Obiecał sobie dołożyć wszelkich starań do zapewnienia Nocniakom jak najlepszego życia. A by zadbać o takie podstawy, musieli mieć obóz. I to w takim miejscu, by żaden inny klan nie mógł się do nich dostać.
Wiedział, że to może zbyt negatywne założenie, iż lada dzień może czekać ich wojna. Nowe miejsce do życia nie równało się nagłemu pokojowi. Inni liderzy go w jakiś sposób przerażali. Jedynie wobec Kamiennej Gwiazdy miał mniej obaw, bo choć ich klany były ze sobą niezwykle skłócone, tak on w jakiś sposób ją bardziej szanował po tym, jak po objęciu władzy uwolniła Zdradziecką Rybkę i jego siostrę.
— Gdzie teraz, Rudzikowy Śpiewie? — Pogodny głos Trzcinowej Sadzawki był jednym z niewielu czynników, które uświadamiały go, że jest dla nich nadzieja na coś dobrego.
Uniósł głowę i ciągnięty masą obcych zapachów, wybrał kierunek wzdłuż rzeki, którą i tak dotychczas szli. Po drodze spostrzegł łąkę pełną kolorowych kwiatów, przez którą usłyszał z pysków wojowników wdechy zachwytu. Była całkiem ładna, ale zbyt odsłonięta, by w tym miejscu mieli zrobić swój obóz.
Szli więc dalej. Za grzbietu dochodziło do niego coraz więcej jęków zawodzenia. Wszyscy byli już zmęczeni i narzekali na fakt, że zamiast osiąść się gdzieś w okolicy, on "zmuszał" ich do marszu, chociaż na każdym kroku mogło czekać na nich niebezpieczeństwo, przed którym nie mieliby już sił się obronić.
On sam czuł się natchniony nową dawką energii. Coś kazało mu wybrać jak najlepiej, z dala od miejsca, w którym po raz ostatni zobaczyli pozostałe klany.
W oddali zaczął dostrzegać linie wody. Nie wyglądało to jak jezioro, było znacznie większe i nie dało się dostrzec jej końca. Horyzont zlewał się z nieboskłonem.
Minęli dziwną, drewnianą konstrukcję. Nie był pewny, do czego to w ogóle służy, ale twórcami tego dziwactwa zdecydowanie byli dwunożni. Po wystających z wody belkach dałoby przeskoczyć się na drugą stronę rzeki. Może te istoty nie potrafiły pływać, więc zmuszone były właśnie w ten sposób się przemieszczać.
— Długo już idziemy — odezwał się Trzcina, spoglądając z przejęciem na resztę klanu. — Może zrobimy sobie, chociaż jakąś krótką przerwę? — zasugerował.
— Zaraz — odparł bez namysłu, wpatrując się w plamki na wodzie. — Dojdźmy, chociaż do tamtych wysp. To już całkiem blisko — zauważył i nim zdążyła otrzymać pochlebstwo od swojego zastępcy, ruszył.
To było zaskakujące, że mimo swej złej opinii, słuchali go. Przynajmniej większość, bo niektórzy wciąż patrzyli na niego krzywo i by zachęcić ich do roboty, trzeba było słów burego kocura. Jego lubili bardziej.
Zatrzymał się nad brzegiem, obserwując z uwagą porośniętą gęsto trzciną dużą wyspę. Poprosił resztę o poczekanie, a sam wszedł do wody. Kawałek trzeba było przepłynąć, ale gdy ponownie znalazł się na lądzie, uznał to za dobre poświęcenie.
Gdy przeszło się przez tę całą gęstwinę, znalazła się całkiem spora przestrzeń. Było tu wiele kamieni, ale między ich szparami, dałoby się zorganizować przytulne legowiska. W dodatku parę krzewów tworzyło kolejną ochronę od świata.
Problem mogły stanowić gałązki na ziemi i drobne kamyczki. Brakowało tu również wałów, aby ich woda nie zalała w czasie liczniejszych opadów.
Rozglądał się jeszcze chwilę, po czym skinął z uznaniem głową i wrócił do klanu. Ich intensywne spojrzenia jak zwykle go przytłaczały, ale przełknął ślinę i postąpił o krok bliżej do nich.
— Klanie Nocy — zaczął, próbując nie ulec nałożonej na niego presji. Jakby się zająknął, skończyłaby się ta cała jego śmieszna władza. — Tu kończy się nasza podróż. Nasz obóz ulokujemy na tamtej wyspie. Czeka nas sporo pracy z wykopywaniem wałów i oczyszczaniem ziemi z przeróżnych drobinek, ale w tym miejscu będziemy chociaż bezpieczni. Żaden inny klan nie przedrze się do nas — zapewnił, choć pomruki niektórych były jednoznaczną odpowiedzią na to, że nie byli tego tacy pewni.
***
Prace trwały. Wojownicy nieustannie przemieszczali się z jednego krańca nowego obozu na drugi. Nieraz podchodzili do niego, zdać mu raport z tego, co się działo. Podobno na granicy widziano dwunożnego z dziwnym patykiem, do którego przyczepione było coś na wzór pajęczej nici. Wrzucał to do wody i wyciągał tym ryby, które zabierał ze sobą. Byli więc bezczelnie okradani przez te łysą pokrakę.
Martwiło go to, ale starał się odłożyć ten problem na później. Wyprostowany pojawiał się rzadko i nie zbliżał się do ich obozu, więc póki co nie stanowił dla nich aż tak wielkiego zagrożenia.
Spojrzał z ciekawością na dwie uczennice, niosące większą gałąź. Pszczółka i Cedr wydawały się już całkiem niezłe w walce i polowaniach. Powinien zadbać o lepsze relacje z klanowiczami, poznać ich i wiedzieć, na kogo może liczyć.
— Jesteście niezwykle pracowite — zaczął z uznaniem, a te z zaskoczenia upuściły niesioną gałąź. — Wybaczcie za to nagle najście. Po prostu... Możecie się spodziewać, że w niedalekiej przyszłości zostaniecie mianowane.
Kremowa rozszerzyła pysk z wrażenia i pisnęła. Energicznie obiegła swoją siostrę, mrucząc jej do ucha.
— Słyszałaś? Będziemy mianowane! — Cieszyła się, a czarna jedynie uśmiechnęła się lekko, kiwając głową.
— No w końcu. — Donośne prychnięcie rozeszło się za jego grzbietem. Obrócił wzrok na Makowe Pole. — One już dawno powinny zostać wojowniczkami. Starają się. Pracują. Nie to, co niektórzy — rzuciła z przekąsem.
Rudzik przełknął ślinę. Pierwsze problemy, wspaniale.
— Co masz na myśli? — zapytał.
— Lamparcia Łapa. Albo nic nie robi, albo nic nie rozumie. Miałam problemy z łapą, a ta dała mi mak, żeby złagodzić ból! Dopiero Muchomorzy Jad powiedział mi, że mam zdrętwiałą kończynę. Żonkilowe Zatoka miała bóle brzucha, a ten mysi móżdżek sugeruje jej, że może jest w ciąży.
— A... Była? — zapytał niepewnie.
— Oczywiście, że nie! Po prostu miała problemy z niestrawnością. W ogóle Lampart jest jakaś dziwna, mało empatyczna i prędzej widzę w niej dziwadło klanowe, aniżeli odpowiedzialną medyczkę — prychnęła.
— To prawda, z nią jest coś nie tak — odezwała się Pszczela Łapa. — Nie lubię mówić źle o innych, ale nie chciała mi pomóc, bo mówiła, że jest zajęta i o tej porze zawsze segreguje zioła i to jest ważniejsze, niż mój kaszel. A Muchomorzy Jad powiedział, że dopadł mnie zielony kaszel i jeśli bym to dłużej olewała, to mogłoby się to dla mnie skończyć dużo gorzej.
Rudy zastrzygł uszami. Nie spodziewał się tego, ale może coś w tym było. Narobiło im się chorych, a skoro leczenie ich było tylko zasługą Muchomorzego Jadu, to Lampart była tam niepotrzebna.
— Zajmę się tym — oświadczył poważnie i ruszył pewnie w stronę nowego legowiska medyków.
Tak naprawdę nie chciał tam iść. Czuł, że te problemy nie są na jego głowę, ale nie mógł przekazywać swoich obowiązków na Trzcinową Sadzawkę. Nie zamierzał być jakiś okrutnym tyranem, nawet nie byłby w stanie do tego. Za to powinien wykazywać się sprawiedliwymi decyzjami. Skoro z kimś na tak ważnym stanowisku są problemy, trzeba to było zbadać.
— Lamparcia Łapo? — Przeleciał spojrzeniem po zebranych chorych. Złota siedziała w kacie i podczas gdy Muchomorzy Jad zajmował się Wydrzym Wirem, ona nic nie robiła. — Dlaczego nie pomagasz swojemu mentorowi? — zapytał.
— A dlaczego mam, skoro radzi sobie sam? Aktualnie nie potrzeba mu mojej pomocy — odparła spokojnie, nie ruszając się ze swojego miejsca.
— Dostałem wiele skarg na ciebie. Według niektórych w ogóle nie pracujesz — mruknął, patrząc kątem oka na niebieskiego. Nie powiedział nic, co miałoby posłużyć za obronę jego uczennicy. A na pewno go słyszał, więc czyżby inni mieli rację?
— Przecież chodzę po rośliny i je segreguje! — Zbulwersowała się. — Zwykłe pomówienia.
— Pozwól, że sam ocenię, kto mówi prawdę — odparł i po raz ostatni obleciał wzrokiem legowisko.
***
Kolejne wystąpienie wydawało mu się stresujące, ale zdawał sobie sprawę, że musi zareagować na to, co się działo pod jego nosem. Co jakiś czas zachodził niespodziewanie do medyków, bądź pytał wojowników o ich opinie na temat pracy młodej uczennicy.
Przedyskutował to z Trzcinową Sadzawką. On sam niezwykle mu pomógł przetestować pracowitość złotej kotki i ustalić sensowną wersję wydarzeń.
To zbieranie informacji pozwoliło mu stworzyć ostateczny werdykt. Wskoczył na niewielką skałę nad swoim legowiskiem i spojrzał na zebranych przed nim członków klanu. Spoglądali na niego z zaciekawieniem, a jednocześnie czuli ulgę z powodu przerwie w pracy.
— Klanie Nocy, od pewnego czasu dochodziło do mnie wiele niezbyt pozytywnych opinii o Lamparciej Łapie. W związku z tym, że nie wywiązuje się ona ze swoich obowiązków i dowody tego widać gołym okiem, ogłaszam, że z dniem dzisiejszym przestaje pełnić funkcję ucznia medyka. Od teraz będzie trenować na wojownika, gdzie z pewnością przyda się bardziej, zważywszy na to, ile mamy jeszcze do posprzątania. Jej mentorem zostanie Zdradziecka Rybka — oświadczył, patrząc kątem oka na czekoladowego. Wydawał się zaskoczony, że dał mu kogoś pod opiekę, a jednocześnie wdzięczny. — Czy ktoś wyraża sprzeciw wobec mojej decyzji?
Niektórzy pokręcili głową, inni wcale nie zareagowali. Lamparcia Łapą wydawał się spięta i urażona, ale nie robiła scen. Muchomorzy Jad mruczał pod nosem coś brzmiącego na "Módl się o zbawienie do Klanu Gwiazdy, Lamparcia Łapo", jednak i on nie wychylał się z tłumu, akceptując zaistniałą sytuację.
— W takim razie dziękuję za uwagę, wracajcie do swoich obowiązków i nie zapomnijcie o odpoczynku — polecił, zeskakując ze skały.
W tym momencie czuł ulgę. Nie zignorował problemu, tylko go rozwiązał, a to już świadczyło o nim cokolwiek dobrego.
Wyleczeni: Makowe Pole, Żonkilowa Zatoka, Pszczela Łapa, Wydrzy Wir
<33
OdpowiedzUsuń