BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 stycznia 2023

Zimowe Dolegliwości!

 Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią kolejne dolegliwości!
Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:


Długie Rzęsy - skręcenie przedniej łapy
Wilcza Zamieć - ból zęba
Tropiący Szlak - zwichnięcie ogona
Jałowy Pył - wybicie barku
Orlikowy Płatek - katar


Klanu Klifu:


Czarny Ogień - infekcja gardła
Klonowa Łapa - ból stawu
Dziki Kieł - swędząca infekcja
Oliwkowa Łapa - ból głowy


Klanu Nocy:


Śnieżna Łapa - infekcja oka
Szafirowy Blask - biegunka
Węgorzowy Pysk - zatrucie pokarmowe
Trzcinowa Sadzawka - wybicie barku


Klanu Wilka:


Puszek - Bezsenność
Motyli Trzepot - skręcenie tylnej łapy
Gawroni Lot - zranienie łapy/ogona
Wieczór - przemarznięcie


Owocowego Lasu:


Witka - przemrożenie
Pasożyt - ugryzienie przez szczura
Gruszka - infekcja ucha
Gęgawa - skręcenie przedniej łapy


Samotnicy i Pieszczochy:


Cynamonka - wymioty
Pleśniak - zwichnięcie ogona

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w II lub III stadium. Dotyczy to kotów z :

Klanu Burzy:


Pasikonikowy Nów - wyczerpanie 
Gronostajowa Bryza - katar > trudności z oddychaniem
Szczypiorkowa Łapa - przegrzanie > omdlenia
Końskie Kopytko - zatrucie pokarmowe > wymioty

Klanu Klifu:


Grzybowa Ścieżka - odwodnienie > omdlenia
Kozie Futro - zwichnięcie ogona > zwyrodnienie
Lisi Ognik - skręcenie tylnej łapy 
Krucze Pióro - wybicie barku > sztywność kończyny


Klanu Nocy:


Skrzecząca Łapa - zatrucie > ból brzucha
Przepiórcze Gniazdo - zwichnięcie ogona > zwyrodnienie
Mopkowy Skrzek - skręcenie tylnej łapy > zwyrodnienie
Turkuciowa Łapa - Zwichnięcie ogona > zwyrodnienie > sztywność stawu
Sroczy Lot - Kleszcz > infekcja > gorączka


Klanu Wilka:


Czerwona Róża - skręcenie przedniej łapy > zwyrodnienie
Goryczkowy Korzeń - szkło w łapie > infekcja
Płonąca Łapa - Wybicie barku > sztywność kończyny > trudności z poruszaniem się


Owocowego Lasu:


Lukrecja - swędząca infekcja > podrażniona skóra
Szpak - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko



Samotnicy i Pieszczochy:


Gin - ból głowy 
Skowronek - zranienie łapy/ogona > infekcja

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

22 stycznia 2023

Od Daglezjowej Łapy (Daglezjowej Igły) Igły CD. Oliwkowej Łapy

jeszcze w Klanie Klifu, przed mianowaniem i spotkaniem Lukrecji
Daglezjowa Łapa obserwowała jak kocur nieudolnie próbuje wyciągnąć z łapy ciernia, powstrzymując śmiech. W końcu jednak mu się to udało, ale Daglezja zauważyła, że oczu zaszkliły mu się z bólu. Wypluł drewniany kołeczek na ziemię i podniósł dumnie głowę.
— Mógłbym być medykiem!
— A jeże umieją latać — zachichotała wojowniczka. — Tak ci się mina skwasiła, że nie sądzę.
— Nawet nie drgnąłem z bólu — mruknął Oliwkowa Łapa, nie odchodząc od swojego stanowiska. 
— Wyglądałeś, jakbyś miał się lada chwila rozpłakać — zmierzyła go udawanie zdegustowanym wzrokiem, po czym zachichotała. — Jak baba.
— Umniejszasz sobie — zauważył Oliwka.
— Nieprawda, bo ja nie jestem jakąś zwykłą babą — na pysku Daglezjowej Łapy pojawiło się oburzenie. — Ja jestem kobietą, kotką sukcesu. Babą to może wariatka typu Zimorodkowy Sen być. Między mną a tym babsztylem — warknęła — jest sporo różnic, jak gdybyś nie zauważył.
— Jedno i to samo. Każda kocica to baba.
Daglezja zanim tylko liliowy przestał mamrotać rzuciła się, by przewalić Oliwkową Łapę z irytacji. Nie była przecież pierwszym lepszym babskiem, jakie można spotkać wszędzie! Daglezjowa Łapa przecież była najprawdziwszą damą, taką jak z najwyższych sfer. A to zdecydowanie co innego niż pogardliwa "baba".
Pacnęła go łapą za karę, jednak nie mogła pozostać poważna na długo. Bawiło ją nieporadne gramolenie się z ziemi delikatnie oszołomionego przyjaciela. W końcu jednak Oliwkowa Łapa wstał na trzy łapy i odpowiedział tym samym, rozpoczynając między uczniami zapasy. Przetaczali się po ziemi, brudząc sobie nawzajem futra i bijąc sobie nawzajem przyjacielsko zady. Oczywiście, że walkę wygrała Daglezja, jakżeby inaczej! Musiała mu udowodnić, że ma rację. Stała nad Oliwkową Łapą, z triumfem posyłając mu złośliwy uśmiech, upajając się słodkim smakiem wygranej. 
— No to zostałem przetrzepany — westchnął i otrzepał się z piachu, który jednak przeniósł się na Daglezję.
— A chcesz być przetrzepany jeszcze raz?! — rzuciła gniewnie, wylizując drobinki kurzu. Nie zajęło jej długo, by się zemścić. Posłała kocura ponownie w kurz i piach.

***

ok. połowa pory nowych liści
— Lubisz go — przekonywała ją Pluskająca Krewetka, z szelmowskim uśmieszkiem na pysku. Daglezjowa Igła tylko przewróciła oczami, jak gdyby irytowało ją już ciągle paplanie na ten temat przyjaciółki. Przecież nie podobał jej się Oliwkowa Łapa, skąd ten pomysł! Był troglodytą, wprawdzie figlarnym i lubiącym przygodę wraz z dobrą zabawą, ale wciąż troglodytą! A to, że się dobrze kolegowali o niczym nie świadczyło.
— Jesteśmy przyjaciółmi, jakbyś jeszcze nie zauważyła.
— Chyba czymś więcej niż przyjaciółmi, chciałaś powiedzieć — Krewetka usiadła zaraz przy boku Daglezjowej Igły i owinęła wokół niej swój ciemnobrązowy ogon. — Przecież nie musisz udawać. Nikomu nie powiem! 
— Nie lecę na twojego brata — rozgniewała się Daglezja, nie patrząc nawet na Pluskającą Krewetkę. — Jest głupi, lekkomyślny, niedojrzały. No i Krewetka, Oliwkowa Łapa nie ma łapy! 
— Jak na razie nie wygląda to na coś, co jakoś ci bardzo wadzi — zaśmiała się cicho Pluskająca Krewetka. — Widać, że za nim wariujesz. A on za tobą jeszcze bardziej!
Daglezjowa Igła odwróciła się, by na nią cicho syknąć. Krewetka wycofała się na moment, jednak szybko jej to przeszło.
— No nie denerwuj się! Przecież się z ciebie nie śmieję — dosiadła się do niej ponownie, ironicznie chichocząc pod nosem. Daglezja parsknęła, z rozbawienia i frustracji. — To naprawdę fajny kocur. Wiesz przecież, skoro się z nim "przyjaźnisz".
— Yhy — mruknęła, mając nadzieję, że Pluskającej Krewetce się to znudzi. Ile razy ma powtarzać, że Oliwka nie zawrócił jej w głowie? To już się robiło powoli nudne.
— A może was umówię? — zaproponowała czekoladowa, a Daglezji podświetliły się aż oczy. — Wiesz, kacze bajorko, zachód słońca, kameralnie, we dwoje...
— Nie potrzebuję swatki — mruknęła Daglezja, wychodząc z legowiska wojowników. Ona i Oliwka? Nie ma mowy. 
— Daj mu szansę! — miauknęła jeszcze Krewetka. Nie uzyskała od rudej odpowiedzi. 

***

Więcej patroli, więcej obowiązków i coraz cieplejsze i dłuższe dni, co było dla Daglezjowej Igły zbawieniem. Nie wiedziała ile razy zdążyła już zacząć narzekać znajomym na obrzydliwy śnieg zmieszany z błotem, nieustający chłód, mroźne poranki, szare niebo i dni skąpane w ciemności. Daglezjowa Igła sądziła, że temat jej i Oliwkowej Łapy jest już zamknięty po wczorajszej rozmowie z dymną. Przemówiła przecież Krewetce do rozsądku, prawda? Tak jej się wydawało. Chciała sobie odsapnąć, wygrzać się w ciepłym słoneczku... ah, jaka ta pora była przyjemna...
Biała Zamieć podeszła do niej z uśmiechem na ustach, jak gdyby próbowała z trudem ukryć śmiech, opanowała się jednak w momencie, gdy otworzyła pysk. O co mogło jej chodzić?
— Spokojnie, mam dobre wieści! — zapewniła ją, przekrzywiając głowę w zadowoleniu. — Słyszałam, że Aksamitka chciała rozkręcić jakieś fajne spotkanko towarzyskie przy kaczym bajorku. To miała być niespodzianka, ale wiem jak bardzo ty lubisz stawać się główną niespodzianką imprezy — puściła do niej oczko. 
— I ja o tym nie wiedziałam? — miauknęła zaskoczona Daglezja, zrywając się z ziemi. Przecież Aksamitka rzadko kiedy coś organizowała tak, by jej siostra o tym nie wiedziała! Chciała to przed nią zatrzymać w sekrecie? Niedoczekanie! Ściany miały uszy, takie jak Biała Zamieć, której była teraz bardzo wdzięczna. 
— No, mówię ci! Już się rozkręca, ale powiedziałam, że muszę załatwić potrzebę. Nie wyobrażam sobie tego bez ciebie.
— I dobrze! Zaraz pokażę tej kupie futra jak to jest, gdy nie jestem pierwszym z zaproszonych gości!
— Dajesz, jestem pewna, że zrobisz na nich piorunujące wrażenie. Ja się zmęczyłam, dojdę do ciebie później — Biała Zamieć przeciągnęła się, ziewając, jak na zawołanie. Daglezji nie trzeba było jednak drugi raz tego powtarzać, bo zamiast się leniwie mazać wystrzeliła jak proca w stronę wyjścia z obozu. Przyhamowała nieco po drodze, nie mogła przecież dojść tam zdyszana. Musiała wyglądać dostojnie jak zawsze, by każdy chciał zawiesić na niej oko. Właściwie, jak zawsze. Kacze Bajorko nie było tak daleko do obozu, więc szybko na horyzoncie pojawił się mały staw. Zatrzymała się na moment, by ułożyć swoją sierść i wylizać tak, że będzie lśnić pełnym blaskiem. Musiała promieniować na tle innych.
Im jednak bardziej się zbliżała do tego miejsca tym bardziej jej podekscytowanie gasło. Panowała głucha cisza, a przy brzegu siedział tylko jeden kot. Co to miała być za impreza, jednoosobowa? A może to Aksamitka siedziała tu smutna, po tym jak stało się coś złego? A może ktoś ją, Daglezję wrobił? Musiała i tak sprawdzić co się święci!
Wraz ze zbliżaniem się do wody czuła zapach kwitnących, polnych kwiatów, a na niebie pojawiały się pierwsze pomarańczowo-czerwone smugi. Kaczki zataczały ostatnie koła, zmierzając już pewnie, by ułożyć się do snu. Gdy była już kilka lisich odległości od brzegu nieznajomy kot odwrócił się, ujawniając tożsamość... Oliwkowej Łapy?
— Daglezja? A ty co tu robisz?
— To ja się ciebie powinnam spytać co TY tu robisz — mruknęła, rozglądając się w poszukiwaniu szczątków imprezy. Nic tu takiego jednak nie było. Tylko oni, we dwóch, w ciszy przerywanej ich własnymi głosami i kwakaniem kaczek.
— Ja? Biała Zamieć powiedziała mi, że Niedźwiedź ma coś ważnego mi do powiedzenia, lecz ma wiele na głowie i może się spóźnić!
Co za brednie!
— A mi Biała Zamieć powiedziała, że Aksamitka organizuje tu coś fajnego i żywego... — w tej chwili wszystko zrozumiała.
Przecież Pluskająca Krewetka i Biała Zamieć się przyjaźnią.
— Niech się to ścierwo cieszy, że jej tu nie ma w pobliżu, bo bym jej ogon wystrzępiła na łyso! — zasyczała do siebie. 
— Kto? Co? O czym ty mówisz? — zdziwił się Oliwkowa Łapa.
— Twoja kochana siostrzyczka, Krewetka, próbuje nas spiknąć — warknęła. — I to najwyraźniej jej pierwszy krok. Jakaś durna randka.
— Krewetka nas paruje? Ale heca... — mruknął uczeń, poruszając za chwilę w lekkim rozbawieniu wąsami. — I tak wolę tu ciebie niż Niedźwiedzia.
— Doprawdy?
— Wiesz, chyba jesteś lepsza od jakichś niespodziewanych, ważnych wieści od mentora. No i z pewnością wyglądasz lepiej od niego — parsknął. — Nie masz przybłoconej sierści, ogromnych barów i baby, do której jesteś uczepiona jak rzep. 
—Wybacz jeśli cię urażę, ale ty jesteś gorszy od przyjęcia. Musiałam ułożyć sobie futro tak pięknie, iść tak ostrożnie i co? 
— Nie wyszło ci to wcale na marne. Wygląda ślicznie.
Postawiła uszy, gdy dopadł do nich komplement. Było wiadome, że jest na nie łasa jak nikt inny. Być może to nie będzie taka strata czasu? Jeżeli ta "randka" ma oznaczać, że Oliwka będzie wychwalał jej wygląd to może tak być. Jej to wcale nie przeszkadzało.
— Cóż, w przeciwieństwie do ciebie mam trochę stylu — dała mu łapą żartobliwego pstryczka w nos, przez co oboje wybuchli śmiechem.
— Ja nie mam stylu?
— Wiesz, średnio wpasowujesz się w moje standardy piękna — mruknęła, kręcąc wzrokiem. 
— Na przykład jak?
— Na przykład mając kikut zamiast nogi.
— Hej! — Oliwkowa Łapa wyglądał na zdenerwowanego, ale Daglezja szybko zrozumiała jego żartobliwy ton głosu. — To przez łapę nie jestem w twoim typie?
— Przez jej brak — dokuczliwie zbliżyła swój pysk do jego, przybierając złośliwy uśmiech. — A ja? Czy ja jestem w twoim typie?
— A chciałabyś? — mruknął, zbliżając swą mordkę jeszcze bardziej do rudej kotki, sprawiając, że niemal stykali się nosami. Daglezja słysząc to zachichotała, odwracając głowę, czując jak pod futrem jej policzki czerwienieją. Oliwkowa Łapa był takim dziwakiem...
— Jesteś idiotą — wypuściła z ust powietrze, nadal starając się na niego nie patrzeć.
— Nie wyglądasz jakby ci to specjalnie przeszkadzało.
Nie wydusiła z siebie ani słowa, lecz jej uszy stanęły widocznie na sztorc. Tym razem jednak nawet idiota miał rację...

<Oliwkowa Łapo, konkubencie?>

Od Aitala Do Bylicy

 Życie było jedną wielką beztroską! Bez złych Dwunożnych mógł robić sobie co tylko chce, rozwalać rzeczy po drodze, biegać w kółko, gryźć i drapać różne przedmioty i nikt go za to nie karał! Był całkowicie wolny na ulicy, sam sobie znajdował zabawki, druty, próbował się przyjaźnić z gołębiami… Tylko jedzenie było problemem, ale miał to gdzieś. Najważniejsze było dla niego to, że miał przy sobie wygodny karton i rzeczy do zabawy. Jakby nigdy nic grzebał w puszkach z farb, które wywalił na śmietnik jakiś Dwunożny. Paplał się w tej substancji, wyglądając jak jakiś kolorowy potworek. To była jego codzienność. Niekończące się dzieciństwo i życie na czyiś koszt… Z natury był pasożytem, więc nie chciał nawet zbytnio sam się nie trudził by znaleźć potrzebne mu rzeczy. 
Nagle usłyszał z tyłu hałas. Obcy kot chrząknął mu nad uchem. Odwrócił się z lekkim uśmiechem. To była tylko jakaś starucha… Pewnie szukała jedzenia czy coś w ten deseń. Wyglądała dosyć przeciętnie bo jak szkielet, ale nie mógł jej zabronić bezowocnego grzebania w gruzie.
- A pani co tu robi? Chce pani jakieś śmieci wyciągnąć?- zapytał, wskazując łapę na stertę nieprzydatnych rzeczy. Były naprawdę fajne, ale… Śmierdziały. Dlatego pozwalał je brać innym (chociaż rzadko kto potrzebował drutów), bo inaczej przetrzymywałby je w pudle. Tam miał wszystko! Tylko śmierdzących rzeczy nie zabierał.
- Przechadzam się i zauważyłam, że coś robisz...z farbą - miauknęła, patrząc na ten cały pierdolnik zrobiony z farb. No co ona taka zdziwiona była? Zwykłe kolorowe akcenty na szarej uliczce. Trochę radośniejsza powinna być rytuna w tak nudnym miejscu!
Roześmiał się i zaczął kreślić farbą wzorki na podłożu.
- Bo to fajne jest, wie pani? Prawdziwy skarb! Można się w tym taplać, malować i mam teraz ładne, kolorowe futerko! Tylko jeszcze nie próbowałem jak smakuje...- podniósł łapkę pełną mazi do pyszczka.- Mam nadzieję, że dobrze, bo trochę głodny jestem... Pachnie fuj, ale trzeba przecież coś jeść, prawda?
Ta dziwna samica podeszła bliżej i zaczęła dotykać jego farby. Skarciłby ją gdyby nie to, że wyglądała na całkiem miłą i przyjazną. Uh, ale on by coś zjadł! Może miała coś do zjedzenia? Może by mu w końcu coś dała? Przecież potrzebował żarcia bardziej niż ktokolwiek inny!
- Zaraz, nie masz nic do jedzenia poza tą farbą? - spytała jak głupia. No teraz nie miał, czyli… Nie miał. Pokręcił łebkiem.
- Niezbyt... Bo mało znajduję śmieci, które można jeść. Zazwyczaj mają taką ble pleśń, bo której mnie brzuszek boli! A nikt nie chce się wymieniać zabawkami, bo uważają je za bezwartościowe, więc nie mam jak zdobyć żadnego am am- powiedział cicho, wlepiając wzrok w maź, po czym wepchnął w nią nosek.- Fuuuuj, po tym też mnie będzie brzuszek boleć! Ble!
Starucha na chwilę się zawiesiła, a on zastanawiał się czy będzie zmuszony jeść farbę. To pachniało w końcu tak obrzydliwie… Nie chciał się zatruć! Nigdy w życiu!
- Masz rodziców?
Przekrzywił łebek.
- A co to rodzice? Że mama i tata? A to nie wiem- zamruczał, bawiąc się farbą dalej.- Mamę trochę pamiętam, ale to jak byłem takim pyci pyci kociakiem, a tatę... Nie, nigdy go nie widziałem!
Mówił prawdę, nigdy by nie skłamał w takiej kwestii. Wspomnienia z mamą były już nieco dla niego niewyraźne i jedyne kojarzył ją jako kogoś, kto go przytulał jak był bardzo mały i dawała mu jedzenie. Nic więcej. Ojca w ogóle nie spotkał.
- Czyli...nie masz nikogo, kto by ci pomógł? - spytała, nie ukrywając w głosie lekkiej nuty współczucia.
- Nie!- odparł, jakby nic się nie stało.- Mam tylko swoje zabawki, już pani pokażę!- podbiegł do swojego pudła wysmarowanego od farb i różnych dziwnych substancji.- To jest moje pudło... A w środku mam takie coś!- pokazał stary, brudny szalik.- Dzięki temu jest mi cieplej jak jest tak brrrr zimno! I mam też takie coś do gryzienia!- pokazał zepsutą i wymemlaną gumową kość, która pewnie kiedyś należała do jakiegoś psa.- I mam jeszcze jakieś druty, patyki, kartony... Ale nikogo do pomocy!
Starsza pani uśmiechnęła się trochę. Jupi, czyli jej się podobało! To już coś o niej świadczyło. Jeżeli polubiła te rzeczy, to… Musiała być w porządku!
- Jak widzę masz tu całkiem spory arsenał - miauknęła. Następnie zamoczyła łapę w farbie po czym odcisnęła jej ślad na chodniku. Wyskoczył z pudełka do kocicy i zaczął się taplać w farbie. Ona też ją lubiła! Ale mega! Nie pobiła go ani nie okrzyczała, tylko zaczęła się bawić farbą!
- Prawda że fajna? Taka do miziania!- zachichotał, będąc już teraz cały w farbie.- Tylko szkoda, że nie do jedzenia... Wtedy bym miał co zjeść.
- Tak, fajna - miauknęła, po czym znów zamoczyła łapę w farbie a następnie odbiła kolejny ślad na chodniku. - i fajnie odbija się ślady łap przy jej pomocy. 
Zamruczał głośno. Kotka go rozumiała! Po raz pierwszy spotkał kogoś takiego. Trochę było dziwne, że tylko odbijała te dziwne ślady, ale była spoko!
- Proszę pani, a chce pani być moją mamą? Znajdę dla pani jakiś fajny karton i będziemy razem się bawić farbą!!!
- Wiesz...właściwie,  to mam swój dom - miauknęła - ale możemy zrobić tak, że wezmę cię z twoimi rzeczami do siebie...skoro tak bardzo chcesz...możemy wziąć też farbę... - miauknęła, uśmiechając się niepewnie.
Zaczął piszczeć podekscytowany. Ale super! Kocica była trochę zmieszana tym nagłym pytaniem, ale zgodziła się! Super!
- Ale fajnie!!!- wskoczył kotce na grzbiet.- Mam mamę!!! Jupii!!!- oblepił ją farbą.

<Bylica moja nowa matko której rozwalę życie? :>>

21 stycznia 2023

Od Fioletowego Spojrzenia

 Wszystkie kocie rozmowy odbijały się echem w jej uszach. Wręcz płynęły w jej żyłach. Miała tego wszystkiego dosyć. Pragnęła uciec najdalej, jak tylko było to możliwe. Ostatnio praktycznie nie ruszała się z legowiska. Nie miała po co. Pokłóciła się z Zimorodką. Jej córka była zajęta treningiem, a druga rozpłynęła się w powietrzu. Ciągle czuła się wyczerpana. Bez przerwy. Czasem zdarzało się jej nawet przesypiać większość dnia, a i tak wciąż nie miała na nic siły. Ostatnio zastępca zwrócił jej na to uwagę. Kiedyś zapewne zrobiłaby aferę na pół lasu, a teraz? Zupełnie się tym nie przejęła. Nie była w stanie. Czuła się jak stary, zniszczony ciężkim życiem kot, a nie jak młoda kotka, przed którą było jeszcze całe życie. Przekręciła się na drugi bok i wstała ciężko. Rozciągnęła kończyny i się wyprostowała. Za chwilę jednak zaczęła narzekać na obolały kręgosłup. Garbiąc się, ruszyła w kierunku medycznego legowiska. Bała się rozmowy z Truskawkową Grządką i Czereśniową Łapą. Zapewne wywiąże się pomiędzy nimi niezręczna rozmowa, albo zaczną ją osądzać o popsutą relację. Pokręciła łbem i przekroczyła próg medycznego legowiska. Zapach ziół połaskotał jej nos. W środku były jedynie Morskie Oko i Czereśniowa Łapa, na szczęście bez Truskawka. Wojowniczka poczuła lekką ulgę. Wciąż jednak stała w przejściu, nie wiedząc, jak poprosić je o opatrzenie jej łapy.
— Ooo! — rzuciła nagle młodsza medyczka. — Cześć mamo! — zawołała równie radosnie, co poprzednio i podbiegła do niej.
Fioletowe Spojrzenie lekko się nastroszyła. Nie spodziewała się takiej reakcji z jej strony. Zapewne była to kwestia tego, że praktycznie jej nie znała. Nie umiała prowadzić relacji. Zakłopotana, uciekła wzrokiem w bok. Bura zaczęła się jej przyglądać.
— Ale ty się garbisz! — zawyła głośno córka kotki. — Tak się w ogóle da? Nigdy jeszcze nie widziałam tak wygiętego kota! To cię nie boli? Daj, poprawimy to — miauknęła. — Ojejciu, twoje oczy wyglądają na strasznie suche! A ta twoja łapa...
Miała tego serdecznie dość, jednocześnie jednak nie mogąc zebrać się na protest. Przez dłuższą chwilę wysłuchiwała uwag córki, pragnąc już jedynie wrócić na posłanie i znowu zasnąć. Była gotowa zrezygnować z leczenia łapy. 
— Strasznie wyglądasz. Jak trup! — podsumowała. — Chodź, bo nie mogę na to patrzeć! 
Bura pobiegła w stronę swojego legowiska. Gdy tylko do niego dotarła, usiadła tuż obok i zaczęła wołać swoją matkę. Zapewne widząc, jak wolno do niej idzie, zaczęła pospieszać ją ruchem łapy.
— Stawy też ci trzeba będzie zbadać. Bardzo wolno chodzisz, może przez ból — dodała, pokazując jej pazurem, gdzie ma usiąść. 
Resztkami sił weszła na jej posłanie. Przetarła zdrową łapą oczy, czekając na polecenie córki.
— Co cię boli najbardziej, mamo? — zapytała Czereśniowa Łapa. — Oczy, łapy, ogon, pazury, zęby... Powiedz mi — poleciła, przekręcając łeb.
Wojowniczka westchnęła cicho i uniosła kolorową łapę. Medyczka zaczęła ją badać, a za chwilę głośno pisnęła, przykuwając uwagę nawet Morskiego Oka.
— Wszystko gra, Czereśnio? — spytała, przerywając sortowanie ziół.
— Tak, tak! — krzyknęła jej za moment. — Po prostu nie mogę uwierzyć w to, jak bardzo można zaniedbać ranę! Tu się zrobił stan zapalny, ona wręcz kwitnie! Nigdy nie widziałam gorszej, co ja mam z tym zrobić?!
Zjeżyła się. Tylko nie to. Nie chciała pomocy Morskiego Oka. Nie chciała robić problemu. Pokręciła głową. Chciala wstać, lecz czekoladowa już podeszła. 
— Opatrzę Fioletowemu Spojrzeniu ranę. Jeśli możesz, dokończ sortowanie ziół — poprosiła zielonooka.
Córka wojowniczki skinęła łbem i ruszyła w stronę stosu. Tymczasem jej mentorka zaczęła przyglądać się ranie Fiolet. Rzeczywiście musiało być okropnie. Sądziła tak po wyrazie jej pyska. Nie było to przyjemne. Mocno bolało. Gdy tylko kotka skończyła opatrywać jej ranę, szylkretka wymknęła się z ich legowiska. Jej energia na kontakty z innymi w tym dniu już się wyczerpała.

wyleczeni: Fioletowe Spojrzenie 

20 stycznia 2023

Zajęczy Ogon urodziła!

Zajęczy Ogon urodziła trójkę maluchów!

Od Mleczyk

Krok w przód i dwa do tyłu. Wzrokiem błądziła po znajomych futrach. Była wśród swoich - wmawiała sobie z każdym nierównym oddechem. Niepokój rosnący w jej sercu twierdził coś innego. Sierść stawała jej dęba na widok kremowego futra. Oziebłych zielonych oczu, powodujących dreszcze na jej ciele. Oczu gwałciciela i mordercy. 
W głowie wciąż miała czarnego kocura. Zapchlonego i niespełnego rozumu nieudacznika, który tak gorliwie oferował jej pomoc. Pomoc, o którą nigdy wcześniej nie prosiła. Rozum i serce bez przerwy sprzeczały się w niekończącym się pojedynku. Sprawa była zbyt łatwa. W życiu nigdy nie było łatwo. Coś musiało być nie tak prócz pcheł i zeza niedoszłego mordercy jej brata. Musiała zaryzykować by to sprawdzić. Inaczej skończy bez niczego. Przegrana. Lukrecji zbyt wiele uszło na sucho, by mogła na to pozwolić. 
Zacisnęła mocniej powieki, kiedy na horyzoncie pojawiła się jej uczennica. Odbyły już trening, nie potrzebowała teraz jej trajkotu. Nie dziś, gdy stawka była tak duża. 
- Jakby ktoś pytał, wybieram się na polowanie. Nie wrócę szybko - miauknęła zwięźle nim ta otworzyła pysk. 
Liliowa kiwnęła łbem, podbiegając do swojego rodzeństwa. Podobnie opętanych przez bzdury Matki, jak ich rodzice. Sekta Jaskółki rosła. Kiedyś w końcu dojdą do etapu z ofiarami i morderstwami na tle religijnym. Mleczyk nie zamierzała na to patrzeć bezczynnie. Jednak sprawa Lukrecji była piorytetowa. 
- Mleczyku? - Położyła uszy, słysząc głos brata.
Poranek przyglądał się jej uważnie.
- Myślałem czy nie chciałabyś razem odwiedzić kociąt Miodunki? - zaproponował. - Dawno już nie robiliśmy czegoś razem...
Szylkretka prychnęła. Kolejna zakała jej przeklętej rodziny przypomniała sobie o jej istnieniu. Nie widziała siostrzeńców. Nie musiała by wiedzieć, że musi ich spisać na straty. W siostrze zawsze było coś dziwnego. Coś co sprawiało, że Mleczyk nie zbliżała się do niej. Krew zdrajcy i rybojada nie pomogła. Bezwartosciowe dzieci skazane na porażkę z powodu swoich rodziców. Nie miała powodu by uświadamiać ich o wspólnym pokrewieństwie.
- Nie, mysi zadzie - syknęła ostro. - Leć do bandy drzewojebców, oni na pewno się ucieszą - warknęła głośno, rzucając Cyprys cyniczne spojrzenie. 
Ruda nie odpowiedziała, uśmiechnęła się do brata zapraszając go gestem do siebie. 

*****

Zmrok wylał się do lasu, zalewając go ciemnością. Mokre liście przyklejały się nieprzyjemne do łap. Strącała je zirytowana. Jama Dwunożnych wyłoniła się wśród drzew. Nie była pewna czy zasta w niej kocura. Minęły dwa księżyce od ich ostatniego. Albo trzy. Nie była pewna czy wciąż czekał. Jeśli tak był głupcem. 
Uniosła głowę do góry. Nie mógł od niej wyczuć woni strachu. Chaosu jaki w niej buzował. Nie mógł odkryć jej słabości.
- Proszę, proszę... Stęskniłem się za tobą słońce - oznajmił cień w szopie.
Znajoma para brązowych oczu spojrzała na nią. Choć prawe zdawało się zerknąć na coś za nią.
- Nie mów tak do mnie - syknęła krótko. 
- Jak rozkażesz, gwiazdo mej nocy.
Czuła, jak coś ją skreca od środka. Powstawiła krok w jego stronę. Pełen obrzydzenia, niechęci oraz sztucznie pewny. Widziała ohydny uśmiech, który zabłysł na jego pysku. Podrapał się nerwowo za uchem, wciaz utrzymując z nią kontakt wzrokowy. 
- Mówiłeś, że zrobisz dla mnie wszytko... - rzuciła, spoglądając na niego ukradkiem.
Czarny energicznie pokiwał głową. 
- Wszystko, ma władczyni. Pokornie kłaniam się do twych łapek. - Położył się na ziemi, zbliżając powoli do niej.
Mleczyk zagryzła wargę. Na sam widok kocura robiło jej sie niedobrze. Musiała wytrzymać.
- Stój. Pierw udowodnij mi swoją miłość do siebie - zarządała. - Nie mam zamiaru oddać się komuś kto rzuca słowa na wiatr.
Oczy kocura zabłysły. Podskoczył radośnie.
- O! Oczywiście! Będziesz zadowolna. Zobaczysz! Zakochasz się we mnie na zabój. - Poprawił kłębek sierści na głowie.
Szylkretka wątpiła w to.
- Co mam zrobić, o najpiękniejsza?
- Zabić mojego brata - wydusiła od razu. - Jest o mnie chorobliwie zazdrosny. Nie pozwala mi sie z tobą spotykać - skłamała na szybko. 
Zaskroniec zmarszczył brwi. 
- Coś okropnego. Nie martw się, mała. - odparł pewnie, oblizując usta. - Zajmę się tym. Lukrecja czy Poranek?
-Lukre... - urwała uświadamiając sobie co słyszy. 
Wbiła zaskoczony wzrok w czarnego kocura. Ten nadal był tym samym obrzydliwym smrodem co drapie się co parę uderzeń serce. Jedno z oczu wciąż skręcało w prawo. Lecz teraz zamiast zamieszania odczuwała tylko przeszywający niepokój. Cofnęła się na krok.
- Coś się stało, Myszko? Coś cię boli? - Zmierzał czule, starając się do niej zbliżyć.
- Nie - syknęła, jeżąc się. 
Nie mogła pokazać, że zyskał nad nią przewagę. Starała się przybrać kamienną twarz. Ze zmarnym skutkiem. 
- Lukrecje - odpowiedziała, wychodząc sztywno z szopy. 
Czuła jak łapy jej miękną, a ciało przechodzi dreszcz. Dopiero gdy wyszła z niej pierwsza łza splamiła jej polik.
W co ona się wpakowała. 

19 stycznia 2023

Nowy samotnik!

Od Różanej Przełęczy C.D Kamiennej Gwiazdy


Zdawało się, że jej temat z Kamień dobiegł końca. Nie miały większych interakcji, mało ją obchodziło co się z nią działo do momentu, w którym nie działo się nic, co mogłoby zakłócić obecny przebieg życia w klanie. I tak być powinno. Tak było dobrze. Co prawda nie wszystko było idealnie, niekiedy zdarzały się pewne przypadki, które tylko utwierdzały Różyczkę w tym, że od przeszłości nie da się uciec, do momentu w którym nie porzuci się tego wszystkiego w cholerę i nie wyniesie na jakieś wakacje. Najlepiej dożywotnie. Niekiedy jednak problemy wynoszą się same. Tak jak w przypadku Jeleniego Puchu. Kotka nie miała pojęcia co o nim sądzić. Wypadałoby mieć nad nim nadzór 24/7 by żaden rudzielec nie miał nad nim kontroli, albo po prostu wszystkich rasistów wywalić. Kotka zmęczona była myślą, by ich wszystkich pilnować i trzymać blisko. Chciała się ich pozbyć, wyrzucić te toksyczne śmieci zalegające w Burzy. Tylko, że nie miała do tego możliwości żadnych. Żadnych. 
Na jej nieszczęście jednak, Jelonek był synem zastępczyni co… uh, utrudniało sytuację. Zmuszona była szukać, pomimo całej niechęci. Nie miała znajomych tuneli pod łapami, przez co kilka możliwości odpadało. Może to i dobrze? Nie musieli się babrać z przeszukiwaniem podziemi. 
I wtedy wyrosła. 
Wyrosła czarna sylwetka z chęcią zadawania pytań, o mało nie deptając Różanego ogona, którego wojowniczka swoją drogą nie ruszyła z miejsca, a zamiast tego uniosła wzrok na przywódczynię, milcząc dosłownie przez dwa uderzenia serca. 
- Nie wiem - ot, nadzieje Kamiennej Gwiazdy chyba w tym momencie rozmyły się wraz z tą jakże dopracowaną odpowiedzią - Ale jeśli chcesz, mogę spróbować dopytać kogo ci pasuje. - I tak nie widzę sensu w dalszym szukaniu po terenach i chodzeniu w kółko bez celu - Chociaż w gruncie rzeczy wątpię, by gdziekolwiek nas to doprowadziło. Z Płonącą Pożogą miałam styczność jakiś czas temu. Nie jestem w stanie stwierdzić czy rzeczywiście ma… problemy z wyduszeniem z siebie czegokolwiek, czy po prostu udaje z jakiejś przyczyny - Zdała relacje dość sucho. Tak naprawdę bez świadków byli teraz w głębokiej dupie. Co prawda mogliby rzucać oskarżeniami na prawo i lewo, ale wtedy wywołaliby najpewniej jedynie  dodatkowe konflikty pomiędzy grupami, a po co.
— Po niej mogłabym spodziewać się wszystkiego — mruknęła czarna. — Wyglądała na realnie przerażoną, a poza tym była blisko z Jeleniem. Wątpię, by miała z tym coś wspólnego, ale niczego nie mogę wykluczyć. Akurat dzieciaki Żara w udawaniu są mistrzami — po chwili zamyślenia, skinęła głową. — Wątpię, by ktoś coś wiedział, ale możesz popytać się bliskich Jeleniego Puchu. Może Płomień też coś powie, jeśli ktoś spokojny i... rudy spróbuje ją przekonać do zdradzenia czegoś — dodała. — Też nie widzę sensu. Patrole chodzą w kółko tam i z powrotem, a śladu nie ma; ani po ciele, ani po jakichkolwiek innych poszlakach. Obawiam się, że będzie trzeba zmienić kierunek poszukiwań. Myślisz, że inne klany mogłyby mieć z tym coś wspólnego? Może wplątał się w jakąś bójkę z obcym patrolem. - Różana przez chwilę myślała. Tak naprawdę na myśl przychodziły jej tylko dwie grupy. Klan Nocy i Klan Wilka. Klif… Klifu nie brała jakoś bardzo pod uwagę, sama do końca nie wiedziała czemu. Owocowy Las jakoś też nie specjalnie przechodził jej przez gardło. A co do reszty… 
- Po potyczce byłyby jakieś ślady - zauważyła, po chwili myślenia w ciszy wreszcie się odzywając - Ale nie mam zaufania co do Klanów Nocy i Wilka. Do tego pierwszego… z wiadomo jakiego powodu. Natomiast jeśli chodzi o Wilczaków to są oni… - tu na chwilę przerwała. Ilekroć widziała ich przywódcę czuła jakiś ciężar na żołądku. Poza tym, nie miała z nimi zbyt dobrych wspomnień. Tylko z nimi. Z Nocniakami to inna sprawa, bo to Burza ich napadła, nie na odwrót. A drudzy sąsiedzi? No, nadal miała w pamięci Klon incydent, więc to było bardziej osobiste. Zmarszczyła nos, chcąc odegnać od siebie część myśli, które nijak nie pokrywały się z faktami, a tylko jej osobistymi przeczuciami. 
- Nie ważne. Jak już wspomniałam, postaram się popytać. - Mruknęła. Może uda jej się złapać przy granicy Motyli Trzepot? Z Nocniaków nikogo nie znała, więc byłoby ciężko. 
- A…. nie masz przypuszczeń, co mogłoby się stać? - Spytała jeszcze, zanim zaczęła zbierać się do swoich spraw. W końcu to do przywódcy trafiały wszystkie informacje. Kamień była punktem zbiorowym wszelakich patroli i ważniejszych wątków, więc może naprowadzi Różyczkę na bardziej konkretną trasę? 
— Nie jestem pewna. Nie sądzę, żeby Jeleni Puch został zabity. Nie znaleziono do teraz ciała, ani żadnych poszlak śmierci, nigdzie nie roznosił się odór rozkładającego się ciała. Nawet, jeśli został zabity, to jego ciało na pewno nie zostało zakopane na naszych terenach. Spekuluję, że ktoś mógł go porwać i zabić poza granicami Klanu Burzy. Tylko po co ktokolwiek miałby to robić? Jakie miałby intencje, motywy? Jeleń nie wiedział niczego ważnego, nie był nikim ważnym. Jeśli ktoś zrobiłby mu krzywdę umyślnie, to musiałby mieć do niego jakieś prywatne uprzedzenie. Zważając na  to, jak zmanipulował go Leśny Pożar i zaczął przejawiać zachowania typowe dla rasistów... Mógł narobić sobie nierudych wrogów. Ale to tylko czcze słówka, dopóki nie zostaną odnalezione jakiekolwiek poszlaki. - Kotka na pierwsze słowa Kamień drgnęła lekko uchem. Nic nie wspomniała o możliwości śmierci tylko o tym, że nie ma poszlak, by doszło do potyczki. Przez ciemny nos przeszedł świst, mimo to słuchała dalej. Byli ze wszystkich stron otoczeni klanami, więc albo zapach byłoby czuć na terenach innej grupy, o co na pewno by się ów grupa upomniała, że jakim prawem Burzak na ich terenach, albo… jest jeszcze kawałek wolny. Na południu i na wschodzie, za rzeką i tą dziwną konstrukcją dwunożnych. To spory kawałek, ale skoro i tak siedzą i się nudzą: 
- Do momentu w którym nie będziemy mieć jasności mogę poszukać na terenach niczyich, wątpię, by jakiś klan nie zauważył obecności obcego kota. Chyba, że po prostu się boją przyznać albo działają razem. Może to chodzenie w kółko ale i tak lepsze niż nic. Oczywiście jeśli pozwolisz - Rzekła zdecydowanym tonem. Mieli kilka wojowników których mogła wziąć na patrol dla przykładu. Co prawda wątpiła, by byli jakoś wielce zadowoleni, ale siedzenie na tyłku sprawy nie rozwiąże. 

<Kamień?>

16 stycznia 2023

Od Jaskrowej Łapy

Zgromadzenie. Tak bardzo nie chciało tu być. Sam widok tylu nieznajomych pysków wywoływał u nich ból brzucha. Na ostatnim zdarzyło się coś okropnego. Nie chciało drugi raz tego przeżywać. Nie było w stanie spojrzeć kocurowi w oczy. Miało wrażenie, że każdy ich nienawidzi i marzy o zrobieniu im krzywdy. W końcu było jedynie okropnym pasożytem. Mentorka ciągle im o tym przypominała. Usiadło w pierwszym lepszym miejscu w tłumie. Czuło, że każdy na nich patrzy z obrzydzeniem. Było powodem do wstydu. Pragnęło uciec, lub chociażby przejść na pobocze, ale to nie było możliwe. Zaraz zaczęliby ich obgadywać, albo Kurka by ich zauważył i byłoby jeszcze gorzej. Oberwał by im kolejne ucho, albo wydrapał oko. Wkrótce Jaskier poczuło na sobie czyjś wzrok. Kątem oka zerknęło na Sroczy Lot. Patrzyła na nich. Zwiesiło po sobie uszy i gwałtownie odwróciło łeb. Pomiędzy kotami wywiązała się krótka rozmowa. Czarne bardzo wstydziło się z nią rozmawiać. Była od nich młodsza, a już była wojowniczką. Do tego, była o wiele ładniejsza, mądrzejsza... Lepsza we wszystkim. Bez wyjątku. Jaskier szybko ucięło rozmowę, nie mogąc już wytrzymać. Zbierało im się na płacz. Co robiło źle? Dlaczego nie mogło być szczęśliwe? Przetarło łapą oczy, paląc się ze wstydu. Przez kolejny, dłuższy moment nikt ich nie zagadywał i nie zaczepiał, z czego bardzo się cieszyło. Każdy zdawał się być zajęty przemowami liderów i własnymi interesami. Było znośnie do momentu, aż nie usłyszało pisku. Podskoczyło, jeżąc się. Pod ich łapami znalazł się biały, młody kocur. Miał wielkie uszy i grzywkę pomiędzy nimi. Nie pachniał znajomo.
— Cześć? — rzuciło niepewnie, nie wiedząc, jak ma zareagować. Czemu akurat ich zagadywał? Było tu wiele innych, ciekawszych osób. Wybrał akurat kogoś tak nudnego.
— Hej, hej — miauknął. — Serio jestem taki przerażający? Aż podskoczyłaś jak mnie zobaczyłaś. Jak się nazywasz? Ja jestem Pasożyt!
Nadstawiło uszu. Pasożyt? Kto do cholery go tak skrzywdził? Ktoś musiał go bardzo nienawidzić. Powinni zamienić się imionami. Pasożyt pasowało bardziej do Jaskier, niż do tego kocura.
— R-raczej nie, tylko mnie zaskoczyłeś, zdziwiłom się — przyznało, machając nerwowo ogonem. — Jestem Jaskrowa Łapa. — P-powiedz, d-dlaczego masz tak na imię? T-to chyba jest obraźliwe — po dłuższej chwili zapytało, chcąc zaspokoić swoją ciekawość. 
Niebieskooki otrzepał się.
— Serio? Mi nie przeszkadza. Właściwie, mało mnie ono obchodzi — wzruszył ramionami. — Chwila, ty też tak dziwnie gadasz?
Uciekło wzrokiem w bok. Nie wiedziało, co miał na myśli.
— Nie rozumiem — odpowiedziało mu Jaskier.
Pasożyt klepnął się łapą w czoło.
— No zamiast zdziwiłam mówisz jakieś zdziwiłom. Nie masz zębów, czy jak? — przekręcił łbem i zaczął przyglądać się pyskowi ucznia.
Żółtookie zasłoniło łapą pysk. Tak się nie robi! Dlaczego nigdy nie mogło trafić na jakiegoś miłego kociaka? 
— Mi też wybili zęba, albo nawet dwa i mówię normalnie — albinos jeszcze raz wzruszył ramionami. — Ja mam kilka takich dziwolągów w klanie, co sobie zmieniają, czy są kotką, czy kocurem. To głupie. Najwidoczniej bardzo im się nudzi. Ja tak nie robię. Mam nadzieję, że ty też tak nie robisz. 
Nastroszyło się. Nazwali go Pasożyt i jeszcze wybijali mu zęby? To brzmiało strasznie. Nie miało pojęcia, skąd był ten kocur, ale z pewnością nie chciało tam przynależeć. Kurka doskonale odnalazł by się w takim miejscu.
— Mam zęby. N-nie jestem ani kotką ani kocurem, dlatego tak mówię — wytłumaczyło w skrócie, czując, że inaczej nie zrozumie. — W tym nie ma niczego dziwnego, to normalne.
— No kolejna! — pisnął, tupiąc. — Ja tego nie rozumiem! Każdy się w to bawi, tylko nie ja! To strasznie głupie! 
— Ćśś — uciszyło go, czując na sobie wzrok innych. Zakłócało im możliwość słuchania innych kotów i lidera! — To nie jest zabawa. To się czuje. Tak jak ty w t-tym momencie nie chciałbyś, żebym mówiło do ciebie kotka, tak ja nie chce być ani kocurem, ani k-kotką. 
— Pleciesz jakieś bzdury. Jesteś kotką, bo śmierdzisz jak one, nie ma się nad czym zastanawiać. Ja jestem kocurem, bo tak pachnę. Nie da się nie być ani tym, ani tym — biały pokręcił głową.
— Moim zdanie da się. Może jak dorośniesz, t-to zrozumiesz — mruknęło, nie chcąc już dłużej rozmawiać. Było już zmęczone. To co mówił albinos nie było miłe.
— Nudna jesteś — sapnął, podnosząc się z ziemi. — Znajdę sobie kogoś innego — oznajmił wystawiając język i za chwilę od nich odchodząc. 
Westchnęło cicho. Chcąc nie chcąc, martwiło się o niego. Co jeśli wybiją mu kolejne zęby, albo zrobią coś gorszego? Po grzbiecie przeszedł im dreszcz. Potrząsnęło głową. Wbiło wzrok w gwiezdne niebo, chcąc choć na chwilę przestać zadręczać się problemami.

[przyznano 20%]

Od Blanki CD. Wypłosza

Rozerwany przez Wypłosza worek na śmieci rozlał swoje wnętrzności na chodnik i ulicę, a swąd, jaki zaraz zaczął się unosić z rozprutych gardzieli resztek i odpadów potrafił przyprawić o mdłości. Z każdą chwilą odór był coraz gorszy - siarczystym zapachem drażnił nozdrza byłej pieszczoszki, przez co na jej pysk wkradło się coraz większe obrzydzenie. Z widocznym niedowierzaniem słuchała Wypłosza, wciąż nie chcąc uwierzyć, że naprawdę mieli jeść z tego… miejsca. Czując, jak kocur wpycha ją prosto do byłej zawartości kosza, Blanka zaparła się wszystkimi łapami. Z całej siły próbowała powstrzymać go przed utopieniem ją w fali śmierdzących odpadków.
— Nie tchórzę! — zakwiliła, kręcąc przecząco łebkiem. — To obrzydliwe! Nie można znaleźć czegoś innego? — Odwróciła się by wbić błagalne spojrzenie w niewzruszonego jej zachowaniem burego.
— Nie. Dawaj. Dotknij tylko łapą, a ci odpuszczę — mruknął, popychając ją ku resztkom. — Jak tego nie zrobisz, sam się w ciebie wytrę.
Groźba prawie podziała. Blanka jednak znała swojego kompana na tyle długo, by wiedzieć, że i tak by to zrobił. Miała na tyle rozsądku, by nie nurkować w jakiś pomyjach, tylko po to by uniknąć nieuniknionego. Poza tym, kocur mimo wszystko pachniał lepiej niż źródło smrodu. Zaczęła jednak rozważać też drugą opcją. To tylko łapa. Nie odpadnie. A co jeśli groźba rzeczywiście była tylko groźbą, a nie tylko złudną zachętą. Może nie zrobi tego, jeśli się go posłucha?
Z cierpiętniczym westchnięciem wychyliła się i delikatnie dotknęła jakiejś plastikowej torebki, żeby zaraz szybko zabrać łapę z powrotem pod siebie, otrzepując ją uprzednio.
— Już. Zadowolony? — Odwróciła się w stronę Wypłosza, gotowa wyjść ze sterty. Kocur miał jednak inne zamiary - z jego pyska wydrł się niezadowolony, prawie zawiedziony pomruk, by zaraz wepchnąć ją bardziej w śmieci, napierając całym swoim cielskiem na jej posturę.
— Jakoś mnie to nie przekonało — wymruczał złośliwie, kąśliwie błyszcząc zębiskami.
— Wypłosz, zostaw! — zaprotestowała przeciągle, próbując uciec przed kąpielą w śmieciach, umykając kocurowi z boku. Ten jednak zastąpił jej drogę i z wspomnieniem o jego poprzednich kąpielach na ustach, wybił się z łap i skoczył na kotkę, przygniatając ją swoim ciężarem do kałuży śmieci. — Złaź! To ofujne!
— Właśnie, że bardzo przyjemne, fajne i zdrowe! — Wypłosz położył się na kotce, próbując wetrzeć w jej srebrno-kremowe futerko wszystko to, co miał pod łapami obok. Cały czas przy tym towarzyszył mu zadowolony uśmieszek, podczas gdy Blanka usilnie próbowała mu się wyślizgnąć.
— Nieprawda! Zejdź, proszę! — miauczała przejęta, myśląc już tylko o tym, jak okropne będzie pozbywanie się tego zapachu i resztek z sierści. Zadowolony śmiech Wypłosza wisiał nad jej łbem, aż nie udało jej się wykręcić spod kocura i nareszcie wyjąć nos ze śmieci, w których trzymał ją trójłapy. Posłała mu zniesmaczone spojrzenie, a ten tylko parsknął jeszcze pod nosem.
— No ej, mieliśmy szukać jedzenia — przypomniał jej szybko, łapą pokazując na kosz. — To szukamy. Ale najpierw musisz przywyknąć do smrodu, bo jak inaczej coś zjesz? — rzucił ku niezadowoleniu begalki, a chwyciwszy w zęby worek, potrząsnął nim i rozerwał. Ze środka wyleciały niedokończone resztki z posiłku Dwunogów, a na burą mordkę Wypłosza wleciał ukontentowany uśmieszek.
— Patrz jakie szczęście! Możemy to zjeść! — Gdy to powiedział, Blanka zorientowała się, że kawałek… czegoś spadł na jej grzbiet. Koteczka szybko otrząsnęła się, próbując się tego pozbyć, by zaraz uraczyć kocura marudnym jęknięciem.
— Jest zepsute. Brzuch cię będzie po tym bolał. — Zauważyła tylko, kładąc po sobie uszy.
— Ale to jedzenie. Nic innego tu nie znajdziesz. — Wzruszył ramionami. — Lepiej, aby bolał, ale był syty, nie głodował i nie umierał. — Widząc wciąż nieprzekonaną minę koleżanki, westchnął tylko. — Dobra, nakarmię cię. Znaj moją litość – prychnął, biorąc w zęby posiłek, po czym podłożył jej kawałek pizzy pod pysk.
— Nakarmisz mnie?! Nie jestem jakimś głupim kociakiem! — zawołała oburzona, odsuwając łeb od cuchnącego żarcia. Kocur jednak nie zaprzestał i tylko wykorzystał okazję, że mówiła, by spróbować wepchnąć jej to do gardła. Blanka poczuła obrzydliwy, śliski kawałek żarcia, przez co zebrało jej się na wymioty. Była jednak zbyt zajęta próbą niezadławienia się, by specjalnie się tym przejąć. Szybko przełknęła kęs, by móc normalnie oddychać i mówić. Odsunęła się i przełknęła ślinę parę razy, próbując pozbyć się zepsutego smaku z pyska. — Obrzydliwe… Nie chcę więcej — mruknęła, zaraz zaciskając pysk, by coś takiego się nie powtórzyło.
— No weź! — Wypłosz zawołał rozeźlony, zirytowany najwidoczniej marnowaniem prawie świeżego jedzenia. — To jedyne, co tu mamy — miauknął, szperając nosem w kolejnym worku i zajadając ze smakiem resztki po kurczaku. — A może chcesz to? to jest mięso. — Rzucił jej na pysk niedojedzoną kostkę. Koteczka spojrzała tylko sceptycznie na rzucone w nią mięso, krzywiąc nos na jego zapach.
— A nie możemy po prostu poprosić jakiś Dwunogów o coś… zdatnego do jedzenia?
Jak tylko zaproponowała to Wypłoszowi, ten zaraz się najeżył, wynurzając łeb ze śmieci, by spiorunować ją wzrokiem.
— Fuj! Nie! Oni cię złapią i prędzej zabiją, niż podzielą się jedzeniem! To wywalają, więc my możemy zjeść — wytłumaczył, wracając do jedzenia. Blanka zmarszczyła brwi, przecinając ogonem powietrze.
— Właśnie! Wywalają! — powtórzyła, ignorując pierwszą część zdania. — To znaczy, że już nie jest zdatne do jedzenia. No chodź, nie może być tak strasznie, jak mówisz.
— Nie! — Tupnął nogą. — Nigdzie nie idę i ty też nie! — Podszedł do niej, tarasując drogę. — Masz żreć to co mamy i nie zadawać się z tymi potworami! Nie wolno!
Blanka położyła po sobie uszy, kuląc się na jego rozkaz. Nie odezwała się więcej, jedynie skubnęła kawałek mięsa z kostki na znak, że nie pójdzie. W końcu nie lubiła, jak na nią podnosił głos. Wypłosz tylko obserwował ją chwilę w ciszy, spod gniewnie przymrużonych oczu, powoli wygładzając sierść na grzbiecie.
— No. I tak ma być.
Gdy się odwrócił, futro na jej plecach delikatnie się podniosło. Dlaczego tak ostro zakazywał jej kontaktu z Dwunogami? Przecież nie byli tacy źli! A tak, musieli jeść jakieś śliskie obrzydlistwa ze śmietnika.
— Najadłam się już — bruknęła po paru kęsach, wstając z górki śmieci.
— No dobra — miauknął Wypłosz, kończąc swój posiłek. — To możemy wracać. Ruchy, zanim ktoś nas zauwazy.
— Ta… — Koteczka zupełnie straciła humor po tej wyprawie. A było dopiero rano! Dodatkowo, jej brzuch tylko znowu zaczął się skręcać, na pewno z powodu tego nieświeżego żarcia. Otrzepała się z czegokolwiek co do niej przyległo, po czym zaczęła wracać w kierunku ich “domu”, mając nadzieję, że Bylica jeszcze nie wróciła. I nie wróci jak najdłużej.

< Wypłosz? >