— Ten "on", to był mój syn, Orli Trzepot — oznajmiła spokojnie, chcąc trochę uspokoić wyraźnie zdenerwowanego kociaka. Prawda, że jej syn wyrósł na dość posturne kocię, jednak nigdy nie wydawał jej się "przerażający". A może to dlatego, że widziała w nim ciągle tego małego, uroczego Orzełka, tulącego się do wszystkich?
— Duży... — mruknął cicho Mokry, a buraska zaśmiała się. W całym swoim zachowaniu był niezwykle pocieszny, chociaż on nie mógł nawet zdawać sobie z tego sprawy.
— Nie bój nic, twój tyłek kiedyś też tak urośnie — oznajmiła spokojnie, odprowadzając kocura wzrokiem. Zniknął gdzieś w kociarni, najpewniej po to, aby wtulić się do Drżącego Trzepotu i ich uroczych pocieszek. Mokry zmarszczył brwii, patrząc na burą.
— Twój tak nie urósł — zauważył. Liderka przewróciła oczami na ten komentarz. Jejku, czy nawet kocięta muszą bez przerwy jej wypominać, że jest malutka? To już nużące.
— Mój jest inny — wzruszyła ogonem. Zastanawiała się, czy dzisiaj też będzie okropnie spać? W końcu, kiedy zaproponowała poprzednim uczniom przyjęcie mianowania bez udziału gwiezdnych, czuła się okropnie. Wiedziała, że to kara od poległych za chociażby branie pod uwagę takiej herezyjnej możliwości, ale sami doprowadzili do załamania wiary w nich. Wydarzenia "tamtej" nocy na długo pozostaną w sercu każdego kota, który miał "przyjemność" brać w niej udział, co do tego Cierń nie miała wątpliwości. Poczuła, że się wzdryga, na samą myśl o nich...
— Wszystko dobrze? — usłyszała głosik Mokrego. Pokiwała powoli głową, acz nie uraczyła go uśmiechem.
— Tak. Późno już. Lepiej się połóż — rzuciła, po czym ruszyła w kierunku legowiska, aby dołączyć do wymiany językami. Chciała jeszcze wieczorem wpaść do swoich wnuków, aby powiedzieć im "dobranoc".
~*~
Tak, jak się tego spodziewała, noc była okropna. Cały czas dręczyły ją koszmary, w których trawił ją żywy ogień, a Klan Gwiazdy zapowiadał bolesną, rychłą śmierć, jeśli nie poprzestanie swoich propozycji. Jednak ona nie należała do takich, którzy się poddawali, gdy było ciężko. Jej głównym celem było zapewnienie klanowiczom komfortu. Dlatego, jeśli ktoś by sobie tego życzył - mianowałaby go bez powoływania się na przodków. Pierwsze promienie słońca wpadały do leża liderki, a ona pospiesznie schowała głowę w futrze Brzoskwiniowej Gałązki. Nie chciała jeszcze wstawać. Było zdecydowanie za wcześnie, a zobaczenie jej na nogach rano stanowiło nie lada wyzwanie, którego pręgowana nie zamierzała ułatwiać! Dlatego czekała, aż Brzoskwinia wstanie, lub stanie się coś, co wypędzi ją z legowiska, liżąc swoją sierść, by chociaż trochę nie przypominać żywego trupa. I wtedy usłyszała to.
— No i co zrobiłaś? Widzisz ten bałagan?
— Hej, ty też miałeś w tym swój udział!
— Oboje jesteście siebie warci. Ja nie zamierzam tego sprzątać.
Zaintrygowana wyszła ze swojego leżą, aby zobaczyć, co się dzieje. Jakieś było jej zdziwienie, gdy przy rozsypanym stosie jedzenie dojrzała Niezapominajkę, Mokrego i Szuwarka, sprzeczających się ze sobą głośno.
— Wasze krzyki obudziły by umarłych — ziewnęła, a owe ziewnięcie przeciągnęło się dłużej, niż tego oczekiwała. Wyglądała teraz jak mały, zmęczony życiem lewek, rozszerzając tak oscentacyjnie paszczę i ukazując ostre kły. — Co zbroiliście? Sprzątanie tego zajmie wieki... — burknęła.
< Mokry? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz