Złapał wzrok Plusk, gdy wracał z udanego treningu. Zmieszany spojrzał w bok.
***
Wpatrywał się w już niemalże niewidoczny strop legowiska.
Zimoziół, Blask, Skowronek, Dola, Irys, Trzmiel.
Gdyby nie on, te wszystkie osoby by dzisiaj żyły. Gdyby nie jego samolubstwo i tchórzostwo. Gdyby po prostu przyszedł do obozu i przyznał się do winy.
Strumyki łez niespiesznie spływały po jego policzkach. Ich równomierność oraz przyjemny chłód, jaki po sobie pozostawiały, jak gdyby zwilżały poparzoną skórę, wreszcie ukoiły go do snu.
***
Przełknął ślinę, gdy Bielik wybrała ostatnią piszczkę ze stosu zwierzyny. Ostatnio cały czas jej brakowało, nawet pomimo tego, że zdobyli nowe tereny. W porze nagich drzew zawsze było trudno o wyżywienie, ale nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej było aż tak źle. Na sylwetkach Owocniaków zaczęły odznaczać się żebra.
— Oj no, nie morduj mnie tak wzrokiem. — Wibrysy starszej zadrgały.
Zamarł.
Kończyny mu znieruchomiały, tętno natychmiast przyspieszyło.
Widziała to w nim.
Wiedziała to w nim i inni też musieli widzieć.
Już wcześniej o tym myślał. To była tylko kwestia czasu nim ktoś się zorientował, nim ktoś dostrzegł to w zieleni jego winnych oczu. Zobaczyła w nim tę krwiożerczość, to przesiąknięcie złem. Powie innym, a oni spojrzą na niego z tym obrzydzeniem, z tą nienawiścią malującą się na pysku. I wtedy wszystko runie, wszystko, na co kiedykolwiek…
— Hej, żartowałam tylko. — Uśmiechnęła się lekko przepraszająco. — Mogę się z tobą podzielić, jeśli jesteś bardzo głodny.
— Nie, nie. — Szybko pokręcił głową, powracając do rzeczywistości. — Masz pierwszeństwo.
Odchodząc, wypuścił z siebie drżący oddech. Musiał się uspokoić.
***
Pociągnął nosem, leżąc na swoim posłaniu.
Czy jemu kiedykolwiek zależało? Chociaż w najmniejszym stopniu? Czy po prostu był jak zabawka, którą można było chlusnąć w błoto, jeśli nie działała w odpowiedni sposób? Zmieszać z brudem, udusić pod gęstą pokrywą lepkiej, brązowej mazi.
Czuł się taki użyty. Wykorzystany.
Kompletnym idiotą. Największym kretynem.
Przetarł łapą mokrą, zmęczoną twarz.
Ufał tacie, jak temu, że po każdym wieczorze nastąpi poranek. A on go zdradził. Zdradził na każdym polu.
Agrest przestał być ślepy, ale za jaką cenę? Wszystkie jego radosne wspomnienia z ojcem zamieniły się w jedynie pozostawiające gorzki posmak na języku.
Jak miał teraz komukolwiek ufać? Może wszyscy byli tacy jak on? Może wcześniej był zbyt głupi, żeby to zauważyć. Nadal nie mógł uwierzyć, że przez całe życie, przez tyle księżyców, tak zwyczajnie się nie zorientował. Ile jeszcze nie wiedział? Ile jeszcze inni przed nim zatajali? Ile sam przed sobą zatajał?
Nie miał pojęcia jak odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Już o niczym nie miał pojęcia. Kim był. Kim byli inni. Co jest moralne. Co jest niemoralne. Co jest prawdą. Co jest kłamstwem. Dlaczego wciąż istniał. W jakim celu. I po co.
Najlepszym, a zarazem najgorszym wytłumaczeniem było, że po prostu wszystko jest bez sensu. Każe istnienie, każda myśl i zasada, każdy popełniony czyn. Wszyscy żyli tylko po to, żeby zaraz umrzeć. Nic się nie zmieniało. Nadal po ziemi chodzili mordercy i nadal będą chodzić, tylko w innych ciałach. Przez to będzie się wydawać, że są innymi osobami, podczas gdy będą dokładnie takimi samymi. Nic się nie zmieniało i nic nie dało się zmienić. Każdy został skazany na to, co mu się przytrafi i nawet choćby się starał, nigdy nie się od tego nie uwolni. Nikt ani nic nie zależało od jednostki.
Życie było bez sensu.
***
Ostatnio się przeziębił. Udał się do medyków i zażył podane zioła. Można stwierdzić, że cała jego osoba była właśnie jak ten kaszel, który dostał. Zarażał innych, chorowali przez niego. Z tą różnicą, że na jego przypadłość nie istniało lekarstwo. Nie było żadnej nadziei.
*Zanim zaczął trzymać się z Komarem*
Otwierał oczy. Pustka. Wstawał. Pustka. Wypełniał obowiązki. Pustka. Kładł się spać. Pustka. Zamykał oczy. Pustka. I tak dzień w dzień. Coraz większa pustka, czasami brutalnie przecinana wspomnieniami, które chodziły za nim bardziej niż jego własny cień. Właściwie syn Janowca w większym stopniu przypominał ten niewyraźny, ciemny kształt niż siebie. Był wrakiem. Zdewastowaną skorupą dawnego Agresta.
Nie wytrzymywał już dłużej samotności. Tęsknił za Kuklikiem. Tęsknił za Krecik. Nawet za samym sobą, którego własnołapnie zabił.
Jednak nawet gdyby nie odrzucił od siebie najbliższych, nie mógłby znaleźć w nich podobieństwa. Byli zupełnie inni. Byli dobrzy. Wciąż czułby się odseparowany.
Nie potrafił więcej funkcjonować w ten sposób. Musiał… musiał chociaż zamienić słowo z kimś równym sobie. A tak się złożyło, że znał taką osobę.
Plusk, jeszcze przed sytuacją z Błysk, wydawała się jednym z najmniej groźnych kotów. Gdy okazała się morderczynią, bicolor nie mógł tego pojąć. Zabójca, który zachowywał się w ten sposób i troszczył się o swoje dzieci? Mocno kolidowało to z jego wyobrażeniami. A teraz… teraz już wiedział. Teraz już rozumiał.
Niepewnie wszedł do legowiska medyczki. Zauważył Poranka wraz z Witką sprzątających i segregujących lekarstwa, jednak nigdzie nie dostrzegł rudego futra.
— Plusk poszła pozbierać zioła przy bagnach — poinformowała uczennica, jakby domyślając się, dlaczego tutaj przyszedł.
Kiwnął głową i skierował się we wskazanym kierunku. Przez całą drogę podrygiwał ogonem. Choć takie miejsce idealnie nadawało się do rozmowy, denerwował się. Chciał jej powiedzieć. Jeszcze tylko jej. Żeby… żeby wiedzieć, czy ona też tak to przeżywa.
Wziął głęboki wdech, gdy zobaczył kotkę w oddali. Jeśli coś pójdzie nie tak, wytłumaczy się wojną. Tak. Wytłumaczy się wojną.
— Plusk? Ja… teraz już cię rozumiem — wyznał cicho, podchodząc bliżej. — Ja też… — Wyciągnął szyję, żeby wyszeptać jej to na ucho. Serce dudniło mu w klatce piersiowej. — Ja też kogoś zabiłem.
<Plusk?>
Wyleczeni: Agrest
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz