Nie mógł w to uwierzyć. To był jakiś chory żart. Kamienna Agonia liderką? Nie żeby coś, ale poczuł jak każdy włos na ciele mu się jeży. Futro nie odrosło do końca, ale z każdym dniem coraz lepiej wyglądał. Nienawidził jej. Tak bardzo. Nienawidził. Zamordowała jego babcie. Jego cudowną babcie i teraz miała rządzić klanem? Nie wierzył, że ta padła od tak. Nie, gdy czarna groziła jej wiele razy śmiercią i zakończeniem rządów. Kto na to jej pozwolił? Byli ślepi i głusi? Nie pamiętali już jak to było z nią jako zastępczynią? Obleciał go strach. Przecież zostanie wygnany. Łapy mu się nawet porządnie nie zrosły. Padnie i umrze z głodu. Był w kropce. Na łasce tej czarnej... Nic więc dziwnego, że starał się nie rzucać w oczy, gdy reszta świętowała.
Rozmowa z nią nie należała do najłatwiejszych, ale ją zniósł. Teraz miał być uczniem i być pod ciągłym nadzorem jej piesków. Wspaniale. Gorzej być nie mogło. A nie... właśnie, że mogło, bo mógłby zostać wygnany. Terapie z Tygrysią Smugą też nie należały do prostych. Miał powoli jednak gdzieś to wszystko, czekając na moment, gdy łapy mu się zrosną, a on wróci do hasania po polach.
***
Wyzdrowiał i musiał żyć w tej nowej rzeczywistości. Tyle dobrego, że Tygrysia Smuga siedziała zamknięta w żłobku z brzuchem. No ciekawe kto ją przeleciał... Na polowania wychodził z tymi strażnikami, którzy nie dość, że raz mu spłoszyli zwierzynę, to byli niewyrośniętymi podlotkami. Nie wiedział jak to możliwe, że byli wojownikami. On już lepiej polował. Właśnie wracał z królikiem, którego rzucił na stos. Niedawno do starszyzny doszły aż trzy koty, przez co i im musiał usługiwać. Mogliby umrzeć i dać mu chwilę odsapnąć, a nie.
Nagle podeszła do niego Kamienna Gwiazda, rzucając mu długie spojrzenie.
— Chodź ze mną. — miauknęła tylko, spoglądając w wyjście z obozu.
Ruszył za nią bez słowa, sprawdzając kątem oka, czy straż idzie za nimi. Był ciekaw czy pójdą, czy uznają, że sam na sam z Kamień, nie stanowił zagrożenia. Poszli. Cholera.
Nie pytał dokąd go prowadzi. Jakoś nie miał humoru, by rozmawiać z kotką od ich ostatniej rozmowy. Pewnie znów coś sobie wymyśliła bzdurnego, by mógł odkupić swoje winy. Nie podobało mu się to, że musiał być jej posłuszny. Znosić obowiązki, które na niego nakładała i patrzeć na jej pełen wyższości uśmiech. Wymagała od niego niemożliwego. Nigdy nie wyrzeknie się babci, nigdy.
Zaprowadziła go tam, gdzie kilka księżyców temu postanowił zaszydzić sobie z jej rodziców. No tak, mógł przypuszczać, że nie zostawi tej sprawy tak łatwo. Skinęła głową w kierunku grobów, gdy już się tam znaleźli.
— Im też należą się przeprosiny — miauknęła twardo, spoglądając kątem oka na grób Króliczego Susu.
Spojrzał na kupki ziemi, kręcąc nosem. Od razu skierował kroki w inną stronę. Chciała przeprosin tych trupów? No to je otrzyma. Nie wierzył, że tak się upokarzał, ale babcia pewnie kazałaby mu na razie pozostać w cieniu. Czyli musiał być grzeczny. Rozejrzał się po otoczeniu a widząc jakieś kwiaty, zerwał je, wracając do oburzonej kotki. Myślała, że chciał nawiać? Tak szybko się od niego nie uwolni.
Nie odzywała się, wbiła tylko w niego wyczekujący wzrok. Nieznoszący nieposłuszeństwa, gdy chodziło o jej rodziców, w których kwestii była wyczulona. I to jego zdaniem aż za bardzo.
Położył kwiaty na grobie tych okropnych nierudych, po czym westchnął cierpiętniczo.
— Przepraszam was za zbeszczeszczenie waszych grobów. — miauknął, mając nadzieję, że to kotce wystarczy. Nie zamierzał tworzyć litanii o ich odwadze i poświęceniu, o których mówiła ciągle czarna.
— I żeby taka sytuacja już się nie powtórzyła. — mruknęła pod nosem.
— Nie powtórzy się. — zapewnił. — Mogę cię gdzieś też zaprowadzić?
Skoro już bawili się w sentymenty, chciał również rekompensaty. Bądź co bądź, czarna była morderczynią jego matki. Jej też należały się przeprosiny. Nawet jeśli sama Pszczeli Pyłek, nie byłaby zadowolona na widok Kamiennej Gwiazdy nad swoim grobem.
Widział, że nie spodziewała się tego pytania, jednak skinęła głową.
— Możesz.
Zaprowadził ją do innego kopczyka, siadając przed nim i wskazując go ogonem.
— Tu leży moja matka. — Spojrzał na nią. — Też chciałbym byś ją przeprosiła za odebranie jej życia.
Prychnęła, kładąc po sobie uszy.
— Przepraszam. — miauknęła w kierunku grobu. — Twoja śmierć nie była zmarnowana. Była po to, żebyśmy teraz mogli być wolni.
Położył po sobie ucho na ten komentarz, ale nic nie powiedział. Znów gadała o tym większym dobru. Jak on jej nienawidził. Dla większego dobra to sam by ją tu utłukł i przejął władzę, ku radości babci. Siedział w ciszy, nie patrząc na Kamień. Miał jej powoli serdecznie dość.
— Masz. Jesteśmy kwita. — stwierdziła powoli, odsuwając się od miejsca pochówku jej pierwszej ofiary.
Na te słowa wstał.
— Kwita. Tak. Kwita... — mruknął pod nosem. — To idę dalej polować — westchnął. — Te dzieciaki straszą specjalnie mi zwierzynę. Powinnaś im przemówić do rozsądku, że to jedzenie dla nich.
Irytowało go to. To, że traktowano go jak jakiegoś ucznia, który nie potrafił nic złapać. A przecież to umiał. Był doświadczonym wojownikiem.
— Specjalnie? — mruknęła nieprzekonana, jednak odwróciła się do wojowników, których przydzieliła do pilnowania Żara, żeby wytłumaczyć im, że mimo wszystko zwierzyna to ich wspólna własność, a płoszenie jej to szkodzenie sobie samemu. W tym czasie popatrzyła jedynie, jak tamci dołączają do kocura, tym razem utrzymując odpowiedni dystans.
Obserwował to w ciszy. Tak... cisza była cudowna. Widząc, że Kamień z nim skończyła, udał się na polowanie kolejny raz i kolejny.
Może jak wybije wszystkie króliki, to poczuje się lepiej? Ten smak krwi... Jeden z młodzików już oberwał, gdy rzucił w niego przypadkiem oderwaną kończyną. Nie zwrócił uwagi na jego pisk. Tak jakoś wyszło, że... mordował krwawo. Ale mieli jedzenie.
— Weźcie tą nogę, niech się nie marnuje — miauknął, wracając z połowicznym królikiem do obozu. A później kolejnym, tym razem całym. Stracił tylko ucho. Ten głos łamanych karków był nawet przyjemny. Jednak się zmęczył. A jak zmęczył to chciał paść i nie wstawać do rana.
Teraz też opadł na mech, by odsapnąć. I wtedy pojawiła się ponownie ona. Ta czarna plama, która skradła mu całą wolność.
— Gratulacje. Dobrze ci idzie. — powiedziała zimno, wbijając w niego wzrok. — Teraz możesz pomóc Tygrysiej Smudze z kociętami lub pomóc Wiśniowej Iskrze pozbierać zioła. Cokolwiek, bylebyś nie siedział bezczynnie. Nad wieczorem dopiero możesz odpocząć. — miauknęła, chociaż i tak czuła, że była zbyt litościwa.
— Nie wiem czy Wiśniowa Iskra życzy sobie mojego towarzystwa — odparł tylko, nadal leżąc na ziemi, w chłodnych objęciach jaskini.
— Nie odmówi twojej pomocy. — odparła. — Możesz wziąć jeszcze jednego wojownika, na przykład Blady Zmierzch. Z tego co wiem lubi zioła, a Wiśniowa Iskra nie będzie się czuła zagrożona. — zmrużyła oczy. — I będzie pilnowała, żebyś nic nie próbował.
— Jak chcesz — wzruszył ramionami, wstając i idąc po siostrę. Dziwnie się czuł słuchając się Kamień, ale musiał. Babcia na pewno kazałaby uśpić jej czujność, przed jej wielkim powrotem. Bo wierzył, że nadal żyła. Tylko czekała na odpowiedni moment... Nawet szło to dobrze, tylko te przeklęte oczy ciągle go obserwowały... Może następnym razem spróbuje... ich zgubić...?
<Kamień?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz