brukselka

Od Zaćmionej Łapy

Tego dnia pogoda była… Cóż, przyjemna? Słońce przyjemnie grzało, a ptaki śpiewały ich ptasie pieśni nie przerywając ani na jedną chwilkę, czego chcieć więcej? Ciszy. Zaćmiona Łapa pragnęła niczego więcej niż ciszy. Jeden spokojny wieczór, ale nie! Czereśniowa Gałązka wysłała ją po odrobinę jagód jałowca, o których ostatnio ją uczyła, oraz do pomocy jej wyznaczyła nikogo innego jak Delikatną Bryzę. Delikatna Bryza to średnich rozmiarów kotka, nie była ona duża, ale nie była też mała. Futro kotki było schludnie wyczesane oraz starannie ułożone, podczas gdy pędzelki na jej uszach były napuszone oraz roztrzepane we wszystkie cztery strony świata. Spoglądając na te chaotyczne puszki wariujące na uszach młodej wojowniczki, młoda medyczka powoli zaczynała jej współczuć. Chociaż szybko to współczucie zniknęło, gdy ta ponownie się odezwała.
— Możesz się pośpieszyć? Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia zanim zajdzie słońce. — mruknęła szylkretka, przecierając łapą swoje liliowe futro. Kolejną śmieszną cechą wyglądu jaką zauważyła Zaćmiona Łapa, były te urocze białe “skarpetki” na czterech łapach wojowniczki. Z perspektywy młodszej wyglądało to… Cóż, komicznie. — Proszę? — dodała wojowniczka, poprawiając się, gdy doszło do niej jak nieuprzejmie mogły zabrzmieć słowa kotki wypowiedziane do młodej uczennicy. Nie chciała przypadkiem zajść za skórę młodszej…
— Oh, Delikatna Bryzo! Na co ten pośpiech? Jestem pewna, że Przyczajona Kania zrozumie jeśli nie wykonasz wszystkich obowiązków… — powiedziała rudo czarna szylkretka, uśmiechając się do wojowniczki, na co ta westchnęła. Szansa była duża, że zastępca Klanu Klifu faktycznie zrozumie to, że ta została wysłana jako “pomoc”, mimo, iż Zaćmiona Łapa jej nie potrzebowała, chociaż szansa na to, że kocur tego nie zrozumie była równie duża, a może i odrobinę większa. — Potrzymaj to, dobrze? Ah! A tylko zmiażdż chociaż jedną z nich to ci wąsy powyrywam. — zaśmiała się, gdy dojrzała szeroko otwarte oczy wojowniczki na jej groźbę. Oczywiście, ta już zdołała przypadkiem ścisnąć zębami kilka jagód na gałązce, gdy młodsza ją jej podała. Zaćmiona Łapa następnie ruszyła do krzaku obok, zbierając kolejne gałązki granatowych jagód oraz odkładając je na bok. Gdy przyniesie ich wiele nie będzie musiała zbierać ich dużo w najbliższym czasie… Czyż nie? Cóż, zawsze jakiś plus!
— Długo jeszcze? Łapy mi sztywnieją. — narzekała wojowniczka. Momentami brzmiała jak kotka ze starszyzny, którą zmusili do wstania z legowiska, aby uczeń je wymienił. Zaćmiona Łapa pokręciła głową zrezygnowana, a następnie ponownie zabrała głos, nie dając jej dojść do słowa.
— Cierpliwości, nigdy nie wiesz, czy to ty będziesz potrzebować tych jagód za jakiś czas. Obiecuję ci na Klan Gwiazdy, że jeśli jeszcze raz zapytasz mnie, ile jeszcze będę zbierać te jagody, zadbam o to, że gdy ty ich będziesz potrzebować, nie podam ci ani jednej! A teraz cicho, bo muszę się skupić. — mruknęła uczennica, strzepując ogonem na wojowniczkę. Czasami trzeba takich postawić do pionu, gdy pozwalają sobie na za wiele. Rozumie ona zmęczenie, ale wypada uszanować pracę drugiego kota, szczególnie gdy ten robi ją dla całego klanu, a nie tylko siebie. Tyle dobrego, że groźba Zaćmionej Łapy zadziałała i reszta zbierania ziół odbyła się bez zbędnych komentarzy wojowniczki. Niedługo po ich ostatniej wymianie zdań obie kotki bezpiecznie wróciły do obozu, chociaż teraz Delikatna Bryza mogła być odrobinkę zła na Zaćmioną Łapę… Co poradzić?
[512 słów - Trening medyka]

[przyznano 10%]
Event NPC - Delikatna Bryza

Od Czernidłaka

Szedł na czele patrolu, uważnie lustrując wzrokiem otoczenie. Słońce górowało nad kotami, grzejąc ich karki, a powietrze było parne, ciężkie. Jasne promienie utrudniały widoczność, rażąc po oczach. Pogoda zdecydowanie nie była idealna na poszukiwania zaginionego ciała Przebiśniega, jednak dla grzybowego nie miało to większego znaczenia. Musieli znaleźć sprawcę tego całego zamieszania i zabić go. Rzucił krótkie spojrzenie Pumie. Bicolor wlókł się z tyłu, przygnębiony i małomówny. Znajdzie tego, kto porwał ciało i rozprawi się z nim. Dla niego.
Zaczęli zbliżać się do okolic Śmietniska oraz Dębowej Ostoi. Czernidłak czuł potrzebę upewnienia się, że nie ma tam żadnych śladów tajemniczego złodzieja. Jakiś czas temu Topola znalazł skrawek sierści Przebiśniega na Rozlewiskach, więc tamte okolice wydawały się najlepszym miejscem na poszukiwania.
Grzybowy wkroczył do gęstego lasu i zerknął przez ramię. Koty z jego patrolu podążały za nim, rozglądając się czujnie dokoła.
— Rozejrzymy się jeszcze tutaj i zakończymy na dzisiaj. — Oznajmił.
Przemykając między wysokimi drzewami kocur dostrzegł podejrzanie rozkopaną ziemię. Zatrzymując się, dał znak ogonem reszcie patrolu, aby chwilę poczekali. Podszedł do osłoniętego od słońca miejsca i przyłożył nos do podłoża. W powietrzu unosił się delikatny, zwietrzały zapach patrolu łowieckiego... Najprawdopodobniej ktoś rozkopał ukrytą wcześniej zwierzynę i zjadł ją... Czernidłak ściągnął brwi, odwracając się w kierunku reszty kotów. Członkowie patrolu wymieniali ze sobą zmieszane spojrzenia, a kilka z nich zjeżyło sierść, poszeptując cicho.

Nowi członkowie Klanu Gwiazdy!

SKACZĄCA CYRANKA

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Zagryzienie przez lisa

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

PORANNY FERWOR

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Zagryzienie przez lisa

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

KSIĘŻYCOWY BLASK

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Wykrwawienie się

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Tuptającej Gęsi CD. Piórolotkowego Trzepotu

 To miał być dzień taki jak zwykle. Ponownie wyszła z legowiska, przeciągając się i w myślach układając plan patroli, które miała wysłać na tereny Klanu Nocy. Sama chciała poprowadzić jeden, który miał sprawdzić pobliskie tereny niczyje w nadziei, że znajdzie na nich większą ilość zwierzyny. Upał, jaki panował był nie do zniesienia, co widać było nie tylko przez współklanowiczów, którzy częściej wybierali się na kąpiele w pobliskiej rzece, jednak też przez ilość zwierzyny na stosie. Niepokoiło to Gąskę. Był to następny problem, z którym musiała się zmierzyć, chociaż naprawdę nie chciała. Nagle obok niej pojawiło się niebieskie futro, które kojarzyła zbyt bardzo. Była partnerka Kawki, którą jej kuzynka sprowadziła z innego klanu, aby później odejść z klanu i ją porzucić dla jakiejś czekoladowej kotki. Nie mogła wyobrazić sobie, jak czuła się Księżycowy Blask, kiedy usłyszała o tym, co postanowiła zrobić jej partnerka. Gdyby tak zrobił jej Kolcolistne Kwiecie, to osobiście by go dopadła i wtedy żałowałby tego wyboru bardziej niż czegokolwiek w życiu. Pokierowała swoje zielone oczy w stronę wojowniczki.
 - Księżycowy Blask? Nie sądziłam, że zobaczę Cię tu tak wcześnie. - Powiedziała zastępczyni, a na jej pysku zagościł lekki uśmiech. Kotka była jedną z nielicznych, z którą Gęś lubiła spędzać czas. Wpasowała się w Klan Nocy i przyznałby to każdy. Nie rzucała się w oczy i żyła swoim spokojnym życiem wraz z córką oraz ojcem jej córek. Życie idealne, a przynajmniej o takim marzyła czarna zastępczyni. Jednak życie chciało inaczej i wylądowała w centrum uwagi każdego kota. Mimo iż każdy jej ruch, każde działanie, było poddawane ocenie przez inne koty, to nie chciała zmienić swego życia. O tym marzyła, do tego była stworzona. Taka była jej droga i nie mogła jej zmienić.
 - Tuptająca Gęsi, miałabym mieć małą prośbę do Ciebie? - Zapytała wojowniczka, co wzbudziło tylko jej ciekawość. - Zauważyłam, że od czasu stracenia kończyny Skacząca Cyranka nie jest angażowana w dużo rzeczy. Sama wiem dlaczego, jednak nie chcę, aby skończyła smutna w starszyźnie, jeszcze tak dużo możliwości jest przed nią. Dlatego chciałabym prosić Cię w moim imieniu oraz w imieniu Porannego Ferwora, o wzięcie mnie, jej oraz go w jeden patrol. Tak, żeby ją rozruszać i pokazać, że może iść dalej. Wiem, że o dużo proszę, ale przemyśl to, zanim podejmiesz decyzje.
Więc o to chodziło. Księżycowy Blask bała się o dobrostan swej córki, wraz z Porannym Ferworem i postanowili poprosić ją o małą przysługę. Nie było to coś dużego, co mogło zmienić wszystkie plany Gęsi na ten dzień, jednak nie tak małego, że mogła to pominąć. Zastępczyni westchnęła tylko cicho.
 - Oczywiście Księżycowy Blasku. Możesz przekazać wojownikowi i swojej córce, że wyznaczę was na wieczorny patrol. - Powiedziała zastępczyni, co zdziwiło jej towarzyszkę. - Uznaj to za przysługę, za którą nie musisz się odwdzięczać.
 Jak powiedziała, tak więc zrobiła. Wybrała trójkę kotów na patrol, który miała sama poprowadzić, dodając do niego Piórolotkowy Trzepot, który przemknął jej przed oczami. Widziała uśmiech na pysku niebieskiej kotki, co cieszyło ją. Po ogłoszeniu patroli znalazła się u boku Kolcolistnego Kwiecia, wtulając się w niego. To był ten dzień, idealny moment, w którym mogła zrealizować swój plan. Zaprowadziła go na skraj obozu, który już dawno uznała za stosowny. Tu ukryła jedną małą rzecz, którą teraz odkopała i szybko chwyciła w pysk. Żółte oczy kocura, podążały za czarną kocicą, aż do momentu, gdy nie padły na muszelkę, którą zastępczyni położyła przed nim.
 - Kolcolistne Kwiecie, myślałam o tym długo. Myślałam o nas i o tej całej relacji między nami. - Zaczęła niepewnie Gęś. Niby miała wszystko ułożone w głowie od dawna, jednak kiedy przyszedł ten moment, to zaczęły nagle zanikać w jej głowie. - Myślę, że ty jesteś tym jedynym, który podbił me serce. Dlatego chciałam zapytać… Czy nie chcesz dzielić ze mną łowów do śmierci i nawet po niej? - Pytanie ledwo przeszło jej przez pysk, a jej wzrok był wbity w jej ukochanego. Szukała jakiegoś znaku, który mówiłby cokolwiek o jego reakcji. Zgodzi się? Odmówi jej? Nie wiedziała i tego obawiała się najbardziej. A co jeśli ją odrzuci? Nie wyobrażała sobie takiej opcji. Kolcolistek nie byłby do tego zdolny, prawda?
 - Tak! - Krótka odpowiedź, która dotarła do uszu zastępczyni, wzbudziła u niej tyle pozytywnych emocji, które uderzyły ją momentalnie. - Oczywiście, że chcę dzielić łowy ze swoją ukochaną.
Wreszcie coś szło po jej myśli, miała swoje szczęśliwe życie u boku niebieskiego wojownika. Dwójka kotów wtuliła się w siebie, rozkoszując się chwilą. To było jej marzenie, jej cel, do którego dążyła od dawna. Czuła się w odpowiednim miejscu i chciała, aby ów uczucie trwało najdłużej, jak to tylko było możliwe.
 - Wieczorem, jak wrócę z patrolu, udamy się do Sroczej Gwiazdy prosić o błogosławieństwo. - Rzuciła tylko, wtulona w futro towarzysza.

*****
Tw: Krew, śmierć

Od Piórolotkowego Trzepotu do Tuptającej Gęsi

 Lotek, o ile uwielbiał każdą porę roku pod względem romantycznym, tak nie przepadał za gorącem. Unikał otwartych terenów jak słońca, szczególnie w porze zielonych liści, siedząc całe dnie w wodzie, dlatego też nie był szczęśliwy z wyboru na patrol. Sapnął jedynie, przygotowując się na cierpienie i prosząc w duchu, by nie wychodzili na nagrzane łączki. Niestety, przeprawa przez nie była nieunikniona, dlatego też zaproponował, by starali się szukać cienia. Wątpił, by chcieli go potem nieść, przez nagły udar słoneczny. Dodatkowo, mieli ze sobą Skaczącą Cyrankę. Współczuł jej utraty łapy, chociaż starał się za bardzo nad tym nie rozwodzić, na pewno nie chciała, by ją postrzegano jak kalekę. Mimo wszystko czuł potrzebę zaprotestowania przed braniem jej na patrol, jeszcze gdzieś daleko, podczas suszy. Co, jeśli się coś stanie? A jeśli nawet nie chodzi o ,,stanie się", to idąc bardziej logicznym tokiem rozumowania, kotka w pewnym momencie mogłaby przeszkadzać, nie miał jednak zamiaru powiedzieć tego na głos, a tym bardziej nie do samej bezłapej. W końcu cenił sobie kotkę, z jakiej racji miałby ją ranić? Był świadom, jak pewne komentarze mogą działać na różne koty i wolał tego oszczędzić i sobie i innym. Zamiast tego podszedł do kotki, już na wstępie z lekkim uśmiechem. 
- Zanim gdziekolwiek dojdziemy to upadniemy zanim w ogóle wyjdziemy z obozu - Zaczął uśmiechając się lekko - Przy tej temperaturze z chęcią oddałbym komuś połowę swojego futra. 
- Postaraj się nie upadać, bo wtedy będę musiała cię ciągnąć. Nie obiecuję delikatności - Złota uśmiechnęła się szerzej, pokazując swoje zdrowe ząbki, które na pewno po wbiciu się w skórę mogły zostawić za sobą szlaczek. 
- Cóż, w takim wypadku moje grube futro będzie miało jakieś zastosowanie - Odpowiedział jedynie, już chwilę później dreptając z resztą grupy, gdy tylko Gęś dała znak na wyruszenie z obozu. Podróż nie była taka zła, jeśli wziąć pod uwagę postoje i próby trzymania się zacienionych miejsc, oraz pierwsze rozmowy, których zadaniem było utrzymanie jakiejś koncentracji, by nie zginąć w objęciach upału, który mimo wszystko malał z czasem, wraz z zachodzącym słońcem. Pomimo, że początkowa werwa była całkiem, całkiem, tak z czasem zaczynała stopniowo maleć, pozostawiając grupę w jakiejś ciszy. Jedynie Tuptająca Gęś zdawała się być w dobrym nastroju. Lotek po pewnym czasie spowolnił, zostając nieco w tyle grupy wraz z Cyranką, która pomimo dobrych chęci nie mogła nadgonić reszty z powodu swojej łapy. Lotek natomiast, miał zwyczajnego pecha z grubym futrem i kondycją. Zerknął ukradkiem na kotkę obok niego, chwilę później ślizgając się wzrokiem na miejsce, gdzie kiedyś była łapa. Przez myśl przeszło mu, że gdyby oddać jej łapę, to śmigałaby jako jedna z lepszych, a on mógłby cieszyć się i brakiem łapy i kiepską kondycją. Cyranka była idealnym przykładem zmarnowanego potencjału. Zaraz odwrócił wzrok, patrząc przed siebie na koty idące przodem. Chciało mu się pić i dawało to mało przyjemne skutki. Zaczynał być rozdrażniony, mało skoncentrowany i zwyczajnie zmęczony, przez co zahaczenia łapami o wystające trawy działały na niego jak dodatkowy rozdrażniacz. Zdziwił się jednak, gdy minęli oznaczenia graniczne. Zerknął na córkę Kawki, która wzruszyła tylko barkami, po czym na Gęś, która zdawała się wiedzieć co chce zrobić. W sumie, nie było w tym nic dziwnego, w dodatku ich głowy przykrył cień z koron drzew, więc kocur mógł na moment odetchnąć. Nie czuł się jednak spokojnie. Zaczynało być coraz ciemniej, cienie wydłużały się i wiły nieprzerwanie, tworząc niepokojące kształty. O ile nie bał się nocy na swoich terenach, tak na nieznanych ziemiach poczuł dreszcz przebiegający mu po plecach, pomimo wciąż wysokiej temperatury. Wziął jednak oddech, przyspieszając trochę by dogonić resztę grupy, z zamyśleniem patrząc na grube pnie, powoli i dziwnie poruszające się przez siłę powietrza. Gdzieś w tyle słyszał miarowy stukot łap Cyranki, które zlewały się z otoczeniem, tworząc jakąś dziwną harmonię, całkiem usypiającą. Szumiący wiatr potrząsający koronami drzew, który podobny był do spokojnej, dziecięcej kołysanki, zbyt późno dał znać o niebezpieczeństwie, które pozornie ukryte, było całkiem blisko. 

TW OPISY BRUTALNE 

Od Mżącej Łapy (Mżącego Przelotu)

Wyjrzała z uczniowskiego legowiska, z Siwą Łapą tuż obok. Kocurek czekał na swojego ojca, a ona - na Nimfie Zwierciadło.
— I- I będziemy znowu pływać!! – miauczał jej nad uchem od samego ranka – I tata tak świetnie pływa! I ja też tak będę!
Z westchnieniem pokiwała głową, mrucząc coś na zgodę. Wcześniejszej nocy nie zmrużyła oka nawet na moment, zbyt zajęta snami na jawie. Teraz tego żałowała, bo piski młodszego ucznia wręcz rozsadzały jej głowę. W końcu zrezygnowana bąknęła coś na pożegnanie, i życzyła mu miłego treningu. Bez dalszego wytłumaczenia wyszła na zewnątrz, rozglądając się w ostrym słońcu za swoją mentorką. Nie umawiały się na żadne wyjście, ale trenowały prawie codziennie - nie wiedziała, dlaczego nie miałyby dziś. Zamyślona prawie weszła prosto na Kotewkowy Powiew, siedzącą tuż pod żłobkiem.
— Oh, uważaj proszę – mruknęła starsza, podnosząc głowę znad posiłku – Mżąca Łapo, nie chciałabyś mi przecież zdeptać jedzenia!
Przepraszająco pokiwała głową, spoglądając na byłą współlokatorkę.
— Przepraszam, Kotewkowy Powiewie – miauknęła, cofając się o krok – Jak Ci mija dzień?
— Na razie dobrze, dziękuję… Chociaż teraz w żłobku jest trochę gwarno. Bagietka cały czas o ciebie pyta. Już nie wiem, co mu mówić!
Lekko położyła po sobie uszy, szykując się do odpowiedzi. Jednak po obozie rozbrzmiał donośny głos Sroczej Gwiazdy, zwołującej spotkanie. Mżawka szybko odwróciła się, po czym jej oczom ukazała się Nimfie Zwierciadło z uśmiechem na pysku. Podeszła bliżej, aby zająć miejsce między innymi; zastanawiała się, o co chodzi. Wzruszyła jednak ramionami i szybko usiadła obok mentorki, wyczekując na słowa liderki.
— Mżąca Łapo, wystąp.
Zaskoczona otworzyła szerzej oczy, wcale nie spodziewając się wywołania jej do przodu. Oczywiście, wiedziała, że jej trening nie będzie trwał długo - ale nie myślała, że stanie się wojowniczką tak szybko. Jednak ożywiona postawiła parę kroków w stronę liderki, spoglądając na nią z dołu.
— Ja, Srocza Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego kodeksu. Przedstawiam ją wam jako kolejną wojowniczkę. Mżąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i zawsze chronić swój klan, nawet za cenę życia?
— Tak, przysięgam – miauknęła nerwowo, wyczekując na otrzymanie nowego imienia. Oh, jakie ono mogło by być piękne! Może… Może Obłok, albo… Pieśń! Była taka podekscytowana!
— Mocą Klanu Gwiazdy, nadaję ci imię wojownika. Mżąca Łapo, od tej pory będziesz znana jako Mżący Przelot. Klan Gwiazdy ceni twoją pomocność i… determinację, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Nocy.
Jej łapy podrygiwały, a uszka postawiły się pionowo. Szeroko otworzone, zadowolone oczy cały czas wpatrywały się w te Sroczej Gwiazdy, podczas gdy ceremonia dobiegła końcowi. Już za moment otoczyła ją grupka młodszych uczniów oraz parę jej znajomych - Syrenka, Neufarowy Kielich czy Stokrotka, która wymknęła się na moment że żłobka. Nimfie Zwierciadło także podeszła bliżej, aby pogratulować nowo mianowanej. Uśmiechała się szczerze, ciesząc z tak pozytywnego odzewu.

*parę dni później*

Podążała za Neufarowym Kielichem, chyląc głowę pod piekącym słońcem. Wojownicze obowiązki nie różniły się za bardzo od tych uczniowskich, może tylko tym, że nie miała mentorki, która by jej we wszystkim pomoże. Tego ranka została wyznaczona do patrolu wraz z właśnie Nenufarą, Algową Strugą i Kijankową Łapą. Ze zmęczeniem wręcz deptała burej po ogonie, niezbyt patrząc, w którą stronę idzie. Słyszała tylko zawzięte trajkotanie Kijanki, który znowu wchodził jej na nerwy. Westchnęła cicho, dając reszcie możliwość przejść do przodu; była zbyt zmęczona, aby prowadzić. Wlokła się na tyłach, leniwie rozglądając na boki. Nawet nie zauważyła, kiedy reszta patrolu znikła gdzieś w oddali; jedynie cisza dała jej o tym znać. Podniosła głowę do góry, z zaskoczeniem stwierdzając, że została sama. 
— No pięknie – mruknęła pod nosem, przyspieszając – Znowu.
To nie był pierwszy raz, kiedy odłączyła się od reszty i zaszła za daleko, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Próbowała dojrzeć futro któregoś z współklanowiczów między drzewami, lecz bez pozytywnego skutku. Nerwowo strzepnęła uszami. Takie incydenty miały miejsce zbyt często, aby inni nadal je ignorowali. Co, jeżeli ktoś doniesie o nich liderce, i zostanie zbesztana? Że nie przykłada się do pracy, tylko buja w obłokach? Bardzo chciałaby tego uniknąć.
Przeszła w wolny bieg, nerwowo rozglądając się za innymi. Na Klan Gwiazdy, czemu była taka nieporadna? Końcowo prawie wpadła na Nenufarę, która niespodziewanie wyłoniła się zza drzewa.
— O, zguba się znalazła – zachichotała – Zastanawialiśmy się, gdzie jesteś.
Wzięła głęboki oddech, uspokajając się odrobinkę. Czyli nie odeszli tak daleko... Przełknęła ślinę, szykując się do odpowiedzi, ale zza burej wojowniczki wyłonił się Kijanka, podskakując wokół kotek.
— Zguba, zguba!! – zawołał – Zgubiłaś się!
Położyła uszy, krzywiąc mordkę. Co za mały, problematyczny dzieciak!
— Kijanko, nieładnie tak – mruknęła w jego kierunku, zamiatając ziemię ogonem.
— Ale taka prawda! 
Najstarsza z grupy westchnęła cicho, rozglądając się za Algową Strugą.
— Dobrze, spokojnie już – oznajmiła, gromiąc malca wzrokiem – Idźmy dalej, w końcu nic się nie stało. 
Mżawka pokiwała głową, siląc się na uśmieszek. 

*po powrocie*

Wsunęła głowę do żłobka, od razu witając się z leżącą na boku Baśniową Stokrotką. Przed nią leżała świeżo przyniesiona rybka, najpewniej przez któregoś z uczniów.
— Cześć Stokrotko – przywitała się, siadając obok. Karmicielka podniosła na nią wzrok, uśmiechając się ciepło.
— O, cześć Mżawko! – zamruczała – A raczej, Mżący Przelocie. Jejku, nie umiem się przyzwyczaić...
Niebieska zachichotała, strzepując uszami.
— Ja też nie – przyznała – Gdy ktoś o mnie wczoraj zapytał, nie zrozumiałam wpierw, że to o mnie chodzi!
Kremowa zaśmiała się, podsuwając jej pod łapy połowę własnego posiłku.
— Chcesz trochę? – zaproponowała, na co wojowniczka pokręciła głową – Siwa Łapa mi ją przyniósł. Mówił coś, że Kijanka złapał ją na patrolu ze zgubą..? Wiesz, o co mu chodziło?
Skrzywiła się urażona. Co za mały drań!
— Chodzi mu o mnie – westchnęła w końcu – Byliśmy na patrolu, i odłączyłam się od reszty... Nenufara wspomniała coś o znalezionej zgubie, i podłapał... Teraz chodzi i tak mnie nazywa.
Położyła po sobie uszy, kuląc lekko. Wcale nie podobało jej się to przezwisko - może i było żartobliwe, ale ona wcale tego tak nie widziała. Jej własny syn naśmiewał się z niej, bo się zamyśliła...
— Oj ty, moja mała zgubo – zachichotała karmicielka – Co ty masz z tym przechadzaniem się samemu, co?
Otworzyła szerzej ślipia. Stokrotka chyba nie była poważna? 
— No nie wiem – bąknęła – Tak jakoś.
Zachciało jej się płakać. Inni brali to za niewinne żarty, a ona uważała za konkretne wyzwisko wobec niej. Ale bała się cokolwiek powiedzieć - w końcu to tylko niewinna zabawa.
— Właściwie, to chyba muszę już iść.
— Jaka szkoda – westchnęła karmicielka – Na pewno? 
— Tak – ton jej głosy podwyższył się; czuła się strasznie niekomfortowo – Do zobaczenia!
Wymknęła się na zewnątrz w paru szybkich susach. Wyszła z obozu, czując jeszcze na swoim karku spojrzenie Baśniowej Stokrotki. Kremowa nie chciała odstąpić jej na krok, ale końcowo udało się jej wyrwać z tych przysłowiowych objęć. Potrzebowała chwili dla siebie, aby odsapnąć. Przedostała się na drugą stronę rzeki, otrząsając się, aby wysuszyć trochę puchatą kryzę na szyi. Wytarła łapki o trawę, po czym ruszyła dalej. Nie wiedziała, gdzie zamierza iść; przy granicy z Klanem Klifu błądziła już wystarczająco dużo, że mogło się to wydawać podejrzane. Musiała przyznać, że czasem nadal gubiła się po własnych terenach… Zguba. Położyła po sobie uszy, nie mając pojęcia, co inni mają na myśli. W końcu tak się przykładała do nowych obowiązków - wychodziła z samego ranka, a wracała popołudniami. Zdarzało jej się odejść za daleko, oddać się rozmyślaniom i zgubić swą drogę pomiędzy drzewami, ale przecież to nic poważnego!
Kijankowa Łapa na pewno nie wspominał innym o takich błahostkach…
— Ależ ty od zawsze byłaś taką zgubą, kochanie – rozległ się znajomy głos, owijając jej umysł – Musisz to przyznać, Dymko.
Sierść na jej grzbiecie stanęła dęba; szydercze słowa rodziny nadal doganiały ją w przeróżnych momentach. Czasem nie dawała rady nad nimi panować, a wtedy z miłych i kochających zamieniały się na wyzwiska i zgorszenia… Jednak miały rację. Była zgubą, która w żałosny sposób wkradła się w łaski Klanu Nocy, niepotrzebnie przynosząc na świat dwójkę, a nawet trójkę pociech. Jedno z nich przypłaciło za to życiem… Była zgubą, której nie chciała widzieć nawet matka. Której rodzone siostry nie chciały przyjąć do siebie, zrażone jej skołtunionym futrem i błaganiem widocznym w brązowych ślipiach.
— Widzisz dziecino, każdy będzie o tym wiedział – szepty matki wkradały się do jej uszu – Od tego paskudnego momentu, w którym przyszłaś na świat - to ty byłaś tym zagubionym kociakiem. Losu nie zmienisz, przykro mi…
Ta "ksywka" była jak piętno; była zgubą pomiędzy innymi nocniakami, która była dobra tylko do opieki nad dziećmi. Czemu nie przejrzała na oczy, w końcu przez pierwsze księżyce była wykorzystywana tylko jako źródło pokarmu, przybraną matkę dla innych sierot… Tylko dlatego niektórzy w ogóle ją znali. I z bólem mogła przyznać, że się do tych dzieci przywiązała. Chciała dać im jak najlepszą przyszłość, możliwość zabłyśnięcia na tle innych klanowiczów. Nie to co ona.
Skuliła się, odsuwając na ziemię pod pobliskim drzewem. Starając się uciszyć głosy matki i rodzeństwa zakryła uszy łapami, jednak nadal słysząc ich szydercze chichoty. Nie nadawała się do niczego, prześladowana cieniem chłodnego dzieciństwa. Poczuła, jak Kazimiera pochyla się nad córką i z poirytowanym westchnieniem położyła łeb na jej boku. Kotka oddychała szybko i płytko, a zza przymkniętych powiek wypływały pojedyncze łzy.
— Losu nie zmienisz – powtórzyła się jej matka, patrząc chłodnymi oczyma w dal – Pogódź się z tym.

npc: Siwa Łapa, Kotewkowy Powiew, Neufarowy Kielich, Kijankowa Łapa