— M-możemy porozmawiać? — Mroczna Gwiazda usłyszał żałosny i zająkany głos własnego syna, gdy leżał w swoim tymczasowym legowisku podczas postoju. Nietypowe - przyszedł przeprosić? A może znów błagać go o litość, wierząc że będzie na tyle naiwny, by nabrać się na jego sztuczki?
— Co cię skusiło do przyjścia do mnie? Zrozumiałeś swój błąd? — prychnął wyniosłym tonem, patrząc z góry na swoje wyrodne dziecię. Momentami nie dziwił się, że Ryś postanowiła się ich pozbyć. Jeśli był taki irytujący za młodu, nic dziwnego.
Wojownik skinął wolno głową.
— Tak... Zrozumiałem. Ja... Przyszedłem, bo chciałem z tobą o tym porozmawiać. Już... Już tyle czasu minęło... Nadal jesteś na mnie zły? — Zerknął na niego ostrożnie. Przywódca podejrzewał, że syn miał wątpliwości, czy czarny van nie rzuci mu się zaraz do gardła. Zrobiłby to, gdyby miał ochotę, ale miał plany co do Chłodu i nie zamierzał pozwolić, by mu zdechł, zanim stanie się przydatny. Lider zaśmiał się cicho, patrząc mu się w oczy.
— A jak uważasz? Czy to ma znaczenie, w obliczu tego jak mnie zdradziłeś? Czy byłbym zły, czy nie, należy mi się rekompensata.
— Nie zdradziłem cię! — zapewnił, patrząc na niego skruszonym wzrokiem. — Gdybym cię zdradził, to wygadałbym twoje sekrety, a tego nie zrobiłem. Wręcz odwrotnie! Zdobyłem informacje o naszym wrogu! Tato... Ja rozumiem, że cię skrzywdziłem tymi żartami, ale naprawdę nie chciałem! Ja... Żałuje. Wiem, że cię zawiodłem... A-ale obiecuję, że już nigdy tak nie będzie! Proszę, tato... Zrobię wszystko co zechcesz!
Pierdolenie. Jak zwykle. Omen liczył, że syn w końcu dorośnie i pokaże prawdziwą skruchę. Ale nie. Nic się nie zmieniło. Robił swoją błagalną mordę i karmił go obietnicami, których nie potrafił dotrzymać. Puste słowa rzucone na wiatr. W tej chwili przywódca powinien strzelić mu lepę na ryj, ale wiedział, że to tylko by go zadowoliło.
— Zamilcz! — czarny van uniósł gwałtownie głos warkotliwym tonem. Zgromił go spojrzeniem. — Na co mi twoje puste słowa? Na co mi twoje zbędne błagania o litość? Czego oczekujesz, Słodki Kwiatuszku? — rzucił drwiąco.— Że zdejmę karę, bo usłyszałem od ciebie kilka fałszywych obietnic? Naiwne jest twoje myślenie, jeśli wierzysz, że skrócę twoje męki za dwa zdania. Ktokolwiek inny na twoim miejscu, byłby już pozbawiony głowy i wyłożony na środku obozu, by każdy mógł podziwiać, jak kończą idioci.
Oczekiwał od niego czegoś więcej, niż paru prostych słów rzuconych na wiatr, paru błagalnych spojrzeń. Wystarczająco czasu zmarnował, by dać mu nauczkę, a i ona nie podziałała. Widok syna, który skulił się na dźwięk jego słów, kładąc po sobie uszy, nie poruszył go ani trochę.
Rudzielec padł mu do łap, chyląc przed nim głowę.
— W-wybacz! Nie o to mi chodziło. Nie chcę cię denerwować ani zawodzić. — miauknął przestraszony. — Cieszę się, że nie zostałem pozbawiony głowy i to doceniam. Naprawdę. Przepraszam. U-udowodnię ci to, czego nie potrafię słowami. Obiecuję.Omen spojrzał na niego ze zniesmaczeniem jak na najgorsze robactwo. Odsunął się od niego.
— Nie składaj obietnic na wiatr, jeśli nie jesteś pewien, czy będziesz w stanie ich dotrzymać — miauknął zimno. — Jeśli jesteś w stanie czynami udowodnić mi, że jesteś godzien mojego wybaczenia, to zamiast padać mi do łap, zacznij coś robić.
— D-dobrze. Przepraszam za najście — miauknął rudzielec, kierując się ku wyjściu na drżących łapach.
A lider, jedyne co zrobił, to obmierzył go na do widzenia szorstkim spojrzeniem, nie wierząc ani trochę, że byłby w stanie dotrzymać swojej żałosnej obietnicy.
<Synku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz