— Pytasz, a wiesz. — Jego wąsy zafalowały delikatnie w rozbawieniu.
Ryk wodospadu obijającego się o skały ulokowane niżej niósł się echem po ogromnej jaskini, wojownicy wracali powoli do swoich obowiązków, a uczniowie wybierali się w celu nauczenia nowości od swoich mentorów. Kocur chciał, żeby młodziak wspominał dobrze treningi, dlatego też chciał wyszkolić go tak, jak wyszkolił Oszroniony Kieł. Na myśl o siostrzenicy poczuł przyjemne uczucie w piersi. Będzie musiał z nią porozmawiać. W końcu bardzo lubił słuchać nowości, jakie przytrafiły się w życiach jego rodzinie. Najwięcej czasu, już od przynajmniej paru księżyców, spędzał z Kukułczym Wdziękiem, dlatego naturalne było, że reszta jego relacji delikatnie osłabiła się. Musiał spędzać jak najwięcej czasu ze swoimi kociętami. Widział, jak stawiają pierwsze kroki i słyszał ich pierwsze miauknięcia. Były to najważniejsze i najpiękniejsze momenty dla rodziców, w końcu to pozostawało w pamięci… patrząc teraz na swoje potomstwo, przyłapywał siebie na lekkim zdziwieniu, że wyrosły tak szybko. Jeszcze ostatnio Firletka budował swoją niezwykle istotną konstrukcję, która miała na celu utrzymanie piór tak, by mu przypadkiem nie odleciały. Teraz w porównaniu, jego zadaniem było zbudowanie własnego legowiska, już w miejscu przeznaczonym dla uczniów. W jego oku zakręciła się łezka wzruszenia, która rozproszyła się, gdy pokręcił głową. Minęli gniazdo ze zwierzyną, kierując się spokojnie ku wyjściu.
***
Kremus potoczył wzrokiem po rozłożystym paśmie traw przed nimi. Ogromna łąka, porośnięta dopiero przygotowującymi się do zakwitu pokryta ciepłym, wpadającym w pomarańcz wręcz blaskiem, dzisiaj pogoda była dla nich przychylniejsza. Przyjemny, nieco chłodny zefirek przemierzał te tereny, owiewając ich kryzy. Starszy okryty był krótszą sierścią, a mimo to i tak odczuł, jak niektóre pasma unoszą mu się delikatnie, posyłając w powietrze parę jaśniejszych włosków, okrywa, którą zrzucał po wszystkich tych mroźnych pazurach nieprzychylnych czasów. Trafiła im się niezwykle smutna, burzowa i przepełniona chłodem wraz z deszczami Pora Nowych Liści. Dzisiejszy dzień był jednak zupełnie inny – słońce, może, nawet jeśli nie grzało tak intensywnie, jak mogłoby podczas Pory Zielonych Liści, oświetlało teraz boki dwóch kotów miło, pnąc się po niebie leniwie. Parę chmurek zbierało się na horyzoncie, od czasu do czasu zasłaniając słońce. Gdy tak się działo, wszystko dookoła robiło się o ciut ciemniejsze i raz jeszcze – chłodne i przykre, aczkolwiek prędko wracał dawny blask. Trójoki Zając kiwnął głową do synka, który czekał na jakiekolwiek polecenia z jego strony.
— Świeży mech zbierzemy ze skrawka, jaki nam przysługuje obok terenów Klanu Wilka. Drzewa iglaste mają go aż w bród nad korzeniami — przekazał najpierw, żeby samemu również wymyślić i zapamiętać ich trasę w tamte okolice. Dobrze, gdyby udało im się tam jeszcze zawitać przed zachodem słońca… nadal pamiętał, jak wiele księżyców temu napadł na niego lis, a później czmychnął właśnie tam. Po jego kręgosłupie przebiegł nieprzyjemny dreszcz na samą myśl. Medyczki opatrzyły go sprawnie i wrócił do zdrowia, wtedy jeszcze Królik był w Klanie Klifu, obok niego… jak wiele rzeczy od tamtego czasu się zmieniło. Klifiak, gdyby miał długi ogon, najprawdopodobniej owinąłby nim własne łapki. Tak, jak zrobił to jego syn, który w odpowiedzi kiwnął głową. Klasycznie pręgowany powiódł ślepiami po łące raz jeszcze. Schylił lekko łeb ku uczniakowi i spokojnym ruchem palca, przy swojej piersi, wskazał na żurawia, który wylądował w tej chwili tuż obok małego zbiornika wody. Potrząsnął głową, otrzepując kropelki wody ze swoich długich, szarych piór, a szyję miał wyprostowaną, niczym antenka. Biała szeroka brew ciągnąca się za okiem. Wygięty i długi pióropusz pokołysał się na boki, gdy większa od bociana istota skończyła pozbywanie się nieprzyjemności w postaci wilgoci. Ciemienia zdobiły jaskrawoczerwone piórka, sam czubek, wpadające wręcz w szkarłat, jednak tak ujmujący oko, że ciężko było odwrócić od niego wzrok. Kremus zastygł, a uczniak podążył jego śladem. Ściszył głos do szeptu, nie głośniejszego niż kojące podmuchy wiatru. Wielki ptak schylił się, dziobem niczym sztyletem w pewnym momencie wbił się w coś, chociaż chybił, a dwójka przyglądała się całemu przedstawieniu z odległości.
— Coraz rzadziej widuje się u nas żurawie. Raczej częściej odwiedzają bagna, czyli na terenach Klanu Wilka, niżeli nasze rozłożyste pasma łąk. Chociaż ze względu na to, iż myszy jest teraz w bród oraz żaby powoli się wprowadzają… może częściej będziemy je widywać — podjął, pamiętając o prośbie kocurka. — Ich lot przypomina ten bociani, oszczędzają siły, głównie szybując i krążąc. Mają tak rozłożyste, wielkie skrzydła, że wieczne trzepotanie nimi by wymęczyło je szybciej niż to potrzebne i w dodatku robiłyby wiele hałasu przy tym, a coś muszą zjeść. Każda zwierzyna ucieknie, gdy padnie na nią tak ogromny cień. Oczywiście, nie znaczy to, że wcale nie trzepoczą. Bo jeśli warunki na to nie pozwalają, są do tego zmuszone, chociaż tego nie preferują.
— Krążą, żeby nabrać prędkości, wiem, tato — dopowiedział Firletkowa Łapa żartobliwie przewracając oczami, a Trójoki Zając zamruczał z uznaniem. — Nocą wracają do swoich gniazd albo przebywają na lądzie.
— Tak. Doskonale — pochwalił go, zadowolony, że syn tak szybko się uczył i jego wiedza o ptakach stale się poszerzała. Jeśli nie dzięki historiom ojca, to samemu je obserwował zawzięcie. Nawet jeśli nie przyda mu się to absolutnie podczas testu na wojownika, kocurowi zależało na tym, żeby młodziak miał świadomość, jakie ptaki go otaczały. Żeby postrzegał je nadal niczym żywe, wspaniałe istoty, a nie jedynie pożywienie, jak reszta Klanu Klifu.
Po jakimś czasie wielki żuraw wzbił się w powietrze spektakularnie, odlatując w kierunku terenów bagnistych. Słońce zawisło wysoko nad nimi, a zefirek powrócił, tym razem ze zdwojoną siłą, jednak nadal było znośnie. Trójoki Zając otrzepał się z paprochów i rozprostował zdrętwiałe już kończyny, mrużąc przy tym oczy i ziewając. Siedzenie długo w tej pozycji mu wcale nie służyło, aczkolwiek niczego nie żałował. Nawet jeśli później będą go boleć łapy, żadnej chwili spędzonej ze swoją rodziną nie żałował. Niestety, tak jak każdego, i jego kiedyś musiał chwycić ząb czasu. Nie był już malutkim kociakiem, który dopiero co uczył się ubytków wielkiej jaskini… czasy jego młodości już dawno minęły. Chociaż miał wrażenie, że dzięki swoim kociętom czuł się tak, jakby niebawem to on miał mieć ceremonię na ucznia, a nie tą, która odesłałaby go do legowiska starszyzny. Oczywiście i do tego pozostało jeszcze trochę, ale czuł, że było mu do tego bliżej, niżeli czasów, kiedy został mianowany wojownikiem. Zastrzygł wąsami, a niebieski pospiesznie ruszył u jego boku. Wysokie kłosy trawy uginały się pod ich łapami, gdy brodzili tak między pnącymi się łodygami, od czasu do czasu czepiającymi się ich sierści. Całe szczęście wcale go nie rwały, a najzwyczajniej w świecie łamały się pod ich naciskiem lub kołysały na wietrze, niczym wielkie trzciny.
Gdy znaleźli się blisko lasu iglastego, a tym samym Czarnych Gniazd, które zostały wiele księżyców temu odebrane im przez Wilczaków, do nosa dwójki dotarł intensywny, świeży smród oznaczeń granicznych wraz z mokrą wonią błota, a także igliwia. Nieopodal dwójki zaczęła skrzeczeć donośnie czajka, a Trójoki Zając odsunął się lekko, pilnując też, żeby Firletkowa Łapa również zrobił parę kroków do tyłu. Ptak podbiegł im niemal pod łapy, chociaż również starał się zachować dystans. Jego oczom rzucił się mały dołek, wyścielony paroma liśćmi i skąpo ułożonymi źdźbłami trawy. Nie mógł dostrzec, czy wewnątrz były jajka, aczkolwiek widząc zachowanie ptaka, a także fakt, iż tak zawzięcie bronił tego miejsca… najprawdopodobniej były. Teren ten nie był aż tak wielce pokryty wysokimi trawami, dlatego też nic dziwnego, że osiedliła się właśnie tutaj. Właśnie takie przestrzenie te ptaki wręcz preferowały. Zaczęła na nich wrzeszczeć donośnie, szykując się do nurkowania, aczkolwiek zauważywszy, że była ich dwójka, runęła na ziemię z wygiętym skrzydłem, patrząc na nich guzikowatymi oczkami. Zaczęła trzepotać desperacko ramieniem, ciągnąc je po ziemi i biegając w kółko na patykowatych łapkach.
Dwójka odeszła od niej spory kawałek w celu zapewnienia spokoju, który nieświadomie przerwali. Trójoki Zając zamyślił się na jakiś czas, jednak spróbował szybko oprzytomnieć. Modlił się do Klanu Gwiazdy, że nikt nie postanowi tędy przechodzić niebawem. Chciał, żeby ta czajka miała szansę na wychowanie własnego potomstwa do czasów dorosłości i za parę sezonów mogła osiedlić się tu raz jeszcze. Jeśli jednak któryś z Klifiaków tu przybędzie, nie pozwoli jej na to. Kolorowo opierzona wyląduje z powodu danego, okrutnego kota na stercie zwierzyny. Wzdrygnął się.
— Mech można też namoczyć w wodospadzie, dzięki temu przynosimy wodę potrzebującym pobratymcom. W głównej mierze starszyźnie, chorym, a także karmicielkom — dopowiedział jeszcze, chociaż to raczej medycy gromadzili takie zapasy. Ale wojownicy mogli im pomóc od czasu do czasu.
<Firletko, jak ci się podoba dzisiejsza nauka o ptakach?>
[1459 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz