Wszystko zaczęło się w południe.
Może to była dobra pora, gdy słońce ślicznie oświetlało trawę i było zdecydowanie cieplej niż wcześnie rano.
Przeczuwała już od kilku dni, że czas się zbliża. Napawał ją niepokój, a pogarszała go obecność innych kotów. Krążyli za blisko, patrzyli zbyt uważnie, by jej nerwy mogły się uspokoić.
Nie czuła się zbyt dobrze, od kiedy tu trafiła. Nie tylko przez tęsknotę za przestrzenią i możliwością ewentualnej ucieczki.
Bała się, tak bardzo się bała, że historia się powtórzy. Urodzą się chore albo martwe, może w ten sposób wszyscy tutaj ją znienawidzą bardziej, niż już nienawidzili, wygnają ją i znów nie będzie miała nawet czasu, by pogodzić się z tym, co się stało. Wszystkie scenariusze co może pójść nie tak, męczyły ją, niekontrolowane i nieskończone, od potencjalnych ataków i wypadków teraz, do tego, jak sobie poradzi potem. Czy da radę.
Gdy się zaczęło, jej stres był najsilniejszy. Nie chciała, by byli jacyś świadkowie. A jednak. Gdy było najwięcej kotów w obozie, one zdecydowały się, że to ich czas.
Było gorzej niż kiedyś. Więcej żyć, niż to jedno, maleńkie, słabe. Ale każde z nich było żywe i gdy w końcu był koniec, którego tak długo wyczekiwała, wgryzając się zębami w patyk, byle wydać jak najmniej dźwięków, ściągnąć jak najmniejszą uwagę, bo tak kazało jej przyzwyczajenie i zburzone poczucie bezpieczeństwa, z ulgą zapłakała, trącając je nosem i tuląc jak najbliżej.
Po czasie, gdy emocje opadły, a słońce nie ruszyło się zbyt daleko, raz po raz przyglądała im się, patrząc, podziwiając, upewniając się, jak nie wyglądały tak chorowicie, jak pamiętała, jak oddychały, jadły i nie wydawały z siebie obolałych kwileń.
Ta część ciężaru, który czuła związany z 'co po' zniknął. Może nie mogła w to uwierzyć, że po tamtych pierwszym przeżyciu, mogła stworzyć coś tak pięknego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz