Ocknął się leniwie ze snu. Chociaż już nie spał, w jego głowie wciąż rozbrzmiewały błagalne krzyki, które nawiedzały go co noc. "Proszę zlituj się! To jeszcze kocię", "Nie błagam! Nie zabijajcie mnie!", te i wiele innych, zlewało się w niezrozumiały bełkot. Powoli, im dłużej skupiał wzrok na otoczeniu, odchodziły one na szczęście w ciemne zakamarki jego umysłu. Nieważne ile minęło księżyców odkąd zmuszony był porzucić gangsterskie życie, one zawsze z nim były.
Przeciągnął się, słysząc strzyknięcie swoich zesztywniałych kości. Życie samotnika było łatwiejsze tutaj, na pokrytej roślinnością ziemi, niż w Siedlisku Wyprostowanych. Wstawał kiedy chciał, polował na całkiem ogromny wachlarz zwierzyny i wszystko to należało do niego. Nie musiał dzielić się z szefem i współbraćmi. Nikt go nie bił, nie pluł mu na pysk i nie poganiał do roboty. Czasem jednak zmuszony był ukrywać się przed bandą zdziczałych psów i innymi samotnikami, lecz to życie... Było tak pełne spokoju.
Wziął głęboki wdech, oblizując pysk. Słonawe powietrze, dotarło do jego nosa, a odległy szum fal, uniósł go ku plaży. Dopiero świtało. Niebo o tej porze było piękne. Mieniło się masą kolorów, których na pokrytej betonem ziemi, nie dało się zauważyć.
Szybkim krokiem zszedł na piasek, podchodząc do szumiących fal. Woda obmywała mu łapy, a ziemia wsysała, gdy kroczył brzegiem morza.
Ten spokój jaki obdarowywał go świat, przeszedł na niego. Nic się nie liczyło, tylko ta chwila w osamotnieniu. Jednakże... Brakowało mu kogoś u boku. Może i nie był rozmownym kotem w gangu. Większość spraw załatwiał mięśniami niż słownie, ale od czasu do czasu, mógł otworzyć do kogoś pysk, by rzucić kilka swoich oschłych uwag. A teraz? Miał zacząć rozmawiać z falami albo co gorsza ze skałami?
Skrzek mew wyrwał go z zadumy, powodując że zerknął na horyzont. Świat nie był sprawiedliwy. Widział jaki potrafił być okrutny. Zabawiał się z każdym, odbierając szczęście, pozostawiając zimną gorycz w piersi.
— Tak wiem... — zwrócił się do siebie, co już podchodziło pod pewne szaleństwo. Brzmienie swojego głosu, rozwiało wszelkie chmury, które zaczęły kłębić mu się nad głową.
— Tak wiem... — powtórzył, przez chwilę obserwując morze, dostrzegając plusk wyskakującego w oddali stworzenia. — Czas na polowanie — to powiedziawszy, oddalił się, wracając z powrotem na wrzosowiska.
Mokry piach przylgnął mu do łap, lecz szybko wysechł, pozwalając się usunąć, gdy przedzierał się w stronę terenów łownych.
Gdy tylko przekroczył niewidzialną granicę, stał się czujniejszy. Nie mógł natknąć się na ojca lub co gorsza psy. Wtedy zostałby zmuszony do szybkiej ewakuacji, a nie był aż tak zwinny, jak rozszalałe istoty. Przypadł do ziemi, starając się wyczuć lub usłyszeć swój przyszły posiłek. To było inne polowanie niż w betonowym świecie. Tam trzeba było lawirować w ciasnych uliczkach, a tu teren był otwarty. Ile musiał się namęczyć, by przywyknąć do takiego sposobu zdobywania pokarmu. Było jednak tego warte. Smak myszy stąd, był bardziej intensywniejszy i zdrowszy.
Cichy trzask w oddali sprawił, że zatrzymał się. Położył się w trawie, nie widząc przez to zagrożenia. Musiał wysilić wszystkie inne zmysły do oceny sytuacji. To psy? Wiatr przyniósł mu zapach, którego się nie spodziewał. Obcy. Chyba trójka... Nie mogli pochodzić stąd. Dokładnie sprawdził te tereny, gdy się na nich osiedlił. Samotnicy? Usłyszał śmiech, strzępki rozmów. Zbliżali się.
Nawet jeśli to miejsce nie należało do nich, mieli przewagę liczebną. Mogliby go z łatwością zabić. Zmuszony więc został do cichego odwrotu.
Jego serce przez ten czas pozostawało spokojne. Biło wolno i równomiernie. Nie bał się, lecz czujność wyostrzała mu zmysły. Nie mogli go zobaczyć. Nie mogli dopaść. Na szczęście los mu sprzyjał, bo udało mu się ich wyminąć, ogromnym łukiem. Nie zwrócili uwagi na szmer. Obce zapachy musiały drażnić ich w nosy, przez co został uznany za zwykły obiekt należący do tego terenu.
Skradając się przy ziemi, ruszył dalej. Może gdzie indziej zdobędzie pokarm. Tamci pewnie niedługo odejdą, lecz nie mógł czekać nie wiadomo ile czasu. Brzuch dopominał się o pożywienie.
Im dalej szedł, tym czuł więcej obcych zapachów. W pewnym momencie zmuszony był skryć się w krzewie, dostrzegając kolejne koty. Ile ich tu było? Nie potrafił tego rozróżnić. Parka odeszła, a w jego głowie zaczęło wrzeć od nadmiaru pytań. Co tu się działo? Czy powinien wybadać tą sprawę dokładniej? Pięć kotów nie chodziło sobie od tak po tych terenach.
—... No i wtedy nie uwierzysz, ale... — Rozmowa dotarła do jego uszu. Patrzył zszokowany na kolejną dwójkę, która przeszła kilkadziesiąt króliczych skoków od jego kryjówki. Siedem kotów. Zaraz pojawili się kolejni i kolejni. Czuł, że wpadł po uszy w bagno. Skoro takie stado tutaj przybyło, gdzie indziej musiało się coś złego wydarzyć. Uchodźcy? Trudno było stwierdzić. Obawiał się jednak, że to była potęga ponad jego siły. Przejmą te tereny, by wykarmić swoich. Polowanie przez to stanie się jeszcze trudniejsze. Czy to czasy by odejść dalej?
Nie. Nie mógł. Morze było dla niego wszystkim. Uwielbiał spacery nad brzegiem. Z odejściem z Siedliska Wyprostowanych pogodził się szybko. Nic go tam nie trzymało prócz bólu i wspomnień. Nie żałował, że trafił w dzicz. Nie wiedział, że świat potrafił być takim przyjemnym miejscem. Dopiero przekonanie się na własnej skórze o tym, co czaiło się za Drogą Grzmotu, otworzyło mu oczy.
Co jednak mógł zrobić? Nie wiedział nawet, czy te koty były przyjaźnie nastawione. Miały jakąś hierarchię? Zasady, którymi się kierowali? Czy chciał pakować się w paszcze obcych?
Przypomniał sobie o ścigającej go grupce dawnych towarzyszów broni. Chcieli go zabić i rozwiesić jego flaki na płocie. Za swoją nierozwagę, w której stracili praktycznie wszystko. Szacunek, siłę i tereny. Słabi ginęli w tym pełnym intryg mieście. Z jego winy, ich panowanie się skończyło. Gdyby go szukali w dziczy... Nie miałby szans.
Obcy jednak dysponowali ogromną siłą. Żaden gang nie ośmieliłby się ich nachodzić, a nawet grozić. Nie mieliby szans. Gdyby tylko dołączył do ich społeczności... Zapewniłby sobie potężną ochronę. Nikt by go już nie ruszył.
Czy był jednak na to gotów? Wrócić w szare ramy, gdzie każdy czegoś od niego wymagał? Gdzie obyczaj każe mu być posłusznym wyższej instancji? Wysunął pazury, podejmując decyzję.
Samotność mu szkodziła. Nie chciał ześwirować jak swój ojciec. Na dodatek szkolony był do życia w większym gronie. Nie popełni błędu. Nowe życie miał na wyciągnięcie łapy. Wystarczyło tylko po nie sięgnąć i mieć nadzieję, że obcy go nie rozszarpią, gdy tylko go ujrzą.
***
Natknął się na ich patrol niby przypadkiem. Reakcja była do przewidzenia. Pozycja bojowa, przekleństwa rzucane w jego stronę... Było czuć, że to twardziele. Nie cofnął się jednak, nie zląkł się ich ostrzeżeń. Musiał najpierw spotkać się z ich szefem, o ile takiego posiadali. Nad tym za bardzo nie myślał, gdyby okazało się, że nikt nimi nie przewodzi. Byłoby to jednak bardzo dziwne. Nie znał społeczności pozbawionej hierarchii.
— Chciałbym pomówić z waszym władcą — poinformował, uważnie obserwując ich reakcję.
Na ich pyskach dojrzał zdziwienie i niedowierzanie. Spojrzeli po sobie, mrużąc w jego kierunku oczy. Powiedział coś nie tak? Nie orientował się w ich nazewnictwie. W Siedlisku znał tylko szefa, ale niektórzy woleli nosić inne tytuły. Ten uznał za neutralny, nie godzący w jego właściciela.
— No dobra. Zaprowadzimy cię do naszego lidera — Kotka zaakcentowała to słowo, by dać mu do zrozumienia, kim u nich był.
Lider... Brzmiało równie władczo. Skinął łbem, podchodząc do nich ostrożnie. Nie znał ich, więc było to konieczne. Mogli przecież go okłamać, a wtedy... Doszłoby zapewne do bitwy.
Dwa kocury, stanęły po jego bokach, eskortując go do ich kryjówki. Nie zdziwił się, że nie wprowadzili go tam od razu, lecz kazali czekać. Nieznajoma zostawiła ich samych, wracając po kilku chwilach z czarno-białym kocurem. A więc to był ich lider.
— O co chodzi? — Wbił w niego wzrok. Znał równie podobne obliczę ze swoich wspomnień. Tak patrzył ktoś kto miał władzę, a najmniejszy błąd mógł uznać za zniewagę, karząc takiego delikwenta śmiercią.
— Witaj. Zwą mnie Niedźwiedziem — Skłonił z szacunkiem głowę — Chciałbym dołączyć do waszej społeczności.
Czuł się oceniany przez wzrok starszego kocura, lecz nie przeszkadzało mu to. Wytrwał pod tym naporem, a jego serce nawet nie przyspieszyło. Dalej leniwie obijało się w jego klatce piersiowej ze spokojem.
— Żeby do nas dołączyć musisz udowodnić, że jesteś coś wart. Zmierz się w pojedynku z jednym z moich wojowników, a ocenię czy dać ci tą szansę. — powiedział. — Wybierz swojego przeciwnika — Machnął ogonem, zaprowadzając go bliżej gapiących się w jego stronę kotów.
Czy był zaskoczony? Niezbyt. Przyjął tą decyzję na chłodno, akceptując postawione warunki. Nie sądził, że będzie łatwo i się nie pomylił. Rybitwa dobrze go wyszkolił. Nie zamierzał cofnąć się przed postawionym mu wyzwaniem, zwłaszcza że miał zaprezentować na co go stać przed liderem tej grupy.
— Lamparcia Gwiazdo, kto to? — rozległ się z tłumu głos, którego nie potrafił wychwycić. Wszyscy szeptali, patrząc na niego z ciekawością. Wspomniany kocur zwrócił się do obecnych.
— Ten o to śmiałek — Jego wzrok spoczął na nim — Chcę dołączyć do naszego klanu. W tym celu stoczy pojedynek z jednym z was — poinformował, co znów wzbudziło sensacje. — Kogo wybierasz? — Czarny zawiesił na nim wzrok.
Przeczesał wzrokiem całe otoczenie, dostrzegając i młodych i starych. Czuł, że ten wybór miał być swego rodzaju testem. Wskazał na kremowego arlekina ogonem. Wydawał mu się godnym przeciwnikiem. Zdawał się silny, a jego wyraz pyska, tak bardzo przypominał mu te pojawiające się na obliczach jego dawnych towarzyszy z gangu.
Wybrany kot podszedł do niego, a klan rozstąpił się, stając w półkolu, dając im potrzebną przestrzeń do walki.
— Zaczynajcie — rozkazał Lamparcia Gwiazda.
Bardzo kusiło go rozwodzić się co nieco, nad tymi dziwnymi imionami kotów, słysząc z tłumu, że wojownik, którego wybrał zwał się Grzybową Ścieżką, lecz na ten moment musiał się skupić. Wyrzucił z głowy wszelkie myśli, rzucając się na swojego przeciwnika. Spletli się w uścisku, gryząc i drapiąc. Jego atutem była siła, więc starał się z niej korzystać, przy atakowaniu. Niestety to nie było najwidoczniej wszystko, co mogłoby pokonać kocura. Był zwinniejszy, szybszy i miał jakąś w głowie taktykę. Nigdy nie widział takiego stylu walki. Jego musiał wyglądać dość okropnie, lecz nie zamierzał się poddać. Starał się zaprezentować dobrze. Hańbą byłoby błagać w takim momencie o litość. Przegrywał i to czuł od nadmiaru zadanych ciosów. Znosił ból jednak z godnością, odpłacając się przeciwnikowi.
— Dość! — padł twardy rozkaz.
Odeszli do siebie, dysząc po pokazie sił. Lamparcia Gwiazda wpatrywał się w niego chwilę, kiwając głową.
— Udowodniłeś, że nie jesteś tchórzem. Klanie Klifu, oto nowy członek naszego klanu. — zaczął, po czym rzucił bardzo długi monolog, który pewnie był jakąś ceremonią dołączenia. Słuchał go z uwagą, przysięgając wierność nowemu liderowi. To brzmiało... Bardzo dziwnie. Był jednak przygotowany na to, że to miejsce będzie go zaskakiwać na każdym kroku. — … od tej pory będziesz znany jako Niedźwiedzia Siła… — Dodatkowy człon do jego zwykłego imienia? Dziwny ten obyczaj, ale nie zamierzał się z tym kłócić. Słyszał jak reszta po zakończonej ceremonii, skanduje zdziwiona jego imię. Dostał na dodatek mentora, który nieco go podszkoli w klanowym życiu i pomoże mu się tu odnaleźć. Tą szczęściarą została kotka imieniem Złota Pręga. Podeszła do niego od razu z uśmiechem, gratulując.
— No Niedźwiedzia Siło, ale masz farta. Zostałeś uczniem z imieniem wojownika — powiedziała.
Brzmiało to dziwnie i nie za bardzo rozumiał. To było coś złego? U nich to się tak nie odbywało? Miał wiele pytań, które oczywiście chciał zadać rudej.
— Nie za bardzo rozumiem co to znaczy, ale miło mi. Liczę na owocną współpracę.
— Nie martw się. Ze mną dowiesz się wszystkiego, od zasad po klanowe plotki — zaśmiała się. — Ale jesteś potężny. Nie dziwię się, że dostałeś takie imię. Przenosiłeś już góry?
Żartowała? Nie za bardzo rozumiał tego jej poczucia humoru. Gapił się na nią pusto z wyczuwalną niezręcznością.
— Nie sztywniej tak. To takie żarty — Trąciła go barkiem w ramię. — Na razie odpocznij. — poleciła. — Niedługo się widzimy na treningu!
Odeszła od niego, idąc się najpewniej pochwalić swoim przyjaciołom, że dostała pod swoje skrzydła samotnika. Nie wiedząc co zrobić, stał tam jak taki kołek, rozglądając się to w prawo, to w lewo.
— ... Trzeba znaleźć miejsce na obóz — usłyszał rozmowę lidera z jakimś kocurem.
No tak. Dopiero co tu przybyli i nie znali terenu. Ostrożnie podszedł do tej dwójki, co wzbudziło ich zainteresowanie.
— Wybaczcie, że nachodzę, ale słyszałem, że szukacie miejsca na... obóz? — Skłonił głowę przed liderem — Znam dobrze tutejsze tereny. Mieszkałem na nich od jakiegoś czasu. Taka duża grupa budzi zainteresowanie — zauważył. — Niedaleko stąd jest plaża. Z niej można dostać się do jaskini pod wodospadem — poinformował go. Czasami tam chadzał, stąd wiedział o tym miejscu. Widział jej rozmiary, na pewno udałoby się pomieścić w niej wszystkich, a miejsca nadal by było sporo. — Jest dość wielka. Nadawałaby się na dom. Mogę was zaprowadzić — zaproponował.
Lamparcia Gwiazda spojrzał na niego, wysłuchując jego słow. Skinął głową do swojego rozmówcy, każąc mu wziąć paru wojowników, by sprawdzili to miejsce.
— Zaprowadź ich — polecił, kiedy patrol się zebrał.
Skinął łbem, wznawiając marsz na tereny, które dobrze znał. To tam mieszkał nim postanowił dołączyć do tego kociego klanu. Nawet cieszył się z tego, bo nie straci swojego domu na rzecz obcych. Wojownicy próbowali go zagadywać, ale nie za bardzo mu się chciało odpowiadać na ich pytania. Nie rozumiał ich poczucia humoru oraz tego co do niego mówili. Mieli inny akcent, słowa oraz pewnie nawet i kulturę.
Zeszli na plaże, a widok morza wrył ich wszystkich w ziemię. Odwrócił się do nich zdziwiony. Nie widzieli nigdy tak ogromnej wody? Po ich minach wnioskował, że nie. Prychnął, chcąc ich pogonić, bo nie mieli czasu na podziwianie okolicy.
— To morze, chodźcie dalej — powiedział, kierując się do wejścia do jaskini.
Szum fal jak i wodospadu, był bardzo dobrze słyszalny.
Jego nowi towarzysze, ruszyli powoli za nim, dalej obserwując bezkres wód, nim zeszli do miejsca, które mogło posłużyć im za dom.
Jaskinia była zapuszczona. W końcu nikt tu nie mieszkał. Lita skała, trochę piachu no i skorupiaków, gościło w tych stronach. To było znacznie lepsze miejsce do zamieszkania niż królicze nory. Miało bardzo dużo miejsca, ze spokojem pomieściłoby tak wielki klan. Koty zaczęły się rozglądać, badając teren. Szeptali coś do siebie, oceniając czy warunki jakie tu panują spodobają się reszcie.
Oczekiwał na werdykt przed wejściem, obserwując horyzont. Znów nieco się zamyślił, kołysany przez uspokajający szum otoczenia.
— Wracamy — czyjś głos wyrwał go z tego stanu.
Spojrzał na wojownika, kiwając mu głową, po czym zaczęli kierować kroki z powrotem do czekających podróżnych. Ciekawiło go skąd tak właściwie przybyli. Widział wśród nich wiele osób w różnym wieku. Czyżby coś się stało, że zmuszeni byli opuścić poprzednie miejsce zamieszkania i wybrać się na tułaczkę?
Gdy tylko dotarli na miejsce, klifiacy zaczęli składać raport liderowi, który słuchał tego z uwagą. Miał nadzieję, że Lamparcia Gwiazda doceni pomoc, którą mu oferował. Patrząc po reakcjach jego wojowników, wiedział już, że nie wiedzieli czym jest morze i na pewno nie spotkali się z jego mieszkańcami. On za to rozumiał, że to miejsce było wyjątkowe i na co w tych stronach należało uważać.
— Klanie Klifu wyruszamy! — ogłosił czarny.
No i tak wszyscy tu obecni, trafili na plaże. Przyglądał się ich wyrazowi pyska, gdy spoglądali na wodę, majaczącą pod nimi. Kocięta najbardziej zdawały się podekscytowane, inni zdawali się obawiać potęgi tej bezkresnej wody. Wydawali się tacy przez to prymitywni. Nie wiedzieli czym to jest oraz co potrafi. Lecz słońce odbijające się w falach, było pięknym widokiem, który na pewno zachwycił niejednego kota.
Lamparcia Gwiazda wszedł do jaskini jako pierwszy, oceniając jej stan, po czym zaczął wydawać rozkazy, które miały na celu przystosować to miejsce do zamieszkania.
— Ale śmieszna ta rzeka — obok niego pojawiła się Złota Pręga. — Wygląda jakby żyła. — zauważyła cofające się i powracające pokłady wody, które muskały piach.
— To nie rzeka, to morze — wyjaśnił jej.
— Jak Morskie Oko? — Kotka zamrugała, orientując się w czymś, co nie było mu znane.
— Coś w tym stylu — rzucił tylko. — Mam nadzieję, że teraz ty odpowiesz na moje pytania. Mam ich bardzo wiele.
Ruda skinęła łbem. Usiedli na piasku, zaczynając wstęp do jego nowego życia.
[przyznano 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz