Pierwsze niepokojące wieści zaczęły napływać zza granic Klanu Wilka. Ciało Omszonej Skóry odnaleziono tuż przy granicy, splamione krwią i zapachem wilczaków. Klan przyjął tą wiadomość ze smutkiem, a Lilia z żalem pożegnała wujka. Jednocześnie na jej barki zwaliła się kolejna dramatyczna nowina. Takie zabójstwo (o ile nim było) zapowiadało otwarty konflikt. Klan Klifu vs Klan Wilka. Kto zwycięży? Bała się wojny, bała się tego, że w czasie starcia straci bliskie jej koty. Śmierć mógł ponieść każdy, Wschodząca Fala, Wierzbowe Serce, Makowy Pazur, albo któraś z jej młodszych sióstr. Lilia westchnęła żałośnie i wzięła do pyszczka kolejny kęs piszczki, po czym wypluła go z niesmakiem. Strach odbierał jej apetyt i chęci do życia. Zakopała resztki gryzonia i siadła, rozpoczynając powolny proces mycia łap. Na swojego zastępcę lider wyznaczył Lisie Serce. Z całą pewnością zaskoczyło to wielu klanowiczów, ale nikt nie mówił o tym głośno. Włącznie z samą Lilią. Lisek był... znajdką, co nie znaczy, że wojowniczka od razu go skreślała! Był młody, ale co miała do gadania, skoro go nawet nie znała?! No, i lubiła go Lawendowy Strumień, a córka Wschodzącej Fali ceniła zdanie swoje kuzynki...
Krzyki, zaniepokojone miauknięcia i gesty innych kotów, zaalarmowały kocicę. Liliowa Sadzawka wstała, uderzając ogonem w pięty. Coś było wyraźnie nie tak, coś wisiało w powietrzu. Napięcie... Jak kilka uderzeń serca przed burzą, gdy naelektryzowana sierść szylkretki unosiła się nieco. Teraz też Lilia zjeżyła się, wyginając grzbiet w łuk. Ruszyła powoli, skradając się tuż przy ścianie legowiska wojowników. Poczuła zapach krwi, ostry, metaliczny,nieprzyjemny i niemal wyczuła jej posmak na języku. Instynkt nakazywał ucieczkę. Na środku obozu ktoś był, ktoś ranny, a Lilia nie była pewna czy chce to oglądać. Zatrzymała się, cofnęła i znowu ruszyła do przodu. Słyszała płacz, widziała szok i niedowierzanie na pyszczkach wielu. Co gorsza zerkali na nią z jakimś... rodzajem współczucia? Niemal wpadła na swoją ciocię, która brnęła w tym samym kierunku. Gwałtownie pociągnęła Wierzbowe Serce z ogon i wyciągnęła szyję w kierunku jej ucha.
- Co się dzieje? - szepnęła cicho, z niepokojem w oczach.
Jej była mentorka miała łzy w oczach. Szylkretka wtuliła się w sierść pręgowanej, drżąc cała z niepokoju i czekając na odpowiedź.
- Och, Lilia... Skarbie, ja ni-nie - kolejny spazm powstrzymał jej wypowiedź. Liliowa Sadzawka ruszyła dalej, z depczącą jej po piętach Wierzbą. Kiedy doszła niemal do podwyższenia, zatrzymała się, zbyt zszokowana, by krzyczeć.
- Nie - szepnęła, cofając się. Chciała płakać, ale nie mogła. W płucach brakowało jej potrzebnego powietrza, czuła, że się dusi. Czarne jak smoła ciało leżało u stóp podwyższenia. Jeszcze rano był żywy. Jeszcze rano spacerował po obozie, zagadując klanowiczów. Brązowych oczy, z których zwykle biło mądrość i opanowanie, teraz były zupełnie puste i bez życia. Koty rozstąpiły się, przepuszczając Lśniące Słońce i Sokole Skrzydło, niosących potrzebne medykamenty. Medycy stali przez chwilę przy liderze, a każda minuta dłużyła się Lilii jak księżyc. Dlaczego Potokowa Gwiazda nie wstawał? To nie mogło być jego ostatnie życie, po prostu, to było niemożliwe! Stała w miejscu, a wszystko wokół zamarło. Była tylko ona, ciało Potokowej Gwiazdy i dwaj medycy, próbujący uratować mu życie. A raczej oceniający jego stan. Wszystkie nadzieje wojowniczki rozprysły się w ciągu zaledwie uderzenia serca, gdy Lśniące Słońce uniósł głowę Delikatnie zamknął Potokowi powieki i oznajmił.
- Przykro mi, ale nic nie da się już zrobić.
Łkania i złorzeczenia nasiliły się. Lilia poczuła, że traci grunt pod łapami. Jej serce kołatało boleśnie, w uszach słyszała szum krwi. Przygryzła wagi i poczuła smak krwi na języku. Koniec, koniec! Jej ojciec nie żył, została półsierotą. Poczuła delikatny dotyk na ramieniu. Odwróciła się, wybuchając płaczem i wtulając głowę w bark Wierzbowego Serce. Dla jej byłej mentorki musiało ty być jeszcze trudniejsze. W niedługim odstępie czasu straciła obu braci. Lilia trzęsła się niekontrolowanie. Kątem ucha wyłapała słowa Lisiego Serca, nie... Lisiej Gwiazdy, który, siłą rzeczy, został nowym przywódcą. Uniosła głowę i spojrzała w oczy starszej wojowniczki.
- Mama, muszę znaleźć mamę. - Jej oczy zapłonęły.
Odwagi, bądź odważna.
-Wschodzącą Falą na pewno zajęła się już Żądlący Język...
Tak, Wierzba miała rację... Lilia podjęła jednak decyzję. Ruszyła przez tłum, by po raz ostatni podzielić się z ojcem językami. Przystanęła przy czarnym ciele lidera i polizała go z szacunkiem po barku, jak wtedy, gdy mianował ją na uczennicę. Zwłoki nie napawały ją obrzydzeniem. W końcu był to jej ojciec, ktoś kogo kochała i ceniła. Ktoś kto teraz najprawdopodobniej biega po łąkach Klanu Gwiazd, tylko... Czy Gwiezdni się nie pospieszyli? Coraz mniej im ufała. W ciągu zaledwie dwóch księżyców straciła wiele kotów. Głuszcowa Łapa, Omszona Skóra, Borsuczy Cień, Zabluszczone Futerko, a teraz jeszcze ojciec. Czy Klan Gwiazdy słusznie skazał ich na śmierć? Hmmmm...
<Idk, jak ktoś chce to może odpisać, uwu>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz