Zima wciąż panowała, choć krajobraz bardziej przypominał wczesną wiosnę. Tylko lodowaty mróz zdradzał prawdę – mróz tak silny, że wbijał się w skórę niczym setki igieł. Najgorzej miały koty o krótkim futrze, takie jak Jarzębinowy Żar. Medyczka większość czasu spędzała w lecznicy. Tam było jej bezpieczniej – przynajmniej odrobinę cieplej, a i ona sama była mniej narażona na choroby. Na samą myśl o błocie i porywistym wietrze skrzywiła pysk. Wiedziała jednak, że nie może w nieskończoność ukrywać się w norze. Sielanka trwała krótko. Wystarczyło kilka szyderczych spojrzeń Cisowego Tchnienia, by Jarzębina zrozumiała: starsza medyczka tylko czeka na jej potknięcie, by podważyć jej pozycję i wyrzucić z roli. Dlatego, mimo wewnętrznego sprzeciwu, tego popołudnia ruszyła na patrol zielarski. Towarzyszyli jej Cisowe Tchnienie i Roztargniony Koperek. Patrol złożony wyłącznie z medyków miał większe szanse na sukces – wszyscy wiedzieli, gdzie szukać roślin, nawet w tak trudnych warunkach. Jarzębina drżała, podążając za towarzyszami. Jej uszy były czujnie nastawione, a nos rejestrował każdy zapach niesiony przez lodowate powietrze. Już teraz czuła, że po powrocie będzie musiała sięgnąć po wrotycz lub cokolwiek, co mogłoby uchronić ją przed chorobą. Gdy tylko nadarzyła się okazja, poinformowała Cisowe Tchnienie, że oddala się na bok. Szybko zniknęła w krzakach. Zazwyczaj chodziła tymi samymi, znajomymi ścieżkami, czuła się na nich bezpieczniej. Dlatego, gdy tylko dostrzegła rozpoznawalne krzewy, bez zastanowienia w nie wskoczyła. To był błąd. Jej długie, szczudlaste łapy trafiły w błoto. Medyczka poślizgnęła się, z trudem utrzymując równowagę. Futro na karku natychmiast zjeżyło się ze strachu i obrzydzenia. Wypuściła z pyska chmurę pary, zacisnęła zęby i ruszyła dalej. Przedzierając się między iglastymi drzewami, nagle stanęła. Coś było nie tak. Powietrze pachniało inaczej, obco. Jarzębina nastawiła uszy i zawęszyła mocniej. Zapach stawał się intensywniejszy, dochodził zza jej pleców. Odwróciła głowę. Błękitne spojrzenie jej oczu spotkało się z równie błękitnym wzrokiem wielkiej, białej kotki. Jarzębina aż podskoczyła i krzyknęła zaskoczona. Łapy zsunęły się po śliskim błocie i medyczka runęła pyskiem prosto w brązową maź. Odrętwiała i oszołomiona uniosła głowę, serce biło jej jak oszalałe. Czy to duch? A może naprawdę straciła zmysły? Nagle tuż przed nią pojawiła się śnieżna łapa – z długim futrem i jasnymi poduszkami. Jarzębina uniosła wzrok i znów napotkała błękitne oczy. To nie był duch. To była samotniczka. Choć powinna była zachować ostrożność, jej serce zabiło szybciej. Te oczy… przypominały jej spojrzenie kotów z Klanu Gwiazdy. Spojrzenie Omena. Lekko zakłopotana, pozwoliła białej kotce pomóc sobie wstać. Stanęła na skrawku trawy, od razu strzepując futro z błota. Potem wbiła spojrzenie w nieznajomą.
— Jesteś z Klanu Gwiazdy, czy ja już całkiem oszalałam? — wyrwało jej się, bardziej do siebie niż do niej.
Wyprostowała się, kiedy biała samotniczka przysiadła naprzeciwko na trawie. Jej pysk pozostawał obojętny, niemal wykuty ze skały, a jednak rysy miały w sobie coś przyciągającego.
— Klan Gwiazdy? — powtórzyła spokojnie samotniczka. Jej głos zabrzmiał w uszach Jarzębiny jak echo w pustej jaskini – dziwnie głęboki i chłodny. — Przykro mi, nie jestem jedną z nich. Zwą mnie Amorphina.
Nie zmieniła przy tym ani na moment wyrazu pyska, jakby była posągiem, a nie żywą kotką.
— J… Jarzębinowy Żar — wydukała medyczka, a jej własny język jakby odmówił posłuszeństwa. Zamrugała gwałtownie, zdumiona. Od kiedy zaczęła się jąkać? Potrząsnęła głową, próbując odpędzić myśl, że to tylko sen.
— Co robisz na terenach Klanu Wilka? — zapytała nagle, próbując odzyskać kontrolę.
Przebiegła spojrzeniem po sylwetce Amorphiny od łba po koniuszek ogona. I choć samotniczka była niemal całkowicie śnieżnobiała, Jarzębina wciąż dostrzegała w niej coraz to nowe, intrygujące szczegóły.
<Amorphino?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz