BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 sierpnia 2022

Od Daglezji (Daglezjowej Łapy) CD Zimorodkowego Snu

— Czy ty trzymasz się jakichkolwiek zasad? — fuknęła wojowniczka, przyglądając się rudej z widocznym rozczarowaniem na pysku. Daglezjowa Łapa tylko uśmiechnęła się chytrze, przymykając oczy. Z trudem powstrzymywała się od śmiechu. Ci głupi wojownicy nie mieli nawet za krzty humoru!
— Nie bądź taka sztywna. Z resztą zasady są po to aby je łamać, nie wiedziałaś? — mruknęła pogardliwie, bez szacunku.
— Twoje zachowanie jest w tym momencie dziecinne. Jesteś jeszcze młoda i nie zdajesz sobie sprawy z tego, że należy wykazywać szacunek wojownikom, ale to bardzo niemiłe, dla mnie i dla wszystkich innych.
— No i co z tego? Poryczysz się? — odpowiedziała przedrzeźniającym głosem.
— Z takimi odzywkami to do swoich rówieśników! — było widać, że Zimorodkowemu Snu zaczynają z lekka puszczać nerwy przez rudą uczennicę, która jednak bawiła się wybornie. Nie było nic lepszego od wysłuchiwania besztania zdenerwowanych przez nią kotów.
— Nie zesraj się.
Zimorodek milczała przez chwilę, tylko wpatrując się w Daglezjową Łapę, która wzruszyła ramionami.
— Dobrze. Myślę, że jak twoja mentorka się dowie o tym nie będzie zadowolona.
— Co? No nie! — miauknęła za nią, gdy Zimorodek odchodziła, szukając pewnie Słonecznej Polany. — Dystansu trochę!
— Przykro mi, ale ktoś musi nauczyć cię kultury.
— Ugh... wy wojownicy nie macie za wąs humoru!
Najwyraźniej kotce już nie chciało się dalej wkręcać w durne kłótnie jak dzieciarnia z podstawówki. Jeszcze szła na nią naskarżyć! Daglezja pokręciła zrezygnowana głową. Nikt tu nawet nie umiał się dobrze bawić!

***

wciąż pod rządami Cętkowanej Gwiazdy
Faktycznie liderce i jej zastępcy się to nie spodobało. Najwyraźniej żaden ze starszych kotów nie podzielał umiłowania do kłócenia się i wyzywania dla zabawy. Nie znali się na żartach. Po krótkim zbesztaniu przez Słoneczną Polanę mentorka wyznaczyła dla niej karę. Spodziewała się jakiejś głupotki, wyciągania kleszczy starszym czy czegoś w ten deseń. Ale zrobili coś gorszego. Miała czyścić legowisko Zimorodkowego Snu przez okrągły księżyc! Przecież na pewno było tam miliard robali! Od razu omówiła i ponarzekała na to wszystko Lisiej Łapie, Krewetkowej Łapie i Cichej, bo akurat siedział niedaleko. Po kompletnym zjechaniu ich wszystkich poszła wypełnić swoją karę. Podebrała trochę czystego mchu ze stertki i weszła do legowiska wojowników. Słoneczna Polana spojrzała na nią z lekkim uśmiechem. Pewnie była zadowolona, że chociaż raz Daglezja się jej posłuchała. Ale takie durnoty mogła sobie pod ogon wsadzić. Gdy nikt nie będzie patrzeć wrzuci jej tam jakiegoś pająka, czy inną larwę. Może być z tym jakiś problem porą nagich drzew, ale przecież dla chcącego nic trudnego, prawda? Znajdzie coś i wtedy ten głupi mysi móżdżek wszystkiego pożałuje.
Nawet nie zdążyła jednego kawałka mchu oderwać od posłania Zimorodka, kiedy ta weszła do środka, zmęczona. Pf. Miała nadzieję, że chociaż na chwilę będzie mieć od niej spokój. I jeszcze musiała być miła, bo wszyscy byli w środku, ugh! Życie jest takie bez sensu!
— No hej! — przywitała się, niby szczerząc japę, ale widać było zirytowanie w jej głosie. — Czyszczę ci wyro. 
Poczuła na sobie palący wzrok Słonecznej Polany, błagający, aby Daglezjowa Łapa przeprosiła białą wojowniczkę, ale jeszcze czego! Nie powie jej "przepraszam" nigdy w życiu, nawet jakby mieli jej oderwać język.

<Zimorodek?>

[przyznano 5%]

Od Chłodnego Omenu

To było ciekawe doświadczenie przyglądać się, jak jego ojciec trze oko, które spuchło i zaczęło mu łzawić, jakby ktoś sypnął w nie piachem. Przez to chodził nabuzowany, prychając na każdego kto otworzył swój pysk. Trzymał się od tego z daleka, chociaż wizja ślepego staruszka nie brzmiała zbyt ciekawie. Co to za lider, który potyka się o własne łapy? Jeszcze zacznie zarywać do obrzydliwych staruch... Chociaż patrząc na jego preferencje, to raczej oślepnięcie nic raczej w tym by nie zmieniło. I tak podrywał kotki po pokwitaniu. Irgowy Nektar może i miała ładne futro i im pomagała, ale wątpił w to, czy i do niej nie zarywał. Skoro przeleciał Wiśniowy Świt, to mógł i własną zastępczynie. 
O czym on myślał?! Czemu zastanawiał się nad jego życiem krzakowym? 
Podszedł do czarnego vana, nie bojąc się, że dostanie po pysku. Tyle razy go lał, że nawet by nie zauważył jego łapy. No i jakoś mu to przestało przeszkadzać, odkąd się pogodzili. 
- Idź do tego medyka, nie rób scen - mruknął. 
Mroczna Gwiazda spojrzał na niego zdrowym okiem, jakby się przesłyszał. Już otwierał pysk, by powiedzieć coś w stylu "milcz szczeniaku, nie masz racji", lecz nie dostąpił tego zaszczytu, bo popchnął go w stronę legowiska medyka. 
Ruszył się o krok, omijając go i mamrocząc coś pod nosem. Na szczęście poszedł do Deszczowej Chmury, który zaaplikował mu coś do tego oka. Przyglądał się temu w wejściu, pilnując by odbył kurację. Chłód ostatnio zelżał, co było wyczuwalne. Niedługo pewnie nadejdzie nowa pora. Miał nadzieję, że zwierzyna się pojawi. Wtedy mogliby nie jeść już kociego mięsa, które stało się wiodącym pokarmem u każdego Wilczaka. Bądź co bądź, jedli by przeżyć. Gdy nadejdą lepsze dni, nie tkną po raz kolejny czegoś takiego. 
Chyba... 
- Zadowolony? - prychnął lider, wychodząc po odbytej kuracji. 
- Oczywiście. Bez oka raczej żadnej byś już nie wyrwał - miauknął, od razu dając nogę, gdy zębiska kłapnęły o włos od jego sierści. 
Na szczęście ojciec nie miał chęci go ścigać. I bardzo dobrze. Mieli przecież nie robić afer na cały obóz.

Wyleczony: Mroczna Gwiazda 

Od Tygrysiej Smugi CD. Maleństwa

Instynktownie skuliła uszy w reakcji na jego podniesiony głos. Rozumiała powód bulwersu, ale w trosce o jej słuch mógł darować sobie krzyki.
— Ale jesteś szczupły, wiesz... Zawsze mogła cię nazwać każdym kolorem futra, który nie jest rudy. To by cię chyba bardziej zabolało, prawda? — podsunęła niechętnie, bo przecież "Maleństwo" nie było aż takie złe.
— Nie — miauknął zirytowany. — Czarny, niebieski czy każdy inny kolor brzmi lepiej niż... niż to. To jest takie upokarzające! Czuje jak pale się ze wstydu, gdy mam wyjść ze żłobka — wyznał niezadowolony.
— To nie wychodź — mruknęła odruchowo, ale widząc jego zmęczone spojrzenie poprawiła się. — Naprawdę nie brzmi aż tak upokarzająco. To imię jest całkiem... Urocze — stwierdziła.
— Urocze, a przez to upokarzające. Brzmi jak imię dla kocięcia, mysiego móżdżka. Nie ma w nim siły. Nie zdziwię się, jak wszyscy w obozie zaczną ze mnie drwić bardziej. — Wziął głęboki oddech. — M-m-mogę patyka? — poprosił, co ją zaskoczyło, ale nie skomentowała tego.
Skinęła spokojnie głową i podeszła po drewniany kijek, leżący tuż za nią. Była gotowa na takie sytuacje. Zgarnęła go w pysk i podsunęła mu.
— Jeśli zaczną z ciebie drwić, to wina ich braku dojrzałości i tego, że nigdy nie wyrośli z kocięcego okresu — odparła.
Nie odpowiedział na to, od razu wgryzając się w przyniesiony przedmiot. Gryzł go, wyżywając się na nim i przenosząc na niego swój cały ból, żal i wściekłość. W końcu ten pękł na wiele drobnych kawałeczków.
Dźwięk rozszedł się po okolicy. Tygrysia Smuga z westchnięciem rozejrzała się po wnętrzu żłobka, zmartwiona zachowaniem rudego. Niegdyś wydawało jej się, że zrobili ogromne postępy. Teraz na nowo wracali do punktu wyjścia.
Czarna mogłaby dać jej większą swobodę, na zasadzie odpuszczeniu Żarowi paru rzeczy. Srebrna wiedziała, jak do niego podejść i liderka na ten moment jej to tylko utrudniała.
— Spokojnie, nie mamy aż tyle patyków — upomniała, widząc, jak dalej maltretuje gałązkę.
Spojrzał na nią, wypluwając resztki tego, co miał w pysku, wprost pod jej łapy.
— Gdybym mógł wyjść poza obóz, to mógłbym znaleźć sobie coś na zastępstwo — poinformował ją.
— Możemy się raz przejść czy coś — zaproponowała bez namysłu. — Z tym że proszę cię Żar, ufam ci na tyle, by cię stąd wyciągnąć na dłuższą chwilę, więc nie szastaj moją dobrocią i nie kombinuj nic — poprosiła.
— Naprawdę sądzisz, że Kamienna Gwiazda pozwoli nam wyjść z obozu? - Posłał jej zmęczone spojrzenie, bez nadziei i wiary, że ten jej pomysł wypali.
— Pozwoli. Poproszę ładnie i będę odpowiadać za ciebie. Zresztą, jakbyś uciekł, to pewnie... Nie robiłaby z tego awantury — mruknęła. — To znaczy, byłaby zła na mnie, ale nie płakałaby za tobą.
— Dobrze. To idź do niej. Ja tu poczekam — orzekł, kładąc łeb na łapach.
Niebieskooka wyszła ze spokojnym wyrazem pyska, starając się nie pokazać po sobie wątpliwości. Musiała tylko znaleźć czarną, przedstawić jej swoją propozycję wraz z zaletami takowej sytuacji, a potem mogła wrócić i choć na moment wyrwać kocura z ciasnej kociarni.

***

Wróciła do rudego kocura z lekkim uśmiechem na pysku. Poszła lepiej, niż się spodziewała. Liderka nawet nie stawiała żadnych warunków, po prostu się zgodziła.
— Wstawaj ponuraku, spacer nas czeka — orzekła z wesołością. Po drodze do kociarni znalazła opiekę dla swoich dzieci na czas ich podróży, więc nie musiała się martwić, że zostaną same.
Rudy uniósł łeb, gapiąc się na nią tak, jakby widział ducha.
— Co takiego? Nie wkręcasz mnie?
— Nie — odparła, kręcąc głową dla potwierdzenia swych słów. — Muszę ci przyznać, że sama jestem w szoku.
Wstał powoli i wyszedł za nią ze żłobka. Rozglądał się z pewną paniką w oczach.
— I możemy sobie iść? Sami? — dopytywał.
— Tak! — rzekła z lekko uniesionym od ekscytacji głosem, co było do niej niepodobne. — Tylko we dwoje, bez żadnych opiekunów siedzących ci na ogonie — dodała spokojniej. 

<Żar?>

Od Zdradzieckiej Rybki cd Zajączka

Z każdą chwilą spędzoną z córką, po wysłuchaniu jej bajki, miał ochotę wynieść się z żłobka i tu już nigdy nie wracać. To nie było dziecko, tylko demon. Czuł jak jej słowa i uśmiechy, wcale nie są szczere. Jak drwi sobie z niego, pragnąc go zniszczyć raz na zawsze, tak jak jej imiennik. Czemu zgodził się, by ją tak nazwać?! Mogła byś Malinką, wtedy być może odziedziczyłaby coś po jego matce. Wierzył w to, że imiona miały jakąś moc. Zając był tego przykładem. 
— Może... Nie znam dobrze korzeni twojej mamy — miauknął nadal spięty. 
Nie chciał się z nią kłócić, bo wiedział, że tej walki nie wygra. Lepiej było odpuścić. Na razie. 
— Mama ma miłe rodzeństwo! Przynajmniej siostrę i jednego brata, bo ten drugi brat podobno umarł i nie wiem, jaki był — rzekła z zawodem. — Kojarzysz może? Złote Runo?
Słysząc imię dawnego kolegi z dzieciństwa, powoli się rozluźniał. Na takie tematy to mógł rozmawiać. Brzmiały tak zwyczajnie. 
— Tak. Kojarzę go. Przyjaźniliśmy się przez chwilę. Bażancie Futro się nad nim znęcał, przez co się z nim pokłóciłem. W sensie z Bażantem, nie ze Złotym. Dobry był z niego kot.
— Oh! — Zadrżała. — Znęcał? Przyjaźniłeś się z dręczycielem? Pozwalałeś mu krzywdzić innych? — zarzucała go pytaniami, nie dając mu ani chwili na odpowiedź. — To... To okrutne!
— No właśnie po tym przestaliśmy się przyjaźnić. — westchnął. — Nie mogłem znieść, że go krzywdził. Złote Runo był dobrym kotem i na to nie zasługiwał. Nadal nie cierpię, gdy ktoś znęca się nad słabszymi. To akt tchórzostwa.
— Co? — zdziwiła się. — To przecież prawidłowe wykorzystanie siły! Słabsi są gorsi, trzeba ich motywować do pracowania nad sobą, a jak nie chcą, to należy się ich pozbyć.
— Sama przed chwilą mówiłaś, że to okrutne, gdy ktoś pozwala na znęcanie się nad innymi. Teraz jednak zmieniłaś zdanie? — zapytał, widząc przed oczami jak Krucza pozbywała się słabszych jednostek z ich klanu. — To złe. Nie motywuje. Uwierz. Prędzej taki kot będzie jeszcze słabszy. Siłę daje wsparcie i dobro, a nie ból.
— Brzmi jak tekst z twojej bajeczki. A to takie nierealistyczne! — stwierdziła. — Jestem kocięciem, a wiem, co należy zrobić ze zdrajcami lepiej niż ty. Taki... — zawahała się, zastanawiając się nad podjęciem tej gry — biały kocur z zielonymi ślepiami mi powiedział! Chociaż może mi się to śniło... — zamruczała.
Zjeżył na to sierść, biorąc głębszy oddech. Nie. To nie mogła być prawda. Czyli jednak nawiedzał jego córkę, nastawiając ją przeciwko niemu? Musiał się uspokoić. Wytłumaczyć małej, że to niewłaściwa osoba do rozmów. Jak nie tortury w wodzie, to musiał niszczyć dalej jego psychikę. Powinien odejść na zawsze. Zakopać się gdzieś w Mrocznej Puszczy i nie wychylać nosa. Przecież wiedział kto nad nim czuwał. Piaskowa Gwiazda powinna go roznieść w drobny pył. 
— Nawet jeśli taki ktoś ci to mówił... Nie ufaj mu. To nie nocniak tylko burzak. Jeszcze wyjdzie, że spoufalasz się z wrogiem i kto tu będzie później zdrajcą skarbie? 
Może jak zagra w sposób, który nie lubiła, zauważy że postępuje podobnie do niego i zerwie znajomość z białym? Miał taką nadzieję. 
— Ale on był tu w obozie i nikt go nie wyganiał! Więc myślałam, że to ktoś z klanu! — burknęła na swoją obronę.
Skrzywił się. Widziała go? Na jawie? Tak samo jak on... Chociaż od wielu tygodni nie widział jego sylwetki. Zniknął tak jak obiecała mu inna zjawa, z którą od czasu do czasu rozmawiał. 
— To duch kogoś, kto dawno umarł. Lecz to burzak, a nie jeden z nas. Nie spoufalaj się z nim, gdy znów się pojawi. Nie chcesz przecież być zdrajcą córeczko, prawda? — Potarł zmęczony tym wszystkim pysk. Już miał dosyć. Czemu przeszłość nie mogła dać mu odpocząć? To nie było przyjemne uczucie, żyć w ciągłym napięciu i strachu. Na dodatek córka go nienawidziła, co było koszmarne. 
— Ale go tu w takim razie nawet nie ma! A duchy nie istnieją! — prychnęła. — Na Klan Gwiazdy, tato, jesteś jakiś obłąkany...
Tak. Był obłąkany. Ześwirował. Zajączek nie musiała mu tego przypominać, lecz co do spraw z duszami z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazdy, był pewny ich istnienia. To były realne byty, które potrafiły wejść w czyjeś ciało. Sam tego doświadczył, gdy zgodził się wpuścić do siebie Piaskową Gwiazdę. Nie śniło mu się to, ani też nie zdawało. 
— Duchy istnieją. Gdyby nie istniały, to nie istniałby Klan Gwiazdy i Mroczna Puszcza. Tam trafiają koty po swojej śmierci, lecz mogą odwiedzać żywych — wyjaśnił jej. — A ja... mam u Zająca... przekichane powiedzmy, więc nie dziwię się, że ciebie nawiedza. Chcę cię obrócić przeciwko mnie, skarbie. Nie wierz mu w nic.
— Ale to inne duchy! To nasi przodkowie, a ty mówisz o jakiś innych dziwnych zjawach, co to Krucza Gwiazda miałaby mnie za rozmowę z nimi od razu utopić — burknęła. — Nigdy bym nie zdradziła klanu! Nie... Nie jestem tobą!
Serce ścisnęło mu się boleśnie na te słowa. Rodzicielstwo chyba nie było na jego siły. Czuł się coraz bardziej wypruty z sił. Na co on liczył? Kocię go nienawidziło i nigdy nie zaakceptuje. Może powinien odpuścić i dać Bławatkowemu Potokowi spełnić się jako rodzic? Tak jak sądził, gdy dowiadywał się o ciąży partnerki, nie był przystosowany do bycia ojcem. 
— Ta zjawa to zły duch z Mrocznej Puszczy. Yh... — Skrzywił się słysząc jej ostatnie słowa. — Kochanie wiesz... wolałem cię w tej milszej wersji.
— Czyli według ciebie miłe koty nie są szczere? — zapytała. — Przecież ja tylko stwierdziłam fakty, zdradziłeś klan, ale ja tego nigdy nie zrobię.
— Tak... również mam taką nadzieję. Wybacz. — miauknął zmęczony już tą ciągłą rozmową o jego zdradzie.
— Widzisz tatusiu, potrzebujesz drzemki! — podsunęła. — Śpij śpij.
Miał spać? Nie mógł. Przecież straciłby Zajączek z oczu. Nie wiadomo co by zrobiła. Bławatek by go zabiła, gdyby nie dopilnował córki, a ta by sobie coś przez to zrobiła. 
— A kto będzie cię pilnował? Mama jeszcze nie wróciła z twoim rodzeństwem od medyków. Obiecałem mieć na ciebie oko.
— Też pójdę spać — obiecała. — Nie marudź tato, bo padniesz ze zmęczenia!
To brzmiało już lepiej. Skoro będzie spała, to nie przyniesie problemów, a naprawdę już miał dosyć rozmowy z nią. 
— No dobrze. Na taki układ mogę się zgodzić. — westchnął, kładąc się na boku. Przysunął córkę bliżej siebie, by mieć pewność, że naprawdę pójdzie spać, po czym zamknął oczy. Rzeczywiście był zmęczony. Dość szybko zapadł w sen.

<Córko?>

Od Chłodnego Omenu

 Ze Szczurzym Cieniem nie było za dobrze. Było widać po nim ten cały stres, bo wystarczył odgłos kaszlnięcia, by poderwać go na równe łapy. Dzisiaj nie było inaczej. Zachowywał się... dziwnie. Tak bardzo nie podobnie do siebie. Słyszał jak mamrotał coś do siebie w napięciu. Kompletnie oszalał! Widząc jak się czai przed wyjściem z legowiska, postanowił do niego zagadać. Bury szybko skupił na nim swój wzrok, przełykając ślinę. 
- Co się dzieję, Szczurzy Cieniu? - zapytał, chcąc dowiedzieć się co sprawia te jego dziwne zachowania. 
Wojownik chwilę milczał, zastanawiając się czy mu powiedzieć, lecz nagle wziął głęboki oddech, kiwając łbem. 
- Nie wiem do końca co to... Ale widzę jakieś... postacie. Idą po mnie. Chcą mnie zabić... - Skulił się, rozszerzając oczy. - O tam! Tam! - Wskazał za niego. - Są tam! 
Odwrócił się natychmiast, ale nic nie rzuciło mu się w oczy. Pusta przestrzeń pełna śniegu. Spojrzał na niego zaniepokojony. Miał halucynacje? Ciekawe skąd mu się to wzięło. Przyłożył mu łapę do czoła, ale ten syknął, od razu cofając się. 
- Nie jestem wariatem! Nie jestem! - powtarzał w kółko. - To pewnie Mroczna Puszcza. Nie staram się dostatecznie dobrze i mnie karzę. 
- Wątpię - starał się go pocieszyć. - Z tego co wiem, przychodzą tylko podczas snu. Chodź... Deszczowa Chmura ci powinien pomóc ich przegonić. Jest w końcu medykiem. Ma jakąś tajemną moc - miauknął, nie za bardzo wierząc w to co mówił. Miał jednak nadzieję, że kocur da się nabrać i fachowcy zajmą się jego zwidami. Nie chciał by bury zamienił się w kolejną Stokrotkową Polanę. 
Na jego nieszczęście Szczurzy Cień słysząc to od razu nawiał, nawet nie zaglądając do medyka. Chyba go uraził. Oby jednak zmądrzał i wrócił szybko. 
Widząc pytający wzrok Gęsiej Łapy, podszedł do niego, kręcąc głową. 
- Nic mu nie będzie. Zamiast się przyglądać, lepiej weź się do pracy. Już szykuje dla ciebie miejsce w legowisku wojowników - zamruczał. 
Tęsknił za spędzaniem nocy w jednym legowisku z pointem. Niestety nie mogli jeszcze oficjalnie być razem, póki ten nie skończy swojego treningu. Miał nadzieję, że przejdzie także ten śmieszny test, który wymyślił jego ojciec. Klan Wilka naprawdę się mocno zmienił, po tym jak czarny van przejął tu władzę. Nie miał jeszcze pojęcia czy na lepsze, czy gorszę. Czas pokaże.

Od Łasiczego Skowytu CD. Chłodnego Omenu

- Ej, ojciec był kiedyś samotnikiem. A nasza matka była klifiaczką. Nie zgrywaj czystej krwi, bo nawet nie pochodzimy z tego klanu. - wymruczał rudy van. Arlekinka nie zamierzała znowu wykłócać się z nim na ten temat, bo miała w nim swoje z góry już ustalone stanowisko, którego nie zmieni nigdy.
- To tylko niuanse. My to my. - prychnęła niezadowolenie na co brat przewrócił oczyma.
- To znaczy? Krew mamy brudną tak czy siak.
Rzuciła mu ostre spojrzenie. Nie chciała słuchać bredni brata. 
- Nieważne.
- No tak. Zapomniałem, że córka lidera, to jaśnie pani. Już kogoś namówiłaś do oddawania pokłonów? - uśmiechnął się najprawdopodobniej próbując ją rozjuszyć.
- Tak. Ciebie. - rzuciła się nagle na rudego vana przewracając go na ziemię. Kocur widać, że się tego nie spodziewał.
- Ha, ha, ha bardzo śmieszne - prychnął, wstając.
- Ale się ukłoniłeś. - zachichotała.
- Przewróciłem, a nie ukłoniłem. Tak to nie wygląda - Otrzepał się ze śniegu, mordując ją wzrokiem. Kotka prychnęła na te słowa nie zwracając uwagi na zdanie brata. 
- Zmieniłeś się wiesz?
- Pod jakim względem? - Usiadł, przekrzywiając w bok głowę. 
- Twoje zachowanie. Stonowałeś trochę, nie dużo, ale jednak. - stwierdziła mrużąc ślepia.
- Postanowiłem nie walczyć z wami, to nie walczę. Ostatnio ojciec mi coś... pokazał, a ja zrozumiałem co miał przez to na myśli. - miauknął, nie rozwodząc się za bardzo nad tą kwestią.
- Rozumiem. - mruknęła. Trochę jej brakowało starego braciszka, jednak przyzwyczajenie się było pewnie tylko kwestią czasu.
- Nie wydajesz się zadowolona. - zauważył. - Wolałaś moje krzyki i robienie afery na cały obóz? - Uśmiechnął się do niej cwaniacko.
- To zależy. - przewróciła oczami na myśl o nie znośnym zachowaniu brata. - Jakoś tak dziwnie, i tyle.
- Wiesz... Nigdy nie bawiliśmy się razem w dzieciństwie śniegiem. Może czas to nadrobić? - stwierdził, po czym powalił ją na ziemie. - O proszę, teraz ty się kłaniasz przede mną. Rzuciła mu krótki uśmiech. 
- Zapomniałeś, że się bawiliśmy i to w sumie niedawno. - mruknęła przypominając sobie kłótnie.
- To nie była zabawa. Chciałem cię zamordować, to różnica. Chodź siostrzyczko. - trącił ją łapą. - Bo później nie będziesz mieć żadnych miłych wspomnień.
- Właściwie czemu nie, nie wiem jak będzie wyglądała nasza przyszłość, więc chyba trzeba korzystać z chwil. - wzruszyła ramionami i podreptała na śnieg.
Kocur od razu odskoczył w bok, biorąc w łapę śnieg i rzucając nim w kotkę, jak niegdyś błotem. Tym razem miała takie szczęście, że biały puch nie brudził aż tak sierści, jak tamta maź. Nie zdążyła zrobić uniku, nie przeszkadzało jej to. Również nabrała śniegu i rzuciła nim z całej siły w brata śmiejąc się przy tym. Może jednak potrafiła okazać trochę uczuć rodzinie. Chłód zaśmiał się tylko gdy dostał śnieżką, już szykował kolejną porcję.
- No, no... Ty też widzę, że się zmieniłaś siostrzyczko. Orientuj się - ostrzegł ją, rzucając w nią śnieżką. Tym razem udało jej się zrobić unik, zamiast zrobić kolejną śniegową kulkę pognała do brata i obsypała go śniegiem przy ostrym hamowaniu. - Może ty się orientuj. Śnieg zasypał kocura tak, że wyglądał jak bałwan, mimo to otrzepał się tak, by wszystko poleciało na siostrę.
- Ha! A masz! - miauknął, odskakując na bezpieczną odległość.
- Osz ty. - zasyczała znów otrzepując się po "ataku" vana. - Doigrałeś się! - rzuciła się na niego wachlując ogonem śnieg na kocura.
- O nie! - zaczął uciekać, próbując uniknąć śniegu siostry. Skrył się za jakimś cienkim drzewem, a gdy ta się zbliżyła, uderzył w nie, powodując że śnieg na gałęziach spadł na nich oboje. Kotka cała w śniegu usiadła krzywiąc swój pysk. 
- Remis?
- Może być - otrzepał się. - Przydałoby się wrócić do obozu i się rozgrzać. Łap już nie czuje.
- Prawda. - po zwróceniu uwagi poczuła jak zimno przeszywa jej ciało.
- To chodźmy - skierował kroki z powrotem do obozu. Arlekinka truchtem ruszyła za nim rozmyślając o różnych sprawach, w tym tych rodzinnych. 

<braciak?>

Od Agresta

*Ciąg dalszy*


Przerwał, gdy zgrzytliwy dźwięk przeszył otoczenie. Powoli zszedł z ciała, intensywnie mrugając, by przyzwyczaić się do widoku przed nim.
Twarz Janowca nie przypominała już pyska kota. Zamiast tego wyglądała bardziej jak okrągło podobny kawał mięsa z wystającymi uszami. Mięsa, z którego obficie wylewająca się krew, tworzyła szkarłatną kałużę wokół. Mięsa, z gdzieniegdzie wydatnymi, białożółtymi przebłyskami.
To jego dzieło.
Wstrząśnięty odwrócił głowę, by zobaczyć patrzącego się na niego Komara.
Ale jak to się stało? Przecież on nie… on nie mógł… Wiedział, że go rani, ale nie chciał… nie wiedział, że go-
— Ja tego nie zrobiłem — wykrztusił, bo to nie mogło się tak potoczyć. Po prostu nie mogło.
Niebieski uniósł brwi, jakby Agrest zwariował. I miał rację. On zwariował. Już kompletnie zwariował.
Przeszedł go dreszcz. Przecież zastępca widział to wszystko. Wygnają go! Wygnają go z klanu, jak o tym usłyszą! A przed tym jeszcze wyrwą mu wąsy. Każdy go znienawidzi i zostawi, a on skończy jak niczego niewart śmieć.
— Błagam, nie mów o tym nikomu! — Spojrzał z desperacją na niebieskiego, mówiąc trzęsącym się głosem. — B-bałagam, proszę, ja… ja naprawdę! Ja nie chcę, proszę-
— Dobra, już dobra — przerwał mu. — Przestań się mazać — rozkazał, strzepując ogonem. — Nikt się nie dowie. Powiemy im, że to Klan Nocy nas zaatakował i będzie dobrze.
Wojownik wypuścił drżący oddech.
— Dzięki… dzięki — wyszeptał, czując, jak ciężar tego wszystkiego na nim osiada. Wizja następnych wydarzeń ciasno oplotła się wokół jego gardła, niczym bluszcz, uniemożliwiając mu dalsze używanie strun głosowych.
Komar albo go nie usłyszał, albo postanowił zignorować, gdyż zaraz kontynuował:
— Chodźmy się jeszcze przemyć w strumyku, żeby nie przerazić ich za bardzo.
Kiwnął głową i podążył za kocurem. Szli w zupełnej ciszy, a wszystko wokół nich sprawiało wrażenie tak nierealnego. Każde drzewo, każdy kwiat, który bicolor widział już tyle razy – teraz wydawał się obcy. Nawet kos, siedzący na pobliskiej gałęzi, nie patrzył się na niego w sposób, w jaki powinien.
Jego ciemnobrązowe ślepia, zamiast być przepełnione obawą i strachem ofiary, wyglądały na oceniające i błyskające gniewem. Ptak zaraz odleciał, jednak Agrest i tak nie mógł się powstrzymać, żeby nie podkulić pod siebie ogona.
Znajdując się prawie na miejscu, zbliżył się do brzegu rzeki. To była TA rzeka. To tutaj poznał autentyczne oblicze swojego ojca.
Z wahaniem nachylił się nad taflą wody i spojrzał na własne odbicie. Półdługie futro ociekające świeżą krwią, głęboka rana na oku i szyi, kilka zadrapań. Wyglądał niczym prawdziwy morderca.
Przeraziło go to. Natychmiast zanurzył łapę w potoku, by zaburzyć ten obraz. Po tym wyciągnął ją stamtąd i zaczął pocierać swoje przedramię, pozbywając się śladów zbrodni. Robił dokładnie to, co jego tata zaledwie kilka wschodów słońca temu.
Spoglądał na swoje łapy, jakby widział je po raz pierwszy. Biały, który je pokrywał był od niego. Odziedziczył go po nim. Nigdy nie będzie w stanie go zmyć, nawet gdyby próbował. Już na zawsze z nim pozostanie.
Przełknął ślinę i kontynuował tarcie po swoim futrze, dopóki nie zniknęła z niego czerwona barwa.
Następnie udał się wraz z Komarem do obozu. Po raz kolejny odnosił wrażenie, że od tamtej chwili wszystko obróciło się przeciwko niemu. Pragnęło go ukarać. Łapy drętwiały mu od mrozu i zapadały się pod śniegiem. Wrogie krakanie, przelatującego nad nimi kruka, sprawiło, że niemal podskoczył.
Ponadto czuł się tak okropnie brudny. Dopiero co się umył, a mimo to nie mógł wyzbyć się uczucia, iż właśnie posiadał najbardziej lepką, ciężką i śmierdzącą sierść na świecie. Od podstaw skażoną i zhańbioną.
Dotarłszy do obozu, Komar ogłosił, że oboje zostali zaatakowani przez Klan Nocy. Agrest jedynie kiwał głową na potwierdzenie jego słów. Reakcja tłumu, jednak nie była taka, jaka miała być. W mgnieniu oka sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Obserwował jak wściekłe koty, nie posiadają już żadnych oporów, by wykrzyczeć władzy, co o niej myślą, a nawet to pokazać, rzucając w obleganą trójkę śnieżkami. Przez te wszystkie wrzaski, obelgi i przekleństwa, usłyszał zaledwie pojedyncze słowa, z całych wypowiedzi rządzących. W pewnym momencie nawet przestał ich widzieć, z powodu chmary współklanowiczów, która ich otoczyła.
Po chwili jednak wrzask, żeby się zamknąć, przebił się przez wrzawę i uciszył każdego.
— Idziemy na wojnę! — To właśnie te słowa wybudziły Agresta z chwilowej apatii. Spojrzał na swoje łapy rozszerzającymi się źrenicami.
Co on zrobił.

Od Kurki CD Kminkowej Łapy (Źródlanego Dzwonka)

Syknął z odrażeniem, próbując się wyrwać spod ciężkiej łapy liliowej. Była większym wyzwaniem niż jego rodzeństwo. Silniejsza. Cichsza. Mniej przewidywalna. Nie podobało się mu. Stanowiła dla niego zagrożenie. Musiał ją obserwować. Znaleźć słabości. Zniszczyć. 
Próbował jakoś wygrzebać się spod jej łapy. Ugryź. Drapnąć. W końcu w akcje bezsilności ryknął charakterystycznym dla siebie wrzaskiem. 
Kotka była twarda, syknęła na niego niewzruszona. 
Niesłusznie. 
— Kminowa Łapo, co się dzieje? — nieznany mu głos pojawił się znikąd. 
Bury kocur pojawił się koło nich. Zdawał się znać liliową. Pomarańczowe ślepia spojrzały na wojownika. Był duży. Masywny. 
— To nie tak jak myślisz, znalazłam go i chciałam zabierać do żłobka, ale się rzuca. — wyjaśniła liliowa. 
Kurka zapiszczał obolały, próbując wydostać się spod łapy uczennicy. Bury westchnął. 
— Może ja z nim spróbuję, co? — zaproponował. — Wiesz, że to kocię Kruczej Gwiazdy. Lepiej, żeby cały i zdrowy wrócił. — dodał ciszej. 
Gdy tylko poczuł, jak ciężar kończyny znika z jego brzucha, spiął mięśnie. Przygotowany na uderzenie serca nieuwagi wbił w łapę szereg swoich zębów. Liliowa zagryzła zęby, tłumiąc w sobie pisk i spoglądając na mentora, który nie ukrywał zaskoczenia. 
— Ma charakterek. — syknął cicho, łapiąc lekko kociaka za kark. — Kurko puść, brzydko tak innych gryź. 
Warknął, ukazując w jak głębokim poważaniu ma burasa. Wgryzł się mocniej w ciało liliowej. Nie zamierzał dalej pozwolić, by nim pomiatała. Nie miał zamiaru dać się więcej dominować. 
— Kto by pomyślał, że taki diabeł będzie po spokojnym Niezapominajkowej Gwieździe. — wymamrotał wojownik, próbując odciągnąć kociaka od łapy uczennicy. 
Kurka słysząc to, puścił. Oburzony i zjeżony spojrzał na wojownika. Prychnął ostrzegawczo. Nie będzie porównywał go do truchła gnijącego gdzieś w obozowisku. 
On nie zamierzał dać się zabić matce. 

<Kminek?>

Od Zajączka CD. Zdradzieckiej Rybki

Odchrząknęła, stając dumnie na równych łapach i patrząc na niego z krzywym uśmiechem na pysku.
— Był kiedy wojownik. Uważany był za najdzielniejszego, gotowego do wszelkich poświęceń. Gdy przemierzał tereny klanu, wszystkim zapierało dech na jego widok. Budził podziw, swoimi czynami i słowami. Nastały dla klanu okrutne czasy. Dosięgła ich wojna, paskudna, pociągnęła za sobą wiele niewinnych żyć. Krew pobratymców głównego bohatera zalała ziemię, a ten nie był w stanie bronić się, więc został schwytany w niewolę. Złowrogie siły torturowały go. Ledwo co dychał, gdy rozcinali mu skórę bądź topili w lodowatych rzekach. Wojownik walczył zawzięcie, wspominając nieraz wszystkie złożone klanowi obietnice. Nie mógł się poddać, powinien być gotów stracić życie w ich obronie.
Niestety pewnego dnia poległ. Wygadał wszystko, bo okazał się zwykłym tchórzem. Łatka bohaterka nie była dla niego, on nim nie był, jedynie go udawał. W zamian za informację pozwolono mu odejść. Sam lider złowrogiego klanu był zaskoczony, że ktoś tak łatwo się poddał i sprzedał informacje o swoim domu. Obrzydzało go to zachowanie i nie chcąc więcej widzieć go na oczy, kazał mu odejść. Nie zabili go, bo jego zdradziecka krew przesiąknęłaby ich ziemię i skaziła przyszłe pokolenia na wieczną porażkę. Wojownik wrócił do domu, jednak smrodu zdrajcy nie da się przeoczyć. Jego klan dowiedział się, co uczynił i nie zamierzali tego dłużej znosić. Skazali go natychmiastowo na śmierć. Przed tym poddali go odpowiednim torturom. Zrywali z niego skórę, odgryzali ogon... — to mówiąc, w jej ślepiach zabłysnęła iskra zachwyty — a na sam koniec wrzucili go do dołu. Klan Gwiazdy zesłał ogromną ulewę, która zapełniła dziurę. Wojownik utonął — mruknęła dramatycznie. — Koniec! — miauknęła wesoło, wtulając się w futro ojca. — Piękna opowieść, prawda? Bardzo pouczająca.
Położył po sobie uszy, a jego ciało spięło. Czuła to, przykładając ucho do jego piersi i wsłuchując się w przyśpieszony oddech. Podniosła na niego zaciekawione spojrzenie.
Uśmiechnął się krzywo do córki.
— A czy ten wojownik nie mógłby zasłużyć na odkupienie? Czemu od razu musiał tak paskudnie skończyć? I to nie brzmi mi na bajkę dla dzieci skarbie — rzekł poważniej.Wstrzymała się od ironicznego parsknięcia. Jeszcze się pytał? Czy tak oczywista opowieść nie była dla niego wystarczającą aluzją, mówiącą mu wprost, co go czeka? Jak inaczej miała go zachęcić do dobrowolnego oddania życia w imię klanu, niż przez taką uroczą i niewinną historyjkę?
— Jak to nie dla dzieci? — zdziwiła się. — Słyszałam ją od bardzo miłej kotki, nie może być brzydka! A ten wojownik już na nic nie zasługiwał. Jego wina i jego kara, prosta zasada — oświadczyła, przewracając się na plecy. — Widzisz, ile mam białego w futerku? Super, co nie? Ty i mama nawet nie macie tyle razem wzięci!
— T-tak to naprawdę niezwykłe... — Skrzywił się, nie kontynuując tematu bajki. Najwyraźniej nie chciał dać jej tej satysfakcji. — Może masz to po prapradziadku... Dziadek mówił, że też miał dużo bieli w futerku — mruknął z niechęcią.
— Ah, a może ktoś z rodziny mamy był mocno biały? — gdybała. — Nie wszystko, co dobre musi być od ciebie, tatusiu! — stwierdziła z rozbawieniem, choć wewnętrznie umierała od każdego słowa, które wydobyło się z jej pyska.
Nie chciała być kojarzona z tą kanalią. Ani z jego matką, ani z nikim innym, choć cała reszta już raczej nie żyje. Co najwyżej kuzyni, ale sprawiali wrażenie niegroźnych, więc nimi się przejmować nie zamierzała. Orzechowe Serce i tak odpowiedni dopiekał jej ojcu, z tego co przynajmniej słyszała. 

<Ojcze?>

Od Niezapominajkowej Gwiazdy CD. Rudzikowego Śpiewu

Zastępca uśmiechnął się do siostrzeńca.
— Myślę, że to dobrze, że mu się postawiłeś. — odparł. — Jestem dumny z tego co usłyszałem z twojego pyska. — dodał ciszej. 
Widząc niewielki uśmiech na pysku wojownika, wstał. 
— Może się przejdziemy? 
Rudzik położył uszy, lecz wyszedł z krzaków. 
— A c-co z Zbożową G-gwiazdą? I O-ognistym Językiem? — zapytał rudy. 
Niezapominajkowy Sen przejechał ogonem po grzbiecie siostrzeńca.
— Myślę, że Zbożowa Gwiazda zrozumie twoje zachowanie. — miauknął jedynie, nie chcąc na głos mówić jakim upierdliwcem jest Ognisty. — Co powiesz na spacer. Jeszcze nie uczciliśmy twojego awansu. — zaproponował. van.
Rudzik spojrzał niepewnie na wujka.
— M-myślę, że n-nie ma czego uczcić. — odparł smutno. 
Van szturchnął go, posyłając mu wspierający uśmiech. 
— Dla mnie jest. Chodźmy, zanim Ognisty Język i do tego się przyczepi. — zażartował, kierując łapy w stronę kładki. 
Drogę zastawiła im Krucze Futro. Żółte ślepia utkwiły w jego sylwetce. Lekko zawstydzony spuścił wzrok. 
—  A wy gdzie? — miauknęła, unosząc ogon zaciekawiona. — Gdzie uciekacie? 
Niezapominajek wyszedł na wprost. Rudzikowy Śpiew za nim. 
— Na spacer. — odpowiedział zwięźle. 
Kotka przywarła nagle do jego boku. Żółte ślepia zabłysły rozbawieniem - zapewne na widok jego reakcji na to. Speszony położył uszy. 
— To ja też się wybieram. — ogłosiła, spoglądając niechętnie na rudego. — Idziesz, czy nie? 

* * *

Wzbudził się niepewnie. Przetarł zmęczone ślepia. Niepewny czy to sen czy wspomnienie, zmusił się do wstania. Śnieg przykrył wejście do legowiska, blokując wgląd na zewnętrzny świat. Otulił się ogonem zmęczony. Postawił uszy, słysząc kroki. Czarna łapa przebiła się przez zaspę. Zaraz po niej pojawiła się para żółtych ślepi. 
— Nie możesz tak się pokazać światu. — ogłosiła od razu, zauważywszy, że nie śpi. — Wielki głód wkradł się do lasu. Potrzebujemy silnego i stanowczego przywódcy, Niezapominajku. 
Kocur położył uszy. Nie miał na nic siły. Najchętniej odrzuciłby to wszystko. Pozostał tu na zawsze. Jedynie zawadzał całemu światu - nikt za nim nie tęsknił. Nawet Rudzikowy Śpiew go nie odwiedził. Klanu Nocy za panowania Kruczej Gwiazdy musiało się dobrze powodzić. 
Kotka zauważywszy jego nastawienie, podeszła do niego. Niepewnie spojrzał na nią. 
— Nie każę ci się zmieniać. Wystarczy udawać. — szepnęła mu do ucha. 
Uniosła do góry jego pysk, zmuszając do spojrzenia jej prosto w ślepia. 
— Jeśli nie chcesz by historia zatoczyła koła. — wyjaśniła. — W klanie są zdrajcy. Buntownicy. Walczę z nimi od wielu księżyców. Najgorszym z nim jest Zdradziecka Rybka. — wyznała. 
Zdradziecka Rybka? To imię nic mu nie mówiło. Zmartwiony spuścił wzrok. Sam nie wiedział ile księżyców tu spędził. Jak wiele zmieniło się na świecie.
— Naraził nasz klan oddając się Klanu Burzy w niewolę. Wciągnął w to twojego siostrzeńca... — westchnęła dramatycznie. — Wciąż zdaje się szerzyć swoje grono faszystów. Oczernia mnie. Oczernia twoje dzieci... Myślę, że może i próbować nas zabić. Cała nadzieja w tobie, Niezapominajkowa Gwiazda. Musisz wziąć się w garść. Inaczej umrą wszyscy, których kochasz. — oznajmiła bezdusznie, wysuwając pazury.
Skrzywił się z bólu. Spuścił spojrzenie. Krucza puściła go. Odeszła na krok, by zmierzyć go smutnym spojrzeniem. Jej ogon nerwowo krążył w powietrzu. 
— Nie chce umierać. Jaskier, Kurka, Łoś czy Mróweczka też. Nie możesz być wiecznie egoistą. Nie możesz nas wiecznie odrzucać. — pisnęła, zalewając się łzami. 
Poczuł jak coś w nim pęka. Nie mógł znieść tego widoku. Zagryzł wargi. 
— Postaram się. — obiecał cichym głosem. 
Żółte ślepia spojrzały na niego ostro. Powietrze stało się cięższe. 
— To może nie wystarczyć. — odrzekła oschło. 
Zrobiła krok w jego stronę. Potem drugi. Czuł jak futro staje mu dęba. Łapy drżą.
Była oszałamiająca w swojej obsesji. 
— Co mam zrobić? — wyszeptał. 
Uśmiechnęła się, unosząc dumnie brodę do góry. Ciarki przeszły mu po grzbiecie. 
— Oddać się mi. W zupełności. — miauknęła, łapiąc zębami za jego ucho. — Wszystko. Każde swoje słowo. Każdy gest. Pozwól, że zadecyduje za ciebie. 
Zabrakło mu słów. Jedynie spoglądał wpatrzone w niego żółte ślepia. Niczym Jego. Tego, o którym tak bardzo próbował zapomnieć.
Czy mógł na to pozwolić? 
— Niezapominajku? Decyzja. — zażądała. 
Niechętnie kiwnął łbem. Nie miał sam siły nieść tego. Nie miał siły decydować. Ciężar odpowiedzialności za cały klan zawsze go przygniatał. Przerażał. Spędzał sen z powiek. Aż w końcu go przerósł. Sprawił, że ich klan stał się ruiną. A on sam trafił tu na długie księżyce. Nie mógł pozwolić dalej na to. 
Aby wszystko zatoczyło koło. 

* * *
*po akcji z Kminek z dzień-dwa*

Pomarańczowe ślepia wbite w niego. On także go obserwował. Chłodnym i surowym spojrzeniem. Choć w środku na skraju płaczu i pisku. Lecz nie mógł jej zawieść. Nie mógł znów wszystkiego zniszczyć.
— Dobrze cię widzieć. — powiedział jedynie, kierując spojrzenie na siostrzeńca. 


<rudzik :< ?>