— Coś się stało, Smukliku? — zapytała się, widząc jego skwaszoną minę.
— Leci mi z nosa! I kicham! — zaskomlał przejęty.
— Chodź, przytul się do mnie — powiedziała, a niebieski wykonał polecenie, po drodze kichając dwa razy.
Liliowa spojrzała na zewnątrz kociarni. Było jeszcze ciemno, a koty wokół jeszcze pochrapywały spokojnie, łącznie z resztą jej rodziny.
— Wtul się mocno we mnie, a rankiem pójdziemy do medyka, dobrze? — miauknęła z troską, po czym polizała go parę razy po pyszczku i między uszami.
— No… — kichnął. — …Dobrze… — I pociągnął nosem. Wtulił się głęboko w sierść kotki, która go dodatkowo osłoniła ogonem.
Przez dłuższą chwilę kotka nasłuchiwała oddechu kocurka i gdy tylko pociąganie nosem i kichanie ucichło i zostało zastąpione chrapaniem, również oddała się krainie snów.
***
Jesionka obudziła się, słysząc głośne kichnięcie u jej boku. Podniosła łeb i przypomniała sobie, że musiała się wybrać do medyka z młodzikiem. Okazało się, że katar kocurka obudził również Miodkę i Wodnik, podczas gdy pozostała dwójka kociaków wciąż spała w najlepsze.
— Kto to kichnął? — spytała się złota i dojrzała wtopionego w liliową okrywę niebieskiego synka.
— To był Smuklik — odparła zielonooka i polizała kocurka po głowie, by go rozbudzić. — Zaraz się z nim wybieram do medyka.
— Oh, no to dobrze — mruknęła zatroskana. — Tyle że ty też daj się Chudemu Grzbietowi albo Roztargnionemu Koperkowi obejrzeć. Ta twoja noga bardzo mnie niepokoi — dodała, przysuwając się do kotki. Jesionka westchnęła.
— No dobrze — mruknęła, po czym wstała, a Smuklik zaraz za nią. Miodka odprowadziła ich wzrokiem i uśmiechem, podczas gdy do jej boku przytuliła się Wodnik, trochę zmartwiona mamą i bratem.
Gdy dwójka kotów zmierzała do legowiska medyka, obóz budził się do życia. Wyszedł właśnie pierwszy patrol, a reszta kotów raczej chowała nosy przed zimnymi podmuchami wicherku, lecz wciąż było widać poruszenie w legowiskach. Kocurek bacznie obserwował obóz, ponieważ to był jego pierwszy raz poza kociarnią i pewnie wszystko wydawało się takie nowe i duże.
Wreszcie stanęli w lecznicy, zastając tam Roztargnionego Koperka. Kotka nie dojrzała żadnego innego medyka, więc musiała się zwrócić do jeno. Kot właśnie wstawało ze swojego posłania i od razu ruszyło do nich.
— Pomóc w czymś?
— Tak, Smuklik jest chory. Ciągle kicha i jest taki odrobinę osłabiony — wyjaśniła.
— Katar, tak? — Obejrzało kociaka pokrótce i ruszyło do zestawu ziół. Po niedługim zastanowieniu wzięło parę ziół i podało kocurkowi. — Zjedz, a do jutra będzie lepiej.
Gdy kot już odchodziło, Jesionka nagle odchrząknęła.
— I jeszcze jedno; coś jest nie tak z moją tylną łapą.
— Którą? — Obróciło się w jej stronę, by obejrzeć krzywdę.
— Prawą. — Uniosła ją w górę. — Boli i nie mogę na niej stawać.
— Pewnie zwichnęłaś sobie — mruknęło, wzięło coś z zapasów i podeszło. Przeżuło to coś, po czym wsmarowało w staw. Po plecach kotki przeszły ciarki, czując, jak na jej sierści przylepia się nieprzyjemna papka.
— Gotowe. Weź ten korzeń żywokostu i umieść w legowisku, a pomoże ci z nogą. No i nie chodź za dużo, zrób sobie przerwę — wyjaśniło na odchodne i wróciło do swoich zajęć.
Jesionka przekuśtykała z powrotem do żłobka ze Smuklikiem u boku, którego wyraz mordki był skwaszony od zjedzonych ziół. Liliowa podeszła bez słowa do posłania i wyłożyła korzeń, po czym się rzuciła na miękkie łoże, wzdychając. Cała rodzinka znów była w komplecie.
Trzy wschody słońca później
Liliowa przyjrzała się piórom, które teraz były utknięte w brzeg posłania, by nie zostały zniszczone.
Wyleczeni: Smuklik, Jesionowa Szadź
<Smukliku? Podoba ci się to twoje piórko?>