Niebo ozdobiły gęste, gołębie chmury, sypiące płatkami śniegu. Słoneczne dni Pory Nagich Drzew bywały dużo chłodniejsze, niż te z pochmurnym niebem. Zziębnięty grunt, który jeszcze niedawno był intensywnie zielony wpadający w turkus, pokryła teraz czysta biel, pod swoją powłoką nie dając uciec i kwiatom, którym pozostało teraz albo to jakoś przetrwać, albo zgnić z powodu nadmiaru wody i niesprzyjających warunków. W taką pogodę ślady zacierały się dość szybko, a chodzenie po mroźnej posadzce zapewniało ból albo nawet i chwilową utratę czucia w poduszkach. Końcówki uszu też były na to bardzo narażone, mimo lekkiego puchu. Może mogła być to swego rodzaju forma hartowania, dzięki niej koty dawałyby radę dłużej wytrzymywać na mrozach i być sprawniejsze tak długo, jak było to konieczne i potrzebne. Z pysków kotów unosiły się przeróżnego rodzaju dymki, szczególnie widoczne na mrozie. Ognikowa Słota co jakiś czas zwracała się do rudej koteczki tuż obok ze słowami jaka jest zadowolona z tego, że jej matka została przywódczynią. Kocimiętka potakiwała, jakby nie była aż tak obecna, chociaż szylkretce to nie przeszkadzało – tym razem nie skupiła się na tym, czy pręguska ją słucha, czy nie, chciała po prostu się komuś pochwalić sukcesem swojej matki. Nawet jeśli wszyscy już o tym wiedzieli.
Nikła Gwiazda był w jakimś stopniu szanowany przez Ognikową Słotę, pochwała z jego strony była długo postrzegana jako coś do czego warto dążyć. Gdy wreszcie to otrzymała, czuła się wniebowzięta, zadowolona z siebie jak mało kto. Jednakże, bez dwóch zdań to Zalotna Gwiazda bardziej zasługiwała na tą posadę. On zdążył się zestarzeć i zesztywnieć, niemożliwe, by starszyzna dobrze zarządzała klanem, mimo swojej obszernej wiedzy. Oni byli już najzwyczajniej w świecie powolni, czas się im udzielał. Mogli się mylić, a Klan Wilka nie mógł pozwolić sobie na pomyłki czy opóźnienia.
Kotki zaczęły wracać w stronę obozu, ślady za nimi zakopywały się pod nowo spadającym śniegiem, prószącym im także na grzbiety. Małe białe punkciki czepiały się ich kłosów niczym mikroskopijne rzepy, jakby były ich zatraconą zgubą. Lekki podmuch wiatru był w stanie je strzepnąć masowo, jednakże nie wyglądało na to, by to było dla nich teraz istotne. W pewnym momencie płatki osadziły się dwójce nawet na rzęsach – wyglądało to dość zabawnie. Wilczaczka strzepnęła nadmiar śniegu, wchodząc do legowiska tuż za swoją przyjaciółką. Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa, wewnątrz nory było znacznie cieplej dzięki ilości wojowników, jaka się teraz ogrzewała nawzajem. Na niebie rozciągała się gęsto Srebrna Skóra, chociaż wpatrywanie się w nią obecnie było dość nieprzyjemne, raczej mało kto lubił mieć śnieg w oczach. Rudaska położyła się tuż obok Kocimiętkowego Wiru. Zielonooka zdążyła przymknąć już powieki oraz oddać się w objęcia snu, jej bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Ten dzień musiał być dla niej męczący, sporo przeszły. Brązowooka czuła pulsujący ból w kończynach, aczkolwiek nie zamierzała na niego narzekać. To był udany, pracowity dzień. Futra wojowniczek stykały się, Ognikowa Słota poczuła, jak serce zaczyna jej szybciej bić, gdy patrzyła na spokojnie śpiącą towarzyszkę, było w tym coś urokliwego. Przeniosła wzrok na wejście do legowiska. Wpatrywała się w nieco przysłonięty sierp księżyca na niebie, blady blask oświetlał wejście do legowiska, lodowe płatki również się wpraszały, chociaż nie sypały jej na głowę. Wetknęła nos w futro, zamykając oczy. To ją uchroni chociaż w małym stopniu przed ziąbem.
Ognikowa Słota znalazła się na gęsto porośniętej łące, upstrzonej jasnymi punkcikami. Uciekały, gdy tylko znalazła się blisko. Rudaska przedarła się przez wysoką trawę, próbującą dostać się jej do oczu. Łapami odgarniała nadmiar kłosów, znalazłszy wreszcie idealne miejsce. Zachęciła swoją towarzyszkę do tego, żeby ta przysiadła tuż obok niej. Kocimiętkowy Wir pokiwała głową, kładąc się plecami pomiędzy pięknie pachnącymi kwiatami. Świetlik wylądował jej na nosie, na co ta zareagowała chichotem, odgarniając go łapą. Szylkretka uśmiechnęła się, zauważywszy ten widok. Ułożyła się tuż obok, spozierając na niebo. Gwiazdy świeciły jasno oraz intensywnie, wraz z księżycem. Trawa pod ich grzbietami była wygodna, bardzo miękka, zupełnie tak, jakby leżały na świeżym, lekko mokrym od rosy mchu. Wysokie drzewa iglaste pięły się do nieba, zasłaniając kawałek z niego. Kotki były wpatrzone w przepiękny sierp księżyca, którego blask spływał na nie niczym świeża, orzeźwiająca zimna woda z sadzawki. Ognikowej Słocie towarzyszyło miłe uczucie. W głowie pojawiła się nawet myśl, że chciałaby trwać w tym momencie wiecznie, co ją samą zdziwiło. Zielone oczy Kocimiętki jarzyły się rozemocjonowane, nie rezygnując z spozierania w granatowy nieboskłon, niczym w obrazek. Gdy ruda zorientowała się, że ta druga na nią spoziera, zerknęła na Słotę, posyłając jej figlarny uśmiech.
Trójkolorowa otworzyła nagle oczy, budząc się przedwcześnie. Niebo było nadal kruczoczarne, a do wschodu jeszcze brakowało. Mroźne podmuchy wiatru ze świstem wpadały do jamy, powiewając futrem wielu Wilczaków. Jedni nakryli łapą nos, drudzy zignorowali to zupełnie, zbyt bardzo pogrążeni we śnie. Zapach przyjaciółki drzemiącej tuż obok działał na nią kojąco, gdy wpatrywała się w sierp – ten sam ujrzała we śnie. Śpiew świerszczy grał jej kojącą melodię, dzięki której przysnęła znowu, dłużej, do rana. Tym razem nie pamiętała swojego snu.
Ranem Ognikowa Słota przeciągnęła się, ziewając. Zastanawiała się, czy sen, który jej się przyśnił w nocy miał jakieś większe znaczenie. W końcu Kocimiętkowy Wir była jej dobrą przyjaciółką. Czy mogła w ogóle myśleć o niej w ten sposób, podejrzewać, że między nimi jest jednak coś więcej? Bardzo lubiła spędzać z nią czas, zawsze sobie coś opowiadały i jakoś umilały życie. Słota na razie nie była pewna co o tym myśleć i czy warto było tak drążyć, może to nie miało większego znaczenia, a ona szukała go na siłę. Koty wszędzie dookoła były dość zabiegane – można było się tego spodziewać, teraz przywódca się zmienił a wraz z nim pewne normy, prawdopodobnie. Poranki zawsze były dość chaotyczne, oczywiście nie musiały takie być, aczkolwiek nie każdy potrafił dobrze rozplanować sobie dzień. Starsi dzielili się językami, przytulając do siebie ciasno, żeby uchronić się przed nieprzyjemnym mrozem. Radosne popiskiwanie kociąt wydobywało się ze żłobka, malując zadowolenie na pyskach kotów. Rudaska napuszyła sierść, żeby mróz jej nie chwycił tak szybko.
Nagle do szylkretki podeszła wojowniczka oblana czernią. Mroczna Wizja. Ognikowa Słota skinęła starszej głową na powitanie z szacunkiem.
— Witaj, Ognikowa Słoto. Przejdziemy się? — zapytała.
Wojowniczka nie miała dzisiaj wiele na głowie, dlatego taki spacer raczej jej nie popsuje żadnych planów. Zgodziła się, nie rozmyślając nad tym niepotrzebnie długo.
Kotki skierowały się żwawo w stronę wyjścia, starsza kocica ustanowiła tempo do którego Słota domyślnie się przystosowała, stawiając łapy pewnie na mroźnym, mokrym śniegu.
Gdzie tylko się nie spojrzało, tam było biało.
— Co myślisz o Porywistym Dębie? — zapytała zielonooka bez wyrazu, patrząc prosto na kufę wojowniczki.
Słota wysunęła pazury, zdobiąc nimi śnieg mimo wolnie. To był dla niej dość ciężki temat, bo nawet jeśli był zdrajcą, to przecież byli blisko i to przez tak długi czas. Pamiętała ich sielankowe chwile, tak bardzo przyjemne zresztą. Był dla niej długo ważny i pewnie nadal był w jakimś stopniu. W końcu nie bez powodu w legowisku dalej trzymała gałązkę właśnie od niego. Może lepiej będzie, jak się wyrzeknie tego wreszcie. Może to by jej pozwoliło ruszyć dalej, bez robienia sobie złudnej nadziei, że srebrny kiedyś wróci. Pomogłoby jej zapomnieć o przeszłości. Nawet jeśli by wrócił, był zdrajcą. Wilczacy zabiliby go na miejscu, mieliby przewagę liczebną, a ponadto mieli wielu wyszkolonych, starszych wojowników, którzy by mu dali radę. Przyjmując, rzecz jasna, że nadal żył i stąpał gdzieś po obcych ziemiach. Czy myślał o niej? Pamiętał ich wspólne miło spędzone chwile?
— Kiedyś spędzaliśmy dużo czasu, ale to już przeszłość. Zdradził Klan Wilka i nie jest już dla mnie ważny ani mi bliski. Ważne jest dla mnie dobro Klanu oraz następnych jego pokoleń. Jeśli Porywisty Dąb by wrócił, jestem gotowa sprawnie ukrócić jego sielankowego życia własnymi pazurami — przedstawiła, czując jakby zrzuciła z siebie coś, czego trzymała się jeszcze niedawno tak kurczowo. Tak, jak ptaki zrzucają z siebie swoje pióra co jakiś czas po to, by zrobić miejsce na nowe, lepsze, bardziej wytrzymałe, z pięknym połyskiem. Może tak będzie lepiej, wszystkim wyjdzie to na lepsze. Porywisty Dąb nie mógł tu wrócić, miała nadzieję, że on miał o tym świadomość. Nieważne jak bardzo by chciała, by było znowu po staremu. Mogła sobie tylko marzyć, to i tak nie miałoby aż tak wielkiego wpływu na rzeczywistość, w której się znaleźli.
Mroczna Wizja pokiwała głową, przyjmując słowa szylkretki. Zalotna Krasopani, a właściwie, Zalotna Gwiazda opowiadała kocicy o Słocie, tak samo o reszcie jej rodzeństwa. To była kwestia czasu, aż kruczoczarna zagada do pozostałej dwójki. Gdy słońce zaczęło powoli zachodzić, wróciły do obozu, rozdzielając się. Ognikowa Słota skierowała się do żłobka, mając nadzieję, że Kalinka była gotowa i chętna jej posłuchać.
Odszukała małej wzrokiem. Żółtooka bawiła się wyschniętym mchem, próbując go łapać za każdym razem, kiedy odbijała go ze stukotem od ściany. Nawet sprawnie jej to szło. Siła, z jaką rzucała kulkę pokazywała, że wyrośnie na porządną wojowniczkę. Słota miała nadzieję, że we właściwej wierze. Że nikt jej nie namieszał w głowie tymi bzdurami o wielkości Klanu Gwiazdy. To mogłoby jej wszystko zepsuć, a nie chciała mieć negatywnej relacji z vanką. Nie żeby czegokolwiek się obawiała – chodziło bardziej o to, że w jej oczach byłoby to wielką stratą.
— Kalinko, jak się dziś czujesz? Co robiłaś? — dopytała starsza, przysiadłszy tuż obok malutkiej.
Kalinka spojrzała na nią z lekkim namysłem. Nie zwlekając długo z odpowiedzią, miauknęła:
— Ćwiczyłam dzisiaj samoobronę i polowanie!
Ognikowa Słota zamruczała z zadowoleniem. Po chwili spoważniała. Musiała powiedzieć jej coś ważnego. W końcu Kalinka za niedługo zostanie uczennicą, musiała też sama już o tym wiedzieć. — Kalinko, słyszałaś już o przebiegu ceremonii ucznia?
Koteczka pokiwała głową.
— I nie chcesz mnie spytać, co zrobić, żeby przetrwać swoje mianowanie? W końcu mnie się udało, ale to oczywiste.
— Ja nie muszę pytać, bo już wiem. To logiczne zresztą. Wystarczy, że dobrze się schowam i przeczekam noc. Muszę obserwować niebo w poszukiwaniu lśniących dziobów i szponów. Teraz, jak jest tak zimno, to lepiej byłoby schować się w norze, bo może mi taki chłód zaszkodzić. Więc myślę, że schowam się albo w dziupli jeśli będzie jakaś dostępna i względnie nisko, albo czmychnę do nory. Jednak zanim to zrobię, muszę rozglądać się za kunami, borsukami i lisami. Muszę uważać pod łapy, bo każdy szmer, każde potknięcie jest obserwowane i ci, którzy by mnie z chęcią zjedli, będą się za takimi rozglądać i nasłuchiwać. Muszę ja sama także nasłuchiwać dźwięków.
Ognikowa Słota pokiwała głową. — W porządku. Jesteś bardzo mądra, Kalinko. Nie spotyka się tego często u kociąt.
— Oczywiście.
— To teraz pora na historyjkę. Połóż się wygodnie.
Kalinka zawinęła łapki pod siebie, spoglądając na Słotę. Ogonkiem objęła kawałek tylnej łapy, tuląc się do ciepłego, wygodnego posłania.
— Jak już wiesz, opowiadałam ci o potędze i ważności wiary w naszych przodków. Trafnie zauważyłaś, że nazywa się ich mrocznymi, mimo że wcale nie działają na naszą niekorzyść, jak mogłoby się wydawać, a wręcz przeciwnie. Wiara w naszych przodków uczy cię, byś zawsze sięgała wyżej, dawała z siebie wszystko oraz co najważniejsze, wierzyła w własną siłę. Gdybyś czciła Klan Gwiazdy, zachowywałabyś się żałośnie, bo oni wymagają od ciebie wiary w nich,a nie w siebie. Zauważ, że każdy, kto w nich wierzy, kończy marnie. A kończą marnie, bo są przygłupi. Musi im się zawsze język plątać, zawsze żyją w cieniu i nie mają odwagi na nic.
Kalinka zamrugała, zastanawiając się nad słowami Ognikowej Słoty. Może była już odrobinę senna? To dobrze, w końcu lubiła bajki na dobranoc. Nie musiała nic odpowiadać, jeśli nie czuła się na siłach. Najważniejsze, że słuchała. Ognikowa Słota podniosła łapę, gestykulując.
— To samo może ci powiedzieć Trzcinniczkowa Dziupla. On jest starszy ode mnie i z pewnością zna czasy, kiedy w Klanie Wilka nie przewodziła Zalotna Gwiazda, ani Nikła Gwiazda — kontynuowała, zauważywszy że vanka odrobinę się ożywiła, usłyszawszy imię własnego wujka. — Ale póki ja mam czas, to ja ci powiem. Pamiętaj o tym koniecznie, żeby się gdzieś schować i najlepiej ogrzać, tak jak mi powiedziałaś. Nie chciałabym, żeby ci się stała krzywda. Masz ogromny potencjał i to byłaby wielka strata dla całego Klanu Wilka — przypomniała Słota, łapką mierzwiąc policzek kocięcia. — Jeśli będziesz się bać, możesz poprosić Mroczną Puszczę o pomoc. Ale nie wracaj do obozu. Nie wolno ci do niego wrócić, dopóki nie przyjdą po ciebie wojownicy. Jeśli to zrobisz, wtedy spotka cię kara, nikt nie będzie cię już traktował z szacunkiem. Nie przynieś wstydu swojej rodzinie ani co najważniejsze – sobie. Całe życie przed tobą, wielką szkodą byłoby je tak zmarnować.
Kalinka przymknęła oczy, jej bok zaczął unosić się, a potem opadać spokojnie. Po paru uderzeniach serca zaczęła delikatnie pochrapywać. Brązowooka schyliła się, po czym chwyciła kocię w pysk, podnosząc ją delikatnie. Po chwili ułożyła ją u boku Gąsiorkowego Trzepotu, żeby nie zmarzła w nocy. Na pożegnanie pomachała dorosłej vance ogonem, wychodząc na ziąb. Ciemność zapadła szybciej, niż Słota by się tego spodziewała. Zerknęła w niebo – wszystkie te gwiazdy świeciły na nim prawie że codziennie, wszystkie obserwowały poczynania kotów. Ciekawe jakie było prawdziwe ich znaczenie? Czy naprawdę było tak proste i zarazem przykre, że były to koty z Klanu Gwiazdy? To było także ogromne marnowanie potencjału gwiazd. Mogły oznaczać coś lepszego, a przydzielono im tak przykry los. Klan Gwiazdy nie zasługiwał na to, żeby o sobie przypominać każdego wieczoru. To koty Mrocznej Puszczy powinny nad nimi czuwać i ich obserwować. Chociaż oni pewnie już to robili. Z pewnością. Klan Gwiazdy mieszał tylko kotom w głowach niepotrzebnie, gdy Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd motywowało do poprawy oraz nauki i dążenia do bycia najlepszą wersją siebie.
Mroczna Wizja przywołała kocicę ruchem ogona. Rudaska podeszła do niej z zaciekawieniem wymalowanym na mordce. Po chwili wyszły wspólnie z obozu, gdy reszta pobratymców pochrapywała i spała w najlepsze, przygotowując się na jutrzejszy, trudny dzień.
Kotki wędrowały obok siebie, rozglądając się co jakiś czas i węsząc. Rudaska czuła jak łapy zatapiają jej się w śniegu, dosięgając twardego, zmrożonego gruntu. Mroźne szpony wiatru przedzierały się przez gęste korony drzew, przelatując wzdłuż ich futer, ze świstem próbując dostać się do uszu dwójki. Płuca piekły trójkolorową przy każdym nabieranym wdechu. Postanowiła to zignorować, nie to było teraz ważne.
Do nosa Słoty napłynął zapach samotnika, odrobinę przyćmiony z powodu mrozu. Przystawiła nos do ziemi, tropiąc nieznajomego. Drobinki śniegu topiły jej się na skórze, garściami zabierając z niej ciepło. Po jakimś czasie między krzewami mignęło jej futro. Nagle z ziemi wyrósł wychudzony samotnik, obnażając wrogo kły w jej kierunku. Łapy miał brudne, a sierść matową. Rudaska zorientowała się, że Mrocznej Wizji nigdzie nie było. Przeniosła spojrzenie na kocura raz jeszcze, podnosząc brodę wysoko. Źrenice zwężyły jej się do cieniutkich szparek, porównywalnych do igieł drzew iglastych, gdy spozierała na niego z wyraźną pogardą. Prezentował się tak marnie. Może będzie bardzo zdesperowany, patrząc na jego stan.
— Czego tu chcesz? — syknął. Brzmiał tak, jakby ten teren należał do niego, zbyt bardzo się poczuwał. Ognikowa Słota zachichotała z tego absurdu. Może miał pszczoły we łbie albo mu głód przyćmił sensowne myślenie.
— Zawalczmy. Jak wygrasz, to możesz mnie zabić i iść wolno. Jeśli ja wygram, to zrobisz co ci każę i po tym cię puszczę, ale poza naszymi terenami. — Napuszyła sierść na piersi. Skoro miała taką okazję, to mogła się równie dobrze zabawić.
— A co będę z tego miał? Myślisz, że mi się opłaca ryzykować zdrowiem w taką porę?
— Słusznie, ale zobacz – jeśli się nie zgodzisz, ja mam przewagę liczebną, bo jesteś u mnie. Ja bym na twoim miejscu się zgodziła na moją ofertę. Inni by ci takiej nie dali tylko cię od razu zabili.
Samotnik położył uszy po sobie, machając gniewnie ogonem.
— No próbuj. Chcę zobaczyć, na co cię stać — ponagliła go, podnosząc ogon wysoko. Nie miała całej nocy dla niego.
Samotnik rzucił się w jej kierunku, jak na zawołanie, ślizgając na śniegu. Kocica odskoczyła w bok, chwytając się pazurami zmrożonej ziemi. Łaciaty kocur otworzył oczy odrobinę szerzej, ze zdziwienia, aczkolwiek nie zaprzestał próbie ataku. Zjeżył futro wzdłuż kręgosłupa, przybliżając się do niej powolnie, jakby czekał, aż to ona tym razem go zaatakuje. Skoro tego chcesz, to… masz! — pomyślała sobie, rozdrapując jego bok ostrymi pazurami. Pomiędzy nimi została jej dwukolorowa kępka. Syknął z bólu, na śniegu rozbryzgnęła się szkarłatna posoka, zanieczyszczając jeszcze chwilę temu tak czyściutki puch. Samotnik machnął łapą w stronę jej pyska, gdy znalazła się zbyt blisko. Brązowooka poczuła jak wyrywa jej kawałek sierści, aczkolwiek nie udało mu się jej nawet zadrasnąć.
— Tylko na tyle cię stać? Uczyłeś się walki u samotniczych kociąt czy co? — splunęła, próbując go sprowokować. Może gdyby jej się udało, to by się bardziej postarał. — Ty chyba czegoś nie rozumiesz. Od tej walki zależy twoje życie, ja na twoim miejscu bym się bardziej postarała.
— Przestań mielić jęzorem i walcz! — przeciął kitą zmrożone, jakby zatrzymane w czasie powietrze, sycząc głośno. Jego głos poniósł się echem po drzewach, płosząc pojedynczego ptaka, który niefortunnie znalazł się blisko nich.
Ognikowa Słota wskoczyła mu na grzbiet, drapiąc kocura po bokach. Ten zawył z bólu, próbując jakoś się jej wyzbyć z siebie. Szylkretka przyszpiliła się sprawnie do jego barków. Gdy zdarzało jej się delikatnie zjeżdżać, ciągnęła jego skórę pazurami, żeby zadać mu jak najwięcej szkód. Kocur próbował podnieść się na dwie łapy ze stęknięciem, co ewentualnie mu się udało, jednak w momencie, gdy wojowniczka z niego zeskoczyła. Ten z trzaskiem wylądował na plecach, poczucie jego równowagi było momentami dziwne. Może udzielał mu się głód. Popchnęła go, łaciaty wylądował tuż za kamieniem, uprzednio uderzając w niego z impetem łapą.
— Poddajesz się? — zapytała lekko zdyszana. Kocur spojrzał na nią gniewnie, po chwili godząc się ze swoim losem.
— W takim razie chodź teraz ze mną — poleciła mu, gdy wstał ciężko z ziemi. Kulał na jedną łapę, krzywiąc się gdy próbował na niej stanąć. — I niczego nie próbuj. Jeśli tak będzie, to cię po prostu zabiję. Miej to na uwadze. Zabiorę cię teraz do naszego medyka i cię opatrzy i puści wolno.
— Myślisz, że ci uwierzę w tę bajeczkę?
— Nie masz wyboru.
Kocur zrobił gorzką minę, strosząc sierść wzdłuż kręgosłupa. Zamachnął się zdrową łapą, przecinając powietrze. Spudłował. Kotka zanurkowała pod jego brzuchem, podcinając mu łapy. Ze szczególną siłą walnęła w tą zranioną, żeby wiedział, że ma nic nie kombinować. Wrzasnął z bólu, lądując na boku. Podniósł się słabo, ogon kotki machał gniewnie na boki. Pokiwał głową po paru uderzeniach serca, wreszcie idąc obok niej.
Dwójka dotarła pod Cierniste Drzewo. Razem z Mroczną Wizją, która dołączyła się do nich nie tak dawno temu. Ognikowa Słota nie zadawała zbędnych pytań. Dotarłszy na miejsce, wokół nich utworzył się ciasny krąg kotów. Wśród nich dostrzegła swoją matkę, Zalotną Gwiazdę. Poczuła falę ekscytacji rozpływającą się po jej ciele. To było to! To ten moment, kiedy mogła sprawić, że kocica będzie z niej dumna nawet bardziej, niż była. Przekierowała wzrok na dwukolorowe ślepia samotnika. Kocur patrzył na nią wrogo, machając gęstą kitą na boki, z podniesioną przednią łapą. Kocica ruszyła w jego stronę ponownie, gryząc go zaciekle w gardło. Nie trafiła w witalne miejsce, smak krwi rozpłynął jej się po podniebieniu. Kocur zaczął okładać ją po łbie, gdy wreszcie puściła go szczękami. Wyskoczyła w jego kierunku, przygniotła go do ziemi, łapą dociskając jego pierś. Przez chwilę w jego ślepiach zatańczyły iskry przerażenia, które przerodziły się w coś w rodzaju pogodzenia z własnym losem. Zastrzygła wąsami. Jego obecny stan był tak żałosny.
Skoro wygrała, miała prawo odebrać mu życie jak tylko jej się podobało. Akurat puszczenie go wolno nie wchodziło w grę. Był nic nieznaczącym przegranym, równie dobrze mogła potraktować go jak zwierzynę. On nie stawiał już żadnego oporu, więc nie będzie miała z tego nawet wielkiej zabawy. Szkoda, że nie był lepszy. Mogliby się pobawić dłużej. Szylkretka walczyła bez zarzutów, w końcu nikt jej nie pomógł nawet, a to, że się przeraził obcymi dla niego kotami, nie było jej kłopotem. Podniosła łapę do góry, wysuwając ostre pazury ponownie. Nie czekając zbędnie, rozcięła mu miękki brzuch. Samotnik zawył wniebogłosy, szaleńczo próbując jakoś się jej pozbyć, żeby go więcej nie krzywdziła. Nie przyniosło to żadnych miłych rezultatów – zamiast tego cały się po prostu rozpłynął. Wszystko, co mogło być dla niego ważne, opuściło go. Jego łeb opadł bezwładnie na ziemię, gdy brał ostatnie wdechy. Jego pysk był lekko uchylony, a oczy wpatrzone w niebo. Po paru uderzeniach serca stały się bez wyrazu, utkwione w czasie.
Samotnik nigdy by jej nie dał rady. Jej mentorką była jej matka, oczywistym więc, że wyszkoliła ją najlepiej, jak tylko potrafiła i jak było to możliwe. Ognikowa Słota zastanawiała się, czy samotnik wierzył w Klan Gwiazdy. A może w nic nie wierzył, bo skąd by miał o nim wiedzieć? Dobrze było zawalczyć z kimś, kto nie zachowywał się jak tamta Burzaczka, z którą miała do czynienia jakiś czas temu. On przynajmniej nie uciekł i dotrzymał danego słowa. Jaka szkoda, że był taki słaby. Może gdyby nie był niedożywiony, to lepiej by się bronił? Gdziekolwiek trafił, niech mu będzie tam w porządku. Rudaska zbliżyła się do kruczoczarnej. Starsza patrzyła na nią z dumą. Rozemocjonowana trójkolorowa, uśmiechała się szeroko, gdy Mroczna Wizja chwaliła jej lojalność, a także wymieniała inne jej zasługi. To nie był koniec jej wypowiedzi.
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
— Tak.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu.
Kruczoczarna kocica sięgnęła do lewego ucha Słoty, zwinnym ruchem odrywając kawałek. Szkarłatna ciecz poleciała kocicy po pysku, skapując na podłoże, mieszając się z krwią martwego już samotnika.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli.
Mroczna Wizja odcisnęła krew z samotnika na czole szylkretki. Wokół rozległy się szczere wiwaty i skandowanie imienia brązowookiej. — Ognikowa Słota! Ognikowa Słota! — poniosło się echem po gęstym lesie iglastym, strasząc pobliską nocną zwierzynę do norek. Sowy obserwowały całe wydarzenie z zaciekawieniem, co jakiś czas poprawiając sobie zadbane, aksamitne piórka. Ognikowa Słota, mimo bólu pulsującego w okolicach ucha, czuła ogromną dumę. Miała wrażenie, jakby jej życie odmieniło się teraz bezpowrotnie, oczywiście na lepsze.