To było straszne! Drżał na całym ciele, nie mogąc znieść świadomości, że był w ciasnym pudle, które jak nic, miało zostać jego grobem! Blanka leżała obok niego, klejąc się zniesmaczona do jego sierści, która swoją drogą capiła, co napawało go dumą. Ale czego po nim oczekiwała? Byli w końcu wsadzeni tu razem, przez jej głupotę! Wcale go to nie dziwiło. Może to była taka nowa zabawa tych istot? Im więcej kotów, to lepsza frajda, gdy zakopią ich pod ziemią!
Z oka sączyły mu się raz po raz łzy. Słyszał zawodzenie Bylicy, którą mógł wyczuć, lecz niezbyt dobrze widział przez kraty ich więzienia. Chciał, aby się zamknęła, zresztą tak jak i jej cała rodzina. To ich wina! Ich! Mogli nie zmieniać miejsca zamieszkania! Co z tego, że groził im jakiś gang! Żyliby, a tak… Tak czekała ich tylko śmierć.
- Coś długo jedziemy - zauważyła Blanka, marszcząc zaniepokojona nosek.
No się dziwiła?! Sądziła, że Wyprostowani zabierali ją do domu? Chyba w jej snach! Miał rację, że nie ujrzą już nieba ani księżyca. Jego przyjaciel był świadkiem jego porażki. To był… Ich koniec. Jego koniec.
- Zamknij się! - syknął do niej, przywierając bardziej do ściany pojemnika. Już powoli godził się z tym, że nigdy nie zazna wolności i powiewu świeżego powietrza. Mogli uciec wcześniej! Mogli, ale… Nie zrobili tego.
Spojrzał na znudzony, a jednocześnie zmartwiony pysk bengalki, która nie wydawała się przejęta tym co ich spotkało. Widać było po niej, że była pieszczochem. Brzydził się tej jej naiwności.
Strasznie się bał tego, co ich czekało. Tak bardzo, że zaczął drżeć i wyrywać sobie z łapy sierść!
Nagle poczuł szarpnięcie, które spowodowało, że ich pojemnik wywrócił się i uderzył z niewyobrażalną siłą o wnętrze potwora. Poczuł ból, gdy kotka wbiła się w niego, a pysk uderzył boleśnie o kraty. Wypadł z pudła, turlając się i zatrzymując zdezorientowany na grzbiecie. Szumiało mu w uszach, a z głowy ciekła mu krew. Zamrugał, przewracając się na bok, słysząc krzyki. Bylica patrzyła na niego swoimi zielonymi oczami zaniepokojona, lecz i z jakimś nieznanym mu dotąd ogniem w oczach. O co jej chodziło? Zrozumiał to, po chwili, gdy Blanka znalazła się tuż obok niego. Wolność. Byli wolni! Wstał na łapy, patrząc na porozrzucane pudła, które nie stały już równo, a walały się po ziemi.
- Wypłosz! - miauknęła do niego ta starucha.
Nie wiedziała pewnie co się stało. On sam nie orientował się, co to było za szarpnięcie. Widział jednak, że się bała, co wręcz go cieszyło. Jeżyk wtulała się w nią, bo oczywiście siedziały razem w klatce, tak jak on z Blanką. Spojrzała na burego błagalnym wzrokiem
- Wypłosz, spróbuj otworzyć klatkę! Proszę!
Miał jej pomóc? Rozejrzał się po otoczeniu, dostrzegając prześwit w gębie potwora. Światło wabiło go, a w nos drażnił nieprzyjemny smród. Ujrzał jak Sójka wygramoliła się spod swojego pudła, również wolna, po czym dała nogę przez dziurę.
- Sójko! Sójko zaczekaj! Blanko, zrób coś! - miauknęła srebrna zaniepokojona ucieczką wnuczki, zwracając się do bengalki.
Kotka pisnęła, odruchowo chowając się za nim przestraszona tym, że Bylica w ogóle jakoś bardziej się nią zainteresowała.
- C-co robimy? - szepnęła mu do ucha.
Co mieli zrobić? Pytała go o zdanie? Nie miał zamiaru pomagać staruszce, bo szansa na normalne życie mogła uciec mu koło nosa! Kolejne męczące treningi z Krokus, która go topi w gównie? Nauka zielska i zajmowanie się babcią na stare księżyce? Podziękuję!
- Jeżeli ją uwolnimy, to nas zmolestuje - szepnął do niej, a widząc jej przerażenie, tylko się z satysfakcją uśmiechnął. Dobrze ją wytrenował. Teraz nie sprawiała problemów, rwąc się na pomoc pomarszczonej wariatce. Czując kręcenie w nosie i widząc wzrok Bylicy, popchnął bengalkę w stronę wyjścia z potwora. - Dalej, zwiewamy, póki mamy szansę! Znajdziemy twoich Wyprostowanych i już nie będziesz cierpieć - zachęcił ją do tego okropnego czynu.
- Wypłosz? - zaskomlała starsza, patrząc na niego błagalnie. - W-w-wypłosz? O-o-o czym wy szeptacie? - Usłyszał jej panikę. Już wiedziała. Musiała się domyśleć.
Blanka skinęła łbem, ignorując podeszłą kocicę, po czym nie oglądając się nawet za siebie, pognała do dziury i ruszyła w ślad za Sójką.
On również tam się zbliżył, odwracając się jeszcze do zrozpaczonej i być może wściekłej kocicy, która widziała co zamierzał zrobić.
- Wypłosz? WYPŁOSZ?! - wrzasnęła. - Wypłosz co ty robisz?!
- Wybacz, ale wymeldowuje się z tego cyrku - rzucił do niej z podłym uśmieszkiem.
- WYPŁOSZ! TY... WRACAJ TU! URATOWAŁAM CI ŻYCIE PRZED ŚRUBĄ, BEZE MNIE NIE DOŻYŁBYŚ NAWET DWUNASTU KSIĘŻYCÓW! WRACAJ TU! WYPŁOSZ! WYPŁOSZ DO CHOLERY JASNEJ!
Zaśmiał się tylko pod nosem, wystawiając jej język, po czym wymknął się na zewnątrz. Gdziekolwiek Wyprostowani ich wieźli wiedział, że pozbył się staruchy raz na zawszę. Zdechnie zabita przez te bezwłose istoty, a on wróci na swoje stare śmieci.
- WYPŁOSZ, JEŚLI TO PRZEŻYJĘ, TO OBIECUJĘ CI, ŻE DORWĘ CIĘ I ZEMSZCZĘ SIĘ NA TOBIE! JESZCZE MNIE POPAMIĘTASZ! - ryknęła jeszcze mu na odchodne.
A niech gada zdrów. On się jej nie bał, bo był przekonany o tym, że zdechnie.
Wypadł na Drogę Grzmotu, krzywiąc pysk z bólu, bo było tu nieco za wysoko, zdobywając kolejne siniaki. Widząc czekającą na niego z niepokojem Blankę, ruszył do niej kuśtykając i zerkając za siebie na skąpane w dymie dwa potwory. Jeden wbił się w drzewo, a drugi w jego tyłek, przez który mogli nawiać. Obrzydliwe. Zadrżał, pusząc się. Miał nadzieję, że nikt nie usłyszy o tej historii.
- Co teraz?! - pisnęła spanikowana kotka.
Po ich prawej stronie dojrzał światła Siedliska Wyprostowanych oraz jakieś odległe pola. Wybór był więc jasny. Trzeba było dostać się do miejsca, które znał. Chociaż… Te zapachy jakie do niego docierały, wcale nie były znajome. Gdzie oni byli?!
- Teraz? Idziemy. Patrz - Wskazał na Sójkę, która radosnym krokiem szła przed siebie. - Za nią. Ona wie - Popchnął ją barkiem, zachęcając do ruszenia za córką Krokus.
I tak oto tym sposobem pozostawili swoją przeszłość za sobą. Zaczynała się teraz prawdziwa przygoda, pozbawiona Bylicy i życia w roli niewolnika, które dla niego szykowała. On wybrał wolność i nie żałował, że skazał ją i jej bliskich na śmierć. Wręcz miał nadzieję, że zdechną i nigdy już się nie spotkają. A czy był im wdzięczny za dach i jedzenie nad głową? Otóż… nie. Wydał z siebie złowieszczy śmiech, ciesząc się niczym małe kocię. Wreszcie był wolny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz