Wysoka trawa szeleściła. Promienie słońca przebijały się przez nią, grzejąc grzbiet kociaka. Z każdym uderzeniem serca brwi Srokosza coraz bardziej się marszczyły. Tata gdzieś znikł. Drugi kocur też. Pozostawili ich na pastwę losu. Samych. Siedział z siostrą w jakiś kujących kłębach, od których kręciło mu się w nosie. Ziemia twarda i sucha. Parzyła w łapy. Nie przypominała w żaden sposób przyjemnych dywanów.
NIENAWIDZIŁ JEJ.
Zły uderzył w nią łapą, wzbijając kurz. Kichnął. Zasmarkany zirytował się jeszcze bardziej. Zaczął tupać łapami, próbując dać upust rosnącemu w nim uczuciu bezradności. Słońce miało zamiar spalić go zaraz na wiór. Lodówka wciąż i wciąż mówiła, jak do spanikowanego kocięcia. A nie był spanikowanym kociakiem! Był zły i głodny. Chciał do domu, a nie siedzieć w jakiś śmierdzących chwastach bez celu.
NIENAWIDZIŁ JEJ.
Zły uderzył w nią łapą, wzbijając kurz. Kichnął. Zasmarkany zirytował się jeszcze bardziej. Zaczął tupać łapami, próbując dać upust rosnącemu w nim uczuciu bezradności. Słońce miało zamiar spalić go zaraz na wiór. Lodówka wciąż i wciąż mówiła, jak do spanikowanego kocięcia. A nie był spanikowanym kociakiem! Był zły i głodny. Chciał do domu, a nie siedzieć w jakiś śmierdzących chwastach bez celu.
— Chce do domu...! — jęknął donośnie, licząc, że dotarło to do ojca.
Lecz nic mu nie odpowiedziało.
Ogłuchł? Zamierzał ich porzucić?
COŚ GO ZABIŁO.
COŚ GO ZABIŁO.
— Tato...? — pisnął nieco bardziej spanikowany, czując jak przyspiesza mu serce.
— Nie martw się, Srokosz. Pewnie zaraz wróci. — oznajmiła Lodówka. — Lepiej nie hałasujmy, żeby nie przyciągnąć czyjeś uwagi.
Kocurek trzepnął ogonem. Miał inne zdanie na ten temat. Jeszcze uderzenie serca, a ojciec na pewno zapomni, że ich tu zostawił! Zostaną na tym zadupiu i nikt ich nie znajdzie.
UMRĄ Z GŁODU.
UMRĄ Z GŁODU.
Szelest sprawił, że oba kociaki postawiły czujnie uszy. Ruszające się źdźbła traw przed nimi tańczyły niespokojnie.
— To lisy. — pisnął Srokosz. — Albo psy. Zjedzą nas psy przez tego debila.
— Cii... — uciszała go siostra.
Schował się za nią. Zamknął ślepia, oczekując najgorszego.
ZARAZ UMRĄ.
ZARAZ UMRĄ.
— To koty. — szepnęła vanka, wbijając wzrok w poruszające się kłęby.
Srokosz niepewnie wyjrzał za kotki. Trójka nieznanych łbów spoglądała na nich. Biały. Czarny. Bury. Niczym w żartach wujka Marmurka o ulicznych kotach. Pachnieli dziwnie. Nie jak tata. Lasem. Wiatrem. Ziemią. Dzikimi zwierzętami. Kocurek skrzywił się. A co jeśli były dzikusami? Chciały ich zjeść?
— Spójrzcie, kociaki. — przemówiło jedno z nich.
Srokosz położył uszy, uciekając znów za siostrę.
Srokosz położył uszy, uciekając znów za siostrę.
— Jakie urocze! — miauknęła szylkretka.
— Nie możemy ich tutaj zostawić. — mruknął trzeci kot. — Lisy wciąż mogą być w okolicy.
Srokosz chciał coś miauknąć. Zaprotestować. Walczyć o przetrwanie. Wołać tatę. Lecz coś w nim pękło na widok starszych i obcych kotów. Bał się ich. Ich dużych umięśnionych łap. Blizn na ciałach. Stukających o ziemie ostrych pazurów. Uległ im, zbyt przestraszony na jakąkolwiek próbą zaprzeczenia.
Został porwany.
Został porwany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz