BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 maja 2024

Nowa Członkini Pustki!

 
JARZĘBINKA

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Atak lisa

Odeszła do Pustki!

Od Przepiórczej Łapy(Przepiórczego Puchu)

Z zadowoleniem wymalowanym na pysku dreptała u boku Króliczego Nosa. Zdecydowanie polubiła kocura, odkąd tylko zaczął się jej trening. Był spokojny, przyjaźnie nastawiony i więcej pozytywów wymieniać nie trzeba było, to Gracji wystarczało.
— Rozmawiałem z Różaną Przełęczą — oświadczył nagle, gdy powoli zbliżali się do obozu.
— O co chodzi? To coś strasznego? — zagadnęła, nerwowo opuszczając dotychczas uniesiony ogon. Zrobiła coś nie tak? Od samego początku jej szkolenia starała się udowodnić, że potrafi wszystko, co wojownik powinien umieć. Może i nie była szybka jak rodzony Burzak, ale potrafiła zapolować. Może nie koniecznie szła jej pogoń za długousznymi kicajkami, ale wszelkiej maści mniejsze gryzonie dorywała bez problemu.
— Nic złego — odparł spokojnie. — Już długo jesteś u nas, ja cię więcej nie nauczę, więc możesz po prostu zostać mianowana — stwierdził, na co gwałtownie zahamowała.
Jeśli zostanie pełnoprawną wojowniczką... to będzie mogła czuć się oficjalnym członkiem Klanu Burzy. Pomimo poczucia winy, że przez akcje z nią Szpecząca Pustka gnieździł się w uczniowskim legowisku, czuła się szczęśliwa z życia w tym miejscu. Nie było tu żadnej roli w stylu Stróża, którym można było pomiatać. Nie musiała się martwić, że jest gorsza, nawet pomimo bycia "z zewnątrz".
— Nie mogłam się tego doczekać — odparła szczerze.

***

Gdy następnego ranka usłyszała głos Różanej Przełęczy, zwołującej zebranie, czuła, że nadszedł jej moment. Zdążyła poznać idee Klanu Gwiazdy i wiedziała, jak wygląda cały proces mianowania. Czy wierzyła w to, że umarli żyją na chmurkach?
Cóż, nie do końca. We Wszechmatkę nigdy w pełni nie uwierzyła, a w to miałaby? Z drugiej strony, bardziej realne było, że istnieje takie miejsce, gdzie trafiają dobre dusze, niż to, że każdy odradzał się jako ptak. Było to też motywujące, że jeśli będzie się dobrym kotem, zazna się spokój po śmierci, a jeśli będzie czynić się źle, trafia się do tej całej Mrocznej Puszczy.
Westchnęła głęboko, zerkając pośród zebranych. Ze sporą częścią miała raczej dobry kontakt.
W końcu wylądowała przed liderką, która raczej nie zaliczała się do ledwo co wspomnianej przez niej grupy. Trzymała się względem niej na dystans, w trosce o własne bezpieczeństwo.
— Ja, Różana Przełęcz, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika.
Przełknęła ślinę. Jeśli rzeczywiście obserwowały ją teraz jakieś trupy z nieba, to było to straszne.
— Przepiórcza Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — odparła bez zawahania. Odkąd Króliczy Nos poinformował ją o nadchodzącym mianowaniu, powtarzała to słowo co każdy krok.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Przepiórcza Łapo, od tej pory będziesz znana jako Przepiórczy Puch.
Dalej nie słuchała. Nic nie było na ten moment bardziej istotne niż to, że została wojowniczką. Jej życie było pokrętne, ale oto teraz czuła, że znalazła stabilizacje. I tylko to się dla niej liczyło.

Od Przepiórczej Łapy CD. Szepczącej Pustki(Pustego Łba)

Miała podejrzenia, z czym związana może być ta wczesna pobudka i wymarsz z obozu w tak małym składzie, jednak nie zamierzała się nimi dzielić na głos. Ogon drżał jej z nerwów, a towarzystwo Szepczącej Pustki wcale jej nie uspokajało, choć zdecydowanie było jej lepiej z jego obecnością, niż jakby miała zostać gdzieś wyciągnięta sam na sam z liderką.
Mina Różanej Przełęczy była nietęga, ale kotka cały czas wyglądała na niezadowoloną z życia, więc różnica między jej standardowym wyrazem pyska a tym obecnym była niewielka. Wydawała się na dodatek zmęczona tym, że w ogóle musiała ich gdzieś ciągnąć.
Bicie serca Przepiórki gwałtownie przyspieszyło, gdy pojęła, dokąd zmierzają. To było oczywiste, że na zgromadzeniu musiało się coś zadziać. Próbowała się oszukiwać, że to jakaś błaha sprawa, ale wyraźny zapach jej dawnego domu był jednoznaczną odpowiedzią.
Niemalże bezgłośnie wyszeptała "O nie", widząc na horyzoncie jedną, skuloną sylwetkę. Gdy tylko znaleźli się bliżej, postać zerwała się ze swojego miejsca i z każdym jej oddechem odległość między nimi znacznie się zmniejszała.
Ojciec zamknął ją w szczelny uścisku, omal jej nie wywracając.
Mimo wszystko była zdezorientowana. Stała tak niepewna swych ruchów, rozglądając się na boki. Czy powinna coś zrobić, czy lepiej stać dalej jak drzewo i pozwolić ojcu wydusić z niej resztki życia, czy może w ogóle zejść na zawał z nadmiaru stresu?
Już po powrocie kotów ze zgromadzenia i ich dziwnych spojrzeniach w jej stronę, mogła się domyśleć, że coś było na rzeczy. To jednak, że Różana Przełęcz przyprowadziła ją prosto w objęcia ojca, ją zaskoczyło.
— Już chyba wystarczy, tato — wykrztusiła, nie wiedząc, czy wciąż była godna się do niego tak zwracać. Była w końcu córką marnotrawną. — O... Hm... Co tu robisz? — palnęła, szukając wzrokiem wyjścia z tej stresującej sytuacji.
Dalsza rozmowa przebiegła wbrew jej oczekiwaniom. Myślała, że szybko wyjaśnią sobie sprawę, bez wchodzenia w szczegóły. Zamiast tego w grę weszły emocje, i to duża ilość emocji. Nie była na to gotowa, ale gdy w końcu wyznała, co jej ciąży na sercu, a Agrest zdawał się z tym pogodzić, poczuła pewną ulgę.
Odchodząc z miejsca spotkania, miała na uwadze, że musi jeszcze przeżyć reakcje członków Klanu Burzy. Jeśli oni zaakceptują jej kłamstwo i pozwolą jej zapracować na dobre imię, to najgorsze będzie miała już za sobą.
Wierzyła, że mając Szepczącą Pustkę u boku, wszystko może pójść dobrze.

***

I teraz oboje znaleźli się w legowisku uczniowskim, patrząc na siebie przez dłuższą chwilę w milczeniu, jakby jedno słowo miało doprowadzić do katastrofy na cały las.
— Wiesz... — zaczęła przeciągle, wypuszczając ze świstem powietrze z płuc. — To bardzo miłe, że dotrzymujesz mi tu towarzystwa. Nie trzeba było, ale doceniam, że z własnej woli, bez żadnego przymusu, będziemy spać w tym samym miejscu co ja — mruknęła, próbując choć trochę rozluźnić atmosferę.
Źle się czuła z myślą, że każdy wiedział, że nie była przybłędą od pieszczochów, a uciekinierką z Owocowego Lasu. Przynajmniej Króliczy Nos dalej ją dzielnie trenował, nie przejmując się tym, kim była, ani nie pytając nawet o szczegóły. Po prostu dalej sumiennie wykonywał swój obowiązek, a ona czuła się dobrze z faktem, że potrafiła wykonywać wszelkie podstawowe czynności.
Szept po tej przemowie spojrzał na nią dość przeciągle, znacząco i na pewno bez tryskania energią.
— O tak, widzisz, to wszystko było zaplanowane — odezwał się w końcu, z typową teatralną nutą, jakby chwilę temu nie był pozbawionym chęci do życia kotem. — W końcu spędzanie czasu z naszą drogą uczennicą nie byłoby zabawne, gdybym nie mógł podczas snu używać swojego nowego przepiórkowego posłania — stwierdził, rozglądnąwszy się dookoła. — W tym wypadku nie będę musiał nawet znosić sobie mchu na legowisko.
Potrzebowała chwili, by połapać się w jego toku rozumowania. Gdyby mogła, zdjęłaby z siebie futro, wykopała dziurę i je tam schowała, byleby on go nie dorwał.
— Myślę, że i tak jest to konieczne, jeśli chcesz się wyspać — stwierdziła, wzdychając. — Mimo wszystko przepraszam, że z mojej winy jesteś tu, gdzie jesteś i będziesz musiał znosić trening po raz kolejny, na dodatek pod opieką kogoś za kim no... — zawahała się — z tego co rozumiem, nie przepadasz.

<Pustaku?>

Od Lwa

Lew spacerował po pustych terenach poza miastem. Było tu ciszej, gdzieniegdzie stały tylko niewielkie domki, był spokój, nikt o nic się nie wykłócał i rzadko można było spotkać większą ilość kotów. Szedł by tak dalej, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Na ziemi, obok jednego z budynków coś leżało. Podszedł bliżej. Czy to… To był Jastrząb! Biedne stworzenie leżało na ziemi, jedno ze skrzydeł było nienaturalnie wygięte i poranione, a ptak cały zaplątał się w sieć którą albo ktoś chciał go złapać albo może po prostu zaplątał się i nie potrafił uwolnić. W pierwszej chwili pomyślał o tym, że Jastrząb ma pióra, a ta mała koteczka od Pochmurnego Płomienia takie chciała, ale zauważył że klatka piersiowa ptaka jeszcze nieznacznie się porusza. Nie miał pojęcia jak pomóc stworzeniu, ale nie mógł go pozostawić na pastwę losu. Podszedł bliżej do ptaka i choć bał się że ten chwyci go tymi wielkimi szponami, albo swoim silnym dziobem, chwycił go delikatnie i przesunął kawałek. Chwytając to coś w czym Jastrząb się zaplątał zębami, pazurami i czym się dało starał się uwolnić ptaka. Przez jakiś czas sprawiało mu to trudność, ale w końcu mu się udało. Teraz ten majestatyczny ptak wydawał się jeszcze bardziej mizerny i osłabiony niż wcześniej. Spojrzał na jego skrzydło. Wylizał porządnie rany Jastrzębia i rozejrzał się w poszukiwaniu wody. Ptak leżał tu już od jakiegoś czasu sądząc po tym że ślady krwi na ziemi były już nieco zaschnięte i starsze, z pewnością chce mu się pić i może być głodny. Obok ściany stało wiadro, pamięta że miał takie na swoim pierwszym podwórku. Podszedł do wiadra, na szczęście było w nim trochę wody. Chwycił je za krawędź i pociągnął jakoś po ziemi w stronę stojącego nieopodal drzewa. Przysunął tam ptaka i odchylając lekko wiadro wylał nieco wody tworząc niewielką kałużę. Zamoczył łapę w wodzie i ochlapał Jastrzębia odrobinką wody odskakując by ten go nie zaatakował. Ptak powoli zaczął się podnosić i ożywiać i Lew widział jak go obserwuje jednym z uchylonych, czujnych oczu. Odszedł tak by ptak nie krępował się i mógł się na spokojnie napić, a sam udał się na szybkie polowanie by ułatwić stworzeniu przetrwanie jakiegoś okresu, dopóki nie będzie w stanie samo tego robić..

***

Wrócił do Jastrzębia z tłustą okazałą myszą. Co prawda tak duży ptak jakoś bardzo się tym nie naje, ale lepsze to niż nic. Położył zdobycz obok ptaka szybko się odsuwając bojąc się że Jastrząb będzie chciał walczyć o pożywienie, co prawda jest słaby ale wiedział że zarówno koty, jak i ptaki i inne stworzenia są w stanie bić się o marną kosteczkę nawet jak są słabe. Gdy ptak już się najadł i trochę ożywił, lew upolował dla niego jeszcze kilka myszy i zostawił w pobliżu by słabe zwierzę miało jakąś szansę na przetrwanie. Za jakiś czas do niego wróci sprawdzić w jakim jest stanie. Zebrał z ziemi wszystkie pióra które się do czegoś nadawały, a Jastrząb zgubił ich dosyć dużo, i wpadając w ścianę i przez tę sieć czy cokolwiek to było, utrudniło mu latanie i zaplątało mu się na skrzydłach.
- Niech klan gwiazdy ma cię w swojej opiece dobre stworzenie! - zawołał tylko na pożegnanie z ptakiem, wziął wszystkie pióra które wcześniej zebrał, były naprawdę piękne choć większość z nich była raczej mniejsza, ale co z tego. Pobiegł zadowolony w kierunku miasta z masą najróżniejszych piór i piórek w pysku. Wszedł do miasta. Widział zazdrosne spojrzenia niektórych kotów widzących jego zdobycz i Lew nie miałby nic przeciwko by im takie sprezentować, ale te pióra są dla Jastrząb i zaniesie je Pochmurnemu Płomieniowi by ten mógł jej je dać. Specjalnie przecisną się do swojego tajemnego miejsca i schował pióra w dobrym miejscu gdzie nikt ich nie odnajdzie. Przed opuszczeniem tego miejsca odświeżył oznaczenia zapachowe i złapał mysz która udało mu się tam znależć. Zjadł mysz i udał się pobawić nad rzekę. Chciał nauczyć się łowić, a że Pochmurny Płomień tego nie umie będzie się musiał nauczyć sam. I lepiej pływać. Może zacznie od pływania, bo bez tego się nie obędzie. Pobiegł przez łąki i puste niczyje tereny.Dotarł do rzeki, i wszedł w jej spokojny nurt. W tym miejscu nie była bardzo głęboka, w sam raz dla niego. Wchodził coraz głębiej, pozwalając by woda obmywała mu, boki, grzbiet. druchowo zaczął machać łapami by unosić się na powierzchni. Zaczął przebierać z całej siły swoimi dosyć silnymi i umięśnionymi łapami, przesuwając się szybko w wodzie, okazało się że jego silne łapy idealnie sprawdzają się w wodzie. Nabrał powietrza w płuca i zanurkował. Widział przepływające w wodzie niewielkie rybki. Zaczął za nimi skakać i próbować je łapami oraz zębami, ale szybkie morskie stworzonka mu uciekały. lew wyszedł z wody i odszedł na parę długości lisa. Wziął rozbieg i z impetem wpadł w taflę wody sygnalizując to całemu światu wielkim pluskiem. Robił w wodzie przewroty, wirował. Czuł się w niej jak ryba. Nie wie do jakiego klanu mógłby należeć jeśli pływa prawie jak Klan Nocy, wspina się na drzewa jak Klan Klifu, jest prędki jak Klan Burzy, walczy jak koty Klanu Wilka lub nawet lepiej. A może on nie pasuje do żadnego klanu? W końcu nie robi wielu rzeczy które te klany robią. Na przykład nie otwiera krabów. Nie wie zbyt dużo o innych klanach niż Klan Klifu, bo o nim Pochmurny Płomień ze względu na swoją przynależność mówi najwięcej. Lew wyszedł z wody i się z niej otrząsnął, tak że jego długa sierść jeszcze bardziej się napuszyła i wyglądał na jeszcze większego niż jest i nawet trochę przypominał prawdziwego Lwa. Wpatrzył się w wodę. Co jakiś czas przepływały tam ryby. Lew skupił się na punkcie przed sobą, na środku wody. Gdy przepływała tam kolejna ryba, Lew uderzył w nią łapą wywalając ją na brzeg. Czyli potrafi łowić. Tylko taki problem że lew nie wie które ryby można jeść a które nie. Wypuścił rybę z powrotem do wody, po co a krzywdzić to stworzenie gdy ma co jeść i jest nawiedzony gdy może mu zaszkodzić jak je zje. Niech sobie żyje spokojnie. Lew wszedł na pole. “Złote Kłosy” tak nazywały to koty klanowe, jeszcze nie były pięknymi okazałymi kłosami zboża, ale Lew wierzył że muszą wyglądać pięknie. Podszedł do drzewa i się na nie wspiął. To było ich ulubione drzewo, jedno z dwóch stojących pośród pola w tym miejscu. Szkoda że nie miał z kim potrenować walki, dzisiaj Pochmurny Płomień nie znalazł luki by mieć z nim trening bo coś mu wypadło. Zszedł z drzewa i udał się w drogę powrotną. Gdy dotarł do swojego zaułka, wszedł na dach by odpocząć. Lubił tam przesiadywać. Położył się na grzbiecie oglądając przelatujące chmury. Jedne były jak owieczki, inne trudno było określić co przypominają, jedne pędziły niespokojnie po niebie jak Pochmurny Płomień, inne szły spokojnie jak on zastanawiając się co najlepszego wyprawia jego przyjaciel. Każda chmurka była inna, a przez to była również wyjątkowa. Miała inny kształt, inaczej się poruszała, inaczej zmieniała kształty. Chmury są trochę jak koty różnią się, są niepowtarzalne i wyjątkowe. Każdy kot jest inny i wyjątkowy. Taki, jaki powinien być. Choć niektóre rozumieją to trochę źle.

[1167 słów]
[przyznano 23%]

Od Lwa

Lew gnał przez miasto. Otaczały go ciemności. Za nim pędziła wielka grupa kotów, z oczami płonącymi jak ogień, o pazurach tak ostrych, że wydawałoby się, że jednym dotknięciem rozerwą go na strzępy. Ich kły lśniły w blasku mrocznego księżyca, gotowe wgryźć mu się w skórę. Powoli go doganiali. Już czuł na sobie kły i pazury wszystkich upiornych stworzeń, gdy nagle jasny promień światła poraził go w oczy i się obudził.
Wstał, przeciągnął się i wysunął z legowiska. Pierwsze promienie słońca wysuwały się zza dachów budynków. W powietrzu unosił się zapach miasta, zmieszany z zapachem poranka. Wskoczył na kontener i przedostał się na płaski dach budynku. Usiadł i rozejrzał się. Jego miasto. Lubił to miejsce. Chociaż wiele kotów uważało siedlisko dwunożnych za niezbyt dobre miejsce do mieszkania, to Lew nie zamieniłby go na żadne inne, poza tym miał wrażenie, że tam w dziczy żyje dużo szaleńców. Pochmurny Płomień to co innego, on był dorosłym kociakiem. Taki dobry, taki niewinny. Z pewnością nie skrzywdziłby nikogo z pełną tego świadomością i zamiarem uczynienia tego. Nie wiedział w sumie, czy nie lepiej dołączyć do jakiegoś gangu, bo życie na własną łapę nie było łatwe, ale nie widział siebie w żadnej z tych grup. Nie było tam żadnej prawdziwej lojalności i przywiązania. Na razie musiał sobie jakoś poradzić, potem zobaczy, co zrobi. W jego przytulnym zaułku było mu dobrze, więc na razie tu pozostanie.
Zszedł z dachu i udał się zapolować. Wrócił do domu z tłustą myszą i powrócił na dach z zamiarem zjedzenia jej. Gdy już zjadł, zaczął się zastanawiać, co może teraz zrobić. Trening z Pochmurnym Płomieniem jest później, więc może udać się na przechadzkę po mieście, a potem… przypomniał sobie! Musiał rozejrzeć się po swoim domu. W tej stercie przedmiotów dwunożnych mogło być wiele kryjówek i przytulnych miejsc na legowisko, a zawsze może sobie zmienić jego położenie.
Szybko powrócił na ziemię i skierował swoje kroki w stronę parku. Dawno tam nie był, odkąd uciekł przed dwunożnymi. Wszedł na główną alejkę. Po obu stronach były drzewa pełne świeżych zielonych liści. Gdzieniegdzie po obu stronach stały ławki, a na niektórych siedzieli dwunożni. Po prawej, na niewielkim wzgórzu psy bawiły się ze swoimi właścicielami, po lewej kocięta dwunożnych bawiły się na placu zabaw. Słysząc ich radosne śmiechy, Lew mimowolnie się uśmiechnął. Lubił, gdy stworzenia wszelakiej rasy czuły się szczęśliwe.
Spacerował dalej alejkami przed siebie. Doszedł do mostka, pod którym przepływał niewielki strumyk, gdzie pływały kaczki z małymi kaczuszkami, a Dwunożni rzucali im coś do jedzenia. Woda ślicznie mieniła się w słońcu. Lew zatoczył kółko i wrócił na główną ścieżkę jedną z bocznych alejek i wyszedł z parku. Teraz pójdzie rozejrzeć się po swoim domu, albo pochodzi po dachach. Jeszcze nie wie. Lew lubił takie luźne przyjemne dni, jakie oferowała mu wiosna, znacznie łatwiejsze do przetrwania i przyjemniejsze od zimowych. W szczególności lubił słoneczne poranki. Promienie słońca na jego futrze, zapach poranka i w ogóle wszystko. Uwielbiał też oglądać wschody słońca z dachów budynków. Słońce powoli wyłaniało się zza dachów, a na horyzoncie można było zauważyć linię blasku.
Lew wszedł do swojego zaułka, i przyjrzał się uważnie stercie przedmiotów. Od której strony zacząć? Po lewej stronie znajdowały się deski, za którymi mogło coś być. Obok sterta starych opon. Obok parę starych drewnianych skrzyń ustawionych na sobie w swego rodzaju wieże i schodki. Parę nieokreślonych stalowych przedmiotów, parę innych desek, płyty z różnego rodzaju drewna. Leżało tu też kilka kartonów i przewróconych skrzyń.
Zaintrygowała go jednak szpara między drewnianymi skrzyniami, coś go tam ciągnęło, wydawało mu się, że to może być coś interesującego. Wcisnął się w szparę, potem przecisnął przez stertę desek, zatrzymał się na chwilę, bo zaplątał się w jakiś worek, przepchnął się kawałek dalej, aż zobaczył dziurę. Za dziurą było światło, widział trochę trawy i ścian. Przecisnął się przez dziurę w blaszanej części bramy, i znalazł się…
Nie wiedział, gdzie się znajduje. Miejsce to miało mniej więcej okrągły kształt, przy ścianach stały skrzynie kartony i parę stert starych opon, niektóre obiekty były poprzykrywane plandekami. Na ziemi rosła śliczna pachnąca zielona trawa, ściany w niektórych miejscach porastał bluszcz. Na środku rosło drzewo, wierzba płacząca, we wgłębieniu po lewej również, w niektórych miejscach były krzaki, na których dało się zauważyć drobne, zielone niedojrzałe owoce. We wgłębieniu naprzeciwko stała duża sterta desek. To miejsce było WSPANIAŁE, Lew nigdy nie widział ładniejszego. On je odkrył i znajduje się przy jego domu, więc to chyba jego teren.
Oznaczył go starannie i przepchnął się z powrotem przez stertę najróżniejszych skrzyń i obiektów na drugą stronę. Nie powie nikomu o tym miejscu, to będzie jego tajemniczy ogród. Dostać przez te graty jest się tam trudno, jak nie zna się drogi, a od góry ściany wydają się zbyt wysokie, ale to zaraz sprawdzi, by upewnić się, że jego przytulny kącik jest bezpieczny i nikt go nie zajmie. Wszedł na dach i podążał wzdłuż swojego zaułka, aż znalazł się nad stertą rupieci. Podążał kawałek dalej, aż znalazł się na dachu pokrytym starą, omszoną czerwoną dachówką. Dach zataczał okrąg, a za nim znajdował się dół, w którym był jego śliczny ogród. Niskie były szanse, by jakikolwiek kot był w stanie tędy bezpiecznie dostać się na dół. Poza tym na krawędzi znajdowały się ostre srebrne ciernie ze stali, więc próba takowego delikwenta zostałaby udaremniona. Lew przeszedł na około po dachu i wskoczył na dach po lewej stronie jego zaułka. Pognał przed siebie po dachach, w promieniach słońca, w których jego futro lśniło jak ogień. Pędził przed siebie, czerpiąc czystą radość z biegu. Jego mięśnie równo się napinały, a łapy rytmicznie uderzały o nawierzchnię. Kąpał się w blasku słońca i był naprawdę szczęśliwy. Dobiegł w końcu do swojego celu, na granicę miasta, zrobił jeszcze jeden długi sus na dach niższego domku, z niego zeskoczył na ziemię i pognał przed siebie. Czuł pęd wiatru rozwiewający mu jego długie złociste futro. Zamiast jak zawsze pokonać normalnie rzekę, przyjrzał się uważnie wodzie, szukając płytkiej części. Jest! Podbiegł do wypatrzonego miejsca, wskoczył w chłodny, rześki nurt ciesząc się chwilą. Przepłynął na drugą stronę, otrząsnął się z wody i pognał dalej, zostawiając za sobą rzekę. Jest młody, jest szczęśliwy. Na nic by tego nie zamienił. Zatrzymał się na polu, przed drogą grzmotu. Pamiętał, jak pokonywał ją po raz pierwszy, jak wtedy bał się, że zostanie potrącony przez potwora po pierwszym dotknięciu jej łapką. Wyskoczył wysoko w niebo, próbując dosięgnąć barwnego motyla i opadł ze śmiechem na ziemię, tarzając się w świeżych, jeszcze niewysokich kłosach zboża. Czekał na Pochmurnego Płomienia. Miał mu pokazać swoje najlepsze metody na łapanie ptaków. Nie musiał długo czekać, jego przyjaciel niedługo się zjawił.
- Hejo Lwie, co tam?
- W porządku Pochmurny Płomieniu, dziękuje. A u ciebie?
- Też spoko. Jakieś nowości?
- Co do wydarzeń w mieście nie wiem, ale dzisiaj coś odkryłem.
- Co?
- Postanowiłem, że nikomu nie powiem, ale ty to co innego poza tym nie mieszkasz w mieście, więc się nie wygadasz. No więc mówiłem ci o tej stercie różnych rzeczy dwunożnych?
- Mówiłeś, mówiłeś. A co, odkryłeś tam jakiś skarb?
- Nie, nawet coś lepszego.
- CO!!??!? - wrzasnął zaciekawiony Pochmurny.
- No więc, jak przejdzie się pod tym stosem, można dostać się do dziury w starym ogrodzeniu, i za nim jest otoczony murami, bezpieczny przytulny kącik. Rosną tam krzewy owocowe, kwiaty, jest tam parę fajnych miejsc do spania.
Odpowiedzi nie dostał, jednak Pochmurny Płomień wpatrywał się w niego jak zauroczony z szeroko otwartymi oczami i pyskiem.
- Coś się stało, Pochmurny Płomieniu?
- WOW… - wyrwało się z pyska kocura. - To musi być super miejscówka.
- Jest super. Niestety nie mogę ci jej pokazać, bo mieszkasz w klanie.
- Ale wierzę ci na słowo, jak już trafię do Klanu Gwiazdy, poślę tam mojego ducha, by sobie zobaczył to śliczne miejsce.
Lew zauważył dziwny nieznany błysk w oku swojego przyjaciela, jak mówił o tym miejscu, wiedział, że może to oznaczać dosłownie wszystko, więc miał tylko nadzieję, że nie żaden głupi pomysł.
- Dobra możemy zaczynać trening - odezwał się jako pierwszy Pochmurny Płomień.
- To zaczynajmy. Miałeś mi pokazać swoje sposoby na polowanie na ptaki.
- To do roboty! - Powiedział z entuzjazmem Pochmurny Płomień. Lew widział, że ten kocha uczyć inne koty. Nie w sensie, że jest przemądrzały i je poucza, lubi przekazywać swoją wiedzę i umiejętności innym.

Pochmurny Płomień pokazał mu pozycję, w jakiej najefektywniej można się skradać, by ptak się nie spłoszył. Upolowali dwa tłuściutkie wróble i przenieśli się na drzewo.
- Zobacz, jak fajnie poluje się na ptaki na drzewach!!!
- Zobaczę, jak upoluję cokolwiek!
- To do roboty, same się nie upolują!
Pochmurny Płomień z zaangażowaniem zaczął przedstawiać mu wszystkie swoje triki i akrobacje w powietrzu, przy tym podkreślając, jak mało da się ich robić przy zaledwie dwóch drzewkach. Lew zauważył znikomy ruch po prawej stronie. Spojrzał uważnie w tamtą stronę. Zięba, usiadła na gałęzi i świergotała. Lew skupił się na ptaku. Zięba wzniosła się i podleciała w jego stronę. Gdy przelatywała nad nim, Lew sprawnie wybił się w powietrze, chwytając ptaka zębami. Poczuł na języku smak świeżej krwi zdobyczy. Spojrzał na Pochmurnego Płomienia, który pochłonięty swoimi akrobacjami nie zwrócił na to większej uwagi, więc Lew po prostu zszedł na dół, ułożył zwierzynę pod drzewem przysypując ziemią, by ją ukryć, i wrócił na drzewo.
- Pochmurny Płomieniu, czy mógłbyś pokazać mi któryś ze swoich trików?
Pochmurny Płomień nie zareagował zbyt skupiony na swoim zajęciu.
- Pochmurny Płomieniu?
- A tak, co chciałeś?
- Miałeś pokazać mi parę swoich trików i akrobacji.
- A faktycznie. Hmm, co by ci pokazać na początek… Może pokażę ci skoki na większe odległości? Wszystko kiedyś może się przydać.
- To pokaż.
- Najpierw znajdę jakieś dobre gałęzie.
Pochmurny Płomień przyglądał się uważnie gałęzią, aż w końcu wybrał sobie jedną niespecjalnie wysoko umieszczoną, a za cel obrał sobie gałąź oddaloną nieco ponad długość lisa od tej, na której stał. Lew przyglądał się uważnie każdemu ruchowi jego mięśni. Kocur napiął je, wybił się, i wykonał skok.
- Pokażę ci jeszcze coś, bo fajna gałąź się trafiła! - krzyknął wyraźnie uradowany.
Pochmurny wystrzelił z gałęzi, na której stał i uchwycił się tej nad sobą zębami. Rozbujał się na niej, puścił i wykonując spektakularny obrót wylądował na niej.
- Fajne, co? Chcesz spróbować?
- Tak! - Od razu odpowiedział Lew. To coś było świetne. Bez problemu powtórzył skok lądując na gałęzi, na której wcześniej był Pochmurny Płomień, który w tym czasie usunął się na inną, jednocześnie nie odchodząc zbyt daleko by móc pomóc Lwu, jakby miał jakiś problem. Lew skupił się na gałęzi. Wyskoczył w powietrze, chwytając się gałęzi jak wcześniej jego przyjaciel. Zaczął mimowolnie bujać się na gałęzi, machając tylnymi łapami, aż w końcu puścił się jej i zaczepił się co prawda tylnymi łapami o nią, ale przednimi nie dał rady wylądować. Chwycił się jeszcze raz gałęzi zębami i spróbował jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz… Aż w końcu…
- Lwie! Udało ci się! Juhuuuu!
- Udało mi się!
- Brawo Lwie, jestem z ciebie dumny!
- Dzięki Pochmurny Płomieniu!
Pochmurny Płomień był dobrym przyjacielem. Lew nie zamieniłby go na żadnego innego.
Biegali po polu, wygłupiając się przez jakiś czas, aż w końcu położyli się na ziemi, patrząc na chmury.
- O zobacz, ta ma kształt ryby!
- O a ta Lwa! Jak ty Lwie!
- Ta wygląda jak owca.
- A ta jak potwór.
- A tamta jak kot
- Lwie?
- Tak?
- Jeśli miałbyś wybierać między klanem a przyjacielem, co byś wybrał?
- Przyjaciela. - Odpowiedział nie zastanawiając się długo nad odpowiedzią Lew
- Hmm jesteś pewien?
- Tak.
- A gdybym kiedyś znalazł się gdzieś w mieście i nie wiedział, jak wrócić do klanu co byś zrobił?
- Pomógł ci tam wrócić, o ile byłbyś jeszcze w kawałku.
- Ha ha bardzo śmieszne. Ale… gdybym nie mógł mieszkać już w klanie i znalazł się w mieście?
- Do czego zmierzasz?
- Do niczego.
Lew wiedział, że coś jest na rzeczy. Te pytania go zaniepokoiły. Czy jego przyjaciel ma zamiar opuścić klan? Miał nadzieję, że nie, przecież jest do niego tak przywiązany. Jest tam mała Jastrząb, jego siostry, mentorka, którą przecież lubi i pamięta o niej nawet po ukończeniu szkolenia.
- Gdyby zaszła taka sytuacja zamieszkałbyś ze mną, ale wiesz, że do czegoś takiego nigdy nie dojdzie.
- Racja, ale fajnie, że zrobiłbyś coś takiego.
- Muszę się już zbierać, chyba za jakiś czas macie patrol.
- A racja! Ja też muszę iść! To paaa! - Pochmurny Płomień szybko chwycił swoją część zdobyczy i pobiegł gdzieś w głąb terytorium. Pewnie do ich obozu.
Lew udał się w swoją stronę. Tym razem już nieco zmęczony i zamyślony przeszedł przez rzekę tradycyjnie, a przez miasto szedł chodnikiem. Wszedł do swojego legowiska i zwalił się na ziemię. Odpoczął chwilę, zjadł ziębę, którą dzisiaj upolował i poszedł spać. Tym razem był naprawdę zmęczony, na szczęście tym razem nie nawiedzały go koszmary. Może kiedyś przeniesie się do nowo odkrytego miejsca, ale jeszcze nie teraz.

[2076 słów]

[przyznano 42%]

02 maja 2024

Od Makowego Nowiu CD. Cis (Cisowej Łapy)

Siedziała spokojnie w obozie, zjadając swój posiłek i starając się zapomnieć o spotkaniu z tym małym kociakiem. Starała sobie wmówić, że to, co widziała, jej się przewidziało. W końcu to chyba niemożliwe... Prawda? Gdy już miała wrócić do legowiska wojowników, zobaczyła przed sobą właśnie tego samego kota, którego nie miała zamiaru dziś spotkać. Cis stanęła przed liliową, położyła niebieski kwiat na ziemi i zaczęła swoje przeprosiny.
- Przepraszam, że sprawiłam, że płakałaś. Dlatego daję ci ten kwiatek. Jest niebieski. To mój ulubiony kolor – kocię starało się mówić to z poważnym wyrazem pyska, lecz wyglądało to raczej zabawnie. W końcu się poddała i uśmiechnęła się do siostry Naparstnicowej Kołysanki. Mak spojrzała na kociaka. Westchnęła cicho.
- To nie twoja wina Cis. Tylko... Coś mi się przypomniało. W każdym razie nie przepraszaj, bo to nie twoja wina – odpowiedziała, z naciskiem na ostatnie słowa swojej wypowiedzi. Spojrzała na niebieską roślinę – Bardzo dziękuję, jednak sądzę, że lepiej pasuje do ciebie – oznajmiała i wplotła kwiat w futro kociaka – Przynajmniej nie musisz chodzić z igłami, a skoro to twój ulubiony kolor, pasuje – powiedziała, a gdy znów zobaczyła ten błysk w oczach córki Olszowej Kory, odwróciła głowę. Przez chwilę miała wrażenie, że kocię chciało coś jeszcze powiedzieć, jednak skutecznie przerwał jej głos Wieczornej Mary, która właśnie przyszła do Makowego Nowiu.
- Idziesz na patrol Makowy Nowiu – oznajmiła zastępczyni i wskazała resztę patrolu, już czekającą przy wyjściu z obozu. Liliowa pokiwała głową.
- Muszę iść – powiedziała do Cis i porzegnała się.
 
***
*Przed śmiercią Naparstnicowej Kołysanki*
 
Walczyła z dzikiem, była u medyka, miała bliznę i znów mogła pełnić swoją funkcję w klanie. Od rozmowy z Cis minęło trochę czasu i od tamtej pory liliowa starała się unikać tego kociaka. Przynajmniej teraz została mistrzem, dzięki temu miała nieco więcej obowiązków, więc wychodziło jej to skutecznie. No, nie zawsze, w końcu Cis też była już uczniem. Coraz częściej mijały się w obozie.
- Raczku! – usłyszała nagle głos swojej siostry, która po chwili wyszła z legowiska medyka. Mak podeszła do niej, nieco zaniepokojona.
- Coś się stało Naparstnico?
- Mogłabyś pójść z moją uczennicą pozbierać zioła? Jestem zajęta – wyjaśniła Naparstnicowa Kołysanka, na co Makowy Nów lekko się skrzywiła. Z Cisową Łapą.
- Jestem teraz trochę zajęta... Wiesz, obowiązki... – zaczęła liliowa.
- Raczku. Nie oszukuj mnie. Teraz masz wolne, a w razie czego poszłaś z rozkazu asystentki medyczki – odparła czekoladowa – Czy ty nie lubisz Cis i dlatego nie chcesz iść?
- To nie tak. Po prostu... Kogoś mi przypomina, a nie chcę o tym pamiętać – mruknęła cicho mentorka Białej Łapy. Morskie oczy Naparstnicy przez chwilę jej się przyglądały.
- No dobrze, pójdę – powiedziała Mak, a jej siostra się uśmiechnęła. Podziękowała i poszła po swoją uczennicę. Po chwili Cisowa Łapa wyszła z legowiska medyka i obie kotki skierowały się do wyjścia z obozu.
- Czego szukamy? – zapytała liliowa, wychodząc z obozu. Musiała wiedzieć, na co uważać.

<Cisowa Łapo?>

Od Bluszczu CD. Jafara

Siedział w pokoju i układał zioła, które niedawno przyniósł z domu. Niestety poszedł tam tylko raz, a resztę skrzyń przyniosły już koty tego jednookiego.
- Widzisz Guziku? To jest zioło, nim się leczy inne koty – wyjaśnił Bluszcz, gdy położył przed pluszowym misiem jedno z roślin. Odkąd go znalazł, spędzał z nim dużo czasu i nazwał go Guziczek, przez jego oko. Kiedyś słyszał już tę nazwę, więc uznał, że jest idealna dla jego nowego przyjaciela! Dzięki niemu nie był taki samotny. Miał wreszcie z kim porozmawiać.
- Możesz sobie obejrzeć, idę dalej układać – oznajmił do zabawki i wrócił na swoje miejsce. Nagle usłyszał czyjeś kroki. Podniósł głowę znad roślin, a do pokoju weszło kilku gangsterów Białozora, razem z... Arlekin otworzył tylko szerzej oczy, widząc Jafara. Co jego ojciec tu robił? Coś się stało? Zmusili go?
- Tato? Co tu robisz? — zapytał zdumiony Bluszcz, niepewnie podchodząc do Jafara. Co chwilę zerkał na samotników wokół niego, bojąc się, co ci mogą robić.
- Pracuje — odparł Księżniczka, nie wdając się w szczegóły. — Będziesz przynosił mi zioła i odpowiednie narzędzia, bo raczej mnie nie puszczą. Najpierw woda do obmycia łap, a potem standardowe składniki, o których cię uczyłem — oznajmił starszy kocur i rzucił synowi spojrzenie, sugerujące niewymienianie tych roślin z nazw. Arlekin tylko pokiwał głową, dalej niepewny, co tu się działo. Czyżby Jafar zdradził receptury? Na razie nie miał pewności, więc postanowił wykonać każde polecenie ojca. Szybko przyniósł podstawowe składniki, a po chwili zajął się starannym przenoszeniem proszku. Gdy obie te czynności były zrobione, dokładnie przyglądał się pracy Księżniczki. Z każdym ruchem byłego pieszczocha, Bluszczowi coraz bardziej otwierały się oczy ze zdziwienia i zaniepokojenia. Czy on serio sprzedał przepisy? Po tym, jak mu groził, za powiedzenie połowy? A sam zdradził wszystko! I teraz pracuje dla tego potwora Białozora? Który go tu uwięził! Arelkin nie wiedział już co myśleć. Podawał ojcu składniki, o które prosił, dalej nie mogąc uwierzyć. Co było takie cenne, że jego tata zdradził receptury? Przecież groził mu, że coś mu zrobi, jeśli je zdradzi, a sam teraz robi to samo! Złość powoli się w nim gotowała. Podejrzewał, że były pieszczoch zrobił to, by samemu się uratować, w końcu ostatnio był w okropnym stanie i codziennie było tylko gorzej. Mimo to nie potrafił powstrzymać gniewu.
- Jeszcze to Bluszczu – rozkazał Jafar, a jego syn posłusznie przyniósł roślinę, jednak nie oddał jej dobrowolnie. Pomarańczowe oczy Księżniczki zwróciły się w jego stronę, z jakby ostrzeżeniem. Niebieski jeszcze chwilę trzymał zioła w pysku, a po chwili rzucił nimi w ojca, dając się nieco pokazać swoim emocjom. Ten dostał niektórymi w twarz, jednak większość zleciała na ziemię.

<Tato? Wyjaśnij synowi>
[425 słów, trening medyka]
[przyznano 9%]

Nowi Członkowie Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Zjedzenie naparstnicy
Zasłużenie: Wiara w Mroczną Puszczę

Odeszła do Miejsca, gdzie Brak Gwiazd!
OSZRONIONA ŁAPA
Powód odejścia: Decyzja opiekuna
Przyczyna śmierci: Osłabienie po stoczonej walce z Lodowym Omenen i otrucie przez Naparstnicową Kołysankę
Zasłużenie: Wiara w Mroczną Puszczę

Odszedł do Miejsca, gdzie Brak Gwiazd!

Od Nimfy do Tuptającej Gęsi

Tw: przemoc psychiczna, fizyczna, opis obrażeń fizycznych
Wiatr dął pomiędzy wysokimi, pokrytymi cienką warstwą szronu drzewami. Szum roznoszący się po lesie zagłuszał wszystkie pozostałe dźwięki. Rzeka stała skuta grubym lodem. Pora Nagich Drzew nie była gorsza od wielu, wielu sezonów, a podobną do tej znać mogli tylko martwi. Gałęzie skryły się pod gęstymi, śnieżnymi czapami, przypominając bardziej olbrzymich rozmiarów grzyby, niżeli drzewa, które jeszcze parę księżyców wcześniej mieniły się żywą zielenią, a po ich pniach pędziły zwinne wiewiórki. Po nich pozostało już tylko gorzkie wspomnienie. Poza śniegiem nie było nic. Ani roślinności, ani zwierząt, ani kotów.
Skrzypienie, które normalnie roznosiłoby się echem po zacienionym gaju, teraz było ledwo słyszalne. Tam, gdzie nie widać było żywej duszy, przez zdziczałą zamieć, przedzierała się postać, którą na pierwszy rzut oka nie ciężko było pomylić z wybrakowaną kuną. Pokryta prawie w całości bielą szła przed siebie, na drżących od zimna łapach, ciągnąc za sobą zbolały ogon. Śnieg sięgał jej do klatki piersiowej, pochłaniając większą część jej ciała. Głowę miała jednak wysoko zadartą, co nie było codziennym widokiem przy kimś w podobnej sytuacji. Jednak, gdyby się dokładniej przyjrzeć, ktoś uważny mógłby dostrzec kształt, do złudzenia przypominający wychudłego gryzonia. Za każdym razem, kiedy zmęczony wędrówką pysk kocicy opadał w dół, a mały balast zaczynał szorować czarnym zadkiem po śniegu, wydawał wysoki, wystraszony pisk.
– Już, już, wiem, zimno – wymruczała kotka, mrużąc oczy – Nic na to nie poradzę…
Stworzenie jednak zdało się nie być zadowolone tą odpowiedzią, desperacko wierzgając tylnymi łapkami, byleby znaleźć się dalej od mroźnego puchu. Z pyska starszej uciekło westchnienie, zduszone trzymanym w zębach kociakiem. Z poirytowaniem poruszyła oszronionymi wąsami, próbując zorientować się w terenie.
– Na osty i ciernie, czy tu naprawdę musi być tak ciemno… – skomentowała, zwracając się bardziej do siebie, niż do trzymanego przez siebie dziecka. – Nie możemy się zatrzymywać. Nadal mogą nas znaleźć – kontynuowała monolog, rozglądając się dookoła.
Niestety, jej oczom nie ukazało się nic poza ciemnością i drobnymi, wirującymi w powietrzu płatkami, od którego widoku zbierało się jej na wymioty. Czuła, że długo już tak nie pociągnie. Pod rzadkim futrem znajdowały się wyraźnie zarysowane żebra, a także kręgosłup, którego każdy kręg można było bez problemu policzyć. Zapadnięty brzuch, policzki, podziurawione uszy. Im dłużej się przyglądało kocicy, tym mniej było się pewnym, czy nadal żyła. Łapy, które niegdyś zdobiła piękna, biała sierść, teraz stały się bezwłose i sczerniałe, a różowe poduszeczki popękane. Z tyłu kotki ciągnął się sznurek, niegdyś pełniący rolę ogona, teraz jednak był niczym więcej, niż dodatkowym ciężarem, albowiem już od dawna nie stanowił on części kotki. Wyglądał podobnie do paliczków kotki – ciemny, łysy, o nieprzyjemnej w dotyku fakturze. Na jego końcówce zaś widniały liczne ślady po ugryzieniach, wielkości odpowiadające uzębieniu właścicielki.
Za parą rozległo się odległe ujadanie, pisk. Resztki futra rosnącego jeszcze na samotniczce podniosło się. Znalazły ich. Szły tu. Były coraz bliżej, a skoro mimo trwającej zamieci, do uszu kotki zdołały dojść ich wygłodniałe krzyki – były już blisko. Zbyt blisko. Zagryzła wargę i rzuciła się do przodu. Paniczne, nieskoordynowane ruchy świadczyły o jej braku doświadczenia. Resztkami sił próbowała przedrzeć się przez śnieg, blokujący jej możliwość ucieczki. Desperacko, raz za razem, podskakiwała na łapach, z których ponownie zaczęła sączyć się szkarłatna ciecz, barwiąca śnieg na charakterystyczny kolor.
Stawiała niezdarny skok za niezdarnym skokiem, a śnieg sypał jej się do uszu. Czuła, jak w kończynach zaczyna brakować jej sił, jak z jej pyska uciekają resztki ciepła. W końcu rozległ się trzask. Schowana pod białym puchem gałąź, na którą pechowo nastąpiła, pękła. Wszystko na chwilę stanęło, by po uderzeniu serca samotniczka poleciała w dół, koziołkując po wzniesieniu na skraju lasu. Zęby miała mocno zaciśnięte na kocięciu, które zapiszczało żałośnie, czując, jak kły wbijają się w jej skórę.
I tak oto wypadły na otwartą przestrzeń. W zamieci ciężko było się odnaleźć, jednak charakterystyczne zimno oraz śliskie podłoże, jasno wskazywały ich położenie. Znalazły się na zamarzniętej rzece. Ostry ból rozszedł się po ciele kotki, która z impetem uderzyła w tę lodową powierzchnię. Nie miała siły wstać. Wszystko ją bolało, jednak w tym momencie była w stanie odnaleźć pewien komfort. Czuła, że może już zasnąć, na tej zimnej, bezkresnej połaci. I nigdy nie wracać. Powieki samotniczki zaczęły powoli opadać, przysłaniając matowe, niebieskie oczy.
I wtedy znowu rozległ się pisk. I znowu. I znowu…
Samotniczka uchyliła powieki, spoglądając na ciemny kształt. Kocię, które wypuściła po upadku z zębów, teraz zawzięcie próbowało się do niej przysunąć, ślizgając się na kluskowatych łapkach do przodu. Larwka. Słaba, chuda, mała. Do tego miała ten paskudny pyszczek, przypominający do złudzenia szczura lub co gorsze – jej ojca. Mała, mokra glizdka, w której blado różowym pyszczku nadal brakowało zębów. Irytowała ją. Frustrowała. Była powodem, dla którego teraz były gdzie były. Dla którego ona nie miała szansy na swoje szczęśliwe zakończenie.
Za nimi znowu rozległ się oszalały skowyt. Kocica wzdrygnęła się. Nie chciała zostać pożarta żywcem przez te rude kreatury. Ostrożnie się podniosła na przednie łapy, próbując doczołgać się bliżej kociaka. Miały czas. Zanim lisy znajdą drogę do zejścia do koryta rzeki, one zdążą znaleźć się na jej drugim brzegu. Złapała za kark czarnego stworka i ponownie zaczęła brnąć przed siebie. Łapy wykrzywiały się w bolesny sposób, co chwila rozjeżdżając się na lodzie, którego ostre drobinki pootwierały ranki na opuszkach samotniczki. Nie była pewna, czy idzie w dobrą stronę. Szła przed siebie, byle dalej od szaleńczych odgłosów rudych. Nie widziała nic. Żadnego źródła światła. Niebo było bezgwiezdne, zakryte przez gęste chmury. A śnieżyca trwała w najlepsze, drwiąc z wykończonej kotki, rzucając ją w różne strony, przy każdym podmuchu wiatru, pchającego w jej oczy, nos i uszy śnieżny pył.
Kiedy w końcu poczuła pod łapami ląd, prawie się popłakała. Pociągnęła zziębniętym nosem. Już zaraz odpocznie. Położy się z czystym sumieniem, bo przecież próbowała. Zrobiła parę kroków. Wąsami wyczuła rosnące wokół nich trzciny, które następnie rozsunęła, by utorować sobie dalszą drogę. Widziała słaby zarys pary drzew przed sobą, o grubych korzeniach, tworzących pod nimi przestronne szczeliny. Odetchnęła z ulgą, kierując swoje kroki właśnie w ich stronę. I wtem do jej uszu dobiegł tupot łap, dużo cięższych od kocich. Skoczyła na przód, wpadając do wnętrza nory, po omacku próbując wcisnąć się z kociakiem głębiej, byleby znaleźć się dalej od tych potworów. Usłyszała za sobą wysokie warknięcie. Nie chciała się oglądać. To nie miało tak być. Wcisnęła się głębiej, niemalże wchodząc w korę drzewa. Obróciła się.
Pysk.
Olbrzymi, rudy pysk, wypełniony ostrymi zębami znalazł się na przeciwległej stronie drzewa, zaledwie parę długości ogona dalej. I te oczy. Świdrujące ją, bursztynowe, z wielkimi, wygłodniałymi źrenicami. Widziała w nich swoje odbicie. Marną, anemiczną postać, na której ciele można było policzyć każdą jedną kostkę. Resztki futra, otulające jej pierś i łeb. Ślepia, w których od dawna nie było widać żywotnej iskry, wybałuszone i wpatrujące się z przerażeniem w drapieżnika, od którego sama nie wyglądała lepiej. Załkała, pazurami próbując odepchnąć się do tyłu. Nie chciała tu ginąć! Wcale nie chciała ginąć! Miała niespełna dwadzieścia jeden księżyców na karku, nadal mogła tyle zobaczyć, poznać, poczuć! Kłapiące szczęki jednak nie zdawały się wyczuć emocjonalnej chwili, kontynuując wściekłe szamotanie się. Słyszała, jak drugi osobnik orze łapami korę korzenia nad nimi. Obrzydliwe, rude glizdy. Co jej pozostało? Nie miała gdzie uciec. Nikt nie przyszedłby jej na pomoc. Była zdana tylko na siebie, do tego musiała pilnować tej wpadki, małego robaka, którego z bólem wypluła ze swojego ciała zaledwie wschód księżyca wcześniej. Luźna skóra na brzuchu świadczyła o tym, jak niedawno do tego doszło. Samotniczka przerzuciła wzrok na kociaka. Nienawidziła go. To przez nie wszystko straciła. Swój dom, urodę, rodzinę, a także resztki szans na przeżycie tej Pory Nagich Drzew. Czując, jak matka się od niego odsuwa, znowu zakwiliło. To przelało czarę goryczy, szalejącą w sercu kocicy.
– Zamknij się, zamknij! – zaczęła syczeć, dociskając łapy do pyska kocięcia – To wszystko przez ciebie! Gdyby nie ty, byłabym daleko stąd bezpieczna! A teraz przez ciebie i to twoje piszczenie nas znaleźli! – kontynuowała, łkając i przełykając gorzką ślinę – Przestań, przestań wydawać te dźwięki… Nie mogę ich znieść!
Maluch szamotał się pod blokującą mu oddychanie łapą. Widać było, jak zziębnięte ciałko słabnie, nie mogąc złapać tchu. Niebieskooka zakołysała się. Cisza. W końcu cisza. Na jej pysk wstąpił słaby, nieobecny uśmiech. Ulży mu, tak samo jak jej. Głośne pęknięcie wyrwało ją z zamyślenia. Uniosła wzrok. Lis, który cały czas próbował wcisnąć swoją parszywą mordę do wnętrza ich kryjówki, skomlał wystraszony. Uszkodził sobie szczękę, która teraz bezwiednie zwisała z jego pyska. Wycofał się, a jazgot rozniósł po całej okolicy. Przynajmniej jego mieli z głowy. Spojrzenie niebieskich oczu powróciło na kocię.
Co ona robiła?
Odskoczyła jak oparzona od czarno-białego stworka, który w mgnieniu oka nabrał w płuca powietrze. Zerknęła na swoje zakrwawione, objęte martwicą łapy. Nie chciała mu robić krzywdy. Nie wiedziała, dlaczego się do tego posunęła. Skuliła się roztrzęsiona. Nie umiała zebrać myśli. Każda podjęta przez nią próba kończyła się falą bólu. Tym razem, kiedy mały szczurek próbował się do niej przysunąć, pozwoliła mu. Maluch przytulił się do telepiącej się kocicy, której okrągłe oczy wpatrywały się w pustą przestrzeń przed nimi.
***
Nastał ranek. Słabe, blade promienie słonecznie przedostały się do kryjówki, przedzierając się pomiędzy zrobionymi przez pazury i kły lisów szczelinami do wnętrza. Niebieskie ślepia nie zamknęły się nawet na chwilę, trwając wpatrzone w jeden punkt przez całą noc. Przynajmniej teraz widziała, jak wygląda ich nowy dom. Przestronniejszy niż się zdawało, pokryty drobnymi kępkami mchu od środka wyglądał całkiem przytulnie. Dno wyściełały zżółknięte liście, które wiatr lub poprzedni mieszkaniec nory musiał nanieść jeszcze Porą Zielonych Liści. Na zewnątrz rozległ się szmer.
– Niedawno przechodziły tędy lisy… – skomentował obcy, młody głos.
Samotniczka zjeżyła się, pozostając w miejscu.
– Ba, nie tylko przechodziły. Przyjrzyj się, Karasiowa Łapo. Ślady krwi – parsknął inny, także kobiecy.
Kotka zaczęła liczyć ilość słyszanych kroków. Dwa… Nie, trzy koty. Pokrywał je zapach, z jakim spotkała się już wcześniej, podczas przekraczania rzeki. Wtedy jednak nie miała czasu się nad nim zastanawiać. Teraz jednak, kiedy właściciele tych terenów znajdowali się tak blisko jej nory, czuła się co najmniej zagrożona.
– Świeża. Ale… Nie pachnie na tylko lisią… Trop prowadzi do nor-
– Shh! – ktoś uciszył wcześniej przemawiającego kocura.
W jamie pojawił się cień, rzucany przez stojącą przy wyjściu z niej postać. Po chwili wsunął się pysk – drobny, pokryty rudymi i czarnymi plamami. Zielone, zaciekawione oczy obcej, spotkały się z chłodnym i pustym spojrzeniem kocicy. Nastała cisza. Młoda kocica wpatrywała się w nią, tak jak zwierzyna wpatruje się w swojego oprawcę.
– Karaś, wyłaź stamtąd! – warknął donośnie kolejny kocur, ciągnąc kotkę za futro na karku do tyłu.
– T-tam ktoś jest, tato!
Kotka struchlała. Nie wiedziała, czego bardziej się teraz bać, w dodatku przeliczyła się i kotów było o jednego więcej, niż wcześniej zakładała. I tak teraz nie robiło jej to większej różnicy. Z trzema też nie dałaby sobie rady. Kątem oka zerknęła na tulące się do jej brzucha stworzenie. To była dla niego szansa. Ostatnia deska ratunku, jaka im pozostała. Wysunęła pysk do kocięcia, łapiąc je, tym razem o wiele delikatniej, za luźną skórę. Specjalnie nie starała się maskować swoich dźwięków, aby koty mogły się z wyprzedzeniem przygotować się na jej wyjście.
Ostre promienie słońca uderzyły w jej oczy, oślepiając ją na dobre parę uderzeń serca. Światło odbijało się od mieniącego śniegu, sprawiając, że uspokojone przez noc migreny na nowo do niej wróciły. Zamrugała, próbując przyzwyczaić swój wzrok do panującej jasności. Otaczały ją cztery sylwetki – dwie kotki, jedna czarno biała, o niebieskich oczach, druga, szylkretowa, którą już wcześniej miała szansę zobaczyć, a także dwa kocury, młody point, o niepewnej minie oraz wysoki, srebrzysty kocur. Po ich pyskach dało się stwierdzić, że wszyscy byli dosyć zszokowani lub zniesmaczeni jej widokiem. Nabrała powietrza. Nie miała dużo sił, więc musiała je dobrze wykorzystać.
– Uprzedzając wasze pytania - nazywam się Serwal i nie przychodzę ze złymi zamiarami. Zgubiłam się w trakcie śnieżycy i pech chciał, że znalazłam się na najwyraźniej waszych terenach. – wychrypiała – Odejdę tak szybko jak będzie to możliwe. Jednak, jak sami widzicie, nie podróżuję sama – zwolniła tempo, dokładnie ważąc wypowiadane słowa – Nie wyglądacie mi na złe osoby… Nadal tu stoję, a to o czymś świadczy. Słyszałam o kotach wam podobnych. Żyjecie w całkiem sporych grupach… – zatrzymała się, obserwując reakcję zebranych. Nie była przekonana, czy domyślają się do czego dąży – Widzicie mój stan. Długo już nie pociągnę, nawet gdyby zajął się mną oświecony uzdrowiciel, więc nawet nie będę prosić was o pomoc dla mnie, jednak ono… Ono ma jeszcze szanse na przeżycie. Jest małe, nie je dużo. Nie zajmie wam dużo miejsca. Wiem, że to spora prośba, jednak jesteście jej ostatnią nadzieją.
Skończyła przemowę. Miała nadzieję, że była wystarczająco przekonująca i że udało jej się zagrać na kruchych strunach ich serc.
– Rozumiem… – odpowiedziała po chwili milczenia czarno-biała – Weźmiemy ją. Nie mogę ci zagwarantować, co dalej się z nią stanie, jednak Srocza Gwiazda lubi jej podobnych… – wymruczała, wyciagając ostrożnie pysk do przodu, aby przejąć od niej kocię.
Serwal oddała je bez żadnego oporu. Czuła na sobie wzrok pozostałych trzech kotów, gotowych w każdej chwili skoczyć na nią, gdyby spróbowała jakichś sztuczek. Naiwne myślenie.
– Mam jednak jeszcze jedno życzenie – rzuciła w ostatniej chwili.
Kotka trzymająca jej potomka w pysku zmarszczyła brwi.
– Chcę, żeby jak urośnie się o mnie dowiedziała. To wszystko. Aby ktoś opowiedział jej o mnie i o tym, w jaki sposób się u was znalazła.
Czy jej życzenie było samolubne? Zdecydowanie. Jednak czy ją to teraz obchodziło? Poświęciła dla tego dziecka wszystko co miała. Nie chciała zostać ot tak zapomniana i zastąpiona. Wtedy czułaby, że cały jej trud poszedł na marne, a w ten sposób przynajmniej jeden kot ją zapamięta. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, rzuciła się do przodu, ujmując swoimi czarnymi łapami łapę najmłodszej z obcych, przez swoich kompanów nazywaną “Karasiową Łapą”, która z nich wszystkich wyglądała na najwrażliwszą.
– Proszę, obiecaj mi jej o tym powiedzieć… – wyszeptała, przytrzymując pazurami kończynę wystraszonej zielonookiej.
– Odsuń się od niej! – warknął, gotowy do ataku kocur.
W ślepiach szylkretki odbił się strach przed tą brzydką, pokraczną kreaturą, która uczepiła się jej jak rzep kociego ogona, a jednak pokiwała zgodnie głową.
– Dobrze… O-obiecuję – dopiero po tych słowach samotniczka mogła ze spokojem puścić i dać odejść grupie obcym.
Srebrny kocur zmierzył ją pogardliwym, zniesmaczonym spojrzeniem, podchodząc zmartwiony do niższej, aby obejrzeć wcześniej pochwyconą przez nią łapę. To był koniec. Ostatni raz spojrzała na to coś zwane “jej dzieckiem”. Całe napięcie towarzyszące jej od tak dawna zeszło z niej, wraz z odejściem kocięcia. Spełniła swoje zadanie. Czuła pustkę, ale teraz liczyła się dla niej bezgraniczna wolność, która ogarnęła jej ciało. Powolnymi krokami zaczęła oddalać się w przeciwną do obranej przez obcych stronę, by móc w końcu zaznać prawdziwego, upragnionego spokoju.
***
Długo czuła, jak ktoś ją niesie, a obce zimno smaga po pustym brzuszku. Nie rozumiała, co się wokół niej dzieje. Otaczały ją obce zapachy, a jedyny jaki dobrze znała, zniknął, zastąpiony tymi nowymi, przytłaczającymi woniami. Nie piszczała jednak, obawiając się ponownego gniewu, jaki może na nią za to spaść. Dała się nieść, czuła, jak ociera się o obce faktury, a odgłosy dochodzą do niej coraz wyraźniej. Prawdziwa fala zapachów zalała ją dopiero jakiś czas później, niczym morska fala porywając i miotając między nimi. Nastroszyła się na tyle, na ile pozwalała jej jej krótka okrywa. Słyszała głosy. Dużo głosów, dyskutujących nad nią, jednak nie była tym zainteresowana. W końcu ktoś ją położył. Niepewnie przeczołgała się w kierunku, z którego dopływało do niej ciepło, a także jedyny zapach jaki udało jej się rozpoznać – słodka woń mleka. Jednak nie takiego, jakie dotąd piła, a tłustego, ciepłego, a także w ilościach, z jakimi dotąd się nie spotkała. Nowe stworzenie było miękkie. Masywne. Nie przypominało chudego i zimnego, jakie zajmowało się nią poprzednio. Nieśmiało wtuliła się w jego sierść. Nie została odepchnięta.
<Gąsko?>

Od Stokrotkowej Łapy CD. Bożodrzewnego Kaprysu

Kocur siedział lekko śpiący w legowisku. Mimo tego, że ostatnio z własnej woli wstawał wcześniej, to i tak nie był przyzwyczajony do tak wczesnych pobudek. Siedząc zaspany, usłyszał, jak ktoś wchodzi do legowiska uczniów. Ciekawy obrócił głowę i zauważył białą kotkę
— Tak więc…szkolenie — kotka zamruczała.
Stokrotkowa łapa był przez chwilę zdziwiony. Czyżby kotka pomyliła go z innym uczniem? Po chwili jednak kocur przypomniał sobie, że to jest jego mentorka! Bożodrzewny Kaprys! Liliowy kot wstał i podszedł do mentorki, która zdawała się bardziej zdenerwowana od niego.
— Może pójdziemy na polanę i powiesz mi, czego już zdążyłeś się nauczyć?
Młodszy przytaknął i ruszył za swoją mentorką. Był bardzo ciekawy, czego nauczy się dzisiaj.

***

— Więc znasz już tereny i granice … będę zabierać cię na patrole, byś sobie je utrwalił. — Kotka miauknęła niepewnie. — Zabiorę cię na patrol jutro.
Kocur przysiadł przed nią, słuchając jej uważnie. Patrol brzmiał ciekawie. Mentorka siedziała przez chwilę cicho, jednak po chwili spojrzała na ucznia.
— Jak dobrze polujesz?
— Nie za dobrze, umiem jedynie złapać mysz. — Stokrotek zamruczał cicho, lekko zawstydzony swoimi umiejętnościami łowieckimi.
— Hej, to nadal coś. — Kotka powiedziała, próbując go pocieszyć. — Może powiesz mi, czy wyczuwasz w pobliżu jakąś zwierzynę?
Kocur powąchał powietrze, lecz pokiwał jedynie głową.
— Spróbuj ponownie. — Bożodrzew pokazała ogonem na wróbla, który w stosownej odległość od nich rozglądał się za jedzeniem, nie zauważając kotów. Stokrotkowa Łapa powąchał powietrze jeszcze raz i tym razem wyczuł charakterystyczny zapach wróbli.
— Rzeczywiście, czuję wróbla.
— Z czasem twój węch będzie dużo lepszy. A teraz powiedz mi, czym może się różnić polowanie na wróbla od polowania na mysz?
Kocur nie otwierał swojego pyszczka przez dłuższą chwilę.
— Cóż… ptaki uciekają szybciej.
— Dokładnie, więc trzeba być dużo bardziej ostrożnym. Trzeba poruszać się powoli i niezauważalnie — miauknęła biała kotka.


<Bożodrzewny Kaprysie?>
[285 słów]
[przyznano 6%]