BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 grudnia 2019

Od Barwinkowej Łapy CD Łabędziego Plusku

Barwinek słysząc, co powiedział jego rzekomo nowy mentor, aż znieruchomiał.
- Wspinaczka? Nie cierpię jej! - Burknął. - Poza tym, czemu kazali mi z tobą pracować?
- B-bo jestem t-twoim nowym men-ntorem. - Kocur wyglądał, jakby bał się nieco Barwinka i jego ostrego tonu.
- Że co? - Strzyknął uszami. - A gdzie staruszek Księżyc?
- B-bo widzisz... - Łabędzi Plusk potarł przednie łapki o siebie. - O-on...
- No nie, najpierw tracę rodzeństwo, a teraz zmieniają mi mentora? - Żachnął się, teraz nagle czując przykrość z powodu braku swojego głuchego braciszka oraz delikatnej siostrzyczki.
Wciągnął powietrze nosem, ruszając wąsami. Cofnął się o krok, kręcąc głową.
- D-dlaczego oni musieli odejść? - Zapytał mentora. - Bodziszek...moja siostrzyczka i...i.
Barwinek zacisnął zęby, wysuwając pazury. Nie będzie łez.
- Ile ja mam księżyców?! Dobra, mentorze - zwrócił się do niemalże wychodzącego z futra kocura. - Nie będę się wspinać.
Po czym usiadł, myjąc futro. Było długie i lśniące, przywodzące na myśl Księżyca. W każdym razie, ciało Barwinka było dużo bardziej umięśnione, niż na początku treningu, za co ukłon w stronę starego zrzędy. Ale ten nowy mentor wydawał się Barwinkowej Łapie nieco...nieodpowiedni dla niego?
- J-jak nie?
- Możemy polować, ale nie się wspinać. - Oznajmił ze spokojem terminator.
Point zacisnął zęby, po czym spróbował przyjąć poważny wyraz pyska.
- Będziesz się w-wspinał. - Zarządził, po czym poszedł w kierunku, który sobie obrał.
Barwinek wzruszył na niego ramionami - nie musi wykonywać jego poleceń, on to nie Księżyc, który by go złapał za futro i wrzucił na to drzewo.

Zatrzymali się na skraju lasu, gdzie niedaleko był klif. Morska bryza docierała do nich, mierzwiąc futro Barwinkowej Łapy.
- W-wspinaj się - rzucił jego nowy mentor.
Czarny spojrzał na niego. Tak po prostu? Nie będzie mu pokazywał jakiś sztuczek z pazurami czy coś?
- Ee... - niebieskooki zerknal na drzewo, a później na mentora. - Jak wejdę na nie to mi upolujesz gołębia.
Po czym, nie czekając na słowo Łabędziego Plusku, zaczął wspinać się na drzewo. Kora była śliska, odrywała się, przez co młody kocur nie miał przyczepności. Po wejściu dwa metry w górę poczuł, jak kora zbyt szybko odrywa się od pnia. Spadł, uderzając ciężko łapami o ziemię. Splunął na drzewo,następnie lizać futerko.
- Nie w-wszedłeś... - zaczął jego mentor, tylko podjudzając Barwinka.
- Nie śmiej się! - Warknął, przerywając mycie.
Wrócił pod pień, ale zaczął wchodzić od drugiej strony. Scenariusz się powtórzył, spadł, ale po przejściu około trzech metrów, gdzie do gałęzi wciąż został kawałek.
Czuł frustrację, złość.
- Głupi Księżyc! - Warknął. - Nie nauczył mnie!
Zjeżył sierść na myśl o byłym mentorze, by później przypomnieć sobie też o Kopciuszkowej Łapie, który z nimi trenował.
Nie podobało mu się to, jednak czarny kocur zwracał większą uwagę na tamtego, niż jego. Nigdy go nie pochwalił, Barwinek był smutny z tego powodu. Naprawdę czuł się zawiedziony swoim mentorem, miał nadzieję, iż stanie się najlepszym kotem w klanie. Tymczasem Lisia Gwiazda zmienił mu mentora, który nic tylko gubi futro ze strachu.

Odwrócił się do mentora z pytającym spojrzeniem, a mianowicie mówiącym "co robić?".

<Łabędzi Plusku?

Od Szyszki CD. Sokoła

― Klan Gwiazdy to nasi przodkowie. Koty, które odeszły z tego świata, gotowe polować na Srebrnej Skórze. Spoglądają na nas, opiekują się, dbają by nasz los okazywał się łaskawy. ― miauknęła. Czarna kotka siedziała wyprostowana, ze spojrzeniem utkwionym w powierzchni wody.― Zsyłają sny medykom i podobno, mogą nawet ofiarować przywódcy dziewięć żywotów. Gdy dobry kot odejdzie, staję się jednym z gwiezdnych, a pamięć o nim nigdy nie przeminie.
Obecność Klanu Gwiazdy, była w  najbliższych dniach, potrzebna bardziej niż dotychczas. Szyszka nie wątpiła, że przodkowie musieli mieć jakiś swój plan, w tej całej powodzi. Nie mogli być przecież na tyle okrutni, żeby bezcelowo odebrać życia tylu dzielnym kotą. Czując napływające do oczu łzy, szybko zamrugała. Zbyt dużo razy płakała. Musiała być silna dla klanu. Nie było niczego złego w okazywaniu wrażliwości, ale jakkolwiek by się na to nie spoglądało, była jednak słabością. 
O czym teraz myślał Sokół? 
Wojowniczka spojrzała na swojego przyjaciela, próbując odczytać coś z wyrazu jego pyska. Zmrużyła oczy, gdy dopadło ją lekkie poczucie winy. Przeżywał żałobę, a ona niepotrzebnie opowiadała mu o czymś, co jest bezpośrednio powiązane ze śmiercią. Ale... uznała, że powinien wiedzieć. Dotrzymała słowa.
― Wiesz co, chyba pora spać ― burknął Sokół.
Ostatnie złociste promienie, oblewały lśniącą wodę, gdy dwójka kotów podniosła się z miejsca. Szyszka jeszcze kilka uderzeń serca, wpatrywała się w ten widok, zanim otworzyła pysk, by poprosić o coś swojego towarzysza. Obserwowała ze smutkiem, jak Sokół odchodzi, zamiatając ogonem polankę. Nawet się nie obejrzał. Doskonale wiedziała dlaczego i nie czuła żalu. Cichymi, powolnymi krokami, skierowała się za nim. Ich chwilowy obóz, znajdował się niewiele skoków lisa dalej. Większość członków Klanu Lisa, pochrapywała na w miarę przyjemnych legowiskach. Czarnulka zatrzymała się w miejscu, śledząc ostatnim spojrzeniem otoczenie. Dopadło ją złe przeczucie. A jeśli kiedyś to wszystko się skończy? Jeśli wszyscy odejdą i zostanie całkowicie sama? Nie potrafiłaby sobie nawet wyobrazić życia, które czekało poza objęciami jej klanu, pełnego najdroższych kotów. 

***

Myślała, że dalsza część nocy przeminie spokojnie. Niestety nadzieja okazała się złudna. Szyszkę obudził głośny huk, gdzieś w oddali. Kotka instynktownie zjeżyła sierść na grzbiecie, wystawiając pazury i z przerażeniem spoglądając ponad sobą. Niebo było typowe dla nocnej pory, coś nieprzyjemnego wisiało jednak w powietrzu. Otworzyła szeroko oczy, widząc błyskawice przecinającą nocną skórkę. Położyła po sobie uszy. Burza. Nie była jej pierwszy raz świadkiem, ale po raz jedyny, nie znajdowała się w znajomym legowisku. Przynajmniej opady deszczu, nie są tak nieznośne - pomyślała, chcąc dodać sobie otuchy. Kłopot w tym, że w momencie, gdy już miała z powrotem położyć się spać, grzmot rozległ się ponownie. Obserwowała, jak pioruny gnają ku sobie, pomału opadając w stronę ziemi. Znajdowały się tak blisko...  
W akcje nagłej desperacji, rozejrzała się w poszukiwaniu Brzózki. Brat spał  blisko Pszczółki, kilka legowisk dalej. Westchnęła. Może jeśli się mocno skupi, da radę przeczekać burzę? 
To nie tak, że Szyszka się bała. Nie miała czego. Różanecznik wiele razy powtarzała, że dopóki będzie dobrze ukryta, nic jej się nie stanie. Coś jednak wzbudzało w wojowniczce niepokój. Wręcz nie potrafiła przestać wpatrywał się w burzliwe niebo. 
- Szyszko? - odetchnęła głośno, mogąc w końcu oderwać wzrok. Rzuciła niepewne spojrzenie w stronę Sokoła, który właśnie przecierał niewyspane oczy. Zastrzygł uszami, usłyszawszy wyraźnie głośnie grzmoty. - Wszystko w porządku? 
W odpowiedzi skinęła głową. Wpadła na dość nieoczekiwany pomysł, ale czuła, że to jedyna opcja, by jakoś przeżyć tą złą pogodę, bez zepsutych nerwów. Podniosła się ostrożnie ze swojego miejsca, tak by nikogo nie obudzić. Wzdrygnęła się na dźwięk kolejnego uderzenia. Bez słowa powlokła się do legowiska Sokoła i ułożyła przy jego boku. Przycisnęła się bliżej jego sierści, kładąc głowę na przednich łapach. Ziewnęła szeroko, nie odrywając przy tym wzroku od nieba. Czuła, że Sokół jest skrępowany. W końcu zapewne pierwszy raz, miał niezaproszonego gościa w legowisku. Posłała mu lekki uśmiech, mając nadzieję, że się nie pogniewa. Zamknęła oczy. 
-Dobranoc, Sokole.-miauknęła. 
Pierwszy raz od dłuższego czasu, czuła się naprawdę bezpieczna. 

<Sokole? Masz ochotę wtulić się w miękkie futerko? :)>

03 grudnia 2019

Od Rzeki CD. Jeżyka

- Wygrałam - wydyszała Rzeka, przyciskając delikatnie brata do ziemi. Nie ukrywała dumy, którą było widać w jej oczach. Jeżyk liznął ją w szyję.
- Tak, wygrałaś, Rzeczna Gwiazdo. Tereny należą do ciebie - miauknął, po czym wysunął się spod jej łapek. Rzeka westchnęła radośnie i rozejrzała się po żłobku, szukając najcichszego miejsca na odpoczynek. Pozostanie na zewnątrz nie wchodziło w grę, było strasznie zimno i wszędzie leżał mroźny, puszysty śnieg.
Nim jednak zdążyła ułożyć się w kącie,  poczuła uderzenia w bok, a po chwili nawet w pyszczek. Obejrzała się. Jak się okazało, Jeżyk nie miał zamiaru kończyć zabawy i tym razem postanowił zagrać w bitwę na kulki z mchu.
- O ty! - zaśmiała się Rzeka, robiąc zwinne uniki. W końcu udało jej się wskoczyć do żłobka. Jednym susem znalazła się za Brzozowym Szeptem, której ciało stanowiło żywą tarczę dla jej córki.
- Rzeka, wyłaź! - krzyknął Jeżyk.
Niebieska zaśmiała się cicho, aby nie obudzić pointki. Oczywiście, że nie miała zamiaru wychodzić!
- Już nie będę w ciebie rzucał! - dodał Jeżyk, podchodząc bliżej. Brzozowy Szept leżała tak blisko ściany żłobka, że mieściła się za nią tylko tak malutka kotka jak Rzeka. - Pobawimy się, w co będziesz chciała.
Pręgowana uśmiechnęła się, po czym zrezygnowana wyskoczyła z kryjówki.
- A może pobawimy się w coś, co tak nie męczy? - spytała.
Jeżyk zmarszczył brwi i przekręcił łeb, co trochę rozbawiło jego siostrę.
- Naprawdę już się zmęczyłaś? Jak zostaniesz wojowniczką, to często będziesz musiała biegać i skakać!
- Nie myślę o tym - Rzeka machnęła łapką. - Wolę skupić się na tym, co jest teraz. To jak, co robimy?

<Jeżyk? Chcesz się pobawić z siostrą w  s p a n i e ? XD>

Od Pszenicy CD. Miedzianej Iskry

*jeszcze przed zaginięciem*
― Nie wiem. Naprawdę nie wiem Pszenico. Każdy pod jakimś względem jest "super kotem", nie umiem wskazać Ci konkretnej osoby ― westchnęła ciężko.
Kocurek wpuścił ogon lekko zawiedziony odpowiedzią kotki. Czy to oznacza, że w ich klanie nie ma żadnych super kotów oprócz jego mamy? Jeszcze raz wlepiając ślipia smutno w niebieskie płowej, analizował jej odpowiedź. Zaraz a co jeśli...
― Już wiem! Ty jesteś super kotem! ― stwierdził wesoło Pszenica, podskakując z radości.
Był dumny, że szybciej to rozpracował niż wojowniczka. Widząc zaskoczony wzrok Miedzianej Iskry, uśmiechnął się zadowolony. Ah, najwyraźniej będzie musiał sam jej to wszystko wyjaśnić od początku.
― Jak ja? ― spytała zdziwiona pointka.
Kocurek wyszczerzył się bardziej i wskoczył na pobliski kamień, by móc patrzeć w kotce prosto w ślipia.
― To oczywiste ― zaczął swój wywód skromnie, teatralnie machając łapą. ― "Jedynie docenianie innych pozwala nam odkryć swoje własne dobro" ―zacytował czyjeś słowa poważnym głosem. ― A ty stwierdziłaś, że wszyscy są super, czyli sama musisz być super super! ― krzyknął podekscytowany kocurek, zeskakując z kamienia i krążąc wokół kotki.
Zdezorientowana lekko wojowniczka uśmiechnęła się do kociaka nieco niepewnie. Prawdopodobnie pogubiła się w jego wywodzie, ale Pszenica jakoś się tym nie przejął.
― Dziękuję... chyba? ―  mruknęła płowa wesoło.
― Miedziana Iskro! ― zawołał kocurek, łapiąc kotkę za łapę. ― Jak będę duży zostaniesz moją mentorką? Proszę, proszę, proszę! ―  klekotał kociak, robiąc tą swoją słodką minkę, która zawsze działała na mamę.

<Miedziana Iskro?> 

Od Sokoła CD. Szyszki

*tak jakoś końcówka Pory Nagich Drzew i początek Pory Zielonych  Liści*

Cały ranek zbierał się do tej rozmowy. Wyczyścił futro z żywicy i innych ciekawych znalezisk, oraz zerwał chyba najładniejszy kwiat, jaki udało mu się znaleźć. Kot, którego oczekiwał zjawił się szybciej, niż Sokół mógłby się tego spodziewać. Już z daleka dostrzegł jej lśniące, czarne futerko i złociste oczy. Zebrał się w sobie i podszedł. Szyszka rozmawiała z Nostalgią i Puchem. Dostrzegłszy szylkretową uczennicę tylko ze złością przewrócił oczami i poczekał, aż ta się oddali.
― Cz-cześć, Szyszka ― powiedział, ukrywając błękitny kwiat pod łapą ― Masz chwilę?
Czarna uczennica – a nie, już wojowniczka – pożegnała się z Puchem i odwróciła w jego stronę. Rany, jaka ona była śliczna. Miała takie piękne, złociste oczy, które perfekcyjnie współgrały z gładką, błyszczącą sierścią. Przyglądał się jej chwilę z rozmarzeniem i zdał sobie sprawę, że stoi z półotwartą gębą, jak ostatni idiota.
Czy ją kochał? Cóż, od dłuższego czasu sam zadawał sobie to pytanie. Ich znajomość była dość pokręcona i przez pewien czas uważał ją po prostu za przyjaciółkę. Za bardzo dobrą przyjaciółkę, prawie siostrę bliźniaczkę. Jednak z biegiem czasu zaczął sobie uświadamiać, że przemiła koteczka powoli, powoli, ale nieuchronnie zaczyna zajmować trochę inne miejsce w jego sercu.
― Ja bym miała nie mieć? A po co, jeśli mogę spytać? ― zaśmiała się lekko, unosząc kąciki warg. Sokół speszył się.
― N-no ten wiesz, ostatnio mało czasu ze sobą spędzamy, i pomyślałem sobie, że jeśli miałabyś chwilę… Oczywiście nie mówię, że dłuższą chwilę… Bo ja też mam jakieś obowiązki, ten…  ― W myślach klął się za to, że wyszedł na taką pierdołę. Jak mógł zapomnieć przy niej języka w gębie? Szyszka zamrugała szybko i kiwnęła głową, wciąż mając na pyszczku wymalowany ten czarujący uśmiech. 

***

― Ładna pogoda. Niby to jeszcze Pora Nagich Drzew, a jednak śnieg już zaczyna topnieć… Może niedługo będzie można spróbować zapolować w rzece, jak sądzisz? ― mruknęła Szyszka, przełamując pierwsze lody. Było chłodno, wiał lekki wiatr. Na ziemi wciąż znajdowała się cienka warstwa śniegu, spod której wystawały nieśmiało białe kwiaty. 
― Mhm.
Zastanawiał się, jak zacząć rozmowę, bo ta dyskusja zaczęła zbaczać na tor o nazwie: „nie-ma-o-czym-gadać-to-gadamy-o-niczym”. Ma od razu wyrzucić, że mu się podoba? A może chwilę z tym poczekać? Wpatrywał się tępo w swoje łapy, jakby szukając w nich głęboko ukrytej odpowiedzi.
― Czy ty mnie w ogóle słuchasz? ― usłyszał i gwałtownie podniósł wzrok, uderzając głową o fragment legowiska medyczek. Zaklął. Szyszka przewróciła oczami.
― Tak. To znaczy nie. To znaczy… A o czym mówiłaś?
―  O tym, że Czereśnia powinna poprowadzić patrole łowieckie trochę dalej. Niby mamy te bagna, ale ze zwierzyną wciąż jest słabo. Boję się, że jej wkrótce zabraknie.
Uśmiechnął się nieznacznie do wojowniczki, rozładowując frustrację, że ta rozmowa nie idzie w korzystniejszym dla niego kierunku.
― Jasne, ale ty jesteś świetną łowczynią. Polujesz… Za dwóch.
― A co, jeśli to nie wystarczy? ― Szyszka zapatrzyła się przed siebie i odpłynęła do krainy ponurych rozmyślań, do której nawet on nie miał wstępu ― Kiedy jeszcze żył Gągoł i inni silni wojownicy, przynajmniej nie musieliśmy się martwić o zwierzynę. Strasznie za nim tęsknię.
Jakiś złośliwy kawałek myszy, którą dzielił się z Szyszką ugrzązł mu w gardle wywołując gwałtowny atak kaszlu. Jak to…? Że ona… i Gągoł? Coś do niego czuła? Czemu on o tym nie wiedział?
Pieprzony Gągoł. Nawet po śmierci się z niego nabijał.
Drugiej szansy nie będzie.
― Wiesz, Szyszko. Kiedyś m-myślałem, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, ale t-teraz wydaje mi się, ż-że cz-czuję coś więcej do ciebie. I… I zastanawiam się, czy z czasem mogłabyś poczuć to samo? ― Wciąż się telepiąc (na pewno nie z zimna), dotknął nosa kotki swoim.

<Szyszko?>

Od Pszenicy

Od rozmowy mamy i śmiesznej kotki bez nogi minęło parę wschodów księżyca. Przez te dni Czerwony Kaszel przestał być tajemniczą i nieznaną siłą dla kociaka. Nazwa ta padała przynajmniej paręnaście razy dziennie, ale nikt nie chciał mu powiedzieć na czym on polega i czemu koty chorujące na niego nie mogą ich odwiedzać. Z tego całego zamieszania Pszenicy nie podobały się szczególnie dwie rzeczy. Po pierwsze mama prawie w ogóle nie pozwala im się bawić na dworze, co dla liliowego była chyba jedna z najgorszych kar jakie Klan Gwiazd mógł mu zesłać. A po drugie, jego najukochańsza mamusia cały czas siedziała smutna. Często gdy przychodził tata i opowiadał co się dzieje w klanie, Pszenica zauważał w jej zawsze pełnych radości ślipiach łzy. Dlatego też kiedy nadeszła pora dnia odwiedzin Grzmiącego Potoku, kocurek podbiegł na swoich grubych łapkach do mamy i przytulił się do niej mocno. 
― Nie martw się mamusiu! Wszystko na pewno się już ułożyło! ― próbował się pozbyć smutku na pysku Chłodnego Wiatru. ― Na pewno już wszystko jest dobrze... ― mruczał, wtulając się coraz bardziej w futerko kocicy. 
― Dziękuję Pszenico, też mam taką nadzieję ― miauknęła nieco smutno kotka, uśmiechając się do swojej pociechy. ― Kochany jesteś, wiesz? ― stwierdziła, czule targając malca po łebku. 
Kocurek zamruczał zadowolony z pochwały mamy i jej uśmiechu. 
― Tata! Tata przyszedł! ― zawołała wesoło Jaskółka na widok kocura. 
Wojownik otrzepał śnieg z futra i przywitał się z koteczką. Sztuczny spokój na jego pysku niepokoił Pszenice, żyjącego nadzieją, że tamci w końcu pokonali ten Czerwony Kaszel. Po przywitaniu się z resztą córek Grzmiący Potok odłożył mysz oraz wróbla i podszedł do leżącej partnerki i kocurka. Jednak ku zdziwieniu malca zamiast się z nią przywitać, pochylił się nad niebieską i szepnął jej do ucha. 
― Epidemia nadal szaleje, Gorzka Łapa umarła. 
Na te słowa mama wciągnęła mocniej powietrze, a jej ślipia zaszkliły się. Pszenica przyglądał się temu wszystkiemu, nie rozumiejąc o co chodzi. Nie rozumiał na czym dokładnie polegało to całe umieranie i czemu mamusi było z tego powodu tak smutno
― G-gorzka? A-ale przecież ona była jeszcze taka... m-młoda ― wymruczała Chłodny Wiatr, próbując się nie rozkleić i przytulając mocniej liliowego. ―  P-pamiętam jak jeszcze była małym kociakiem...
― Wiem, ja też ― odpowiedział tata, wbijając wzrok w swoje łapy. ― Wiewiórczy Ogon też zachorowała ― dodał po chwili. ― Chcesz się z nią... pożegnać?
Kocurek poczuł jak przez ciało mamy przeszedł dreszcz. Bardzo nieprzyjemny dreszcz. Chłodny Wiatr kiwnęła łbem, ocierając łzy łapami. Wstała niepewnie i posłała liliowemu przepraszające spojrzenie. 
― M-mama musi coś załatwić ― poinformowała swoje pociechy, próbując nie płakać chociaż przez chwilę. ―  Zaraz wracam z tatą, proszę nie wychodźcie nigdzie, na zewnątrz jest niebezpiecznie...
― Dobrze mamo ― mruknęła Sosenka, wgryzająca się w wróbla. ― Ja tu ich przypilnuję ― mianowała się na nowego strażnika porządku kociarni niebieska. 
Chłodny Wiatr uśmiechnęła się ciepło do córki i wyszła pośpiesznie z Grzmiącym Potokiem na zewnątrz. Kocurek przyglądał się jak rodzice znikają powoli z pola widzenia. Miał plan i pomimo prośby mamy postanowił go wykonać. Był święcie przekonany, że jeśli sprezentuje kotce jakiś miły podarunek, kwiatek czy listek, ta na pewno przestanie się smucić i znowu będzie radosna. Dlatego też widząc, że ich rodzicielka oddaliła się na wystarczająco dużą odległość pognał do wyjścia z kociarni. 
― Ola ola, a ty gdzie? ― mruknęła Sosenka, stawiając mu łapę na ogonie. ― Teraz ja tu pilnuję porządku i na pewno sobie od tak nie wyjdziesz!
Liliowy niezbyt zadowolony z przebiegu spraw, odwrócił łeb do siostry i uśmiechnął się sztucznie. 
― No wiesz, muszę się... no ― mruczał niepewnie, nie wiedząc co powiedzieć kotce. ― No ten wiesz... idź wypuścić się kreta ― miauknął lekko zawstydzony Pszenica. 
―Wypuścić kreta? ― powtórzyła zdziwiona Sosenka, przyglądając się bratu. 
― No wiesz... wypuścić bobra na trzęsawisko ― powiedział inaczej kocurek, spuszczając wzrok. 
― Przecież ty nawet nie masz bobra! ― mruknęła zła koteczka, nie wiedząc o co chodzi liliowemu.
― Sosenko, on chce się iść na dwójkę ― wtrąciła się Jaskółka. 
― Aaaa... ― załapała w końcu strażniczka porządku kociarni. ― No to idź, byle szybko! 
Kocurek wyfrunął pośpiesznie ze żłobka i rozejrzał się po obozie. Widząc, że wszyscy współklanowicze są zajęci sobą i nikt nawet nie zwrócił uwagi na niego, skierował się w stronę najbliższych krzaków w celu wydostania się z obozowiska. Szedł przed siebie, podziwiając nieznane mu widoki. W lesie było mnóstwo drzew, tak jak opowiadał tata. Ziemia z każdym krokiem zdawała się być coraz mokrzejsza kociakowi, lecz ten się nie zatrzymywał. Nie mógł wrócić dopóki nie znajdzie idealnego prezentu dla swojej rodzicielki. Ale wśród ponurego i pełnego wilgotnych liści lasu nic nie zdawało się być odpowiednie. Wszystko było zbyt szare lub mokre jak na prezent. Kocurek zastanawiał się gdzie się podziały te wszystkie kwiaty, o których opowiadała mu mama. Z każdym uderzeniem serca coraz mniej chciało mu się iść, a łapki coraz bardziej go piekły nieprzyjemnie. Ale nie mógł się teraz poddać. Widząc, że las się przerzedza, przyspieszył i wpadł na nieznaną mu polanę. Pokryta zgniłymi liśćmi i trawami pusta przestrzeń nie wyglądała ani trochę przyjaźnie. Tym bardziej, że Pszenica miał wrażenie, że niebo coraz bardziej dziwnie czernieje. W chwili gdy lawina deszczu spadła na malucha, ten uświadomił sobie czemu kociaki nie powinny wychodzić same z obozu. Spanikowany biegał w tą i we tę nie mając pojęcia gdzie się ukryć i co zrobić. Ściana deszczu uniemożliwiała powrót do lasu czy jakąkolwiek orientacje w terenie, a z każdym uderzeniem serca Pszenica miał wrażenie jakby coraz bardziej opadał z sił. W końcu padł na ziemię uderzając łbem o coś boleśnie i zasnął. 

* * *

Otworzył niepewnie ślipia. Jasne światło oślepiło go na chwile, więc zmrużył oczy, by się do niego przyzwyczaić. Nie wiedział gdzie jest oraz kim jest, ale nie podobało się mu tu. Łeb strasznie go bolał, a ciało było przemarznięte. Kocurek czuł jak cały drżę z zimna i nie mógł przestać. Znajdował się w dziwnym miejscu. Ziemia wyłożona była kwadratowymi cosiami wypełniona dziwnymi konstrukcjami z nieznanego mu materiału. Sam przykryty był czymś, ale nie marudził, gdyż dawało mu ciepło. Skulił się bardziej, próbując rozgrzać zmarznięte ciało i zamknął oczy, mając nadzieję, że jak się obudzi, będzie wiedział coś więcej.

02 grudnia 2019

Od Jeżyka

Jeżyk wtulił się mocniej w matkę. Nieprzyjemne zimne powietrze, wpadło do żłobka, dopadając do kociaka. Zadrżał. Skoro w zwykle ciepłej, pachnącej mlekiem kociarni, zrobiło się nagle tak chłodno, to jaki klimat panował na zewnątrz? Mama była jedynym, co dawało mu teraz bezpieczeństwo. Świat Jeżyka zaczynał się i kończył na żłobku. Wszystkie wykonywane czynności, były rutynowe, lekkie, pasujące. Maluchowi do szczęścia wystarczył wyłącznie posiłek, długi sen, zabawa z rodzeństwem i obecność Brzozowego Szeptu. 
Brązowy kociak, przewrócił się na drugą stronę, gdy coś małego pociągnęło go za ogonek. Zaniepokojonym wzrokiem, spojrzał za siebie, natrafiając na Sreberko. Wzrok siostry był proszący, bez trudu kocurek domyślał się, że odpoczynek na dzisiaj się skończył. 
-Pójdziemy się pobawić, Jeżyku!-zarządziła koteczka. 
Westchnął. Zaszurał łapką po mchowym legowisku, czekając na jakieś propozycje. Było przecież tyle zabaw, w które mogli się bawić. Złap ogon, chowanego, berek, jakiś wyścig dla zachowania kondycji... Zachęcająco wskazał na piłeczkę z mchu, jednak jedyną reakcją Sreberka, było przeciągnięcie. W kociarni chyba robili już wszystko. Jeżyk zmrużył oczka, uświadamiając sobie, że liczą prawie trzy księżyce. Czas leciał zaskakująco szybko. 
-Gdzie Rzeczka i Psianka? 
-Śpią i za nic nie chcą się obudzić.-prychnęła koteczka, wstając z miejsca.-Może wyjątkowo wyjdziemy poza żłobek? 
Instynktownie spojrzał w kierunku swojej mamy, ale kocica zdawała się nie wyrażać sprzeciwu. Do tego mogliby odwiedzić tatusia... 
-Zgoda.
Nie korciło go, by wyjść na nieprzyjemne powietrze. Jak mógłby jednak odmówić siostrze?  
Podniósł się z miejsca, od razu zmierzając za nią. Droga zajęła im jeden skok lisa, a gdy tylko znalezli się w centrum, rozejrzeli się wokół, spragnieni nowych wrażeń. 
-Ścigajmy się do legowiska medyka.
Przez jedno uderzenie serca, Jeżyk z wahaniem spojrzał w kierunku wskazanym przez siostrę. Nigdy nie przebywał w legowisku medyka. Temat był mu kompletnie obcy. Przekrzywił główkę. Czym zajmował się taki uzdrowiciel? 
-Na trzy. Jeden.. dwa.. trzy!-krzyknął kociak. 
Rzucił się przed siebie susami. Grunt był dziwnie śliski. Kocurek próbował utrzymać równowagę, by się nie przewrócić. Podczas gdy on analizował każdy swój ruch, Sreberko pomknęła przed siebie, wysuwając się na prowadzenie. Jeżyk trzepnął ogonkiem, lekko zawiedziony, że to nie on będzie górą. Cóż, siostra była zwinniejsza, oraz szybsza. 
-Stój!
Myśli Jeżyka wirujące w innym, wolnym świecie, zostały przerwane przez głośny dźwięk. Kocurek zatrzymał się w ostatniej chwili, zanim wpadł na pręgowanego czekoladowego kocura. Dysząc ze zmęczenia, podniósł nieśmiały wzrok, podchwytując wzrok nieznajomego. Pachniał na szczęście Klanem Burzy. Mamusia mówiła, że pobratymcy nigdy nie zrobią mu krzywdy, o ile będzie się grzecznie zachowywał. Cofnął się kilka kroków do tyłu. Pierwszy raz czuł się tak dziwnie skrępowany. Wiedział co było przyczyną. Dotychczas miał okazję widywać wyłącznie mamę, siostry, ojca i przybranego brata. Teraz przyszło mu porozmawiać z obcym kocurem. Jeżyk nie wiedział, czy ten nie będzie na niego zły. 
-P-przepraszam.-wydukał z siebie nieśmiało. 
Sreberko zaciekawiona całą sytuacją, podeszła bliżej, siadając obok braciszka. Jeżyk odetchnął z ulgą, czując obok siebie futerko siostry. 
-Jest pan wojownikiem? Jak to jest służyć klanowi? Czy w Porze Nagich Drzew spadnie śnieg? Czym zajmują się wojownicy? - czując większą śmiałość, Jeżyk podszedł bliżej, wspierając łapki na boku kocura. Pora na pierwszą lawinę pytań. 

<Czapli Potoku? Masz ochotę na małą sesyjkę, z ciekawskim kociakiem?>

Od Psianki CD. Jeżyka

Psiana krzywo obserwowała Jeżyka, siegajacego po kulkę Mchu. Wywróciła oczami, jednak szybko machnela ogonkiem i wysłuchała propozycji tej zabawy. Gdy ten skierował się skokiem w jej stronę, napieła mięśnie i szybko wywala się z pod jego łap, w zębach trzymając ową kulkę. Jeżyk nieporadnie odbiegł kociarnie. Czmychnął przed kotkę i wyrwał jej z pyska mech. Psianka pisneła coś z irytacją a następnie rzuciła się w dziką pogoń za kocurkiem. Gdy ten zawrócił, oderwała się od ziemi i wylądowała na jego Ogonie. Jeżyk zdziwiony pacnął ją w pysk, a ta odskoczyła i spojrzała na wyplutą kulkę. Była cała osliniona i nie zachęcała wyglądem.
- Tja.. Może zrobimy coś innego.. -
Powiedziała z niechęcią Psianka.
Jeżyk już otworzył Pysk, ale przed nich wybiegła Sreberko. Nie zauważyli jak się budziła, bo byli zajęci zabawą.
Srebrna wykorzystała to, że Psianka z Jeżykiem stali obok siebie, i skoczyła między ich grzbiety. Jedną strona była na Czekoladowym Kocurku, a druga na Liliowej Psiance.

***

Kociaki po dłuższej zabawie, przysiadły aby odpocząć, a Jeżyk udał się do Brzozowego Szeptu aby coś zjeść. Psianka ziewneła szeroko i odwróciła się do Sreberka.
- Wiesz co, chyba powinniśmy potem obudzić Rzekę. Cały dzień biedna śpi, nawet nie wie ile zabaw jej ucieka! -
Sreberko krzywo Kiwneła Głową.
-Nie wiem czy to najlepszy pomysł.. -
W tym momencie, zblizył się Jeżyk.
- O czym rozmawiacie? -

<Jeżyk? Wybacz że dopiero teraz ta opka się pojawia xD>

01 grudnia 2019

Od Porannej Łapy cd. Łabędziego Plusku

Na przestrzeni ostatnich księżyców w życiu Zorzy wiele się zmieniło. Zacznijmy od tego, że Jarzębinowa Łapa okazała się zaskakująco stała w poświęcanej mu uwadze i nijak nie mógł jej odwieść od celu, jaki sobie postawiła, a którym najwyraźniej było naprowadzenie go na lepszą drogę życiową, cokolwiek miałoby to oznaczać. Nie minęło wiele czasu, a nawet treningi, które, chociaż okrutnie męczące, zaczął z wolna postrzegać jako formę uwolnienia się od ciągłej przesłodzonej paplaniny, ta wszędobylska panienka zdołała skupić wokół siebie. Tworząc jakieś tajemne układy ze swoim wujkiem, na mocy których łączył on treningi Porannej Łapy i Jarzębinki o wiele częściej, niż wypadałoby to przy zwykłym przypadku, zyskiwała jakże wspaniałą okazję, by jeszcze raz dziennie zmotywować pointa do pracy – zazwyczaj poprzez ustawiczne przypominanie mu, oczywiście nie bez popisowej urażonej minki, że swoim brakiem zapału do ćwiczeń popełnia potępienia godną zbrodnię obrazy jej dumy i majestatu – i w obliczu takiego gadania biedaczkowi nie pozostawało nic innego, jak się postarać. Przez jakiś czas liczył nawet na Mglistą Ścieżkę w wyratowaniu go z opresji, i rzeczywiście: wojowniczka wydawała się co najmniej zirytowana takim stanem rzeczy, najwyraźniej jednak, kiedy zauważyła, że niecodzienna metoda dydaktyczna Jarzębinowej Łapy daje wymierne rezultaty, niechętnie się z nim pogodziła, tym samym gasząc już i tak wątły płomyczek Zorzowej nadziei.
W obliczu takiego stanu rzeczy trudno by oczekiwać od rozeźlonego kocura jakiejkolwiek sympatii w stosunku do koleżanki – a jednak po około księżycu cierpiętniczego znoszenia jej optymizmu przestał mu on zawadzać. Nauczywszy się, by przy Jarzębince nie narzekać zbyt głośno na los (co niechybnie skończyłoby się kolejną godziną litanii na temat wiary w siebie i tym podobnych bzdur), doszedł do wniosku, że w chwilach nudy da się z nią poprowadzić całkiem przyjemną rozmowę – co ostatecznie doprowadziło do stwierdzenia, że może kotka wcale nie musiała być dla niego utrapieniem.
Przebywanie w towarzystwie Jarzębinowej Łapy wiązało się, za sprawą jej przebojowego charakteru, z dużo większą liczbą kontaktów ze współklanowiczami, niż wcześniej uważał za stosowną; chociaż przysporzyło mu to wiele irytacji i niezręcznych momentów do przetrawienia, to zaowocowało również nawiązaniem kolejnych trwałych znajomości. Zaprzyjaźnił się mianowicie z Tęczową Łapą oraz Perłą – i ta druga szybko stała się mu szczególnie bliska. Futerko kotki, skręcone niczym młode pędy paproci, oraz króciutki ogon odróżniały ją, podobnie jak Poranną Łapę, od reszty rówieśników, co pozwoliło dwójce łatwo odnaleźć wspólne tematy. W końcu kocur związał się z nimi tak mocno, że skrócił dzienny czas przeznaczony na samotne rozmyślania na rzecz spędzania z nimi czasu, czy to w obozie, czy gdzieś w jego pobliżu. Chociaż nie pozbył się całkiem swojej chłodnej maniery, dla przyjaciół robił wyjątek; razem rozmawiali, czasem się śmiali, czasem nie, kiedy udało im się znaleźć dłuższą chwilę, wychodzili na spacer, żeby tylko być razem, i Porannej Łapa orientował się, że jest mu całkiem przyjemnie. Jarzębinka nie musiała już przekonywać go o niczym, nie potrzebował więcej jej pomocy, i wszyscy zadawali się ze sobą jak równy z równym. Energia, której kiedyś mu brakowało, teraz napędzała go do zdobywania wiedzy, choćby dzięki Perłowej Łapie i jej opowieściach o ziołach, do których miała ciche zamiłowanie. Zdobył się nawet na to, by ignorować docinki Bluszczowej Łapy, który od czasu, gdy Zorza zaczął częściej pojawiać się gdzieś w pobliżu jego siostry, lubił zaczynać swój dzień od kpiącego “co tam, wiewióro?”.
Wobec radosnego spokoju, jaki dawało posiadanie w tym dziwnym, dzikim świecie bliskich sobie osób, nawet i prześladowanie ze strony niebieskiego było ledwie pomniejszym kłaczkiem w sierści; życie płowego, choć trudno powiedzieć, by zmierzało w konkretnym kierunku, zapowiadało się dobrze i zapewne wszystko tak właśnie by się ułożyło, gdyby nie pewna noc zgromadzenia.
Samo w sobie zgromadzenie nie było zresztą złe – to prawda, podniosło się nieco krzyku, jednak wciąż nie było to nic w porównaniu z gradobiciem, którego kiedyś doświadczył. Ważniejsze było to, co przyniósł sam jego koniec. Po tylu księżycach odosobnienia odnalazł wreszcie jednego ze swych braci, i chociaż czasu nie wystarczyło im na to, by ustalić datę kolejnego spotkania, Zorza nie wątpił ani przez chwilę, że musiało ono nastąpić. Następne noce spędzał sam, pisząc dla przyszłości coraz to nowsze scenariusze i ponownie spotykając się w nich z Orzechem na tysiąc różnych sposobów. Nie można było oczywiście poprzestać tylko na tym: nie minęło nawet kilka wschodów słońca, by po treningu z Mglistą Ścieżką płowy skierował swe kroki w stronę Wielkiego Drzewa, by stamtąd wypatrywać brata pośród traw Klanu Burzy. Wędrówka okazała się jednak fiaskiem – zmęczonego kocura po kilkunastu minutach przyłapał wieczorny patrol i zmuszony był porzucić swoje plany – tak samo, jak, ku niepomiernej frustracji Zorzy, dwa następne wypady (odpowiednio z powodu deszczu i samej jego mentorki, która szczególnie ostro go za nie zrugała, zapewne przyjmując, że poszedł umawiać się z panienkami zza granicy), po których zmuszony był porzucić swój plan. Obrażony na wszystko i wszystkich, przyobiecał sobie, że nie dadzą rady go powstrzymać. Jeżeli nie jako uczeń, którego każdy ruch poza obozem w nieobecności mentora powodował podejrzenia, odnajdzie swoich braci jako wojownik…
Odpoczywał wtedy w niewielkiej szczelinie pod klifem. Lubił tam zaglądać; niewielu o niej wiedziało, jak zresztą o wielu innych odosobnionych miejscach, które przed kocim wzrokiem chroniły ostre, wyrzeźbione żywiołami kontury skał, a do których jeszcze ciężej było dotrzeć – tym bardziej poczytywał sobie regularne odwiedziny za podziwu godny wyczyn. Siedział tam, swoim zwyczajem chłonąc huk fal pod łapami i przyjemny zapach morskiej soli, kiedy ta myśl nagle wmieszała się między inne, niczym czarny kamień wrzucony do czystej i spokojnej wody.
Na ten cholerny Klan Gwiazdy, przecież on nigdy nie będzie wojownikiem.
Jego mięśnie stężały. Odwrócił się i wbił beznamiętny wzrok w kamienną ścianę, zimną i szorstką jak nigdy wcześniej. To nie był nowy wniosek. Przecież był tego pewien, odkąd tylko dowiedział się, jak działają klany. Powtarzał to w myślach każdego wieczoru, wyobrażając sobie, jak pewnego dnia, po kolejnej uwadze co do jakiejś pozycji łowieckiej, dla niego zupełnie nieprzydatnej, rzuca to Mglistej Ścieżce prosto w pysk; oznajmił to ze złością Jarzębinowej Łapie na samym początku znajomości, mamrotał pod nosem niezliczoną razy, wpatrując się w kołujące na niebie ptaki dla ukojenia nerwów… A więc czemu, dlaczego teraz czuł tą przebrzydłą pustkę?
Z nagłym uczuciem mdłości zdał sobie sprawę, jak bardzo się zatracił. Przypomniał sobie każdy moment, w którym liliowa kotka zbywała prychnięciem jego pełne złości stwierdzenia, każde jej pocieszenie, słodki głos, jakim zapewniała go, że wszystko mu się uda; wszystkie słowa współklanowiczów, którzy kazali mu iść naprzód z podniesionym łbem, nawet mimo przeciwności losu, dzień swojego mianowania; przed oczyma przemknęły mu wszystkie szczęśliwe chwile spędzone w towarzystwie znajomych, kiedy czuł się doceniony, kiedy podświadomie myślał, że może zrobić wszystko, kiedy – dopiero teraz widział wyraźnie – naprawdę im uwierzył.
To wszystko było iluzją. Całe to życie było jednym, wielkim kłamstwem, a on wziął je w objęcia, jak zwierzyna wchodząca ślepo prosto w paszczę łowcy.
Gdyby nie silny wiatr, niemal przypierający do skały jego kruche ciało, czy coś powstrzymałoby go przed runięciem w dół?
***
Od tamtego czasu zmienił się zauważalnie, choć ze względu na to, że rzadko pojawiał się już w obozie, obok postronnego obserwatora przemiana ta mogła przejść niezauważona. Zaniedbywał treningi; Mglista Ścieżka urządzała mu długie i ostre rozmowy na ten temat, ilekroć jej się nawinął, ale jedynie potakiwał głową i przyjmował przydzieloną karę. Rzadko brał udział w patrolach, niewiele mówił. Nawet, jeżeli ktoś zorientował się, że jednego z uczniów brakuje, szybko tracił tym zainteresowanie; bywało tak, że po Zorzy nawet po kilku godzinach nie było ani śladu – w czasie samotnych wędrówek nauczył się wspinać na trzy pierwsze gałęzie pewnego świerku, wspomagając się zębami, i często przesiadywał tam, gdzie nikt się go przecież nie spodziewał, obojętnie wychładzając swój organizm – czasem zdarzało się i tak, że w ogóle nie wracał na noc do legowiska. Próżno było szukać go też wśród dawnych znajomych. Jedynie Perłowa Łapa zdołała wyuczyć się jego ścieżek i starała się jakoś do niego dotrzeć, ale z miernym skutkiem jedynie od czasu do czasu pozwalał wyciągnąć się z nory, w której aktualnie siedział, i odpowiadał na kilka pytań. Lubił myśleć, że nienawidził Perły, tak samo, jak każdego innego kota, który tak perfidnie go oszukał – ale ilekroć przychodziła, musiał godzić się z tym, że to nieprawda. Widział wtedy dobrze jej ból i strach, kiedy patrzyła na niego, a on nie reagował, i jego serce odbijało te emocje w dwukrotnym natężeniu; czuł się jednak zbyt zraniony, żeby im zaradzić, więc tylko tkwił, zły i zrozpaczony, w swoim własnym towarzystwie, wyklinając cały świat i siebie, z krótkimi przerwami na posiłek, którego sam nie potrafił – bo nigdy nie miał – zdobyć.
Dlatego, kiedy u kresu pewnego dnia, którego pogoda okazała się zbyt brutalna, by mógł samotnie odpędzić od siebie hipotermię, podszedł do niego jakiś kot, by jąkającym się głosem Łabędziego Plusku zapytać, c-co u niego, mógł otrzymać tylko jedną odpowiedź.
– Źle – odparł, gorzko i całkiem niegramatycznie, po czym zmierzył syjama przeciągłym, zmęczonym spojrzeniem. – Masz do mnie jakąś sprawę, czy chcesz po prostu – gdy wymawiał te słowa, kącik jego pyska zadrżał dziwnie – ...pogadać?
Efekt swojego pytania mógł zaobserwować od razu; Łabędź przygarbił się, co dało się zauważyć nawet pomimo zapadającej szybko ciemności, a na jego pysku zalśniła odrobina paniki.
– Ra-raczej to d-drugie – powiedział niepewnie, chociaż wyglądał, jakby lada chwila miał się rozmyślić.
Zastanowił się. Nie przypominał sobie, żeby Łabędzi Plusk kiedykolwiek starał się go zmieniać czy wpływać na jego zachowanie; wszystko wskazywało na to, że pod tym względem był czysty. W dodatku jego inicjatywa i zainteresowanie, które okazał mimo tego, że ostatnio praktycznie wcale ze sobą nie rozmawiali, odrobinę rozgrzały Zorzę od środka, chociaż szybko tę myśl odgonił.
– Więc… hm, okej? – mruknął niewyraźnie. Jego głos brzmiał jakoś głucho po długim okresie nieużywania, więc odkaszlnął, by przywrócić go do normy. – To jak tam u ciebie? Fajnie się robi... te wszystkie wojownicze rzeczy, i tak dalej?
– T-tak, je-jest w p-porządku – wyjąkał cicho Łabędzi Plusk.
Zorza skinął głową w zamyśleniu. O czym właściwie mieli mówić? Niewiele przychodziło mu do głowy poza śmiechu wartymi sugestiami z odmętów gadziego móżdżku – związanymi mocno z jego własnymi problemami i obecnym stanem . Kiedy cisza utrzymywała się niezręczną chwilę, był niestety zmuszony się im poddać.
– Znalazłeś tam może jakichś znajomych?
– Um… N-nie bardzo, a-ale…
– Nic nie szkodzi. – Płowy podniósł łeb, a w jego oczach nagle błysnęły iskierki, odcinając się wyraźnie od mroku. – Naprawdę nie szkodzi. Może to nawet dobrze? Wszystko zależy od tego, jak się z tym czujesz, ale przyjaciele wcale nie muszą być dobrą sprawą. Wcale nie. Czasami mogą nawet…
Odległy dźwięk zwrócił jego uwagę. Zamilkł i zastrzygł uszami, by słyszeć wyraźniej. To Tęcza i Perła rozmawiały ze sobą na drugim krańcu polany; chociaż były tak daleko, oddzielone kurtyną purpurowej ciemności, mógł wyraźnie poczuć, jak wzrok czekoladowej kotki spoczywa na jego sierści.
Ha…
– Nawet… Wiesz, nieważne. Powinniśmy iść spać. Trzeba być wypoczętym dla dobrej służby klanowi, prawda? – wyrzucił z siebie nieskładnie, podnosząc się z miejsca i tym samym pozostawiając zdezorientowanego Łabądka samego. – Dobranoc.
– Do-dobranoc… – pożegnał się jeszcze tamten, i choć było to ostatnie, co Zorza, oddalający się już w stronę legowiska uczniów, mógł od syjama usłyszeć, ktoś niezwykle uważny mógłby zauważyć, jak jeszcze przez kolejnych kilka uderzeń serca mamrocze pod nosem “miłych snów”.
***
Mógł to przewidzieć. To dosyć oczywiste, że złośliwe siły rządzące Klanem Klifu nie przepuściłyby okazji, żeby dodatkowo go zgnębić i kiedy tylko zmiarkowały, że pojawił się w obozie, postanowiły wysłać go na patrol. Wymęczonemu złością i niepewnością uczniowi kazać wędrować wzdłuż granic o samym świcie – tak, tego właśnie potrzebował klan w tej porze roku.
Nie mógł jednak pozwolić sobie na niedbalstwo. Ostatnio coraz częściej odnosił wrażenie, że zastępca łypie na niego złym okiem. Możliwe kary powoli się wyczerpywały, a on wcale nie miał ochoty sprawdzać, jak smakuje powietrze na wygnaniu – zwłaszcza, że nie miałby nawet szans długo się nim delektować, bo po kilku dniach zginąłby niechybnie z głodu. Dlatego też, choć wbrew własnej woli, podniósł się z posłania bez zbędnego narzekania i ruszył do legowiska wojowników, by tam wykonać nałożony na niego, nie wiedzieć czemu, obowiązek obudzenia reszty.
Z Niebiańskim Lotem poszło szybko; kocur właściwie sam uniósł łeb, zanim Poranna Łapa zdążył się w ogóle odezwać. Ponieważ Rubinowego Kamyka, która również została wyznaczona do udziału w patrolu, nigdzie nie uświadczył, ostrożnie skierował się w stronę pozostałego wyznaczonego, którego jasna sierść nadal unosiła się i opadała wolno w rytm sennego oddechu.
Przez chwilę zastanawiał się, jak postawić go na nogi.
– Klan Gwiazdy postanowił obdarzyć twe życie kolejnym pięknym dniem – szepnął mu wreszcie do ucha, w głębi ducha ciesząc się sposobnością do użycia dziwnych słów. Do tego czasu syjam z pewnością uznał go już za jakiegoś cudaka, a mimo to go nie unikał, więc stwierdził, że nie ma wiele do stracenia. – Nadszedł wyczekiwany czas patrolu, Łabędzi Plusku. Obudź się.
Już przy pierwszym zdaniu płowego Łabędź poruszył się niespokojnie, a do czasu, kiedy skończył mówić, patrzył już na niego wciąż jeszcze nieco zaspanymi, ale szeroko otwartymi oczami. Zorza cofnął się nieco, jak gdyby to przebudzenie naruszyło jego komfort życiowy.
– Reszta… Właściwie to Niebiański Lot czeka na zewnątrz – poinformował go, odwracając się. Przeszedł kilka kroków i nie wiedzieć czemu – point mógł to przecież równie dotkliwie odczuć na własnej skórze – dodał obojętnie: – Jest zimno.
Wyszli z obozu. Trudno powiedzieć, żeby pogoda była przyjemna; błotniste kałuże rozciągały się przypadkowo to tu, to tam, a mdłe światło poranku wcale nie ułatwiało odróżnienia ich zdradliwej powierzchni od bezpiecznego gruntu. Nie minęło kilka chwil, a skarpetki na tylnych łapach Zorzy zmieniły kolor z białego na szarobrązowy, ostatecznie całkowicie zlewając się z tłem, gdy uczeń potknął się na zmurszałej gałązce i wpadł prosto w kolejne muliste jeziorko.
Przynajmniej nie musiał się obawiać, że Łabędzi Plusk zaniesie się śmiechem.
Wędrówka dłużyła mu się niemiłosiernie. Czasami w takich sytuacjach wojownicy postanawiali przetestować skuteczność jego treningu, tym razem się na to jednak nie zapowiadało. Zarówno Łabędź, jak i Niebiański Lot powszechnie znani byli ze swojej małomówności i wątpił, by którykolwiek zechciał pytać go, jakie zwierzę przekroczyło tą i tamtą ścieżkę dwa wschody słońca temu – nie, żeby chciał być pytany. Cały jego trening i tak był jedną wielką farsą.
Patrol toczył się żmudnie, w tym samym marszowym tempie, aż do momentu, w którym Poranna Łapa nie stwierdził, że ma go już serdecznie dość, i poprosił o przerwę. Zatrzymali się w kępie iglastych drzew, których widok nic Zorzy nie mówił. Niebiański Lot przysiadł z boku, nie przerywając milczenia; znudzony płowy kocur rozejrzał się natomiast w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby chociażby zawiesić wzrok.
Kamień. Szary, całkiem spory i płaski, niepasujący zupełnie do brudnego i dzikiego lasu wokół. Zdesperowany, podszedł do niego, by przyjrzeć mu się bliżej; oparłszy się łapą o jego gładką powierzchnię, zlustrował go wzrokiem. Poznany z mniejszej odległości, przestał wydawać mu się interesujący, odchylił się więc z powrotem i już miał w duchu wysyłać modły do Klanu Gwiazdy, by ten zesłał mu coś do roboty, kiedy zauważył, że pozostawił po sobie ślad.
Mały, brązowy odcisk łapki, dobrze widoczny na bladym kamieniu. Przechylił nieco łeb i niewiele myśląc, zanurzył w błocie kolejną łapę, po czym odcisnął i ją.
Wspaniale, pomyślał, odsuwając się, by ocenić swoje dzieło. Oto moja spuścizna. Teraz nawet jeżeli jutro pożre mnie sokół, las będzie mnie pamiętał. Będą tędy przechodzić wiewiórki i myśleć, “och, tutaj pewnego brzydkiego dnia stanął jakiś równie brzydki zdeformowany kot i przycisnął łapę do kamienia”. Przynajmniej do następnego deszczu.
– C-co ro-robisz? – padło gdzieś zza jego grzbietu, kiedy jeszcze raz zanurzał łapy w mule, szykując się do kolejnego twórczego ataku na głaz.
– Nie wiem – przyznał, nie przerywając swojej roboty.

<sorry for being late ;; wszelkie reklamacje i uwagi proszę kierować do wieczornej mnie, to ona za wszystko odpowiada>

Od Miedzianej Iskry

W jednej chwili dosłownie cały świat Miedzianej Iskry się zawalił. Czuła się, jakby ktoś powbijał jej tysiąc perfekcyjnie naostrzonych sztyletów prosto w serce, a potem po kolei powyjmował i wbił jeszcze raz, ale pod innym kątem. Fala gorąca gwałtownie rozlała się po jej ciele.
Jak to Turkawka nie żyje?
Każdy wiedział, że to było nieuniknione, ale mimo to każdy miał nadzieję. I nie tyczyło się to tylko Turkawiego Skrzydła, ale wszystkich, którzy zachorowali. Nikt nie chciał się przedwcześnie żegnać. Niestety śmierć medyczki nadeszła niespodziewanie, nie dając Miedzi możliwości usłyszenia jej ostatnich słów.
Nie tak to miało wyglądać.
Skierowała swe nerwowe kroki do legowiska medyczek, wciąż wierząc, że to nieprawda. Że Turkawka leży i czeka tam na nią, aby przytulić i powiedzieć, że nie jest tak źle. Żeby się o nią nie martwiła.
Wojowniczka stanęła w wejściu, a jej nogi ugięły się pod ciężarem rozpaczy.
- TURKAWKO!! - zawyła rozpaczliwie, zanosząc się histerycznym płaczem - T-turkawko... - szepnęła, cała się trzęsąc.
Przypadła do jej boku, mocno wtulając się w przerzedzone futro. Ciało medyczki było zimne, ale i tak na swój sposób przyniosło minimalne ukojenie dla rozdartej wojowniczki. Chciała, by ten ostatni raz trwał jak najdłużej. Delikatnie przejechała językiem za uszami pointki.
- N... N-nie...
Zrozumiała, że już nigdy nie usłyszy jej kojącego głosu. Że już nigdy nie zamruczy jej ciepło na przywitanie. Że nigdy już nie podzieli razem z nią języków. Że więcej jej nie zobaczy. Z oczu kotki wylewało się morze, nie - ocean łez. Ciało drgało, wprawiane w ruch przez bolesne spazmy paniki i rozpaczy.
Gwiezdni, czy ona zrobiła coś źle? Za co? Za co mielibyście karać niczemu winną Turkawkę?
Owszem, Turkawie Skrzydło odeszła, ale ból pozostanie.


It's depression time!