✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Przeszłość, wieczorem,
w pobliżu lecznicy
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Czarny kocur powolnym krokiem przemierzał korytarze podziemnego obozu klanu, kiedy przechodząc obok lecznicy, do jego uszu dotarły nieco przytłumione głosy, będące mu bardzo znajome. Nie chciał podsłuchiwać, lecz chęć wysłuchania opowieści kremowego kocura oraz kocięcej radości Patyczaka była silniejsza. Wojownik przysiadł tuż obok wejścia, by następnie skupić się na tym, co dwójka bliskich mu kotów mówi.
W takich momentach cieszył się, iż udało mu się znaleźć kogoś takiego, jak Gasnąca Prawda oraz udało mu się uratować Patyczaka przed śmiercią, której i tak już za dużo widział. W tym liliowym maluchu dostrzegał w pewnym stopniu samego siebie — oboje stracili kogoś bliskiego, byli świadkami śmierci, choć młodzik tego wszystkiego doświadczył bardzo szybko, Szakłak przynajmniej miał trochę czasu, nim musiał się z tym zmierzyć. Miał nadzieję, że uratowany kociak nie popadnie w epizody marazmu, niczym on za każdym razem, kiedy czuł, że wszystko, co znał, uznawał za swoje jedyne szczęście w życiu, znikało w czasie mrugnięcia oka.
Zielonooki wciąż miał parę kotów, na których mógł polegać i nie dosięgły ich szpony okrutnego końca swych księżyców. Może i to niewielkie grono czasem ulegało zmianie, lecz nadal istniało i to było najważniejsze dla wojownika. Po zdradzie Rudzikowego Skrzydełka, ilość najbliższych Burzaków się uszczupliła i to na kolejne księżyce, lecz znalezienie Patyczaka niosło ze sobą nową nadzieję dla niego. Szakłak może i nie miał nigdy z nikim potomstwa, lecz tego liliowego kocura uważał w jakimś stopniu za swojego syna, nawet jeśli to Gasnąca Prawda odwiedzał go znacznie częściej niż czarnofutry.
Kiedy tylko w lecznicy nastała cisza, wojownik podejrzewał, że zdrowiejący kociak zasnął. Mimo to Poczciwy Szakłak pozostawał w miejscu, które wcześniej zajął. Z racji obecnej pory dnia, nie musiał się martwić tym, że zaraz zostanie przez kogoś porwany na patrol lub będzie trzeba iść na trening z Bursztynową Łapą.
— Wybacz — mruknął do pomarańczowookiego, gdy tylko stanęli ze sobą pysk w pysk. — Nie spodziewałem się, że masz takie doświadczenie w walce — dodał z lekkim uśmiechem.
— Podsłuchiwałeś?
— Możliwe — odparł z lekkim zawadiackim uśmiechem, drocząc się nieco z rozmówcą. — Miło usłyszeć, że dobrze się dogadujecie i dbasz o niego.
— Może ty następnym razem coś mu opowiesz? — zaproponował kremowy.
— Nie mam żadnych ciekawych historii tak, jak ty. W moim życiu było więcej śmierci, niż tego trzeba — podsumował, spoglądając kątem oka w stronę, gdzie powinien leżeć zdrowiejący kocurek.
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Przeszłość, niedługo po
odejściu Bursztynowej
Łapy z Klanu Burzy
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Zielonooki samotnie leżał w legowisku wojowników na posłaniu, które kiedyś nosiło subtelny zapach Krokusowej Kruchości i Skrzydlatej Płomykówki. To właśnie te dwie kotki w największym stopniu przyczyniły się do powstania nowych miejsc do spania dla większości Burzaków. Teraz plecionka traw, mchu, gałązek i puchu były przesiąknięte zapachem Szakłaka, lecz od jakiegoś czasu można było wyczuć zapach jeszcze jednego wojownika — Gasnącej Prawdy, który miał posłanie tuż obok i często nim oboje zdecydowali się na zasłużony spoczynek po ciężkim dniu, to potrafili niemal do nocy rozmawiać. Teraz jednak po kremowym nie było śladu, a jedynym dowodem jego obecności była słaba nuta słonego morza, znad którego pochodzi starszy.
Podczas nieobecności pręgowanego Szakłak mógł jedynie wdychać powietrze z jego niewyrazistym zapachem. W ostatnich dniach było u kocura niczym w niebie, jednak jedna sytuacja wystarczyła, by powrócił do punktu wyjściowego. Bursztynowa Łapa zadecydował o swym odejściu z Klanu Burzy. Był drugim uczniem wojownika i kolejnym, którego zawiódł — a przynajmniej tak uważał solid. W końcu co mogło być innym powodem tego, że rudy uczeń opuścił rodzime tereny? Nie nadawał się mentora, pomimo usilnych starań wyszkolenia terminatora na kogoś, z kogo może być dumny nauczyciel, lider, klan, rodzina. Był bardzo wdzięczny Poczciwemu Dziwaczkowi za każdy księżyc nauki i nie chciał, by jego wiedza zakończyła się na takim nieudaczniku, jakim był Szakłak.
Pogrążony w swych myślach, które już tak dobrze znał, będące niczym starzy znajomi, nie spostrzegł, kiedy do jaskini wkroczył wojownik. Dopiero ciepło bijące od drugiego ciała sprawiło, że zielone ślepia skierowały się w prawo, gdzie obok kocura zasiadł Gasnąca Prawda. Jego kremowy pysk był przyozdobiony troską i zmartwieniem obecnego stanu najbliższego przyjaciela. Właśnie, przyjaciela. Burzak już dawno wyznał starszemu swe uczucia i nadal cierpliwie czekał, aż ten je odwzajemni lub oznajmi mu, że łączy ich tylko przyjaźń. Szakłak nie wiedział, co w tym wypadku było gorsze — pozostanie jedynie przyjaciółmi czy niedoczekanie się odpowiedzi.
— Nie możesz tu wiecznie leżeć. — Głos pręgowanego cicho rozbrzmiał w niemal pustym legowisku.
— Nic innego mi nie pozostało… Bursztynowa Łapa odszedł, podobnie jak Kołysankowa Łapa, choć on miał wybór i go dokonał. Dostałem dwie szansy, by nauki Poczciwego Dziwaczka nie przepadły. Dwa razy zawaliłem… — odparł ze słyszalną chrypką, która była wynikiem rzadszego używania strun głosowy niż wcześniej. — Jako wojownik powinienem wyszkolić chociaż jednego ucznia, jednak z tym nawet nie daje sobie rady. Może to znak, by przejść do legowiska starszyzny i zostać towarzyszem Czuwającej Salamandry.
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Obecnie, w trakcie
pory opadających liści
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Księżyce mijały, jednak nic nie zapowiadało, by Poczciwy Szakłak zmienił zdanie co do swego odejścia na emeryturę. Nawet dzień mianowania Patyczaka na ucznia nie był w stanie na dłużej go wyrwać z letargu, który kolejny raz zawładną jego życiem. Jego stan i może był niepokojący dla niektórych kotów, lecz ci, co go znali, wiedzieli, że w jego życiu tego typu momenty miały już miejsce, zwykle niedługo później przemijając, jakby to wszystko było naturalną koleją rzeczy w jego przypadku. Jednym z kotów, które widocznie były przejęte tym, była Skrzydlata Płomykówka, która nawet nie brała kocura pod uwagę w przypadku patrolu — podobnie w przypadku Gasnącej Prawdy, jakby liczyła, że sama obecność dawnego Klifiaka jakoś pomoże jej przyjacielowi. Zamiast tego sama brała na siebie wojownicze obowiązki, by klan w porze opadających liści nie odczuł zmian w liczebności kotów na patrolach, szczególnie łowieckich.
Zielonooki jak zwykle leżał na swym już zużytym posłani, kiedy do jaskini wkroczyła dwójka kotów. Srebrna zastępczyni oraz kremowy wojownik. Oboje martwili się o leżącego całymi dniami kocura, który ograniczył wszystko, co możliwe do minimum — jedzenie, picie, ruch. Nie był już tak młody, więc jego organizm szybko ukazał te pierwsze oznaki zaniedbania.
— Szakłaczku — zaczęła niebieskooka.
— Wiem, co powiesz Skrzydlata Płomykówko. Zdania od ostatniej rozmowy nie zmieniłem. — Kocur nadal upierał się przy zdaniu, że powinien odejść do starszyzny, nawet jeśli mógłby być wojownikiem przez jeszcze dobrych parę księżyców.
— Ja to załatwię — oznajmił pomarańczowooki, na co srebrna skinęła głową i bez cienia zawahania się opuściła legowisko, pozwalając, by ta dwójka porozmawiała w cztery oczy.
<Co takiego chcesz mi przekazać, przyjacielu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz