Słysząc ostatnie słowo, aż mu uszy stanęły, a łeb poderwał się do góry na ojca. Wygnany z klanu? Na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech, którego nie zdołał ukryć. Mu to za bardzo nie przeszkadzało, że dostałby kopa. Mógłby wtedy uciec do Klanu Klifu. To byłaby... wolność.
— Taaaak. Bardzo kuszące —zakaszlał, by ukryć iskrę nadziei w swoich oczach.
Musiał więc tylko się obijać i zgrywać łamagę. Nic trudnego. Trochę się poleni i Wielka Gwiazda uzna go za nieumiejętnego dzieciaka. Gorzej będzie tylko z jego dumą, która ucierpi, ale... dla powrotu był zdolny już do wszystkiego.
— Dość tego. — syknął ojciec — Nie będę się z tobą drażnić jak z dzieciakiem. Jesteś moim synem i będziesz się mnie słuchał czy tego chcesz, czy nie. Albo bierzesz się do roboty, albo może mam się rozmyślić i zrobić ci krzywdę? Może jeszcze jedno zerwane uszko? Albo wydłubane oczko?
Groził mu? Fakt, nadal pamiętał jak kocur wpadł w szał i nie podobała mu się ta wizja, którą mu przedstawiał. Nie zamierzał jednak dać się po raz kolejny zastraszyć. Nie po tym, jak zauważył, że ten mocno stara się go zatrzymać przy sobie. Gdyby go tak poważnie okaleczył, na pewno nie byłby zdolny do kontynuowania treningu. Na dodatek mógł o wszystkim powiedzieć w obozie liderce, a wtedy Mroczny Omen byłby skończony.
— Tak? Wtedy będę bezużyteczny bez oczu czy uszu i trafie do starszyzny lub mnie wygnają - podchwycił jego sposób myślenia. —I nie wiem o co się czepiasz. Starałem się dzisiaj. I słucham się. A jak wrócę do obozu z tak poważnymi ranami, to co? Skłamiesz, że kolejny samotnik mnie zaatakował? Może powiem im prawdę i co wtedy? Ta Wielka Gwiazda cię nie lubi. Może odebrać ci tą twoją władzę nade mną.
Czarnobiały parsknął pod nosem.
— Nie podnoś na mnie głosu i nie mów do mnie w ten sposób. Nawet jeśli - nikt ci nie uwierzy. Jesteś tylko kolejnym z wielu dzieciaków, który mógłby powiedzieć wszystko na swojego ojca, bo się obraził. Dla twojego dobra radziłbym ci trzymać jęzor w gębie, synku, no chyba, że chcesz pożegnać się ze wszystkimi, na których ci zależy. Nie oszukujmy się, nie masz ze mną szans w otwartym pojedynku.
— Kogo miałbym stracić? Już i tak wszystko mi odebrałeś! — wytknął mu. — I ci nie wierzę. Na pewno ktoś by zareagował. Ten Deszczowa Chmura na przykład, tak jak wcześniej. Albo Zakrzywiona Ość i Ostowy Pył. Oni wiedzą kim jesteś.
— Zakrzywiona Ość i Ostowy Pył mają zerową wiarygodność. Są tylko przybłędami i każdy wie, jakie żywią do mnie uczucia — warknął. — Deszczowa Chmura spytał się jedynie, co się stało. Nie miałby powodów, by mnie oskarżać. — dodał. Jego łapa cofnęła się o krok, a w oczach pojawił się błysk szaleństwa. — Jestem twoim ojcem. Nie musisz wybierać tej ścieżki. Możesz iść ze mną. Oboje na tym skorzystamy — miauczał.
Widząc jak się cofa, zrozumiał że trafił w czuły punkt. Na jego pysk wypłynął mściwy uśmiech. O tak. Niech poczuje się tak jak on! Przyparty do muru i słaby. Postanowił dalej to ciągnąć, czerpiąc satysfakcję ze strachu kocura.
— A jeśli odmówię? Powiem wszystkim. Powiem i zobaczymy komu uwierzą. Powiem, że mnie porwałeś, urwałeś ucho i zmusiłeś do opuszczenia przyjaciół, którzy pewnie teraz się o mnie martwią albo myślą, że nie żyje!
— Blefujesz — warknął czarny van. — Nie zrobisz tego, bo jesteś moim synem. Nie poślesz na zagładę własnego ojca. Będziesz wtedy taki, jaki nie chcesz być. Czyż nie? — zadarł podbródek.
— A skąd wiesz jaki chce być, co? To tylko słowa. Nie będę tobą, ani potworem jak tylko wyjawię im prawdę. Ale... — zaczął, szerzej się uśmiechając. — Widzę, że jednak wierzysz w to, że mogą mi uwierzyć. Czyli nie masz pogłosu w klanie!
Czuł się coraz lepiej. Jakby zdominował ojca, wyrwał się spod jego szponów i mógł go raz na zawsze zniszczyć. Wystarczy tylko, że spełni swoje groźby. A wiedział, że byłby do tego zdolny.
— Skąd taka pewność? Nie znasz mnie. Ani tego, jak o mnie myślą. Śmiesz mi grozić? Sprzeciwiać się komuś, bez którego nie byłoby cię tutaj na świecie? Jestem stwórcą tego życia, więc równie dobrze mogę ci je odebrać. Nie wypowiesz się przeciw mnie. Wymiękniesz, jak tylko ujrzysz miliony obcych twarzy.
Nie podobały mu się jego słowa. Brzmiało to tak, jakby kocur uważał go za swoją własność, bo przyczynił się do jego powstania. O nie... nie pozwoli się uprzedmiotowić. Zaraz pokaże mu do czego był zdolny.
— Tak. Sprzeciwiam się, bo jesteś psycholem, który oderwał mi ucho i porwał! — spiął mięśnie, gdy wspomniał o śmierci, a jego zapał na chwilę wygasł. — A... a chcesz się założyć, że powiem? Nawet przy tych obcych twarzach?
— Nie powiesz. — miauknął. — Nie odważysz się. Wygrałbym ten zakład w kilka uderzeń serca. Komu ufają bardziej; wojownikowi, który wychowywał się tu od dzieciaka, czy szczylowi, który niewiele wie o świecie? Odpowiedz sobie sam.
Prawda. Mogliby tak zareagować, ale zbyt wielką odczuwał frajdę z torturowania ojca. Dostrzegał jego spięcie i strach. Zdrada syna musiała bardzo go boleć, a on nie czuł w tym momencie, żadnych wyrzutów sumienia.
— Ale się boisz! Czyli nie jesteś tego pewny! Załóżmy się więc. Jak uda mi się powiedzieć, to puścisz mnie do Klanu Klifu, a jak wymięknę to będziesz mógł się rządzić. Stoi? — Zadarł pewnie łeb do góry
Ojciec prychnął pod nosem.
— Rządzić? Też mi rządzenie. Nie mam żadnej władzy, póki na szczycie stoi Wielka Gwiazda. Zgodzę się, jeśli dasz mi lepszą korzyść. Chociaż jeden argument za.
— To co byś niby chciał w zamian, co? — zapytał ciekawy co ten wymyśli
— Żebyś nie sprzeciwiał się moim rozkazom. Jakimkolwiek. — rzucił. — I już nigdy więcej nie wrócił do Klanu Klifu ani nie wszedł na jego granice.
— Nie! To za dużo. Ja dałem jedno, ty jedno. A dałeś aż trzy postulaty. Widać, że nie znasz zasa. — Pokręcił nosem
— Zatem wybieram jedno. Nigdy więcej nie wrócisz do Klanu Klifu. Umowa stoi?
Zastanowił się chwile.
— Więc jak powiem to trafię do domu, a jak nie to już nigdy, tak? — zapytał dla pewności
— Zgadza się.
— Hm... a nie chcesz jeszcze może tego przemyśleć?
— Postawiłem warunek jasno. — miauknął, czując jak jego dusza uśmiecha się, obserwując zachowanie młodszego. — I go nie zmienię.
Nie podobał mu się ten warunek. Nie był pewien jak się zachowa... Ale... w sumie czy trzeba było być wiernym jakimś tam przysięgą? Mógł złamać daną obietnicę. Ta umowa to były tylko puste słowa, a nie pakt spisany krwią, za cenę życia. Za to... ojciec się nabierze i pomyśli, że wcale nie knuje powrotu, gdy jego plan nie wypali. Ale dlaczego miałby nie wyjść? Czuł taką pewność siebie, że trzymał teraz kocura w garści, że na pewno te kilka słów wypadnie z jego pyska przed całym klanem.
— Dobra stoi — miauknął. — Powiem, zobaczysz i się pożegnamy
— Powodzenia. — wymruczał starszy.
Ruszył z dumnie uniesioną głową do obozu. Da radę. To była jego jedyna szansa na powrót do Klanu Klifu. Wojownik był pewnie taki naiwny, że po wygraniu zakładu, na pewno by go puścił.
Od razu, gdy tylko wszedł do obozu, wskoczył na głaz, skąd przemawiał lider i zawołał koty, patrząc z satysfakcją na tatę.
— Słuchajcie! Mam wam coś ważnego do powiedzenia!
Czuł jak wzrok mentora przeszywa go na wylot, a widząc jak ten bije ogonem nerwowo, szerzej się uśmiechnął. Ha! Już po tobie! Wojownicy zwrócili na niego wzrok, a Wielka Gwiazda pisnęła zrozpaczona, widząc co ten robił.
— Sio z tej skały kocurze! To teren dla kotek! — płakała.
Przewrócił oczami widząc jej zachowanie.
— Zaraz, tylko powiem coś ważnego. — chrząknął i... oczy. Wbite w niego. Było ich mnóstwo. Patrzyli z różnymi emocjami na pyskach. Kotki z tymi bardziej negatywnymi. Czy to trema? Niemożliwe. Przecież jeszcze przed chwilą czuł się jakby mógł przenosić góry! — Więc... Mroczny Omen... — zaczął sklejać zdania, czując mokry pot i dreszcze na grzbiecie. — On... ma dzisiaj urodziny — palnął, zeskakując z głazu i dając nogę z obozu.
Co za wstyd! Wygłupił się przed całym klanem! Usłyszał jeszcze kilka słów padających z tłumu, gdy przedzierał się do wyjścia.
— Wszystkiego najlepszego, Mroczny Omenie!
— Dziękuję. — miauknął ojciec, po czym za głębokim westchnięciem wyszedł z obozu za synem, nie odwracając się do reszty.
Chłodna Łapa, gdy tylko wydostał się z centrum wydarzeń, przyspieszył. Zatrzymał się dopiero przy jakimś drzewie, uderzając w nie głową.
— Jesteś głupi! — powiedział do siebie.
Nie przestał robić tej czynności nawet wtedy, gdy usłyszał zadowolony głos kocura, który cieszył się tak, jakby dostał prezent na te urodziny.
— Urodziny? Całkiem kreatywnie. — przyznał ironicznie, dołączając do rudego. — Możesz się pożegnać z Klanem Klifu. Powiedz "pa pa", bo już nigdy cię tam nie będzie.
— Nie dobijaj mnie! To twoja wina! Nie wiedziałem, że to takie będzie trudne!
Naprawdę był zdziwiony, że nagle złapał go stres. Jeszcze nie przywykł do starszych wojowników, którzy byli dla niego obcy i być może niebezpieczni.
— Cóż, więc było trzeba się nie zakładać. — powiedział mentor. — Tak też myślałem, że nie masz jaj. Mam nadzieję, że teraz zrozumiałeś, synu.
Skulił uszy i rzucił mu wyzywające spojrzenie.
— Mam jaja! Ale nie martw się, nic nie było o słuchaniu ciebie, więc nie zamierzam ci ułatwiać życia.
Wojownik przewrócił oczami.
— Nigdy nie odpuszczasz, co? Po czasie sam zmienisz zdanie. Czy tego chcesz, czy nie. Teraz nie masz wyjścia. Nie wrócisz do Klifiaków.
Prychnął pod nosem, ale nic na to nie powiedział. Już knuł jak sprawić, by ojciec miał go dosyć... Wygrał. Nie był z tego zadowolony. Chciał zrobić coś, co sprawi, że bardzo szybko ten jego dobry nastrój wyparuje.
— Zobaczymy. Dzisiaj jednak nie idę już z tobą na trening. Muszę coś... zrobić... — miauknął, wpadając na pewien pomysł.
— Co takiego chcesz zrobić, że jest to tak ważne, by odłożyć trening?
— Masz przecież urodziny. Muszę ci dać jakiś prezent, więc to jasne, że nie możesz ze mną iść — wytłumaczył mu.
Omen zacisnął zęby.
— Więc zajmij się tym szybko i wracamy do szkolenia. Niczego nie kombinuj.
Uśmiechnął się tylko i szybko odbiegł z powrotem do obozu. Już on mu da cudowny prezent.
***
Zrobił swoje i teraz czekał na rekcję. Po zapachu odnalazł legowisko ojca i bezceremonialnie tam nasrał, wcześniej sprawdzając czy nikt nie patrzy. Zemsta była słodka... Jak nie siłowo to psychicznie sprawi, by ten sam oddał go do Klanu Klifu!
Wyczuł nim zobaczy, że się zbliża. Czyli zadziałało! Nie mógł w to uwierzyć! Naiwniak! Musiał przybrać jednak niewinny wyraz pyska, by podejrzenia nie spadły na niego. Chociaż skoro tu szedł, to na pewno ojciec zdawał sobie sprawę, że to była jego sprawka.
Ujrzał jak wchodzi, sztywny i zdenerwowany. Powinien się bać, ale nie mógł. To było takie zabawne, a jego wzrok tylko go bardziej nakręcał.
— Chłodna Łapo. — powiedział, gdy zajrzał do środka.
— Coś się stało? — spytał, a czując odór, aż wykrzywił nos. — Fuj! W czym ty się tarzałeś? — Zamachał łapą, czując jak na pysk ciśnie mu się uśmiech.
— Nie udawaj. Musimy porozmawiać. Na osobności. — miauknął mentor.
— Naprawdę musimy? — jęknął, powstrzymując śmiech.
— Tak, musimy. — wycedził.
Oho. Czyli mu się to nie spodobało. Przewrócił oczami i wyszedł z nim z legowiska uczniów, dając mu chwile w cztery oczy.
— No co? Miałem iść spać. — uświadomił go.
— Zrobiłeś to w moim posłaniu. — stwierdził twardo. — I zanim zaczniesz się wybraniać, dobrze wiem, że to ty. — dodał szybko, nim młodszy zdążył otworzyć usta. Mroczny Omen westchnął. — Wyglądam ci na osobę, która toleruje takie żarciki? Bo mi nie jest do śmiechu i dobrze zdajesz sobie z tego sprawę. Wiem, że nie możesz się pogodzić z tym, że tutaj jesteś, ale masz to na własne życzenie. Mogłeś nie zakładać się, gdy nie jesteś pewien swoich możliwości. Oczekuję od ciebie minimum szacunku. — warknął.
— A ja ci wyglądam na osobę, która by przejmowała się jakimiś głupimi zakładami czy obietnicami? — prychnął. — Miałem szacunek, ale się zgubił gdzieś po drodze. Zresztą, obiecałem ci prezent i go dostałeś. Nie spinaj tak sierści. Mój nowy kumpel mi to zaproponował, lubi żartować, tak jak i ja.
Kocur jedynie przewrócił oczami, wysuwając i wsuwając pazury.
— W obecnej sytuacji to nie jest odpowiedni moment na żarty. Idź sprzątać moje posłanie, jak już ci tak do śmiechu. — miauknął.
— Fuj, nie! Nie będę nic sprzątać — wykrzywił się. — Idę spać, dobranoc. — Odwrócił się do niego tyłem z zamiarem wrócenia do legowiska.
<Tato? <3 >
[przyznane 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz