Liliowa kocica obserwowała jak jej ukochana wylizuje małego, burego kociaka, nowego członka ich rodziny. Dziki Kieł siedział z boku, obserwując z delikatnym uśmiechem poczynania swojej partnerki. Szczęście na dobre zagościło w sercu liderki. Nawet nie sądziła, że Kalinka będzie ponownie próbowała zajść w ciążę. Szczególnie, że obie poroniły... Jednak udało im się. Mały Bizon pomiaukiwał donośnie, wyrywając się z objęć królowej. Chciała z nimi zostać, lecz obowiązki wzywały. Miała kilka treningów do dopilnowania, szczególnie ten Jarzębinowej Łapy.
Wtuliła pyszczek w futerko na policzku ukochanej lecz jej czuły gest został przerwany przez harmider na środku obozu.
— KOPERKOWE FUTRO NIE ŻYJE!
Zadrżała. Nie tego spodziewała się podczas tak pięknego poranka. Przecież... przecież Koperek nie tak dawno żegnał się z nią, idąc na popołudniowy patrol.
Niedźwiedzi Pazur rzucił ciało zastępcy tuż przy stosie zwierzyny. Cętkowanej Gwieździe gardło zacisnęło się niebezpiecznie mocno. Czuła wzrok klifiaków na swoim ciele, nieme zmuszanie jej do odpowiedzi; do wzięcia odpowiedzialności za śmierć pobratymca.
Była przerażona, gdzieś z tyłu głowy nadal tliła się iskierka nadziei, że za dwa księżyce Koper odejdzie godnie do starszyzny, dożywając swoich dni pośród szanujących kotów.
Roztrzaskana czaszka kocura wyglądała przerażająco, niczym obraz wyjęty z najgorszych koszmarów; w akcie desperacji miauknęła w stronę partnera, by ten zastawił wejście do kociarni, aby żadne młode nie musiało widzieć tego, z czym nawet dorośli sobie nie radzili.
— Gdzie znaleźliście ciało? — milczenie było niczym setki ostrzy wbijające się w jej ciało. Położyła po sobie uszy zdenerwowana. Chciała wyjaśnień. Już, teraz. — Jak do tego doszło, że się rozdzieliliście? Koperkowe Futro miał prowadzić patrol — dodała ostrzej. Niedźwiedź spuścił łeb, unikając kontaktu wzrokowego, na który liderka tak bardzo naciskała.
— Koper chciał zapolować. Zaproponowałem, że dokończę za niego prowadzenie patrolu i spotkamy się niedaleko starego obozu w drodze powrotnej — Lamparci Ryk wypiął pierś, wychodząc przed szereg. — Musiało dojść do osuwiska, podczas gdy on polował na ptaki. Wygląda, jakby trafił go kawałek skały.
Cętkowana Gwiazda sapnęła nerwowo. Nie mogła ich winić, przecież... przecież to był wypadek. Jej podejrzenia jakoby to Rysi Puch ponownie zagroziła ich klanowi zniknęły, gdy tylko przyjrzała się głowie kocura dokładniej. Kawałki skały powbijane były w mięso obdarte ze skóry i futra.
Przez jej ciało przeszedł dreszcz, gdy otwierała pysk.
— Odmówmy modlitwę i pożegnajmy go z szacunkiem.
Konwój żałobny zebrał się, niosąc ciało w kierunku małej polanki, kawalątek za obozem klanu klifu. Cętka szła dumnie na przedzie, wskazując im drogę. Nie ważne, ile kotów żegnała, dla niej to zawsze był trudny czas. Jedyne o czym marzyła, to wtulić się w futra swoich ukochanych partnerów.
* * *
Wschodzący księżyc nie cieszył jej tak, jak uprzednio. Biała tarcza bezczelnie przypominała o starym prawie nałożonym na klanowe koty. Zastępca musi zostać wybrany przed wysokim księżycem. Prychnęła. Brednie, takich decyzji nie powinno podejmować się pod presją czasu. Szczególnie, gdy widziała niedawno zmasakrowane ciało przyjaciela.
Potrzebowała kota młodego, zdeterminowanego by służyć klanowi a przy tym, chciała wybrać kogoś młodego. Nie ukrywała, że czuła już na swoim karku upływający ząb czasu. Świadomie pełniła jednak funkcję przywódcy, wiedząc jednak, że gdy jej ciało odmówi posłuszeństwa - przyjdzie jej zrezygnować.
— Wszyscy czekają, najdroższa — czarnobiały kocur liznął ją między uszami, przerywając pieszczotę. Ruchem głowy wskazał na wejście do legowiska lidera, która dla kotki wydawało się być tak daleko... Na drżących łapach podniosła się, krocząc powoli ku zasłonie z bluszczu oraz mchu.
Jej obecność uciszyła koty, które szeptały między sobą poddenerwowane.
— Moi drodzy, strata Koperkowego Futra, który był znakomitym zastępcą odcisnęła na nas piętno. Nikt nigdy go nie zastąpi, to pewne. Wszak nie ma na świecie dwóch takich samych kotów. Chcę jednak, byście poznali jego następcę i godnie go przywitali. Od dzisiaj rolę zastępcy Klanu Klifu pełnić będzie Lamparci Ryk!
Skuliła uszy, gdy rozległy się krzyki oraz wiwaty pełne radości. Zetknęła się nosami ze swym zastępcą, powracając do leża lidera, gdzie udała się na spoczynek. Powoli robiła się zbyt stara na takie ekscesy...
* * *
Łasicza Łapa oraz Chłodna Łapa nadal pozostali zaginieni, lecz klifiakom sprzyjał los - patrol wyłapał ich tropy za granicą klanu wilka. Wściekły Lampart chciał ruszać już teraz, zaraz by odbić ukradzione młode koty. Czarny był niemalże pewny, że zarówno Łasica jak i Chłodny są przetrzymywani wbrew swej woli. Liliowa była jednak innego zdania. Coś mówiło jej, że sprawa może mieć drugie dno; była jednak pełna wiary, że da się całą sytuację wyjaśnić bez uprzedniego rozlewania krwi.
Smukłe ciało zastępcy parło do przodu, nie zważając na chaszcze, które zarastały lwią część terytorium wilczaków. Gałązki wczepiały się w jego futro, lecz kocur szybko strząsał kawałki lasu, prąc nadal do przodu. Liderka widziała jak buzuje w nim gniew, uznała jednak, że lepiej dla wszystkich będzie, jeśli kocur pójdzie z nią.
Tylko i aż we dwoje.
Zastępca zignorował nawet obecność patrolu klanu wilka, który posyłając im nieufne łypnięcia, eskortował dwójkę klifiaków do serca ich terytorium.
— Wielka Gwiazdo, mamy gości — niebieskobiała kocica uniosła wysoko ogon, miaucząc donośnie. Cętkowana Gwiazda przysiadła spokojnie, oczekując na wyłonienie się ich liderki ze swojego legowiska. Lamparci Ryk miał jednak inny plan, jeżąc futro, warknął donośnie.
— Gdzie nasi uczniowie, parszywi złodzieje?! — splunął wprost pod łapy Wielkiej Gwiazdy, obnażając kły. — Sami nie możecie sobie zrobić dzieciaków, więc kradniecie innym? Nie macie krzty godności, parszywe lisie serca!
Przełknęła ślinę, widząc jak liderka drugiego klanu strony futro, a kilka wojowniczek zaczyna ich otaczać. Wyminęła Lamparta, który zdezorientowany przysiadł na ziemi.
— Przepraszam cię, Wielka Gwiazdo. Jestem pewna, że... — zaczęła, szukając odpowiedniego słowa. — To zwykłe nieporozumienie. Widzisz moja droga... ostatniego zgromadzenia zaginęła dwójka naszych uczni. Ich trop prowadził wprost do waszego klanu, później kilka razy wyczuliśmy ich ślady zapachowe na naszej granicy. Chciałam sprostować całą tą niefortunną sytuację i uniknąć przemocy.
— Trzymaj tego parszywego kocura ode mnie z daleka. Prawie mnie opluł. Tak się nie godzi - miauknęła, po czym skupiła wzrok na kotce, od razu się uśmiechając. — Oczywiście. Wyjaśnimy tą sytuację pokojowo. Otóż moja droga... to nie moja sprawka, tylko tego przebrzydłego Mrocznego Omenu. — fuknęła. — Twierdzi, że to jego kocięta i nic nie przemawia do niego, by ich zwrócić. Pośle po niego. Może jak zobaczy co naważył, to wam ich odda. Chociaż Łasicza Łapa to taka słodka kruszynka. Ale nasz klan nie chcę problemów.
— Dziękuję ci za wyrozumiałość, Wielka Gwiazdo — skinęła kocicy głową z szacunkiem. — Chcę przeprosić też za mojego towarzysza. Zapomniał, jak trzeba okazywać szacunek — zganiła kocura wzrokiem, mając ochotę skopać mu dupę. Gdy wrócą do obozu to czeka ich poważna rozmowa.
Niezadowolone warknięcie przecięło obóz niczym piorun. Popychany i ponaglany przez jakąś kotkę kocur szedł w ich kierunku wraz z Chłodną Łapą u boku. Cętka odetchnęła z ulgą, że uczniowi nic nie jest, choć wyglądał na mocno zdenerwowanego. Widząc ich, natychmiast rzucił się do biegu, chowając się między łapami Lamparta.
— Przyszliście mnie uratować! — miauknął malec, drżąc na całym ciele z przejęcia. — Wiedziałem, że mnie nie zostawią! Mówiłem ci! — fuknął w stronę wojownika, który gromił ich lodowym spojrzeniem. Boki młodego ucznia unosiły się i opadały niespokojnie, gdy ten nabierał powietrza w płuca — Wracajmy do domu, proszę.
Van spojrzał kątem oka na własnego syna, który schował się pod łapami czarnego kocura towarzyszącego Cętkowanej Gwieździe, nim jego ślipia zwróciły się w stronę Wielkiej Gwiazdy, przeszły przez zastępcę Klanu Klifu, ostatecznie kończąc na Cętkowanej Gwieździe. Na pysku nie malowała się żadna wyraźna emocja. Ani strach, ani nadmierna pewność siebie.
— Więc przyszliście po swoich uczniów? — miauknął, unosząc jedną brew. — Dobrze. Ale czuję się zobligowany uświadomić was, że są to też kocięta Rysiego Puchu. Tej samej kotki określanej przez was powszechnie zdrajczynią i której imię z pewnością jest wam dobrze znane. Wciąż chcecie je wziąć do siebie? — spytał, uprzejmie, wyciągając wyżej brodę.
Słowa wojownika klanu wilka wywarły na niej niemały szok. Liderka zamilkła na kilka uderzeń serca, obserwując jak jej zastępca cofa się z położonymi uszami mamrocząc coś cicho.Van spojrzał kątem oka na własnego syna, który schował się pod łapami czarnego kocura towarzyszącego Cętkowanej Gwieździe, nim jego ślipia zwróciły się w stronę Wielkiej Gwiazdy, przeszły przez zastępcę Klanu Klifu, ostatecznie kończąc na Cętkowanej Gwieździe. Na pysku nie malowała się żadna wyraźna emocja. Ani strach, ani nadmierna pewność siebie.
— Więc przyszliście po swoich uczniów? — miauknął, unosząc jedną brew. — Dobrze. Ale czuję się zobligowany uświadomić was, że są to też kocięta Rysiego Puchu. Tej samej kotki określanej przez was powszechnie zdrajczynią i której imię z pewnością jest wam dobrze znane. Wciąż chcecie je wziąć do siebie? — spytał, uprzejmie, wyciągając wyżej brodę.
— Ta... cholerna zdrajczyni to twoja... matka? — błękitne ślepia utkwiły w Chłodnej Łapie, tracąc całe ciepło, z którego znany był Lampart. Szok, jaki musiał właśnie przeżyć był dla niego zbyt duży... — Ty... TY PIEPRZONY ZDRAJCO! — wrzasnął, kłapiąc przed kocurem zębami. Przerażony młodzik cofnął się, upadając na zad. Lampart zbliżył się do niego niebezpiecznie, lecz szybko został odciągnięty za skórę na karku przez Cętkę — NIE CHCĘ CIĘ WIDZIEĆ WIĘCEJ NA OCZY, TY JEBANY BĘKARCIE! Po to się tyle tu tłukłem, żeby teraz się dowiedzieć, że ta pierdolona mordercyzni to twoja motka!? Jeszcze mi powiedz, że też zajebałeś kogoś tak, jak ona! A MOŻE ŚMIERĆ KALINKOWEJ ŁAPY TO TWOJA WINA?! — zamachnął się łapą, rozcinając pazurami powietrze, o włos trafiając w nos. — W MOIM KLANIE NIE MA MIEJSCA DLA BACHORA MORDERCY! — szalał niczym rozjuszone zwierzę, próbując dostać się do vana. — Nie pokazuj mi się na oczy jebany bękarcie BO CIĘ ZAPIERDOLĘ! — wrzeszczał, wyrywając się z uścisku calico. Ze łzami w oczach spojrzał ostatni raz na kulącego się rudego. — Zajebie cię, jeśli kiedykolwiek cię zobaczę, jebany zdrajco! JESTEŚ TYLE SAMO WART, CO TWOJA PLUGAWA MATKA! — splunął młodemu pod łapy, samemu opuszczając terytorium klanu wilka.
* * *
Musiała się tłumaczyć, srogo i długo przepraszać, jednakże na całe szczęście doszła do porozumienia z Wielką Gwiazdą. Łasicza Łapa oraz Chłodna Łapa mieli pozostać w klanie wilka i tam dalej wieść swoje życie. Mroźna Łapa wraz z Kruczą Łapą decyzją obu kotek pozostaną w klanie klifu, zaś o całej sytuacji nikt nie będzie wspominał.
O zachodzie słońca Cętkowana Gwiazda powróciła do domu z jednym problemem mniej. Problem jednak był taki, że zaraz pojawił się kolejny i był nim Lamparci Ryk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz