Otoczenie tak znajome, a teraz przez ilość krzątających się tu kotów, tak obce, przywitało go, gdy przekroczył próg jaskini. Nie tak dawno dołączył do tak zwanego Klanu Klifu. Dziwna nazwa, lecz bardzo trafna, zważywszy, gdzie się ulokowali. Czasami przychodził w to miejsce, pooglądać wodospad. Miało w sobie jakiś urok. Rozejrzał się po otoczeniu, rejestrując fakt, że wszyscy zaczęli wbijać w niego wzrok. Był obcy, nieznajomy... Będzie musiał zasłużyć na ich akceptację. Był na to gotowy. Ile w przeszłości przeżył oceniających spojrzeń i plotek, to nie potrafił zliczyć. Nie przejmował się więc nimi wszystkimi, stwierdzając że zajmię się swoim treningiem. Dzięki temu udowodni liderowi, że był użyteczny dla klanu, a on za to dostanie potrzebną ochronę na wypadek, gdyby gang postanowił go szukać poza terenami Siedliska Wyprostowanych.
Najpierw musiał poznać zasady panujące w tym miejscu. Nie mógł popełnić żadnego błędu, narażając się na ich gniew. Widział, że żyli w dużej społeczności, większej niż gangi, więc musieli wyznawać jakieś wspólne wartości.
Jeden w sumie trening był już za nim. Pokazywał Złotej Prędze co potrafił, łatwo chwytając drobną zwierzynę w swoje zębiska. To było pierwsze co od niego zażądała, gdy skończyła opowiadać o klanie. Jak dla niego za bardzo ekscytowała się byle drobnostką, przez co czuł się niczym kocię, które złapało pierwszy raz w życiu zdobycz. Miał umiejętności, ale i tak musiał udowodnić, że je posiadał. Kolejnym etapem była walka. Zmierzyli się w pojedynku, w którym przegrał, przez zbyt szybkie ruchy kotki. Była zwinna, a on powolny. Ale jak miał to parować, gdy jego masa sprawiała mu w tym problem? Zresztą uczono go, by niezważać na rany, robiąc za żywą tarcze, więc nic dziwnego, że poległ.
Skierował się do tworzonego legowiska uczniów, mając gdzieś fakt, że będzie spał z młodszymi od siebie. Na śmietniku Porą Nagich Drzew, gdzie się wychował, każdy był wciśnięty w każdego, nie patrząc na to, czy to kocię czy starzec. To nie był problem. Widząc mech w tym miejscu, zdziwił się. Zdawało się, jakby koty wiły tu posłania dla swojej wygody. Nie wiedział czy był godny na taki luksus, więc zadowolił się zimną skałą na uboczu. Położył się tam, przymykając oczy i wsłuchując w otoczenie. Było... gwarno. Kocię łapy dudniły, odbijając się echem od sklepienia jaskini. To miejsce tętniło życiem, dokładnie tak jak w Siedlisku. Tam jednak hałasy spowodowane były przez Wyprostowanych i ich potwory, które na siebie warczały. Po tym jak uciekł w dzicz, odzywczaił się od takiego harmidru, ale dalej go pamiętał.
Nagle poczuł mokre liźnięcie w policzek. Otworzył oczy, zaskoczony gapiąc się na obcą mu kotkę. Co... Co ona właśnie zrobiła? Nie widział, by tak tu się witano z obcymi. To było... zbyt dziwne. Posłał jej chłodne spojrzenie, lecz ta się tym nie przejęła, odwracając do reszty.
— Zaklepany! — miauknęła z entuzjazmem.
Tak jak zawsze jego pysk był nieodczytaną, neutralną skałą, tak teraz bombardował nieznajomą spojrzeniem, które jasno wskazywało na to, że nie miał pojęcia co ona do cholery robiła. Jaki zaklepany? Czy to była jakaś kocięca zabawa? Aż mu się przypomniało jak podrostki robiły głupie rzeczy, by wpasować się do grupy starszych kolegów. Być może w tym przypadku było tak samo i kotka została zmuszona do polizania obcego, przed całym klanem.
— Chyba się pomyliłaś... — miauknął zimno, ścierając ślinę z policzka. — Jeżeli to jakiś żart, to udany. Idź pochwal się znajomym, że ukończyłaś wyzwanie i daj mi spokój.
Przekrzywiła łebek, patrząc na niego z głupim uśmiechem, a następnie podkręciła głową.
— Chyba nie rozumiem... — przyznała niepewnie, lecz wciąż szczerzyła się z przyjacielskim nastawieniem. — Zresztą, nieważne. Słyszałam, że masz na imię Niedziwedź. Czyli jesteś takim dużym puszystym niedźwiadkiem? — pisnęła podekscytowana.
— Nie jestem puszystym niedźwiadkiem — mruknął zimno. — Są to stworzenia podobno silne i krwiożerczę, a nie miłe. Mam sierść może i długą, ale nijak ma się to do twych słów
Bez słowa podeszła do niego, po raz kolejny bezczelnie przekraczając granice przestrzeni osobistej. Zanurzyła swoją łapę w jego sierści.
— Mięciutka — wymamrotała rozmarzona. — Jak u misia. Mogę ci mówić "Misiu"?
— Nie — Odsunął się od kotki, dziwiąc się na ten niestosowny akt z jej strony. Cenił sobie przestrzeń osobistą, zwłaszcza że nie znał tutejszych kotów. — Nie możesz. I nie dotykaj mnie. Nie życzę sobie tego.
<Aksamitko?>
[przyznano 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz