BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 listopada 2022

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Chryzantemy (Chryzantemowej Łapy)

 — Jak się miewają nasze panie? — wszedł do legowiska Omen, rozglądając się. 
Chryzantema zaszczyciła go jedynie pustym spojrzeniem.
Jego spojrzenie przetoczyło się z niebieskiej na burą, ułożoną obok Wiśniowego Świtu, która odpoczywała, najwyraźniej zmęczona wychowaniem miotu, mimo iż niewielkiego.

* * * 
podczas wędrówki

Przycisnął łapą mysz, która usilnie próbowała zwiać mu spod pyska. Rozkazawszy swojej uczennicy zbliżyć się, nachylił pysk i złapał żywe jeszcze stworzonko w zęby, zaciskając je na karku. Rozległ się chrzęst kości.
— Złap dwie takie i możemy wracać do reszty klanu — miauknął. Spędził już tutaj sporo czasu, ucząc ją zachowania pozycji łowieckiej, a i tak popełniała mnóstwo błędów. Mógł jeszcze to z nią utrwalić, ale nie mogli zbyt długo czekać. Postój trwał wystarczająco długo. Musieli dalej ruszać w drogę.

Skinął głową, gdy po dobrych kilkunastu minutach niebieska ułożyła mu pod łapami drugą mysz. Machnął lekko ogonem.
— Jak na pierwsze dni nie idzie ci źle. Bywali gorsi uczniowie — stwierdził, lustrując ją wzrokiem, na co kotka jedynie pokiwała wolno łbem.
— To dobrze.
— Ale musisz opanować sztukę polowania. I szybko zabijać małe gryzonie i wszystko, co zdatne do spożycia. Przyda ci się to w przyszłości. A wciąż kiepsko z tym stoisz — postawił uszy, gdy niedaleko zaczęły nachodzić ich szmery. — Będziemy się zbierać. Weź to i wracamy do nich, nie możemy tu stać wiecznie.

* * *
— Musisz uważnie obserwować swojego przeciwnika. Wyłapywać każdy najmniejszy jego ruch i każdą oznakę słabości. Nie możesz przeceniać swoich umiejętności, ale nie możesz też zaniżać umiejętności wroga. To sprowadzi na ciebie zgubę. Oczekuj wszystkiego. Bądź przygotowana na każdy możliwy ruch. Wykorzystaj aparycję kota, z którym walczysz przeciw niemu. Czy tego chcemy, czy nie, każdy posiada jakieś słabości fizyczne, mniej lub bardziej oddziałowujące na to, jak walczymy. Wystarczy je poznać. Walka to zabawa, w której musimy dowiedzieć się, jak daleko możemy się posunąć, by poznać czyjś czuły punkt.
Tłumaczył to już któryś raz z kolei. Nie spuszczał z córki wzroku. Walczyła lepiej co każdą próbę, ale szybko się rozpraszała. 
Rzucił się do skoku. Kotka odepchnęła go tylnymi łapami i przebiegła kawałek, wkrótce odwracając się w jego stronę. Szarżując, wysunęła łapę, gotowa go uderzyć, jednak zblokował jej ruch. Umięśniona biała łapa lidera odepchnęła tą należącą do kotki. Nie zawiódł się jednak na jej zwinności. Skoczyła na niego od tyłu, łapami chwytając kark. Kocur odwracając częściowo łeb, chwycił ją za łapę, usiłując ją ściągnąć. Gdy to nie pomogło (ponieważ niezbyt zależało mu, by zrobić z córki kalekę na tym etapie życia), uderzył z całej siły bokiem w drzewo, zmuszając kotkę do zejścia. Przycisnął ją obiema łapami do ziemi, mimo że starała się wyśliznąć. Nie pozwalała dać za wygraną. Skrzywił się, gdy dostał od niej łapą po pysku. Wystarczyło jednak, że przyszpilił jej głowę do ziemi, by wygrać walkę. Gdy z niej zszedł, krótko wyjaśnił jej, jakie popełniła błędy. Mimo, że praktycznie skończyli na dzisiaj, chciał z nią obgadać jeszcze teorię, dotyczącą tego, do czego tak naprawdę została stworzona.
— Będziemy zwracać szczególną uwagę na walkę. Musisz to potrafić. Wiesz, że twoja przyszłość należy do kultu. Będziesz musiała mieć dużą sprawność fizyczną, żeby polować na samotników. Matka już ci opowiadała.
Chryzantema skinęła głową.
— Nie zawiedź nas. 

* * *
po dotarciu na nowe tereny
Szło jej chujowo.
Bielicze Pióro ukończyła szkolenie dużo wcześniej od swojej siostry. A Chryzantema? Niemal nie miał już co jej uczyć. Szedł na trening zirytowany. Już Chłód uczył się lepiej, a był oporny jako terminator.
Próbował zachować cierpliwość, ale im dłużej siedział z nią, obrabiając te same tematy, coraz mniej zależało mu na tym, by jej nie skrzywdzić. 
Gdy spartaczyła kolejne z rzędu polowanie, prychnął wreszcie, wstając na łapy.
— Co ci kurwa mówiłem przed chwilą? — warknął, całkiem ignorując fakt, że niebieska nastroszyła futro, wbijając w niego niepewne spojrzenie. 
Cisza.
Wysunął pazury, marszcząc pysk.
— Już ropucha poradziłaby sobie lepiej od ciebie — syknął. — Ile można ci wbijać do łba jedną banalną rzecz? Twoja siostra już dawno jest wojowniczką. A ty jak zwykle. Jedyne co robisz, to opierdalasz się jak popielica. A potem nie potrafisz po mnie powtórzyć nic — rzucił. — Lepiej, żebyś przestała być takim zawodem, bo przestanę być delikatny.

<Córko?>

[przyznano 5%]

Od Nikogo cd Miodunki

*jeszcze przed osiedleniem się na nowych terenach*

Nie wiedział co się stało. W jednej chwili był, a w drugiej już go nie było. Ciemność go zalała, błoga i niepewna. Nawet na jego powieki nie spłynął żaden sen. Ocknął się po jakimś czasie, czując ból głowy. Tak jakby w nią czymś mocno dostał. Zamrugał zdezorientowany, czując przyjemne uczucie na języku. Kojarzył skądś ten smak. Nie potrafił jednak sobie przypomnieć skąd. Jednak... Czemu miałby to uważać za coś dziwnego? Czuł się bardzo rozluźniony, a świat... Ah ten świat był taki piękny! 
Spojrzał na Miodunkę, uśmiechając się szeroko. Czy ona też tak to widziała jak on? Te kolory, te dźwięki?
- Miodunka... - powiedział, a ta uśmiechnęła się w odpowiedzi dostrzegając, jak po jej polikach spłynęły łzy. W pierwszej chwili pomyślał, że tak. Że czuje to samo co on i mogą zaznać tego pięknego szczęścia, lecz te łzy bardzo tutaj nie pasowały. Przytuliła się do niego, smarkając mu na dodatek w futro. Nie wiedział dlaczego. Przecież... Przecież wszystko było dobrze. Prawda? 
Postanowił oddać przytulasa, obejmując ją mocno, mrucząc. Może zaraz jej się humor polepszy?
- Nie płacz... Co się stało? - zapytał, bo bardzo go to ciekawiło. 
- Mama... powiedziała...że... że nie jestem w ciąży... Nie będzie kociąt... - łkała.
Och... To brzmiało naprawdę źle! Zrobiło mu się jej bardzo żal, chociaż ciężko było się smucić, gdy życie było piękne i wspaniałe. Chciał aż rzucić to wszystko i zrobić coś szalonego. Nie mógł jednak... Nie mógł zostawić płaczącej kotki na pastwę losu. Trzeba było ją pocieszyć, a doskonale wiedział jak. Zresztą... Plusk miała rację. Gdyby te dzieci istniały, to zostałyby zjedzone przez ich matkę i co? I nie ma. Dziwne, że jeszcze na to nie wpadła. 
- Przykro mi - Polizał ją za uchem, chwilę później ją w nie skubiąc. - Ale twoja mama ma rację. Lepiej nie jeść swoich dzieci... 
- W sensie... Nie chciałam ich jeść... - zaśmiała się na tą jego pieszczotę - I... ona praktycznie powiedziała.... że nigdy mnie nie chciała... - powiedziała ponownie zaczynając płakać.
Zamruczał kojąco, liżąc ją po głowie. 
- Moja mama też mnie nie chciała. Nawet nie wiem kim była. - starał się ją pocieszyć. 
- Ja... ja wiem... Ch-chcesz to....wiedzieć? - spytała.
Czy chciał wiedzieć kim była medyczka? A nie... w zasadzie o czym oni teraz rozmawiali? Zgubił wątek. Kolory bardziej stały się intensywniejsze, a zapach futra szylkretki, kusił go i jednocześnie uspokajał. 
- Nie - szepnął, przytulając się do niej bardziej. - Wystarczy, że mam ciebie.
Słysząc te słowa, mocniej się w niego wtuliła.
- Masz rację... i nie ważne jest też to, że mama mnie nie chce, bo jesteś przy mnie - Polizała go po policzku.
Wspaniałe uczucie. Czuł doskonale ten język, ten spokój, tą miłość i harmonie, która wylewała się zewsząd. Chyba latał. Unosił się. Świat skąpany był w bieli... 
- Ja cię chcę - powiedział, mrugając, by pozbyć się na chwilę tego błogiego stanu i skupić na jej słowach - Lubię się tulić... i latać w chmurkach - zaśmiał się głupkowato. - Pofruwamy trochę? - O tak... Jednak zmienił zdanie. Ponownie. Fru, fru było przyjemne. Wyciągnął aż łapę, by złapać za kawałek nieba, ale to rozmyło mu się przed oczami, zastąpione głosem kocicy. 
- Pewnie! A jak się fruwa?
Jego kończyna powoli opadła w dół. To było trudne pytanie. Wcześniej był w stanie na nie odpowiedzieć, a teraz? 
- Właśnie... właśnie zapomniałem - przyznał, kładąc się na niej. - Czuje się ciężki...
Położyła się, przyklejając do jego boku z pomrukiem. Również zamruczał, zaczynając ją lizać i skubać po sierści. Ah... Ale by ją zjadł. To mięso... Soczyste, krwawe. Czuł je już na języku. Musiał pozbyć się tylko tego futra. Mocniejsze ugryzienie i byłby w jej ciele, przełykając te kęsy. Ślinka mu aż pociekła, którą przełknął głośno.  
- Jestem... głodny. 
- Kochanie, to może upoluję coś dla nas? Zaraz wrócę - Ciepło zniknęło, bicie serca ucichło. Odeszła. Jego zwierzyna odeszła. Nie był w stanie wstać i za nią pobiec. Poległ. Ponownie. A był tak głodny! Mógł korzystać póki była przy nim, a teraz? Teraz nic nie mógł zrobić. 
Leżał tak zastanawiając się nad kolorem liści, które przybrały raz fioletowy, raz zielony, a innym razem niebieski odcień. To tak śmiesznie migało sprawiając, że na pysk cisnął mu się głupi uśmieszek. Ale fajne! Ha, ha, ha. 
Leżał dalej na grzbiecie, machając łapami. Śmiał się sam do siebie, mamrotając coś pod nosem, czując zaraz obok Miodunkę ze zdobyczą. 
- Proszę, to dla ciebie! - Polizała go po łebku. 
Uśmiechnął się do niej szeroko, ocierając się głową o jej łapy. 
- Am, am - Otworzył pysk, czekając niczym pisklę na posiłek.
W odpowiedzi zaśmiała się po czym dała mu do pyszczka upolowaną nornicę.
Zaczął ją memlać, zjadając ze smakiem aż nie zniknęła w jego żołądku. Oblizał się i zaczął łapkami trącać jej pyszczek. 
- Pychaaaaa. Dobre mniam, mniam.
Kotka polizała go, przytulając się do niego. Ah... Jaka była kochana. Nic tylko mógłby przy niej być i dryfować w tej przestrzeni, tak jak właśnie teraz. Zamruczał, wtulając się w jej sierść. 
- Chcę być super kotem. Będę robił szum i bęc i bul bul - mamrotał pod nosem, czując jak powoli oczy uciekają mu wgłąb czaszki. 
- Ty już jesteś super kotem. - Pocałowała go czule.
Nadstawił pysk bliżej jej pyska, chcąc tego więcej. To dopiero była magia. To co działo się teraz w około miało się nijak do uczucia szczęścia, jakie odczuwał w swoim ciele. 
- Buzi, buzi w pyszczek - poprosił.
Polizała go znów, szczęśliwa.
- A teraz ty mnie - dodała, nadstawiając pyszczek.
Polizał ją tam, chichocząc. Ale to była zabawna zabawa. Podobała mu się. Bardzo. 
- Lubie buziaczki. I kwiatki... Jestem chyba kotką... hihi... - W zasadzie nie wiedział co mówił, bo powoli czuł, że jego umysł przestaje funkcjonować. Ta faza jaka go złapała, zaczęła chyba coraz bardziej odbierać mu resztki inteligencji. 
Miodunka chwyciła najbliższy kwiatek, po czym wplotła mu go w futro.
- Hihi... Piękny. A wiesz, że ja zium zium i wffffuuuuff? A potem leci się, a ja łapie buziaczki - Znów dał jej buzi w pyszczek, póki jeszcze czuł się w miarę żywy. Za to ponownie dostał całusa, z którego bardzo był zadowolony. Odwdzięczył się tym samym, no bo jak to? To było niegrzeczne. 
- Mogę być twoim kwiatuszkiem? - zapytał, mrugając, by nieco wyostrzyć obraz, który nad nim wisiał. 
- Tak. A ja mogę być twoim Miodkiem? - spytała.
- Tak. Słodziutki miodek robi bzzz, bzzz - Machnął łapa. - Chcę zjeść miodek.
Polizała go po pyszczku, chichocząc. Nie wiedział czemu, ale zachichotał w odpowiedzi. To było takie zabawne! Może to dlatego? Albo to ten dźwięk? Miodunka bardzo ładnie się śmiała. Bardzo, bardzo. 
- Śmiejesz się jak ćwierkot ptaszków Miodku.
- A ty jesteś piękny jak kwiat Kwiatuszku - odparła, dając całusa. 
- Hihi - Podkurczył łapki, zwijając się w kulkę przy jej boku. - Kocham cię baardzo. Bardzoooo... mocno. A ty jak bardzo?
- Tak bardzo, że gdyby ta miłość była ogniem, to by spaliła cały świat. - Tym razem polizała go po policzku.
- Ja lubię być nie ogniem, bo... bo kuku robi. A jak jesteś Miodkiem, to ty słodka i chcę się lizać i buzi dawać - wyjaśnił, dając jej buzi.
Tak. Była taka słodka. Urocza. Jej sierść smakowała nawet jak świeża trawa. Ah... Znów poczuł zwrot całusa, z czego był zadowolony. 
- Bz....Bzzzzz - zrobiła jak pszczoła, liżąc go po pyszczku i cmokając jego futerko raz po raz.
- Bzzz - powtórzył za nią, ocierając się o nią głową. - Bzzzzz latają pszczółki, bo ja kwiatek. Bujam się na wietrze... - Przymknął oczy. 
- Bzzz Bzzz Bzzzz - bzyczała, tuląc go do siebie. 
- Bzzz bzzzz bzzz - powtarzał, zapadając się w jej sierści. - Bzz mnie główka boli. Ał ał... Ktoś mnie walnął? - zapytał, przypominając sobie o tym, że głowa go rzeczywiście zaczęła pobolewać. 
- Chyba nie - przytuliła go do siebie z czułością.
- Jak mnie tulisz, to nie boli... - wymruczał w jej sierść.
- To będę cię tulić - odparła, liżąc go delikatnie.
O tak... Jednak nie był w stanie nic już więcej powiedzieć. Jego czas się skończył. Ciemność go na powrót zalała, a zmęczenie ogarnęło całe jego ciało. Zapadł w sen. 

<Miodunko?>

Od Bieliczej Łapy (Bieliczego Pióra) cd Chryzantemowej Łapy

Była głodna, zmęczona i chciała już zatrzymać się i wyruszyć na polowanie. Mroczna Gwiazda jednak parł naprzód, nie dając im chwili wytchnienia. Jednak skoro lider dawał radę, to one nie mogły? Były z jego krwi. Tylko by się ośmieszyły, gdyby nagle tu zemdlały z wycieńczenia. Te myśli sprawiły, że spięła się i zmuszała każdą kończynę do kroczenia dalej. 
Słysząc słowa siostry, trudno było się z nią nie zgodzić. Ona też miała dość, a gdyby znalazła sobie miły kąt, usnęłaby natychmiastowo. Nie miała pojęcia ile jeszcze będą szli. Chociaż uwielbiała odkrywać świat i na początku była pozytywnie nastawiona do tego pomysłu teraz, gdy ból rozrywał jej ciało, chociaż na chwilę chciała się zatrzymać. 
- Ja też - przyznała, zerkając zmęczonym wzrokiem na Chryzantemę. Musiały odwrócić myśli od wędrówki. Może powinna zapytać ją o to, jak szedł jej trening? Nie miały wcześniej okazji porozmawiać na te tematy, a być może one pomogą im przestać skupiać się na stanie ich ciała. - Jak tam trening? Radzisz sobie? 
Uczennica w pierwszej chwili nie odpowiedziała. Dostrzegała jak mechanicznie kroczyły jej łapy, a jej wzrok staje się bardziej mętny. Powtórzyła więc pytanie, nieco pobudzając umysł kotki do pracy. 
- Dobrze. - miauknęła, ziewając szeroko. 
Dobrze? Zerknęła kątem oka na jej mentora, czyli samego Mroczną Gwiazdę. Patrząc na to jaki był jej brat, którego również szkolił, wątpił czy naprawdę szło dobrze. Na pewno musiał być bardzo wymagający i surowy. W zasadzie tak jak jej mentorka. Irgowy Nektar starała się wycisnąć z niej wszystkie siły, przez co wiele razy padała wyczerpana po powrocie do ich tymczasowego obozowiska, nawet nic nie zjadając, tylko do razu zapadając w sen. 
- Na pewno? Dajesz sobie radę? - rzuciła nieco powątpiewając w jej słowa. - Słyszałam, że Mroczna Gwiazda jest bardzo surowym mentorem i mógłby cię... - nie dokończyła myśli, ponieważ rozległ się donośny głos, że zatrzymują się na odpoczynek. 
Chryzantemowa Łapa od razu westchnęła, udając się z nią na ubocze, gdzie spoczęły z ulgą. Ah... Ale bolały ją łapy. Czuła, że dzisiaj nie było szans na to, by wstać. Mogła jednak spędzić ten czas z siostrą, póki ta jeszcze nie zasnęła. A w zasadzie... Chyba to zrobiła. Gapiła się zszokowana w niebieską, której bok unosił się i opadał w równym oddechu. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, zamykając również oczy. No nic... Może jednak nieco odpocząć przed kolejną podróżą. 

***

Mroczna Gwiazda budził w niej strach. Po tym co zrobił, po tym jak ją zaatakował, nie potrafiła patrzeć na niego tak jak kiedyś. Ciało dalej ją pobolewało. Bała się, że to nigdy nie zniknie. Starała się zgrywać pozory silnej, pomagając w budowaniu obozu, lecz gdy tylko wychodziła na polowanie, znajdowała cichy kąt, gdzie łapała ciężko oddech. Praca fizyczna, gdy było się ranną, to było powolne kopanie sobie grobu. Nie mogła jednak pokazać swojej słabości. To byłoby znacznie gorszę. 
Widząc siostrę, która wróciła ze swojego treningu, podeszła do niej, po drodze zgarniając dwie myszy. Podała jedną niebieskiej, a drugą umieszczając pomiędzy swoimi łapami, gdy usiadła tuż obok niej. Nieco martwiła się o Chryzantemę. Już długo była uczennicą, a liderowi w każdej chwili mogło odbić. Nie chciała, by ją skrzywdził. 
- Cześć - przywitała się. - Co tam u ciebie? - zagadała, chcąc zacząć najpierw od neutralnego tematu. 

<siostra?>

Od Zajęczej Łapy Do Paskudnej Łapy

Po dniu intensywnego treningu wróciła do legowiska. Zaczynała odczuwać lekką irytację w związku z tym, że dalej nie została wojowniczką. Owszem, jeszcze miała trochę księżyców przed sobą, nim jej wiek zacznie być powodem do obaw przed byciem wygnanym za granicę terenów, ale wolała nie ryzykować z taką skrajnością. Plus chciała po prostu wiedzieć, jak najwięcej, zgłębić wszelkie techniki walk i polowań.
Z zamyśleń wyrwał ją czyjś cichy pisk. Spojrzała zaskoczona pod siebie, na czekoladowy ogon, na który nadepnęła. W pierwszej chwili poczuła wstręt do tego koloru, który tak bardzo przypominał jej futro ojca. Tego, który na ten moment najbardziej jej zawadza i to samym swoim istnieniem.
Gdy spojrzała jednak na sylwetkę właściciela tej sierści, znacznie złagodniała.
— Przepraszam — odparowała, obserwując z uwagą kotkę. Kiedyś znała jej imię, ale teraz za nic nie mogła go sobie przypomnieć. To była ta, co zdecydowanie zbyt często zadawała się z "Niechcianym". Masochistka.
W ramach tego została obdarzona przerażonym spojrzeniem, a przy tym totalnie zignorowano jej przeprosiny. Nigdy z nią nie rozmawiała, dlatego nie wiedziała czego się spodziewać. Tym bardziej że ta gwałtownie odsunęła się od niej i skuliła, cicho piszcząc. W dodatku przez ten cały czas obserwowała ją bacznie, jakby miała zaraz skoczyć jej do gardła.
Liliowa zmarszczyła brwi, oglądając c się za siebie. Nic tam nie było, a jednak ta zachowywała się, jakby jakiś seryjny morderca ją zaatakował i wahał się zbyt długo nas zabiciem jej.
— Co ci jest? — mruknęła, może zbyt oschle, ale z lekka zirytowała ją ta reakcja. Nie miała przecież wobec niej negatywnego nastawienia.
Czekoladowa zadrżała, a następnie wydarała się, a jej głos przypominał dźwięk konającego zwierzęcia. Szlochała, wbijając w nią wzrok, ale wciąż nie odzywając się.
Biała otępiała.
Czy wszyscy czekoladowi zachowują się jak opętani wariaci? Próbowała doszukać się kogoś z tym kolorem futra, kto był normalny, ale do głowy przyszedł jej tylko ten nowy, Gorzka Wola, będący równie dziwnym na swój sposób.
— Przestań — niemalże syknęła, choć siliła się z trudem na łagodniejszy ton. — Co ten Niechciany ci zrobił, że reagujesz, jakby cię ze skóry obdzierali? — spytała. Może nagadał jakiś niestworzonych bajek, przedstawiając w nich ją jako jakiegoś potwora? Mysi móżdżek, miał za dużo wolnego czasu.
— N-nic n-nie z-zrobił... — wypiszczała jedynie, zanosząc się coraz to głośniejszym rykiem.
— To dlaczego płaczesz? — zapytała, stając o krok bliżej. — Jesteś kotką. Powinnaś być silna. Otrzyj łezki i pokaż, na co cię stać — rzekła, uśmiechając się lekko.
Czekoladowa z wrzaskiem od niej odskoczyła, kwiląc, jakby ta chciała ją co najmniej oskórować.
— N-nie z-zbliżaj się! — zaszlochała.
— Dlaczego? — dopytywała. — Kto cię tak skrzywdził? Nastroszona Łapa? Wiedziałam — rzuciła, krzywiąc się. — Następnym razem przeoram mu ten za szczęśliwy pysk. Nie ma prawa nikogo tak traktować — warknęła, wysuwając pazury.

<Paskudo?>

[przyznano 5%]

Od Sroczej Łapy

Na jeszcze do niedawna pięknych, kolorowych gałęziach drzew, nie pozostał już prawie żaden listek. Gęste korony zostały z powodzeniem zwiane przez silny, lodowaty wiatr, obwieszczający kotom wszystkich klanów, o zbliżającej się dużymi krokami bezlitosnej porze nagich drzew.
Srocza Łapa, zgodnie z poleceniem Trzcinowej Sadzawki, stała w wejściu do legowiska medyka, mierząc wzrokiem malejące z każdym wschodem słońca sterty ziół. Nie świadczyło to o niczym dobrym – brak leczniczych roślin o tej porze roku mógł skończyć się dla wielu tragicznie. Od kiedy Lamparcia Łapa została zdegradowana ze swojej pozycji uczennicy medyka, Muchomorzy Jad miał łapy pełne roboty, z trudem nadążając z rosnącą ilością obowiązków, które spadły na niego po odejściu złotej kotki. Należało pamiętać, że kocur nie był już w swojej szczytowej kondycji, co podkreślały srebrzyste kosmyki zdobiące jego cętkowaną sierść.
– Oh, już jesteś – wymruczał, unosząc łeb znad segregowanych ziół – wybacz, że wcześniej cię nie zauważyłem. Porządki w naszych zapasach trochę mnie pochłonęły. – przyznał, owijając ogon wokół łap.
Srocza Łapa skinęła głową, przymykając spokojnie ślepia.
– Patrol łowiecki prowadzony przez Popielaty Świt doniósł mi, że w niedalekiej odległości od kolorowej łąki, nad brzegiem jeziora, dostrzegli krzaczek wrotyczu, być może ostatni w tym sezonie. – powiedział pomarańczowooki, z poważną miną – Nie jestem w stanie teraz sam się tam udać, dlatego potrzebuję twojej pomocy.
– Rozumiem, w porządku. – przytaknęła ze zrozumieniem arelkinka – Jak wygląda?
Biały ogon medyka zadrżał z zadowoleniem, słysząc odpowiedź kotki. Przez długie księżyce spędzone w towarzystwie Lamparciej Łapy, musiał odzwyczaić się od tak mało burzliwych rozmów. Kocur sięgnął łapą do małej, zasuszonej roślinki, następnie unosząc ją w stronę Sroki, aby ta mogła się lepiej przyjrzeć.
– Wrotycz jest niedużym krzaczkiem z drobnymi, białymi kwiatkami. Przypominają nieco powszechnie znane stokrotki. Powinnaś bez trudu rozpoznać go po charakterystycznym, ostrym zapachu. – objaśnił ze spokojem kocur, ruchem ogona zachęcając, by uczennica podeszła.
Kotka zbliżyła się do medyka, wyciągając głowę do trzymanej przez niego rośliny. Skrzywiła się, kiedy pikantna woń zagościła w jej nozdrzach.
– Powinnaś sobie poradzić. – zaśmiał się cętkowany – przy wyjściu z obozu czeka na ciebie Mrówczy Kopiec. – dodał, a na jego pysku dało się dostrzec troskę, kiedy wspomniał o córce poległych liderów.
Kotka skinieniem głowy pożegnała starego kocura, pospiesznie opuszczając jego legowisko. Przy trzcinach stała drobna, liliowa koteczka. Srocza Łapa nigdy nie miała szansy jej bliżej poznać, mimo, że jeszcze jakiś czas temu dzieliły wspólne legowisko. Wiedziała o niej tyle, że była bardzo cichą, niepodobną w żaden sposób do swojej matki, córką Kruczej Gwiazdy.
– Możemy ruszać – rzuciła, przystając obok Mrówczego Kopca, aby razem mogły wyjść z obozu.
Wojowniczka w ciszy do niej dołączyła, ze spuszczonym łebkiem ruszając przy boku Sroczej Łapy. Wydarzenia, które miały miejsce w trakcie ich podróży na nowe tereny, zdruzgotały już i tak delikatną koteczkę, jaką była Mróweczka. Nikogo z resztą to nie dziwiło; kto czułby się dobrze po ujrzeniu, jak matka w szale zabija ojca, tracąc życie kilka chwil później?
Kotki poruszały się wzdłuż brzegu jeziora. Nie mogły sobie pozwolić na nieuwagę - czasami widywano w tej okolicy dwunożnego, który mógł stanowić dla nich pewne zagrożenie. Uczennica kątem oka dostrzegła, że jej towarzyszka zostaje w tyle.
– Mrówczy Kopcu, nie możemy teraz zwalniać tempa. Im szybciej uwiniemy się ze zbieraniem wrotycza i opuścimy ten teren, tym lepiej dla nas. – powiedziała, pospieszając starszą kotkę.
– J-już, przepraszam. Zamyśliłam się – szepnęła speszona wojowniczka, posłusznie przyspieszając kroku.
Krótkie nóżki córki Niezapominajkowej Gwiazdy miały problem z nadążaniem za długołapą Sroką. Jeden krok Mrówki, równał się z co najmniej dwoma krokami zielonookiej terminatorki. Biało-czarna przystanęła i otworzyła pysk, smakując powietrza.
– Myślę, że się zbliżamy – mruknęła, chyląc głowę do Mrówczego Kopca.
Po krótkim czasie, odnalazły krzaczek poszukiwanego wrotyczu. Młodsza z kotek zastrzygła z zadowoleniem uszami, biorąc się pospiesznie za odgryzanie zielonych łodyżek. Ostra woń wypełniła nos uczennicy, powodując łzawienie jej błyszczących oczu. Mrówczy Kopiec przycupnęła po drugiej stronie, również biorąc się do roboty.
Po jakimś czasie przy obu kocicach leżał nieduży stosik pędów.
– Myślę, że tyle wystarczy Muchomorzemu Jadowi. Resztę zostawimy, aby po porze nagich drzew można było tu wrócić i dalej móc się zaopatrywać w zioła. – stwierdziła, podnosząc swoją część roślin. Drobne, zielone listki załaskotały ją w pyszczek – Ruszajmy.
Mrówczy Kopiec bez słowa poszła w jej ślady, biorąc do mordki zebrane przez siebie łodyżki. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, dając im znać, aby wracały do obozu.
Kotki mijały już las, kiedy do uszu Sroczej Łapy dotarło ciche pociągnięcie nosem. Spojrzała w dół, na towarzyszącą jej wojowniczkę, po której policzkach spływały drobne łezki.
– Jeśli aż tak cię drażni ich zapach, mogę je od ciebie wziąć – zaoferowała Sroka, już schylając się by przejąć od liliowej wrotycz.
– N-nie trzeba, to nie to… – wybełkotała Mrówcza, z zawstydzeniem odwracając łebek.
Terminatorka zamrugała oczami. Nie była przygotowana na nagłe rozklejenie się Mrówki. W tym momencie przypominała jej trochę Paskudną Łapę, tylko bardziej subtelną, niż zasmarkaną i głośną. Srocza musnęła ogonem bark Mrówczego Kopca, nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić. Nierówny oddech dobiegł od strony maleńkiej wojowniczki. Srocza Łapa domyśliła się, że to dlatego Muchomorzy Jad wysłał liliową razem z nią. Poszukiwanie ziół było bardziej odprężające, niż spędzanie całych dni w obozie, gdzie koty otwarcie cieszą się śmiercią twojej rodzicielki.
– Jesteśmy już niedaleko – powiedziała ściszonym głosem Srocza Łapa, spoglądając z góry na niepocieszoną niebieskooką.
Drobna postać niespodziewanie się zatrzymała, wtykając łebek w paprocie. Zaciekawiona Sroka schyliła się nad nieświadomą wojowniczką, chcąc dostrzec co takiego znalazła. Z jej pyska uciekł nagły kwik, kiedy prostująca się Mrówczy Kopiec łupnęła ją głową w szczękę.
– P-przepraszam! – pisnęła, wypuszczając z pyszczka kilka pędów wrotyczu. – Z-znalazłam mewiankę… – wyszeptała płaczliwym tonem.
– Uh, nic się nie dzieje… – rzuciła w odpowiedzi Srocza Łapa, ocierając bolącą brodą o swój bark – Co to mewianka? – zapytała.
Mrówczy Kopiec rozsunęła liście, dając Sroce zobaczyć co ją tak zafascynowało.
– Pomaga, kiedy jesteś smutny albo zaniepokojony… – wyjaśniła, wskazując na roślinę o jajowatych liściach i jasnych kwiatach o unikalnym kształcie – Muchomorzy Jad podał mi ją parę razy i p-pomyślałam, że może się nam przydać – dodała niepewnie.
Oczy Sroki błysnęły podziwem dla wiedzy wojowniczki.
– To dobry pomysł. Muchomorzy Jad na pewno się ucieszy z dodatkowych zapasów – wymruczała, starając się, by jej ton brzmiał przyjacielsko.
Mrówczy Kopiec skłoniła do niej wdzięcznie łebkiem. Zebrała ze sobą kilka łodyżek mewianki, podnosząc przy okazji wcześniej upuszczony przez siebie wrotycz.
– Możemy już iść – odrzekła, stawiając pierwszy krok naprzód.

[przyznano 5%]

Od Krokus

*pierwszy dzień pośród Złotych Traw*
Siedziała przed Drewnianym Gniazdem, czuwając. Była noc, a gwiazdy świeciły na niebie. Krokus oddychała szybko, zestresowana.
Czemu. Znów zawiodła. Wypłosz się zbuntował. Zdradził ich. Sójka uciekła. Uciekła, bo nie zaznała dostatecznie dyscypliny. Zmarnowała potencjał kotki. A tak bardzo chciała pokazać matce, jak wiele jest w stanie dla niej zrobić, że jest wystarczająca. Dwunogi zabrały Szczekuszkę. Srebrna kotka miała ogromny potencjał, było widać wierność rodzinie w jej oczach. I teraz wszystko było stracone, bo bura nie dość się postarała. Bo nie wyczuła zagrożenia ze strony dwunogów, a potem było za późno i ich wyłapali. Bo nie dostrzegła, iż nie złamała swego ucznia. Bo nie utemperowała charakteru Sójki na tyle, by kotka się słuchała. Bo nie spróbowała nawet otworzyć klatki, przerażona tym, co się wokół niej działo, a może znalazłaby rozwiązanie. Ale nie. Nic nie zrobiła.
Czuła, że zawiodła. Zawiodła swą rodzinę, a co najważniejsze – ukochaną matkę.
Łzy spłynęły z miodowych ślipi.
Popsuła nawet próbę rekompensaty.
Była do niczego.
Jedyne na co mogła liczyć, to to, że w jakiś sposób odpokutuje swe winy. Dlatego siedziała, i pilnowała. Nie mogła pozwolić, by znów na jej grupę spadły nieszczęścia.
Spojrzała w Gwiazdy.
Czy naprawdę była tam jej prababcia, Pląsająca Sójka? Czy była jedną z Gwiazd? Czy kotka była na nią zła, iż nie zadowoliła błękitnej staruszki, śpiącej teraz spokojnie na legowisku ze słomy? Czy wielka przodkini była nią zawiedziona, iż nie udało jej się sprawić, by kocię nazwane po niej spokorniało?
- P-p-przepraszam…bardzo…p-p-p-przepraszam… - miauknęła do nieba, a łzy znów wypełniły jej ślipia. – P-p-p-przepraszam…że jestem takim przegrywem… bezużytecznym przegrywem... - miauknęła. – n-n-n-naprawdę się starałam…a-a-ale to pewnie za ma-mało… - dodała – postaram s-się to wy-wynagrodzić…b-b-będę wierna twej wnu-wnuczce…obi-obie-obiecuję…

Od Miodunki CD Nikogo

*jeszcze podczas podróży*
Myśli kotłowały się w jej umyśle. Ból rozchodził po całej klatce piersiowej, sprawiając, że oddech był w pewnym sensie bolesny.
Nikt ją zdradził, a matka praktycznie wyklęła.
Była wściekła. Ruszyła w stronę siostry Nikogo, co miało być jasnym sygnałem, co się stanie, jeżeli za nią nie pójdzie.
Słysząc za sobą, że Nikt za nią idzie, zmieniła kierunek. Choć raz był naprawdę posłuszny.
Usiadła na ich wspólnym legowisku, czekając, aż kocur dołączy. Nie mogła się uspokoić. Serce waliło jej młotem ze wściekłości. Wydało się. Matka wiedziała. Była teraz kulą u nogi. Problemem, bo znała jej sekret. Bo znała jej sekret ale nie wiedziała wszystkiego i nie stała po stronie szylkretki. A to wszystko przez to, że Nikt…Nikt ją w to wkopał.
Gdy tylko czarno-biały przyszedł do niej z podkulonym ogonem, kotka odezwała się do niego:
- Idziemy – warknęła, kierując się w stronę lasu.
Nikt ruszył posłusznie za nią.
Emocje buzowały w niej. Własna matka ją zdradziła. Nie posłuchała, zbyła, nie wysłuchała…uznała za potwora. Takiego, jakim był Wiatr. Krew ją zalewała. Jak…jak ruda mogła ją porównać do NIEGO?! Do Wiatra?! Na dodatek informacja o gwałcie sprawiła, iż w umyśle liliowej pojawiła się myśl „co jeśli…?” co jeśli on był jej ojcem? Nie. Nie mogło tak być. Jej ojcem był Bez. Tak. Tak.
Teraz nawet nie wiedziała, czyją jest córką, burego gnoja, czy kochanego niebieskiego.
Ale na pewno była dzieckiem tego drugiego, prawda? Nie przypominała Wiatra! Na pewno…na pewno…
Ale on ją zdradził. Nikt ją zdradził. Szaleńcze myśli opętały jej umysł.
Niespodziewanie stanęła, obróciła się do syna Doli pyskiem w pysk, po czym dała mu z liścia.
- CO TO DO CHOLERY MIAŁO BYĆ?! – ryknęła.
Ten załkał, drżąc i wbijając wzrok w swoje łapy.
- P-przepraszam. W-wymsknęło mi się...
Jemu…jemu się wymsknęło?! CO?!
Jego wypowiedź jednak szybko utonęła pośród innych myśli i możliwości. Słowa medyczki kuły ją niczym jeżowe igły ze wszystkich stron. Niczym ciernie oplatały jej serce.
- Moja...moja własna matka...nigdy mnie pewnie nie kochała... - miauknęła, osuwając się na ziemię, i zaczynając gorzko płakać.
Nie udało jej się. Nic jej się nie udało.
Nie powstrzymała Janowca, nie pomogła babci.
Nie powstrzymała Wiatra, nie udowodniła jego winy w śmierci Błysku, pozwoliła, by zabił Brzoskwinkę.
Nie powstrzymała Lukrecji przed wypraniem jej ukochanemu mózgu, przed obróceniem go przeciw niej.
Nie powstrzymała Nikta przed powiedzeniem jej matce prawdy.
Nie powstrzymała siebie, przed myślami, że możliwe, iż kiedyś będzie musiała zabić rudą, przez tajemnicę, którą ta odkryła.
- Przepraszam. To moja wina... – do jej umysłu przebiło się skomlenie - A-ale... to prawda. Z-zgwałciłaś mnie...
Niczym wulkan wszystkie emocje wyskoczyły z niej, skrupiając się na kocurze w krzyku.
- Nie prawda! Nie dałam ci żadnej kocimiętki! – załkała, kłamiąc jak z nut. Bo nie dała! No dobra, dała, ale w ważnym celu! I przekonała się, miała rację! A może nie? A może to wszystko co wtedy powiedział było snem? Jawa mieszała jej się z marzeniami, fikcja z prawdą. Musiała. Musiała trzymać się swojej wersji. Swoich przekonań. Inaczej oszaleje. Zatopi się w niewiedzy i obłędzie, który już ją ogarniał. Potrzebowała.
Potrzebowała by jej potwierdził, że miała rację. - mówiłam ci to już! Pamiętasz bym ci ją dawała?! Pamiętasz?! - spytała, podchodząc do niego z obłędem w oczach i łzami spływającymi po polikach.
Ten odsunął się, wpadając plecami na szorstką korę drzewa.
- N-nie... nie pamiętam...
Tak. Miała rację. Nie kłamała. Nie kłamała…
- Więc widzisz! Ona...ona myśli...ona...mnie...nie kocha.... - zapłakała, kładąc się na ziemi i znów rozpłakując.
- Przepraszam... Nie chciałem cię skłócić z mamą... - pisnął.
- Ona też jest taka jak Lukrecja! - warknęła. - pewnie nigdy mnie nie kochała! Teraz to już na pewno nie! - miauczała, zalewając się łzami. Zepsuła. Wszystko zepsuła. Nie, on zepsuł, Nikt, tak? A może ona też? Może oboje zepsuli? A może ktoś namieszał medyczce w głowie? Tak…zawsze jak coś nie pasowało, to ktoś mieszał w innych głowach, wiedziała o tym! Może Janowiec? Nie, on był martwy…Wiatr? Nie, wygnany. Lukrecja?
Tak….Lukrecja! To wszystko była wina Lukrecji! Omotał Nikta, przez to Nikt powiedział źle Plusk, a Plusk ją znienawidziła! Tak! To była wina Lukrecji! Wszystko wina kremowego arlekina! Przebrzydłego zdrajcy!
- J-ja też cię nie kocham - przypomniał jej czarny.
Momentalnie uniosła głowę, wbijając w niego spojrzenie niczym sowa w nornicę, a jej źrenice zamieniły się w dwie czarne kreski. Myśli przestały krążyć. Tylko jedno teraz skupiało jej uwagę.
Stojący przed nią wojownik, który skulił się pod jej spojrzeniem.
- A-ale taka prawda. Znaczy... W-wiesz... Cieszę się, że nie będziemy rodzicami. B-byłoby mi ciężko żyć ze świadomością, że zrobiłem ci kocięta... Chodzę tylko za tobą, bo mnie zastraszasz...
Wstała, zbliżając się do niego powoli, po czym chwyciła jego pysk łapą z pazurami.
- Czy aby na pewno? - spytała, rzucając mu jednoznaczne spojrzenie.
- T-tak... jesteś... straszna - przyznał jej to w pysk, czując jak serce mu łomocze w piersi. - B-boję się ciebie.
Wbiła pazury w jego brodę.
- Jesteś taki pewien? – spytała ponownie.
- T-tak... B-bardzo boję się ciebie - zaskomlał, uderzając tyłem głowy o drzewo, chcąc się od niej bardziej odsunąć, co ją mocno zaskoczyło, a łapa nieomal wygięłaby się pod bardzo źle wróżącym kątem, gdyby nie jej refleks i zmiana nieco jej pozycji.
- Ty...prawie mi łapę wykręciłeś tym ruchem! – wrzasnęła - zostań. Tutaj. - miauknęła - nie odchodź nawet na mysią długość - dodała, znikając w pobliskich krzakach.
Nie. Nie mogła tego dłużej wytrzymać. Jego umysł był nadto skażony kłamstwami jej brata. W takim stanie nie myślał obiektywnie, nie mogła słuchać jego słów, bo były kłamstwami. Mylił się. Ranił jedynego kota poza Nic, któremu mu na nim naprawdę zależało. W taki sposób sprowadzi siebie i ją na dno, już to robił. A raczej robił to Lukrecja.
Dlatego wyruszyła na poszukiwania zioła. Zioła, którego tak bardzo potrzebowała. Nie mogła go wziąć od Plusk. Matka jej go nie da, już na pewno nie da jej go po tym, co zaszło. Szukała więc i szukała, a czas płynął nie ubłaganie, lecz ta nie przestawała. Była zdeterminowana. Musiała znaleźć. Musiała i jeszcze raz, musiała! W końcu dostrzegła mały krzaczek tego, czego szukała. Kocimiętki.
Zerwała jej trochę, po czym wróciła własnym śladem do miejsca, gdzie zostawiła Nikogo, jednak zamiast przyjść od frontu, okrążyła go, po czym od tyłu mocnym ruchem łapy uderzyła jego głowę tak, iż stracił przytomność.
Nie miała już sił. Chciała, żeby był taki, jak wtedy, kiedy ostatni raz dała mu kocimiętkę. Nie mógł na wszelki wypadek wiedzieć, że to ona, nie mogła więc dać się mu zobaczyć, żeby nie był świadkiem własnego naćpania, by nie mógł zaprzeczać. Czuła się odrealniona. Jakby to nie ona to robiła. Wepchnęła mu roślinę do gardła, po czym usiadła aby poczekać, aż czarny arlekin się ocknie.
<Nikt?>

Od Słodkiego Kwiatuszka (Chłodnego Omenu)

 No i udało mu się. Wyszkolił Jaszczurzą Łapę najlepiej jak umiał. Kotka miała w sobie duży potencjał, który miał nadzieję, że wykorzysta. Chociaż nie za bardzo podobało mu się to, jak uwielbiała wypowiadać jego imię. Dostawała przez to tęgi wycisk, że wracała ledwo co do obozu. No ale to była już przeszłość. Kocica wygrała pojedynek z ich młodzieżą, co dla tych dzieciaków, musiało być powodem do wstydu. W końcu sklepał ich dawny pieszczoch.
Jaszczurzy Syk dostała swoje imię, ciesząc się z niego bardzo zadowolona. Wiedział jak zerkała w stronę Mysikróliczego Śladu. W tamtym momencie nie zorientował się w tym, że tą dwójkę mogło coś łączyć. Dopiero, gdy natknął się na nich, gdy migdalili się na uboczu, wszystko stało się jasne. Ciekawe, kiedy wyjdą z tego kocięta. Ale nie spodziewał się, że wojownik tak łatwo da się tej żmji. Bo co jak co, ale kotka miała w sobie jakiś pazur, który zauważył podczas ich treningów.
Skierował kroki ku żłobkowi, by zająć się drugą uczennicą. Gwaronia Łapa urodziła potomstwo, co może nie było  zaskoczeniem, ale nie spodziewał się, że wyrwie ją sam Krzaczasty Szczyt. Kocur dawał mu pozory kogoś kto nie ugania się za miłostkami. Czarna musiała mieć najwyraźniej coś, co zbiło go z łap.
— Gawronia Łapo, idziemy — rzucił w przestrzeń, czekając na nią przed wejściem żłobka. 
Uczennica wynurzyła się szybko, pozostawiając kocięta pod opieką Stokrotkowej Polany, wyruszając na trening. 

*** 

Wylegiwał się z Gęsim Wrzaskiem, ciesząc się z jego bliskości. Rozmyślał nad tym, kiedy ojciec zamierzał dać mu władzę nad trenowaniem wojowników, bo ostatnio jakby o tym zapomniał. Nie zamierzał jednak go poganiać. Możliwe, że nadal nie wymazał swoich win. Dlatego też starał się znaleźć rozwiązanie, które poprawi jego osobę w jego oczach. Czego kocur pragnął? Co by sprawiło mu taką radość, że odzyskałby swoje dobre imię? Zrozumienie szybko wypłynęło na jego pysk. Nie był z tego zadowolony, ale... I tak musi to kiedyś zrobić. Jeżeli pójdzie do niego sam, to może uzna to za dobry omen. Pogadał więc na ten temat z partnerem, który zgodził się na te warunki, chociaż ostrzegł, że jak ta kotka na coś sobie więcej pozwoli, to skończy martwa jak Spasiona Świnia. Nie zamierzał go zdradzać, tylko zaspokoić chorą żądzę staruszka, tak więc udał się do jego legowiska, by powiadomić go, że da mu wnuki. 

*** 

Rozmowa z liderem przebiegła dość sprawnie. Frezjowy Płatek. To ona miała stać się matką jego dzieci. Jakoś nie podobał mu się fakt, że wyjda z tego kocięta. Nie był gotowy na ojcostwo, zwłaszcza że miał obawy co do tego, że karma wróci i przeżyje to co sam Mroczna Gwiazda miał z nim. Teraz, gdy był dorosły, jego zachowanie było dla niego takie dziecinne i miał się czego wstydzić. 
Rozejrzał się po obozie, a dostrzegając szylkretkę, która rozmawiała z Dziczą Siłą, podszedł do niej powoli. Zaprosił ją na bok, co ją zdziwiło. Nie rozmawiali przecież wcale. Na pewno kotka nie spodziewała się, że miał dla niej taką propozycję. W skrócie wyjaśnił jak się sprawa miała. Wolał mieć mimo wszystko jej zgodę, by spać spokojnie. Jeżeli jednak odmówi, był zdolny i tak to zrobić, byle ojciec nie zarzucił mu tchórzostwa. O dziwo kotka była zaskoczona, ale się zgodziła. Czyżby przekonał ją fakt, że to był rozkaz lidera? Ostatnio ten kto się mu sprzeciwił i nie zrobił kociąt, został wygnany. Zapytała tylko co na to jego partner. Zbył jej rozgadanie milczeniem. To była jego sprawa. 

*** 

Zrobił to, ale nie sprawiło mu żadnej przyjemności. To nie było tak jak z Gęsią. Musiał naprawdę wyobrażać sobie, że to był point, bo zawiódłby nie tylko ojca, ale i siebie. Kotka za to była cała w skowronkach. Już zaczęła wszystkim trajkotać, że zostanie mamą. Naprawdę podziwiał jej entuzjazm co do tych wieści. On nie cieszył się z tego. Wolał nie mieć potomstwa. Partner mu wystarczał do życia, a jak chciał kocięta, to zawsze mógł przejść się do żłobka lub skonfrontować się z Trującą Łapą, który swoją dziecinnością chyba je przewyższał. 
Udał się w stronę ojca, by podzielić się z nim tymi... "radosnymi" wieśćmi. 

Od Źródlanego Dzwonka CD. Zanikającego Echa

 Podeszła do krzaka, pod którym siedziała już kotka. Nie było to najlepsze miejsce; było już zimno i gdy oddychała, z pyska unosiła jej się para. Czuła błoto, którego zimno przenikało przez jej sierść. Ale przynajmniej nie było jeszcze śniegu. Chociaż to byłby ten najgorszy scenariusz, a stukające o liście krople nie były też wcale przyjemne.
— Mhm — przycupnęła sztywno tuż obok, mrużąc oczy — Trochę wpadka, nie sądzisz?
— Uh... Tak, masz rację — wymamrotała, więc zdecydowała się doprecyzować, zgadując, że nie zrozumiała, o co jej chodzi.
— Jesteśmy dorosłe, a zgubiłyśmy się jak kocięta... — prychnęła, jakby gorzko rozbawiona — Chyba jedyne co nas usprawiedliwia to to, że nie znamy tych terenów
— Trochę głupia sytuacja... Mam nadzieję, że uda nam się jakoś wrócić jak się przejaśni, racja?— Liliowa miała wrażenie, że coś ją dotknęło, ale olała to, myśląc, że to gałąź. 
— Najwyżej się trochę pokręcimy po okolicy, w którymś momencie musimy znaleźć coś znajomego. 
Na nos spadła jej krople i machnęła głową. Wiał wiatr i gałęzie lekko smagały je po grzbietach, dając dodatkowy ciężar. Dziwne, bo przed chwilą go nie czuła. Rozglądała się za potencjalnym zagrożeniem; były na obcym terenie i kto wie, co mogło je napaść. Czasami kątem oka widziała, jak szylkretka patrzy na nią, jakby czegoś wyczekując i niepokojąc się 
— Na pewno kogoś znajdziemy... Ale teraz... Może się tym nie przejmujmy? — wyszeptała cicho biała.
— Mhm, to problem na jutro. — spojrzała w bok, wciąż na straży. Nie chciała przejmować się teraz znalezieniem kogoś, bo lepiej, żeby nie pojawił się w środku nocy.
Wyczuła ruch przy boku i zignorowała go, uznając, że kotka tylko się poprawia. Teraz czuła bijące od niej ciepło. 
— Wiesz... Jesteś... Śliczna.
— Oh! Um! — odwróciła gwałtownie głowę w jej stronę, zaskoczona, na przemian kładąc i stawiając uszy — Dz-dziękuję?
Kotka skierowała głowę ku ziemi.
— Jesteś... Naprawdę piękna- wydukała Zanikające Echo, bardziej się nachylając ku niej. 
Nie rozumiała, czemu kotka to mówi. Nikt wcześniej nie gadał takich rzeczy. Wcale nie była przecież ładna, dlaczego miałby. Drgnęła wąsami, przypominając sobie o błocie. Oh, o to chodziło! 
— W-wiesz, nie musisz być miła przez ten wypadek... Takie rzeczy się zdarzają. Błoto się kiedyś zmyje… Wybaczyłam ci już.
 Kotka polizała ją po szyi, ściągając z niej brud.
- Tak, kiedyś się zmyje...- zamruczała.
Wzdrygnęła się odruchowo, blokując nieprzyjemne wspomnienia, nim się rozpędziły i odrobinę odsunęła 
— N-naprawdę nie musisz... — nie chciała, by wzięła to do siebie.
Teraz to kotka odsunęła się od niej.
— Oh, przepraszam... Coś się stało?— zapytała z… troską? w głosie.
— Nie, nie, wszystko dobrze. — odwróciła głowę w bok, wodząc spojrzeniem po cieniach. Wojowniczki nie było w klanie przy tamtych wydarzeniach. Właściwie to czy ktokolwiek wiedział co dokładnie się tam działo? 
Teraz czuła wibracje z jej gardła i miała wrażenie, że towarzyszył temu język przy uchu. Te gałęzie to chyba był ogon. A może jej się wydawało.
Nie chciała, by wiedzieli, co się tam działo. Co stało się z oczami Bezchmurnego Nieba i czemu miała tyle śladów po wbijaniu na karku.
Gdzieś niedaleko spadła gałąź i Źródlany Dzwonek poderwała się na równe łapy, głową przywalając w gałęzie krzaka.
Zanikające Echo, zaskoczona, odsunęła się od kotki.
- W-wszystko dobrze?- zapytała, widząc jej zderzenie z gałęzią. 
Trzepnęła bolącą głową i mruknęła coś, wpatrując się w punkt w ciemności. Na zesztywniałych z zimna i bezruchu łapach wyszła na deszcz sprawdzić, czy to tylko wiatr, czy coś czaiło się w koronie drzewa.
Biała wyszła za nią, kładąc jej ogon na plecach.
- Na pewno cię nic nie boli?- zerknęła na nią, po chwili wlepiając wzrok w górę.- Raczej już nie spadnie żadna gałąź... Może wracajmy? 
Czy ona nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia? Po tylu księżycach bycia wojownikiem?
— Nie wiemy czemu spadła. To może być teren czegoś niebezpiecznego. — otworzyła pysk, węsząc.
— Masz rację…— wymamrotała, a aura wokół niej zdawała się pogorszyć. Źródlany Dzwonek skuliła się odrobinę. Zagrożenie.— To się może... Rozejrzymy się?
— Mhm — zbliżyła się ostrożnie do drzewa, szczęśliwa, by wyjść z nerwowej atmosfery, powąchała wokół i nie czując nic, i spojrzała w górę, mrużąc oczy. Nic tam niby nie było. Trzepnęła przednią łapą i rozciągnęła tylne, szykując się do wejścia na górę, chcąc pozbyć się ograniczającego mrowienia.
— Wiesz, chyba nie musisz tam wchodzić... Możemy wrócić, nic się już nie dzieje — powiedziała rygorystycznie i stanęła przed nią. Na chwilę się zawahała, czując znowu jak uczennica. Zaraz jednak ominęła ją i czepiła się konaru, po czym sprawnie wspięła się na górę. Nie weszła na żadną gałąź, tylko zatrzymała się w pionie, rozglądając czy powinna iść wyżej.
W dole kotka wściekle syknęła, martwiąc ją. Była zła na nią, że jej nie posłuchała? Ale nie była jej mentorką. O co mogło jej chodzić?
— Już się upewniłaś, że tam niczego nie ma? Chodźmy już, bo zimno jest—mruknęła, strosząc futro.
Jakby pod krzakiem było lepiej. Może z jej dłuższym futrem, ona, z krótkim, tak samo marzła.
Machnęła kikutem ogona, jakby chciała ją uciszyć i weszła jeszcze trochę wyżej. Pomarańczowe liście gałęzi z boku zaszeleściły, zwracając jej uwagę. Obróciła głowę i syknęła, bo właśnie gigantyczne, ciemne coś pofrunęło w jej stronę, łopocząc skrzydłami. Zacisnęła powieki, mocno przywierając do konaru. Chwilę jeszcze słyszała bicie skrzydeł i czuła wiatr z nich, ale to coś zostawiło ją w spokoju i poleciało dalej.
— Uh... To jakiś gawron… —Na pewno nie był to krukowaty.— Czy coś... Wracaj już, bo jeszcze spadniesz...- powtórzyła wojowniczka 
—... Idę... — nie chciała dalej jej denerwować, więc powoli zaczęła schodzić; zajęło jej to dłużej niż zwykle, bo robiła to głową w górę, nie mając możliwości obrócenia się. 
— Jeszcze mogłaś spaść... Po co ci było tam wchodzić… 
— Skąd miałam wiedzieć, że będzie tam siedziało... To coś! — miauknęła, łapą szukając czy już jest dostatecznie nisko, by się puścić
Starsza wstała na dwie łapy i chwyciła się pnia. Złapała kotkę za kark i delikatnie pociągnęła ją na dół i dbając o to, by nie upadła, pomogła jej zejść.
Gwałtownie wciągnęła powietrze i wzdrygnęła się całym ciałem, wisząc bezwładnie w jej pysku. Zaraz zaczęła też drżeć. Tym razem nie udało jej się zatrzymać ponownego odtworzenia 'tego'.
 Poza jej umysłem kotka puściła ją, a ona automatycznie przywarła do ziemi. 
— Coś się stało? — zapytała, ocierając się o nią i mrucząc. Przytuliła się do niej i polizała za uchem.— Cii... Powiesz mi, o co chodzi?— poprosiła cicho — Boisz się mnie?
Kotka zdawała się być nieobecna umysłem; jej uszy kierowały się w strony, z których nie dochodziły żadne dźwięki. Futro nastroszyło się na całej linii kręgosłupa, z gardła wydobywało się skomlenie.
— Nie musisz się mnie bać... Przecież cię nie skrzywdzę- szepnęła jej do ucha, liżąc ją po głowie.
Kotka nie reagowała, dopiero po dłuższym czasie zaczynając wodzić zmęczonymi oczami po okolicy, w czasie wybijania jakiegoś chaotycznego rytmu ogonem. W końcu potrząsnęła głową i świadomie spojrzała na Zanikające Echo. 
Ta odsunęła się lekko od kotki.
— Widzę, że coś jest nie tak... Zrobiłam ci coś?— zapytała cicho jakby urażona.
— N-nie, nic — wciąż uderzała ogonem o ziemię, wodząc spojrzeniem gdzieś nad głową kotki.
— Przepraszam, nie wiedziałam, że... Tak się tym przejmiesz... Nie chciałam ci nic zrobić przecież — powiedziała z żalem.
— Nie ma co przepraszać, nic złego nie zrobiłaś — zmrużyła oczy, chroniąc je przed kroplami i skupiając się na tym, jak czuła je na futrze. Westchnęła ciężko. 
— Czy... Ktoś cię skrzywdził, że tak reagujesz?— wypytywała kotka, z powrotem się do niej zbliżając, kładąc na niej swój ogon. Nie podobała jej się ta ciekawość.
— N-nie, po prostu... Wrażliwe miejsce. Kark. Haha. — rozglądnęła się i przeprowadziła szybką ucieczkę pod schronienie, gdzie wcześniej siedziały, a tam załamały się pod nią trzęsące łapy i szybko je schowała pod klatkę piersiową.
Biała szybko podeszła do kotki i ułożyła się obok niej. Nie miała siły się odsunąć. Westchnęły ciężko. 
- Naprawdę możesz mi powiedzieć, jeżeli się coś stało... Ja będę przy tobie i nikomu nie wygadam- wymamrotała, obejmując ją ogonem.
— Wrażliwe miejsce. — mruknęła ponownie, odwracając głowę.
Zanikające Echo położyła głowę obok jej boku, cicho mrucząc.
- Na pewno? Czy jest sposób, żeby ci pomóc?- zapytała z troską.
— Mhm. Nie. —Nie ma rozwiązania takiego, by okrągły organ nie tkwił jej w gardle i by te ślady zniknęły.
— Jesteś zmęczona? W końcu dzisiaj tyle nas spotkało... I w ogóle… — wtuliła się w nią.
— Nie. Możesz iść spać, jak chcesz. Popilnuję.
Zasnęła wtulona w Źródlany Dzwonek, przez cały czas mrucząc. Ta pozwoliła jej na to, zgadując, że towarzyszka potrzebowała wsparcia w obcym terenie.
Po jakimś czasie mniejsza kotka wstała i odeszła nieco dalej. Pozwoliła organizmowi pozbyć się płynu, który wciąż podchodził jej do gardła. Na ziemi nie znalazło się żółte ślepie.

< Echo?>

Od Chryzantemowej Łapy CD Ważki (Ważkowej Łapy)

— Dzień dobry, Chryzantemowa Łapo. Czy udało ci się tej nocy wypocząć? To wszystko niezwykle męczące, nie uważasz? Musimy wędrować tak daleko, a nawet nie wiemy dokąd dokładnie idziemy. Nie wiemy, w jakim miejscu zasiądziemy i czy nie będzie ono bardziej śmiertelne od poprzedniego.
— Ta... to całkiem ciekawy scenariusz. Nikt nie wie co się stanie jutro. — mruknęła, gdy kocię przysunęło się do niej mimowolnie. Nie rozumiała dzieci. O co im chodzi? Wyglądały, jakby w każdym momencie mogły i chciały zjeść jej duszę.
— To troszkę straszne. Mam nadzieję, że inne wilczaki są w pełni sił. To o wiele bardziej zapewni nam bezpieczeństwo. — miauknęła dumnie Ważka, podczas gdy Chryzantemowa Łapa poczuła się jak na wykładzie. Nie będzie jej jakiś dzieciak filozofii wykładał, prawda? 
— Na pewno. Jesteśmy silnym Klanem. — miauknęła, odwracając wzrok. 
— Oczywiście że jesteśmy. Jedynie inni mogą się o siebie martwić o swoje zady, jednak nie my. Zawsze znajdujemy jakiś dobry sposób i dobrą taktykę. Inne Klany nie wydają się być tak inteligentne. Rządy naszej władzy muszą być lepsze od innych.
Gdy mała kotka rozwodziła się o różnych zaletach Klanu Wilka, jego niezwykłym społeczeństwu czy innych rzeczach związanych z tymi tematami, myśli Chryzantemy odleciały gdzieś daleko, nawet jeśli bardzo chciałaby się na tym skupić. Cóż, to nie była najciekawsza z rzeczy pod słońcem, więc nie przykuła do tego aż takiej uwagi. Zamiast tego spojrzała w niebo, tam gdzie świeciło jasne słońce. Gdzie wyblakłe obłoki szybowały, płasko leżąc na nieboskłonie. Tam, gdzie jeszcze wyżej, wśród gwiazd siedzieli i obserwowali ich nieskalani...
— Wychodzimy na zwierzynie... mamo! — wrzasnęła piskliwym głosem kociaka, gdy podeszła do niej Bezzębny Robal, by zająć się dzieckiem. Czekoladowa królowa jedynie posłała Chryzantemowej Łapie smętne spojrzenie, zanim odeszła, trzymając w pysku córkę. Uczennica położyła po sobie uszy. Inni są... dziwni.

[przyznano 5%]