BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 sierpnia 2026

Od Łabędziej Łapy CD. Liliowej Pieśni (Bagna)

Popatrzyła na kotkę podejrzliwie i zwęziła oczy w szparki. Jej mentor postąpił podobnie.
— W porządku, możesz iść — powiedział w końcu. Namiestniczka powiodła jeszcze wzrokiem za odchodzącą liliową. Nawet po kontynuacji treningu czuła, że coś jej tu nie grało…

***

Ślub Ulewnego Szkwału i Liliowej Pieśni

No i jednak jej przestrogi nie podziałały. Ulewny Szkwał i Liliowa Pieśń brali dzisiaj ślub, a ona jako namiestniczka musiała na niego pójść. Oby ten okazał się równie sensacyjny, jak ten ostatni. Nie po to przychodziła na szczęśliwy dzień tej paskudy, żeby wyjść bez żadnego materiału na plotki. Przynajmniej ładnie dziś wyglądała i tym razem nie musiała dyskutować z Nurową Łapą, żeby pożyczył jej ozdoby. Jak dobrze, że była Pora Nowych Liści, chociaż niezbyt ładna. Przynajmniej kwitły już kwiaty. I z tego faktu właśnie skorzystała. Postanowiła wpleść sobie stokrotki w kryzę. I musiała przyznać, że mimo iż kwiaty nie lśniły, wyglądały całkiem przyzwoicie. Razem z resztą rodzinki weszła na Świetlikową Wyspę i zajęła swoje typowe miejsce. Dość blisko ołtarza, ale jednocześnie wystarczająco daleko od wszystkich, żeby nikt nie mógł jej szturchnąć. No i był stąd dobry widok na wszystko, co działo się na wyspie. Przybrała swoją standardową postawę i poczekała, aż wszyscy znajdą dla siebie miejsca. Wtedy do jej uszu dobiegł głośny dźwięk:
— CO WY WSZYSCY TACY SMUTNI? — miauknęła entuzjastycznie Wesoła Łapa. — CHYBA NIE POWIECIE MI, ŻE MACIE PATYKI POD OGONAMI? Hihihihihi~
Prychnęła z pogardą, będąc świadkiem takiego infantylnego zachowania. Jakim cudem Pan Książę Rogaty Flaming z nią wytrzymywał? Większość zebranych wydawała się mieć na ten temat podobne zdanie, bo nie wyglądali na zadowolonych z tego jakże inteligentnego komentarza. Wtedy w stronę ołtarza zaczęła iść Ropusza Łapa, rozrzucając kwiaty. Naprawdę? Na takim ślubie? Ropucha naprawdę czasem wydawała się pusto-czaszna, ale żeby aż tak? W tym momencie Łabędzia Łapa straciła resztki szacunku wobec koleżanki z legowiska. Kiedy bura skończyła swoje zadanie, usiadła gdzieś blisko powalonych kłód, a tam, gdzie przed chwilą szła, pojawiła się para młoda. Wtedy wśród Nocniaków zapadła już kompletna cisza.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, aby uczcić i przypieczętować miłość Ulewnego Szkwału oraz Liliowej Pieśni — zaczęła Mandarynkowa Gwiazda. — Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Tak bardzo kusiło ją, by wstać i krzyknąć, ale się powstrzymała. Jeśli fińczyk chciał sobie zrujnować reputację to ona nie będzie mu zagradzać drogi. Tak jak na poprzednim ślubie — nikt nie protestował.
— Czy wy, Ulewny Szkwale i Liliowa Pieśni, w obliczu wszystkich zebranych tu kotów oraz samego Klanu Gwiazdy przysięgacie sobie dozgonną wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów, nawet po śmierci?
— Przysięgam — miauknął krótko kocur.
— Przysięgam — powiedziała wojowniczka. Księżniczka skinęła głową.
— Zatem mocą naszych walecznych przodków, ogłaszam was na zawsze związanych! Niech Klan Gwiazdy oświetla waszą drogę, a wasze dusze, niczym para łabędzi, nigdy nie ulegną rozłące.
Para młoda zetknęła się nosami, a wokół rozległy się wiwaty. Dla niej nie było to nic specjalnego. W ciągu swoich kilku księżyców życia zdążyła już być na trzech takich uroczystościach. Nie entuzjazmowała się również, kiedy przyszedł czas na rzut żabą. Chociaż musiała przyznać, że patrzenie jak koty kłóciły się o płaza, było zabawne. Tym razem szczęśliwym kotem okazał się Narcyzowa Łapa. Chyba naprawdę musiał w końcu wziąć ten ślub. Tylko z kim? Ostatni kandydat właśnie oficjalnie przestał być kawalerem. Nie myślała jednak nad tym długo, bo chwilę później z tłumu wyłoniła się Narwana Łapa, ewidentnie niemogąca już wytrzymać czekania na ślub ze swoją ukochaną. Wyrwała się do przodu, skacząc i próbując odepchnąć łapy brata od zdobyczy.
— Dawaj mi tego płaza!
Ten odskoczył na bok, ciałem budując dystans między Werwą a żabą, wciąż wijącą się pod jego łapami.
— Spadaj! — syknął, łypiąc na siostrę. Szylkretka prychnęła, skacząc za Narcyzem.
— No weź, to już drugi raz z rzędu! — wyciągnęła do przodu łapę i trąciła go w grzbiet, wciskając drugą od boku pomiędzy jego łapy i próbując dosięgnąć żaby. — A nawet nie masz z kim tego ślubu wziąć... Twój gruby zad mnie nie powstrzyma!
Namiestniczka omal nie parsknęła śmiechem. Zamiast tego tylko zakryła łapą pysk, gdy jej wąsy drżały z rozbawienia.
— Nieprawda! — odparował czarno-biały, starając się odepchnąć siostrę. — Odsuń się, bo mnie udusisz!
W tej samej chwili łapa ześlizgnęła mu się z płaza i razem z siostrą runął na ziemię. Żaba wyskoczyła im obojgu i podskokami zaczęła próbę ucieczki z wyspy. Księżniczka-ogrodniczka szybko podskoczyła w górę, łapiąc małe stworzonko.
— Mam żabę! Złapałam, złapałam! — cieszyła się. Dziwne. Taka stara, a zachowywała się jak mały kociak. Trochę jak Wesoła Łapa. O niej nie będzie źle mówić, w końcu to był kot z rodu.
Wtedy rozległ się odgłos stukania patykiem o pustą kłodę. Odwróciła głowę w jego kierunku i zobaczyła Liliową Pieśń. Mało jej było atencji?
— Przepraszam na chwilkę! Chciałam coś powiedzieć. Po tym, jak sprawa z żabą się wyjaśni, to po prezentach przyjdzie czas na skromną, lecz przygotowaną przez samą parę młodą, ucztę.
Ble! Nie zamierzała tego tykać! Pewnie złapali coś nieświeżego. Nie zamierzała utknąć w śmietnisku na następny dzień. Wszyscy jednak pokiwali z uznaniem głowami i kontynuowali zabawę. W tym momencie usłyszała głos księżniczki – Czyhającej Mureny.
— Co wy wyprawiacie? — zapytała głośno. Powiodła wzrokiem w kierunku, w którym patrzyła Czyhająca Murena i rzeczywiście. Działo się coś… ciekawego. Piastun Klanu Nocy stał z ranną łapą nad jakimś czekoladowym kotem, który nie mógł należeć do ich klanu. Taką sowią wypluwkę na pewno by zapamiętała.
— Złocisty Widliku, kto to jest? — Murena wypowiedziała kolejne pytanie.
— Em, no cześć — miauknął nieznajomy. Liliowa Pieśń uśmiechnęła się szeroko i miauknęła do gości.
— Em, przepraszam drogich zgromadzonych, kolacja będzie podana wcześniej. Zwierzyna już czeka. Dziękuję za uwagę! — podała niektórym kilka piszczek, a następnie przybliżyła się w stronę samotnika i stojących nad nim kotów. Do tego grona zdążyła już podejść czarno-biała. Złocisty Widlik sapnął zaskoczony, gdy dostał potężnego kopniaka w brzuch, upadając obok kocura. Po chwili podniósł się i zaczął coś tłumaczyć księżniczce. Samotnik w tym czasie wstał na nogi i zaczął z nimi rozmawiać. Łabędzia Łapa nie słyszała ich dobrze przez gwar panujący na wyspie. Zobaczyła jednak, że z samotnikiem rozmawiała również Wesoła Łapa. Jak można być tak nieodpowiedzialnym?! Już się nie dziwiła, że na ślubie jej rodziców Pan Książę Rogaty Flaming cały czas jej pilnował. Po chwili usłyszała okropnie głośny śmiech uczennicy.
— HAHAHAHA CZERWONA KROPKA!!
Czerwona kropka? Znak rodu królewskiego? To nie była żadna kropka, a majestatyczny lotos! Jak można było być taką ofermą?!
W końcu ktoś postanowił zająć się niebieską uczennicą. Konkretnie zrobił to piastun. Najwyraźniej skoro zachowywała się jak kociak, to tylko ich opiekun mógł ją opanować. Córka Kropiatkowej Skórki wyraźnie posmutniała. Złocisty Widlik jeszcze jej coś tłumaczył, co jakiś czas warcząc na czekoladowego. W międzyczasie Liliowa Pieśń postanowiła zasłonić kłócące się koty i zaczęła przyjmować prezenty, zaczynając od Czosnkowej Krewetki. Ta trójka jednak nic nie robiła sobie z tego, że liliowa chciała ich ukryć, nadal kłócąc się w najlepsze. Niedługo później do rozmowy dołączyła ponownie Czyhająca Murena. Dziwne to było zajęcie, próba zgadnięcia, co się tam tak właściwie działo. Dyskusja musiała być bardzo chaotyczna, bo Wesoła Łapa zaczęła płakać. W końcu jednak przestała i napuszyła się jak paw.
— JESTEM JEGO DUMĄ! — miauknęła bojowo z uśmiechem na pyszczku. — BWAHAHAHA!
Chyba nigdy jej nie zrozumie. Ale jeżeli mówiła o byciu dumą swojego mentora, to Widlik musiał zaserwować jej niezłą porcję wyssanych z palca bajeczek. Oba koty odeszły od księżniczki i nieznajomego. Wtedy miała okazję przybliżyć się do nich, gdyż mieli właśnie z rodziną wręczyć parze prezent. Nie skupiała się na podziękowaniach ani na tym, co tak właściwie im dali. Bardziej interesowały ją ukryte za Szkwałem i Lilią rozmawiające koty.
— Nie jesteś w tym momencie w pozycji na taką bezczelność. Jesteś intruzem, na dodatek…
Tyle zdążyła usłyszeć, zanim nie musiała wrócić na miejsce. Intruz? No, rzeczywiście, chyba samotnicy z reguły nie powinni pojawiać się na klanowych ceremoniach. Wierzyła jednak w to, że księżniczka poradzi sobie z tym nędznym łajnojadem. Czekaj… czy on zaczął śpiewać? Chyba rzeczywiście coś mu siadło na mózg. A może tak po prostu miały koty czekoladowe? Nie wiedziała i nie czuła potrzeby spędzania z nimi tak dużej ilości czasu, żeby się o tym przekonać.
— Księżniczko! — zawołała Wzlatująca Uszatka, po czym podeszła do Czyhającej Mureny. Kocur nie przestawał śpiewać. Córka przywódczyni miauknęła kilka rzeczy do Zmierzchającej Fali, którego namiestniczka wcześniej nie zauważyła. Ten podniósł się, żeby gdzieś pójść, ale drogę zagrodziła mu Liliowa Pieśń. Zaczęła dyskutować z księżniczką, a po chwili przyłączyła się do niej druga zakała klanowa. Pomiędzy nie wcisnęła się sama przywódczyni.
— Spokój! — krzyknęła, uciszając pannę młodą i Urodziwy Szafirek. Grupa kotów ponownie zaczęła kłócić się z samotnikiem. Z każdą chwilą Mandarynkowa Gwiazda wydawała się coraz bardziej wściekła.
— Wronia strawo! — wykrzyknęła w końcu. — Kto cię tu wysłał i skąd znałeś drogę do obozu?!
Ktoś ich szpiegował? No, w sumie, rzeczywiście mógł to być powód pobytu kocura na wyspie. Spojrzała na rodziców, którzy teraz stali obok niej i brata w pozycjach bojowych. Ponownie popatrzyła w stronę zgromadzonych. Srebrna księżniczka stała odwrócona od czekoladowego. Niespodziewanie obróciła się z powrotem i walnęła go łapą z wysuniętymi pazurami w policzek, po czym dała Zmierzchającej Fali znak ogonem i strzepnęła kropelki krwi na ziemię. Łabądek zmroziło. Nie lubiła widoku krwi. Brzydził ją. Skoro jednak ten czekoladowy samotnik był szpiegiem… to chyba mu się należało? Przed nią i jej rodziną stanął Zmierzchająca Fala z Rysim Borem.
— Chodź, Żmijowcowa Wici.
Spojrzała na ojca, nie rozumiejąc. Ten tylko pogładził ją ogonem po barku, po czym wstał i poszedł za resztą kocurów. Przywódczyni miauknęła coś do nich, na co samotnik zaczął coś krzyczeć z przerażeniem, ale tak bełkotał, że nic konkretnego nie zrozumiała. Przywódczyni zarządziła wymianę Rysiego Boru na Szałwiowe Serce, a do kłótni z samotnikiem dołączyła Czosnkowa Krewetka.
— Milczeć, lisie serce! — zagrzmiała przywódczyni, nie odrywając wzroku od samotnika. To było ostatnie, co mogła usłyszeć, zanim jej ojciec, Zmierzchająca Fala, Szałwiowe Serce i Czyhająca Murena nie wyprowadzili samotnika z wyspy. W tym momencie uwagę zebranych spróbowała przykuć nerwowo uśmiechnięta Liliowa Pieśń.
— Dziękujemy za przyjście na tę ważną dla nas ceremonię. Niech Klan Gwiazdy was prowadzi! — miauknęła, próbując jak najszybciej zakończyć ten nieudany wieczór. Zanim jednak ktokolwiek zdążył podnieść się z miejsca, przywódczyni stanowczym głosem wydała rozkaz:
— Wszyscy zostają na wyspie, do końca przesłuchania.
Przez jej futro przebiegł dreszcz. Mieli zostać na wyspie? I nawet nie wiadomo było, kiedy mogli wrócić do legowisk? Wraz z tą informacją, zimny wiatr stał się dużo bardziej nieprzyjemny. Chciała tylko już położyć się znowu na swoim posłaniu…
Popatrzyła na resztę rodziny. Brat siedział obok, nie dając po sobie niczego poznać. Matka siedziała zaś pomiędzy nimi. U niej napięcie było widoczne. Powędrowała wzrokiem z powrotem tam, gdzie patrzyła przed chwilą. Liliowej Pieśni nie było nigdzie widać, a jej małżonek gorączkowo dyskutował z Mandarynkową Gwiazdą. Po chwili fińczyk poddał się i odszedł, ale dopadł go Złocisty Widlik. Popatrzył na niego zestresowany. Niebieski również szybko się zmartwił i oboje zaczęli panikować. Trwało to dłuższą chwilę, dopóki obok nich nie pojawiła się Liliowa Pieśń. Kocury lekko się uspokoiły, ale nadal ofukiwały kotkę i siebie nawzajem. Nie do końca rozumiała, co się działo. Samotnik został odprowadzony na “przesłuchanie”, a teraz jeszcze nie mogli wychodzić z wyspy. Nie pozostawało jej nic innego jak siedzieć i ładnie wyglądać. Z powodu napiętej sytuacji nie ruszała się z miejsca obok brata i matki. Rzuciła tylko spojrzenie w kierunku Ulewnego Szkwału. „A mógł mnie posłuchać” pomyślała.
Podczas siedzenia spostrzegła swojego mentora, który siedział bardzo blisko pary młodej, praktycznie nie spuszczając z nich wzroku. Wiedziała, że powinna się nie wtrącać, a tym bardziej nie patrzeć w jego kierunku, żeby nie przyciągać do siebie uwagi. Ponownie wyprostowała się i popatrzyła przed siebie. Mogła nie wiedzieć, o co chodziło, ale rozumiała wystarczająco. Tkwiła tak w miejscu, próbując udawać, że wszystko jest w porządku, mimo że atmosfera była widocznie napięta. Siedziała tak dalej, pięknie wyprostowana i uśmiechnięta, jednak ogon siedzącej nieopodal matki szybko psuł złudzenie idealnej rodzinki namiestników. Mimowolnie zjeżyła się pod wpływem mocniejszego podmuchu wiatru i… pewnego wspomnienia. Jakiś czas temu na treningu ona i jej mentor wpadli na wracającą z okolic granicy z terenami niczyimi Liliową Pieśń… A teraz to właśnie na jej ślubie samotnik wpadł na wyspę. Kropki w głowie połączyły jej się w całość. Musiała komuś o tym powiedzieć, dla dobra klanu… no, kogo ona oszukiwała? Dla własnego zysku! Rozejrzała się. Mandarynkowa Gwiazda była poddenerwowana, Błękitna Laguna zajęty, a jej własna matka aktualnie ledwo utrzymywała na własnych barkach reputację ich rodziny. Wtedy go zobaczyła. Pan Książę Rogaty Flaming. Szybko wstała.
— Zaraz wrócę — rzuciła tylko przyciszonym głosem, nawet nie oglądając się na rodzicielkę, po czym pospiesznie potruchtała do księcia. Była widocznie rozemocjonowana i z trudem powstrzymywała się od pominięcia formalności. Mimo tego, kiedy już stanęła przed pointem, odetchnęła, wyrównała futro i się ukłoniła. Point spojrzał na nią, odrobinę zdziwiony.
— Łabędzia Łapo? — miauknął, pozwalając jej na zabranie głosu.
— Dzień dobry, Panie Książę Rogaty Flamingu — przywitała się i zapauzowała, nie wiedząc jak ubrać to w słowa. — Ja… mam pewne podejrzenia dotyczące tego samotnika i Liliowej Pieśni. — Wzięła głębszy oddech, po czym bardzo szybko wyrzuciła z siebie: — Widziałam kiedyś na treningu, jak wraca z okolic granicy z terenami niczyimi. Kiedy Pan Książę Zastępca Błękitna Laguna zapytał ją, co tam robiła, stała się nerwowa. Ja myślę, że ona już wcześniej znała tego samotnika i go tu zaprowadziła.
Książę spojrzał tylko na nią, zdając się zamyślić.
— W porządku. Możesz już iść — machnął ogonem. Posłusznie wstała, ukłoniła się i skierowała z powrotem na swoje miejsce. Po drodze zobaczyła jednak wchodzącego na wyspę tatę. Był sam. Popatrzyła na niego pytająco, na co on posłał jej spojrzenie oznaczające “nie teraz”, więc po prostu poszła dalej. Kątem oka zauważyła go wychodzącego z wyspy razem z Liliową Pieśnią. To wszystko było okropnie zagmatwane i z każdą chwilą rozumiała tylko coraz mniej. Wiedziała tylko tyle, żeby się nie wychylać. Chwile dłużyły jej się niemiłosiernie. Miała wrażenie, że już zaraz wzejdzie na niebie słońce. Wtedy właśnie na wyspę wkroczyła Mandarynkowa Gwiazda, a za nią Zmierzchająca Fala razem z jej ojcem. Srebrna księżniczka stanęła przed ołtarzem i chrząknęła. Większość kotów obróciła głowy w jej stronę.
— Sprawa została rozwiązana — zaczęła. — Liliowa Pieśń przyprowadziła na Świetlikową Wyspę samotnika o imieniu Mrok, swojego brata. Pozwoliła mu zaatakować członka własnego klanu, Złocistego Widlika, zignorowała moje rozkazy, idąc na wyspę, gdzie odbywały się przesłuchania bez niczyjego pozwolenia, a następnie przez długi czas wypierała się jakichkolwiek powiązań z Mrokiem — streściła wszystko. — Samotnik zostanie pozbawiony życia, czym właśnie zajmuje się Czyhająca Murena. Liliowa Pieśń zaś od dzisiaj będzie znana jako Bagno i zamieszka na wyspie więźniów. W ramach kary i ewentualnego odkupienia będzie również pełnić funkcję przynęty podczas walk, czy innych interakcji z samotnikami — zapauzowała i przejechała wzrokiem po kotach. — To wszystko, można już rozejść się do legowisk.
Nadal nie do końca rozumiała, co się właśnie wydarzyło. Może to dlatego, że była zmęczona? A może po prostu jej umysł nie mógł czegoś takiego objąć? Ospale razem z resztą rodzinki skierowała się w stronę obozu. Ależ ona była zmęczona…

<Lilia?>

[2437 słów]

[49%]

Od Drzemlika CD. Lipieńka

Drzemlik zgarnął kawałek posłania, które nie było okupowane akurat przez nikogo i próbował zbić je w ciasną górkę, jakby podłoże dla ich nowego pupila. Szeleścił tak przez parę uderzeń serca, pracując pieczołowicie. Mchu niestety nie widział nigdzie, ale powinien być poza żłobkiem. Może jeśli się rozejrzy i postara bardziej, to i tutaj go znajdzie… w końcu kociaki wiecznie bawiły się kulkami mchu. Musiała jakaś się ostać, choćby wyschnięta i wytarmoszona. Niebieski nie wiedział, co jadły ślimaki. W końcu znaleźli go w dole razem z innymi, nieruszającymi się owadami, więc może jadły właśnie to…? Ale nie zamierzał kwestionować tego, co mówił kolega. Wierzył mu i równie dobrze mogli się przekonać. W końcu nie było niczego złego w podawaniu pupilowi możliwych posiłków i sprawdzania, co by zjadł, tak? Wysoka trzcina nad głowami dwójki zakołysała raz jeszcze, pchana przez wiatr i uchyliła ze swoich źdźbeł parę kropli wody prosto na główkę zwęglonego. Ten w odpowiedzi podskoczył lekko ze zdziwienia, a następnie potrząsnął łebkiem w celu zrzucenia z siebie nadmiaru wody, reszta musiała wyschnąć sama. Skąd mógł wziąć kamyk… hm… A, leżał właśnie jeden obok jego łapy. Pochwycił go ostrożnie i położył na swojej budowli z wyschniętej ściółki. Dumny ze swojej budowli, podniósł delikatnie ślimaka za muszlę w celu położenia go na nią. Istotka odlepiła się od mokrego podłoża, zginając w kuleczkę i chowając do muszli całkowicie. Widać było jedynie lepką substancję, lekko wystającą poza twardą osłonę. Prawie wyślizgnął mu się z łapki, jednak w porę odstawił go na kamień. Muszla ułożyła się płasko na powierzchni, jednak pupil nie chciał wyjść ani wyglądać na zewnątrz.
— Przyniosę mu coś do jedzenia, może jak go nakarmimy, to wyjdzie! — oznajmił Lipieniek, a Drzemlik w odpowiedzi zawołał:
— Dobrze!
I łapką pilnował, żeby w razie co ślimak nie stoczył się z ich porządnej konstrukcji. Słońce wspinało się leniwie po nieboskłonie, rzucając delikatne światło na pyszczek młodzika, dumnie i wytrwale pilnującego, żeby nic nie stało się ich nowemu zwierzakowi. Patrzył na wojowników, spieszących się na patrole, dzielących językami i co jakiś czas miał wrażenie, że ktoś do niego podejdzie, aczkolwiek finalnie nikt tego nie zrobił, przynajmniej nie teraz. Lipieniek obawiał się, że ktoś im porwie tego ślimaka albo wyrzuci, a niebieski nie odczuwał niczego podobnego. Tak naprawdę z wielką chęcią pochwaliłby się komuś, że go znaleźli.
Czekał i czekał na kolegę, ale jemu schodziło dziwnie długo. Może zwęglony był po prostu niecierpliwy? Zaczął się odrobinę martwić. Jedyne, co widział, to przebierające łapy pobratymców nieopodal i czuł zapach kociaka, jeszcze przed chwilą tutaj siedział.
Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomego, pręgowanego ogonka, ale nie mógł go nigdzie znaleźć. Wstał więc i pochylił się nad ślimakiem jeszcze. Czy wyszedł poza obóz w celu zerwania paru liści? Jak wyglądało w ogóle wyjście z azylu? Nie był pewien, czy chciał to sprawdzać. W końcu nie wolno mu było wychodzić poza żłobek, a co dopiero poza obóz…
— Nigdzie nie idź, dobrze? Musimy cię jakoś nazwać! — poprosił, poduszką delikatnie gładząc go po muszli. Była śliska i mniej mokra niż paręnaście uderzeń serca. Wstał od niego i gdy zrobił parę kroków, jego serce uspokoiło się odrobinę. Lipieniek siłował się z jedną z wielkich trzcin. Ząbkami wbił się w obficie obrośnięte łodygi, a roślina nie ustępowała i gdyby tylko poszarpał się tak dłużej, możliwe, że posłałaby go w górę i utknąłby tam, przynajmniej dopóki nikt by go nie zdjął. Niczym polna mysz na kłosie trawy. Westchnął z ulgą. Podszedł do kolegi w celu pomocy mu z zerwaniem pożywienia dla ślimaka. Nie był szczególnie silny, ale praca we dwóch robiła różnicę.

<Lipieńku, uważaj, bo zawiśniesz w powietrzu! A koty nie potrafią latać… czy potrafią?>

Od Żabiego Oka do Wełnianki

Żabie Oko odetchnęła cichutko. Całe jej futro było przemoczone. W końcu śnieg ustąpił zieleni i rzeka odżyła. Jej woda była rwąca i orzeźwiająca jak zawsze. Wojowniczka rzuciła dwie soczyste ryby na stos zdobyczy i rozciągnęła się. Liliowa Łapa rzucił swoją mysz zaraz za nią.
– Dobra robota dzisiaj. – pochwaliła młodzika, który uśmiechnął się do niej serdecznie na te słowa.
– Dziękuję, Żabie Oko. Staram się! – i po tych słowach udał się w swoją stronę. Co tam robił, w trakcie swojego wolnego czasu było poza wiedzą Żabki i jakoś nie obchodziło jej to za mocno. Nie miała potrzeby kontroli nad każdym, kogo znała. Już jej starczyło, że jej siostry były trochę głupiutkie i musiała się o nie martwić.
– Żabie Oko, jak dobrze cię widzieć. – Błękitna Laguna zbliżył się do niej żwawym krokiem. – Jak Ci idzie trening Liliowej Łapy?
– Idzie lepiej niż się spodziewałam, drogi księże – odpowiedziała wojowniczka.
– Cieszy mnie to. – odparł zastępca. – Zanieś jakąś zdobycz do królowych. – polecił. Żabie Oko pokiwała łebkiem i chwyciła trzy ryby. Aż nie chciało się jej wierzyć, że tyle królowych siedziało w ich żłobku. Wślizgnęła się do żłobka w miarę sprawnie. Jeszcze niedawno przychodziła tutaj do Nura, ćwiczyć z nim polowanie i pływanie. Wyrwała go na spacery i zwiedzanie świata. A teraz to miejsce było jeszcze bardziej pełne kotów i kociaków.
– To dla was. – mruknęła, kładąc jedzenie przed Senną Łzą i Świteziankowym Jeziorem. Potem spojrzała na trzecią rybę i Fląderkę. Z cichym westchnieniem podeszła do czekoladowej kotki. Ta podniosła na nią wzrok.
– Smacznego. – mruknęła Żabka i podała jej rybę.
– Dziękuję. – królowa odparła cichutko i zajęła się jedzeniem. Żabka wtedy miała szansę przyjrzeć się wszystkim dzieciom wokół. Oczywiście były te łobuzy, które znaleziono niedługo po wizycie borsuka. Żabie Oko wyparła to zdarzenie z głowy. Milczek, Pyza i Byczek. Dwa czekoladowe kociaki i jeden rudzielec. Tylko jeden nieskalany. Byli też Fiołek i Jasność. Dwa zdrowe i ładne kociaki od Sennej Łzy. Potem jeszcze dzieci Świtezianki. Były ślicznie nakrapiane. Zupełnie jak ich mama. No… i były jeszcze te dzieci. Te z przeklętego kota. Dzieci Obrzutka.
– Dzień dobry. – jedno z nich zaczepiło ją za ogon. Żabie Oko spojrzała na kociaka przed sobą. Był prawie cały biały. Tylko odrobina koloru wystawała na jej uszach i ogonie.
– Dobry.
– Pobawisz się ze mną? – zapytał kociak, po czym skoczył na łapy i podbiegł przed nią. To była Wełnianka, jeśli Żabki nie zawodziła pamięć.
– Mam lepszy pomysł… – Żabka uśmiechnęła się szeroko. – Co ty na to, żebym opowiedziała ci historię? – zaproponowała. Kotka otworzyła szerzej oczy.
– TAK! – wyraziła swoją aprobatę i usiadła.
– Dobra. To słuchaj. Kiedyś była ciemność. Jak oko sięgnęło i widziało, nic. Jak w nocy. Dopóki niebo nie zaczęło się kruszyć i opadać na ziemię. Z odłamków czarnego nieba powstały koty. Koty czarne jak czarny był świat wokół. Z okruchów Srebrnej Skórki powstały koty białe, a opadający na ziemię księżyc zamienił się w koty srebrne. Tak przyszli na świat nasi potomkowie na samym, samym początku. Czarny i biały, dwa kolory, które górowały nad wszystkimi i zapoczątkowały wszystko wokół. One dały krew i futro swoim dzieciom, czarno-białym dzieciom, które poniosły ich wiarę i nadzieję na lepszy świat dalej. Ale nadal było ciemno. Nie długo już jednak! Spomiędzy szczelin na niebie wydobywa się światło, a z nimi spadły złote koty. To one są powodem, dla którego istnieje tyle kocich maści! Liliowa powstała ze słońca i kwiatów, niebieska z błękitów okalających poranek, a kremowe kolory wyszły z kłosów oblanych złotem. Potem powstały koty cynamonowe, zrodzone z żyznej gleby i na końcu… czekoladowe. Ich przodkowie wyszły z mułu i błota, ich sierść ubrudzona od samego początku i świadcząca o ich miejscu na świecie. – zerknęła kątem oka na Fląderkę. – Urodziły się nieczyste, brudne i niegodne. Nie były ani silne, ani odważne. Urodziły się jako zdrajcy lub problemy. – Żabie Oko westchnęła cichutko. – Jak ci się podobało? Chcesz usłyszeć coś jeszcze, czy wolisz może, żebym przyniosła wam kulkę mchu do zabawy?

<Wełnianko?> 

Od Wąsatki (Wąsatkowego Ruczaju) CD. Wilczego Skowytu

Przeszłość, przed dołączeniem Wąsatki do Klanu Wilka

— Och… — wymknęło jej się cicho.
Wilczy Skowyt natychmiast znalazł się przy niej. Zasłonił ją częściowo swoim ciałem i delikatnie dotknął jej barku nosem, sprawdzając, czy nic jej się nie stało.
— Spokojnie — powiedział łagodnie. — To tylko korzeń. Nic groźnego.
Kobczyk podeszła bliżej, patrząc na siostrę z niepokojem. Wąsatka podniosła się chwiejnie i otrzepała futerko, prostując się z wyraźnym wysiłkiem.
— Każdemu się zdarza — mruknęła, bardziej do siebie niż do innych, po czym zrobiła kolejny, znacznie ostrożniejszy krok do przodu.
Nie rozumiała, dlaczego to akurat ona musiała się wywrócić. Dlaczego nie Kobczyk? Dlaczego każdy traktował ją tak, jakby była ledwie suchym, kruchym listkiem? Przecież była taka sama jak Kobczyk! Niczym nie różniła się od siostry. Prawda? To dlaczego mama i tata ciągle wypominali jej, że jest taką niezdarą? No, ale przynajmniej starali się to ukryć pod płaszczykiem słów otuchy. Wąsatka rozumiała jednak ich przekaz. Bardziej niż cokolwiek innego na świecie, jako że z rozumieniem miała nieznaczne problemy.
Wtem nagle coś jej odbiło. Gdy tylko wysunęła się delikatnie naprzód, napięła swoje mięśnie w niewielkich łapkach i zaczęła niezgrabnie biec przed siebie. Chwiała się na boki, o mało nie wywracając się przy każdym kolejnym susie. Obraz przed sobą miała rozmazany, przez co ciężko było jej stwierdzić, dokąd tak naprawdę zmierza. Wkrótce tuż za nią dobiegły ją krzyki, a potem ciężkie kroki. Nie zdołała uciec za daleko, nim za luźną skórę na karku złapały ją czyjeś zęby. Nie musiała zgadywać, do kogo należały.
— Puść mnie, tato! Ja chcę biegać! — oburzyła się, wymachując łapkami na wszystkie strony.
Czekoladowy jednak nie rozluźniał uścisku. Zabrał Wąsatkę wraz z Kobczykiem z powrotem do nory, odstawiając je przed Mewą.
— To chyba jednak nie był dobry pomysł… — mruknął, patrząc na czarno-białą koteczkę. — To mogło się bardzo źle skończyć, Wąsatko. Gdyby to twoja siostr-
Urwał nagle, po czym odchrząknął.
— Nieważne. Nie uciekaj już od nas więcej, dobrze? Świat na zewnątrz jest zbyt niebezpieczny dla takiego małego kociaka jak ty — oznajmił, po czym nachylił się nad Wąsatką i polizał ją czule po główce.

* * *

Zgromadzenie

Dotarli na zgromadzenie jako pierwsi i przez moment nie było nawet do kogo zagadać. Wąsatka nie zamierzała przecież konwersować z którymś ze swoich pobratymców, skoro miała okazję zamienić kilka słów z kimś z innego klanu! To było, według niej, o wiele ciekawsze. Usiadła więc cierpliwie, wyczekując, aż na wyspę wkroczą kolejne klany.
Drugi pojawił się Czereśnia wraz z Owocniakami, potem na wyspę wkroczyli Burzacy z Zawodzącą Gwiazdą na czele, a następnie przybyli jeszcze Klifiacy. Czarno-biała uważnie (choć tylko jednym zdrowym okiem) obserwowała przewijające się przed nią tłumy, aż w końcu jej uwagę przykuła szylkretowa koteczka o wyjątkowo krótkich łapach. Wzrostem nie przerastała nawet ucznia!
Wojowniczka natychmiast postawiła uszy i poderwała się z miejsca. Przecisnęła się przez inne koty, by dotrzeć do jasnofutrego niziołka.
— Ojej, nie uciekłaś przypadkiem z klifiackiego żłobka, myszeczko? — zagadnęła, zatrzymując się tuż przed kotką. Gdy zmrużyła oczy i przyjrzała się jej uważniej, dostrzegła, że pysk nieznajomej był już wyraźnie naznaczony czasem, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie. — Ile ty właściwie masz księżyców? Uch... nie jestem w stanie stwierdzić, czy sześć, czy sześćdziesiąt... — mruknęła, po czym uniosła łapę i podrapała się paluchem po brodzie.
Szylkretka zatrzymała się, wpatrując się w Wąsatkę zadziwiona.
— Och, mam ponad osiemdziesiąt. Już bliżej mi do legowiska starszyzny niż uczniów. — zaśmiała się lekko.
Wąsatka wytrzeszczyła oczy z niedowierzania. Jak to możliwe, żeby ktoś tak niski miał na karku osiemdziesiąt księżyców? To niemożliwe! Ten podły Klan Gwiazdy musiał maczać w tym palce. W końcu wszystko, co złe, było winą Gwiezdnych Przodków — przynajmniej tak mówili jej pobratymcy. A może szylkretka po prostu bezczelnie kłamała?
— Kłamiesz! — wypaliła nagle wojowniczka, wypinając dumnie pierś. — Próbujesz się wywinąć od konsekwencji za to, że nielegalnie przyszłaś na zgromadzenie! Zaraz pójdę i to komuś zgłoszę!
Zmarszczyła nos i jeszcze raz zmierzyła kotkę podejrzliwym wzrokiem.
— Pierwszy raz widzę, żeby osiemdziesięcioksiężycowy kot był taki drobny! Lepiej wracaj do żłobka i napij się dużo mleka, to może w końcu trochę urośniesz!
Jasnofutra zamrugała oczami ze zdumienia.
— Wiesz, jeśli chcesz, to nie zatrzymuję cię, ale raczej zaśmieją ci się w pyszczek. Wiele razy byłam już na zgromadzeniu, zapewniam cię, że każdy ci to potwierdzi.
Wojowniczka przewróciła oczami i z irytacją uderzyła ogonem o ziemię. Co za pyskaty, wyrośnięty kociak. Wąsatka mogłaby ją zgnieść jedną łapą bez najmniejszego problemu!
— W takim razie jak wyjaśnisz to, że masz takie krótkie łapy? Czy twój ojciec był jakimś żuczkiem? Bo do bólu je przypominasz — mruknęła, unosząc jedną brew. — A może ktoś ci je po prostu odgryzł, kiedy byłaś młodsza? W końcu to nienaturalne, żeby mieć aż tak krótkie łapy!
Przechyliła głowę, mierząc szylkretkę uważnym spojrzeniem.
— U mnie, w Klanie Wilka, nigdy nie widziałam takiego przypadku. To musi ci strasznie utrudniać wykonywanie wojowniczych obowiązków! Nie jesteś może medyczką? Albo nie trafiłaś od razu do starszyzny? Przecież gdybyś chciała pobić jakiegoś kota, który wtargnął na tereny Klanu Klifu, wystarczyłoby, żeby złapał cię za kark i bez problemu przeniósł w jakieś inne miejsce! A żeby go potem dosięgnąć, pewnie musiałabyś przebiec dwa razy większy kawałek drogi niż każdy normalny kot!
— Tak się składa, że księżyce temu walczyłam w wojnie pomiędzy Klanem Wilka i Klanem Klifu. Jak widzisz, nie ma na mnie zbyt wielu blizn, chyba znaczy to, że jakoś sobie dawałam radę. Choć nie jest łatwo, to przyznaję. Mój wzrost odziedziczyłam po matce. I nie, nie jestem medyczką, ani nawet starszyzną. Nadal jestem wojowniczką.
Czarno-biała uniosła jedną brew, a na jej pysku pojawił się zaczepny uśmiech.
— Ach, tak? Słyszałam o tej wojnie. Podobno to my ją wygraliśmy, więc nie byłabym taka pewna, czy rzeczywiście jesteś świetną wojowniczką. Jeśli u was jest więcej takich jak ty, to wcale mnie nie dziwi, że przegraliście! — zachichotała z wyraźną satysfakcją.
Przechyliła głowę i jeszcze raz zmierzyła szylkretkę kpiącym wzrokiem.
— Pewnie moi pobratymcy cię oszczędzili, bo wzięli cię za kociaka. Wilczacy są honorowi. Nie skrzywdziliby kogoś, kto nie dorasta im nawet do łokcia. Wasz przywódca musiał być wtedy nieźle stuknięty, skoro uznał, że taki niziołek nadaje się do walki z potężnymi, rosłymi wojownikami Klanu Wilka! Może powinien był cię posadzić z boku i kazać robić za wsparcie psychiczne, zamiast wysyłać na front!
Kotka napuszyła się na słowa Wąsatki.
— Wypraszam sobie. To, że przegraliśmy, nie znaczy, że nie walczyliśmy z całych swoich sił. Mogę cię zapewnić, że nikt mi wcale nie pobłażał, a ty powinnaś się nauczyć szacunku do starszych.
Czarno-biała zaśmiała się na słowa jasnofutrej, wyraźnie rozbawiona jej pewnością siebie.
— Doprawdy? W takim razie ilu was musiało walczyć z jednym Wilczakiem, skoro wyszłaś z tej wojny prawie bez szwanku? — zakpiła, mrużąc oczy. — Niech zgadnę. Pewnie musiałaś poprosić jeszcze dwóch rosłych wojowników o pomoc, żebyście razem dali radę jednemu Wilczakowi, co? — prychnęła, zadzierając lekko brodę. — Nie wmówisz mi przecież, że byłaś w stanie walczyć z kimś sam na sam! Szczerze mówiąc, nawet ja teraz bez problemu bym cię pokonała. Nie zdążyłabyś mnie nawet porządnie drasnąć! — dodała z rozbawieniem.
— Większość Wilczaków również walczyła w grupach — wycedziła przez zęby, a jej futro mimowolnie stanęło dęba.
— A co mieli zrobić? Zapewniam cię, że nie było takiej potrzeby, dopóki koty takie jak ty nie zaczęły zbierać sobie pomocników, bo same nie dałyby sobie rady! — stwierdziła, kiwając głową z pełnym przekonaniem. Ten niziołek z wybujałym ego coraz bardziej działał jej na nerwy!

* * *

Odkąd tak zacięcie broniła honoru Klanu Wilka na zgromadzeniu, zaczęła zastanawiać się nad tym, jak dokładnie przebiegała ta cała wojna. Słyszała już o niej nieraz i wiedziała, że Wilczacy zwyciężyli, jednak może ktoś potrafiłby opisać jej tę walkę z większymi szczegółami? Chciała w końcu poznać kilka argumentów, gdyby jakiś Klifiak jeszcze kiedyś chciał jej podskakiwać! W końcu była przykładną wojowniczką. Byłoby jej wstyd, gdyby kiedyś nie potrafiła wybronić swojej przynależności w rozmowie z wrogami narodu.
Wiedziała, że Pustułkowy Szpon walczył na wojnie. Wiedziała też jednak, że nie miała ochoty z nim rozmawiać. Nawet trochę się do siebie zbliżyli po tym, jak Wąsatka znalazła i przygarnęła Tęczę, ale teraz znów było u nich krucho. Młodsza nie widziała już w zastępcy ojca. Nie był dla niej tym idealnym kotem, autorytetem. Teraz widziała go raczej jako kłamcę. Oszusta, który sprawił, że ośmieszyła się na oczach całego klanu. Była taka głupia, wierząc w to, że czekoladowy naprawdę był jej ojcem. Mogła się tego domyślić! Gdy skupiła się na tym bardziej, zauważyła, że futro i głos Pustułkowego Szponu różniły się od tych należących do jej biologicznego taty. Poza tym nawet jego zachowanie było zupełnie odmienne.
Nie chciała już dłużej o tym myśleć, bo w ten sposób jeszcze bardziej się dołowała. Nie potrafiła zapomnieć o tym, jak okrutny był zastępca. Dlatego, gdy dostrzegła przed sobą inną czekoladową plamę, postanowiła do niej podejść. Nie był to Pustułkowy Szpon, to wiedziała na pewno. Właściwie nawet nie do końca kojarzyła tego wojownika i nie miała pojęcia, kim mógł być, lecz wiedziała, że musi czymś zająć myśli.
— Dobry wieczór! — mruknęła na powitanie. — Walczył pan na wojnie z Klanem Klifu? Bardzo mnie ona zainteresowała, gdy o niej usłyszałam i chciałabym się dowiedzieć nieco więcej. Więc, czy walczył pan? A jeśli nie, to może zna pan kogoś, kto na pewno walczył? Tylko nie Pustułkowy Szpon! Nie chcę z nim teraz rozmawiać — westchnęła dramatycznie, na moment odwracając wzrok od cętkowanego kocura.

<Czekoladowy Wilczaku?>

Od Drzemlika do Fiołka

Drzemlik przeciągnął się i ziewnął mocno, w jego oczach zebrała się masa małych łezek, które zwilżyły jego policzki. Potarł pyszczek łapą w celu zdjęcia z siebie wilgoci, jednak pomogło mu to jedynie częściowo. Nie przejął się jednak tym szczególnie – mordka mu wyschnie, nie było sensu tracić czasu na takie rzeczy, skoro mógł równie dobrze spędzić te chwile jakoś miło! Oczkami zlustrował żłobek, w pewnym momencie zatrzymując wreszcie swój sokoli wzrok na jednym z dwóch kociąt Sennej Łzy, Fiołce. Podszedł do niej skocznym krokiem z pogodnym wyrazem pyszczka i gdy tylko nawiązali kontakt wzrokowy, przeszedł do konkretów i to z przyjemnością. Musiał komuś opowiedzieć o tym, co miało miejsce ostatnio, to było zbyt ciekawe, żeby o tym zapomniano! Może szylkretce się spodoba opowieść? Albo sama opowie mu coś z jej życia wziętego?
— Ostatnio z Lipieńkiem znaleźliśmy ślimaka, nazywa się… — podjął, chociaż nie mógł sobie przypomnieć imienia ich pupila. Zmarszczył brew, kręcąc po chwili głową. — Nie pamiętam… ale jakoś go nazwaliśmy! Znaleźliśmy go przy dziurze przed żłobkiem — uśmiechnął się do koteczki, która przez cały ten czas wyglądała tak, jakby miała ochotę mu przerwać w połowie zdania, ale powstrzymała się. Fiołek zastrzygła wąsami, wpatrując się w niebieskiego kocurka. Drzemlik uśmiechnął się do niej delikatnie, a ona odwróciła wzrok na uderzenie serca, wracając oczkami do jego mordki ponownie.
— Ach, tak? — zaczęła, kręcąc łbem i wydając przy tym charakterystyczny dźwięk: “tsk, tsk, tsk”... — Ja znalazłam większą dziurę i wyjęłam z niej dwa ślimaki bez problemu, nawet nie przylepiły mi się do palców. Moje mają dużo lepsze imiona! I w dodatku mają niebieskie muszle — powiedziała pewnie, a zwęglony zrobił duże oczka, nie podważając jej słów nawet na uderzenie serca. Całkowicie jej uwierzył, wręcz od razu. Była bardzo przekonująca, pewność siebie, z jaką się wypowiadała, również wpływała na prawdopodobieństwo, że drugi kot kupi to, co słownie sprzedawała.
— Naprawdę? Niesamowite…! Pokażesz? — poprosił, w jego oczkach zatańczyło jednocześnie tak wiele emocji, że miał wrażenie, że zaraz wyskoczy przed siebie i przebiegnie cały żłobek parę razy. Dech zaparło mu w piersiach, a wąsy zafalowały z rozemocjonowania. Niebieskie ślimaki? Nigdy takich nie widział! Skoro szylkretce udało się takie znaleźć, to ciekawe, czy mieli takie, które pachniały równie ładnie co lilaki? Może mamusi by się spodobały… Czy istniały również niebieskie owady, które znaleźli w tym samym dole? Skoro znalazła inną, większą dziurę, ciekawe co w niej się mogło kryć?
Koteczka pokręciła głową.
— Nie, bo mi jeszcze zabierzesz! One są tylko moje. — I zadarła pyszczek lekko ku górze, a Drzemlik widocznie spochmurniał. Bardzo chciał je zobaczyć. Jego uszka opadły, a ogon zawinął delikatnie wokół swojej tylnej łapy, jednak niezgrabnie.
— Proszę, nigdy nie widziałem takich… pokażę ci mojego — miauknął, nie tracąc jeszcze całej nadziei. Liczył na dobroć koleżanki z legowiska. Rozmawiali pierwszy raz, jednak widywali się każdego dnia. Zielonooka przewróciła oczami, ruchem ogona zachęcając go do tego, żeby za nią poszedł.
— Dobra, ale tylko chwilę. I masz ich nie dotykać! — postawiła mu warunki, a zwęglony pokiwał głową energicznie, tym samym “powracając do życia”. Ruszył pospiesznym krokiem za koteczką, zaglądając jej przez ramię czy przypadkiem daleko byli od jej legowiska. Byli tak naprawdę stosunkowo blisko. Gdy koteczka kazała mu zaczekać parę kroków dalej, przysiadł posłusznie i czekał, mimo że zaczynał się powoli niecierpliwić, coraz bardziej z każdym następnym szelestem wysuszoną paprocią, z której zbudowane było łoże. Rudaska wytrzeszczyła oczka, a na pyszczku pojawiło jej się coś na wzór złości. Drzemlik przechylił główkę.
— Co się stało? — zapytał, wyraźnie zmartwiony.
— Nie ma ich! Nie ma! Ktoś mi ukradł! — krzyknęła, rozglądając się jeszcze gorączkowo, zanim nie obrzuciła oskarżycielskim spojrzeniem jednego z kociąt. Niebieski również uchylił ślepia szerzej. Jak to “ukradł”?
— Może ci uciekły? Poszukajmy ich, chodź — próbował ją zachęcić, wyraźnie poruszony zaistniałą sytuacją. Bardzo chciał jej pomóc, w końcu jemu też byłoby smutno, gdyby jego i Lipieńka winniczek by ot tak zniknął. Nie wiedział jednak, że szylkretka nigdy tych ślimaków nie miała. Dla niego, z tego, co mu opowiedziano parę uderzeń serca temu, Fiołka miała aż dwa ślimaki, dlatego z pewnością musiały zostawić po sobie jakiś ślad, nawet najmniejszy. Nauczył się już, że istotki te zostawiały za sobą lepką ścieżkę prowadzącą szukających do miejsca, do którego udało im się przez czas nieobecności opiekunów odejść. Oczywiście o ile nie zdążył wyschnąć dzięki łatwo dostającym się do kociarni podmuchom wiatru…

<Fiołko, znajdziemy te ślimaki!>

Od Drzemlika CD. Wełnianki

Z mocno bijącym sercem wpatrywał się w starszą koteczkę, która go przewróciła i przygwoździła bez oporu do ziemi. Nie udało mu się jej dostrzec wcześniej. Do tej pory czuł niezwykłą senność – wstał stosunkowo niedawno i postanowił, że przejdzie się po żłobku w celu sprawdzenia nowych zakamarków, których jeszcze nie miał okazji zbadać. Nie rozglądał się z jakiegoś powodu nadto i umknął mu ruch w kąciku oczu, a teraz musiał za to płacić… Jego krok był odrobinę chwiejny, jeszcze nie opanował umiejętności chodzenia na tyle dobrze, żeby łapy nigdy go nie zawodziły. Od czasu do czasu przewracał się, jednak tak szybko, jak upadał na zadek, tak prędko podnosił się i ruszał dalej, z ogromną determinacją. Wielkimi oczkami badał teren dookoła, będąc za każdym razem pozytywnie nastawionym. Wiedział bowiem, że znajdzie coś nowego. Każdego dnia poszerzał swoją wiedzę, chociaż o wąsik więcej.
Trwali tak jeszcze przez parę sekund, aż wreszcie malec uśmiechnął się w lekkim zdziwieniu i zaśmiał głośno. Wiedział, że chciała się z nim tylko pobawić, dlatego też nie wziął sobie tego gestu do serca. Głową nie uderzył mocno o podłoże, nic go nie bolało, więc też nie było żadnego powodu do krzyku, może poza okrzykami radości. Wełnianka również się uśmiechnęła, jakby z ulgą, że nie zrobiła mu krzywdy. Jednak łapa na pysku sprawnie utrudniała mu wydobywanie z siebie czegoś lepszego niż chichot, więc swoją poduszką spróbował zdjąć tą Wełnianki i o dziwo podziałało.
— Jestem Drzemlik! — przedstawił się, poruszając ogonem lekko na boki. Spróbował wyślizgnąć się spod nowopoznanej, jednak jego próby były żmudne. Koteczka kiwnęła głową i lapą sprawnie odcięła mu jeden dostęp, a następnie drugi i zaczęła go łaskotać, naśladując coś na wzór ryku borsuka, jakby udawała istotę o guzikowatych oczach, chociaż najprawdopodobniej nigdy nie miała z nimi styczności.
— Drzemliku, pobawmy się w taką zabawę. Ja będę borsukiem, a ty musisz jakoś się wydostać i uciec — zaproponowała, a żółtooki, nie zwlekając długo z odpowiedzią, pokiwał ochoczo głową.
Następnie, pisnął donośnie, po sekundzie poparł dźwięk ten, obijający się wręcz od ścian żłobka następną dawką śmiechu, gdy znów go połaskotała. — Już…! Juuuż! — krzyknął i zaczął wymachiwać tylnymi łapami odruchowo. Nie sądził, że ktoś kiedykolwiek go zacznie tak łaskotać, w dodatku odkrył tego dnia, że miał… łaskotki. Wełnianka uśmiechnęła się. Przypomniał sobie w tym momencie, że musiał jakoś się wyswobodzić. Dlatego też łapą musnął jej brzuch, a gdy vanka uskoczyła zwinnie, podniósł się na kończyny szybko i zaczął uciekać ile sił w łapach. Posyłał za siebie parę uschniętych liści paproci, wymieszanych z ptasim pierzem, a starsza kotka deptała mu wręcz po piętach. Kocurek skręcił nagle w bok, niemal samemu nie upadając na bok raz jeszcze, nie oglądał się za siebie. Wiedział, że jeśli teraz się przewróci, ruda z łatwością go dogoni i raz jeszcze przyszpili do ziemi. Musiał wymyślić jakąś strategię, która umożliwiłaby mu nadrobić fakt, iż miał krótsze kończyny, a jakoś trzeba było uciec przed borsukiem.
Dlatego też zatrzymał się nagle na dwóch łapach i obrócił do brązowookiej, strosząc sierść wzdłuż swojego kręgosłupa niczym mały jeżyk, pazurki miał wystawione, chociaż na mordce widniało rozpromienienie. Udawał większego i groźniejszego, niż był w rzeczywistości. Na przynajmniej niektóre drapieżniki musiało to działać, prawda? Wielu z nich nie dało się pokonać siłą ani prześcignąć, dlatego pomyślał, że może dzięki tej technice uda mu się wygrać. Syknął, chociaż w jego wykonaniu wyglądało to raczej uroczo, niżeli groźnie i spojrzał zwężonymi źrenicami na borsuka-Wełniankę.
— Odsuń się, borsuku! Jestem dzielnym wojownikiem Klanu Nocy i muszę cię przegonić z naszych terenów! — powiedział donośnie, wywijając końcówką ogona na boki. Wąsy vanki zafalowały w rozbawieniu.

<Wełnianko, szybka jesteś! A ja jestem bardzo groźny, sama widzisz.>

Od Majaczącej Łapy (Majaczącego Kopciuszka) do Psotnego Nietoperza

Gdy Kopciuszek był pieszczochem

— Nie powinieneś. Przecież wiesz, że te nauki nie zdadzą się na nic. Jak można uderzyć bezbronne kocię, bo nie wie co to Boska Istota. A uczyłeś go chociaż? — warknął ostrzegawczo Mleczko.
— Nie mów mi jak mam wychowywać swoje kocięta, jasne? — odmruknęło Mazurek pustym tonem głosu. — Musi znać podstawy! Boska Istota to nasza wspaniała i wszechmocna idea, nie pamiętasz? Jeśli nie będą wierne i lojalne cóż będzie z nich za pożytek? Równie dobrze mogą umrzeć! — podsumował point, machając nerwowo ogonkiem na boki.
— Nie zapomnij, że są to też twoje kocięta. Ich matka nie żyje, a my mieliśmy się nimi za… — miauknęło, jednak nie było dane mu skończyć, gdyż wypowiedź przerwał jeno partner.
— Ich matka nie żyje, bo również była niewierna. Otwórz oczy wreszcie oczy! To kocięta zrodzone z krwi niewiernych — rzucił.
Wtem przyszedł do nich właśnie osobnik, o którym rozmawiali. Mały Karuzela podsłuchiwał już od jakiegoś czasu z jednak miał zbyt wiele pytań, aby móc tak po prostu odejść.
— O-o czym wy mówicie? I dlaczego miałbym umrzeć? — zapytał zdenerwowany.
— Nikt nie umrze mój Karuzelo. Twój ojciec…jest żałosny. Przedkłada własną wiarę nad was moje maluchy.
— To ty jesteś żałosny Mleczko. Oni muszą to wiedzieć. Inaczej ich stąd wyrzucę. Całą piątkę. Nie wiem, na jaką cholerę w ogóle ich tutaj wziąłeś! — miauknęło, ale zaraz potem zamknęło pyszczek, przypominając sobie, że jedno ze wspomnianych “nich” było właśnie w tym pomieszczeniu.
— Jak możesz… Jak możesz być taki oschły? — zapytał kocur, jeżąc futro.
Karuzela schował się za plecami adopcyjnego ojca.
— Karuzelo — zaczęło donośnym tonem głosu Mazurek. — Chodź. Natychmiast. Nauczę cię wszystkiego. Już — mruczało spokojnym tonem głosu, chociaż kryła się w nim oczywista groźba.

Gdy Kopciuszek był w żłobku

Wyszedł nerwowo ze żłobka. Jedna z kocich towarzyszek znowu zaczęła go zaczepiać. Chyba już wolał zbyt przymilnych dwunożnych, których spotykał te dwa księżyce temu. Tupiąc ze złości, wyszedł przed żłobkiem, gdzie spotkał kolejną kotkę. Podniósł wzrok i miał ochotę przeklnąć. Wojowniczka wpatrywała się w kocie zaintrygowana.
— Dzień dobry Kopciuszku — miauknęła przyjaźnie, a złoty zjeżył futerko. — Coś się stało? — zapytała.
— I znowu… Chyba umrę — zawył żałośnie. — Na wszystkie gwiazdy… — burknął cicho, a Psotka strzepnęła uchem.
“Ciekawe czy uważa, że jestem wariatem?” pomyślał, ale nie sądził, aby mógł się spodziewać czegoś takiego po dziwnej kotce. Wyglądała na przyjazną, co właściwie idzie w parze z naiwnością. Przysiadł więc przed nią.
— Ty. Opowiedz mi o Klanie Gwiazdy — mruknął, patrząc na czarną kotkę wyniosłym wzrokiem.
Kotka skrzywiła się lekko na zachowanie kociaka, ale na jej pysku nadal widniał uśmiech.
— Klan Gwiazdy to koty Srebrnej Skóry. Dbają o nasze bezpieczeństwo i o to, aby nasze klany były pełne urodzaju — odmiauknęła z uśmiechem.
Kopciuszkowi zaświeciły się oczy.
— To dokładnie to, co chciałem usłyszeć!! Dziękuję — uśmiechnął się szeroko i ciepło, wręcz nienaturalnie.
Kto widział, aby złoty szczerzył się do jakiejkolwiek kotki? Słyszał już o Klanie Gwiazdy. Boskie, podniebne kotki, które sprawiały pieczę nad wszystkimi ich wiernymi. Słyszał o wiarach zarówno jako pieszczoch od rodziców, a także i tutaj. Szybko uznał, więc że to jakiś wyznacznik dobra…i czystości, którą wielbił. Widział w Klanie Gwiazdy mistyczne, niewinne istoty o niezwykle łagodnym usposobieniu, nie wiedząc, że w rzeczywistości były to koty takie jak każde inne – tyle że po prostu martwe. W słowach kotki szukał więc potwierdzenia dla ich dobra, a nie szczegółów. Kotka zapewne uznała zachowanie młodego kocurka za nieco dziwne, ale ten zupełnie się tym nie przejmował. Czemu miałby zastanawiać się o tym, co myśli żałosna mróweczka.

Jakiś czas temu

Ponownie zaczepił tę samą czarną kotkę. Jego mentorka za żadne skarby nie chciała opowiedzieć mu o Klanie Gwiazdy. Choć może to wina tego, że najzwyczajniej w świecie była ateistką. Chciał, aby kotka, której dawniej nie spytał nawet o imię, opowiedziała mu o zasadach zesłanych przez gwiezdnych dla kocich wojowników. Pajęcza Nić była pod tym względem do wywalenia.
— Co się stało Majacząca Łapo? — zapytała przyjaźnie.
— Ty. Najpierw powiedz, jak masz na imię — mruknął, a kotka zmarszczyła brwi.
Majak za wszelką cenę starał się nie odejść od kotki, która przecież miała mu wytłumaczyć wszystkie te podniebne wspaniałości. Nie wykazywała się według niego zbytnią inteligencją, jednak może to i lepiej?
— Jestem Psotny Nietoperz — odparła.
— Opowiedz mi o kodeksie wojownika. Pajęcza Nić zachowuje się tak, jakby nie znała go zbyt dokładnie — mruknął zirytowany, być może przez przypadek wsypując w coś własną mentorkę.
Czarna opowiedziała młodszemu kocurowi o wszystkich zasadach, które dotyczyły wierzących klanowych kotów. Ukazał swoje ząbki w przebiegłym uśmieszku i wypiął pierś.
— Dziekuję. Cieszy mnie, że jesteś wierną — mruknął powoli i odszedł, zostawiając nieco zdziwioną kotkę samą sobie.

***

“— Spójrz. Widzisz tego ptaka? To są gołębie. Mawiają, że to zwykły, brudny ptak. Jednak nie wszystkie. Czasem spotkasz takiego wyjątkowego. Cenimy te ptaki, szczególnie o czystej, niewinnej białej barwie. Rozumiesz? — mruknęło Mazurek.
Karuzela spojrzał na ojca i zmrużył oczy. Nadstawił się do skoku, niemal łapiąc ptaszysko. Point zjeżył futro i przygwoździł mocno adoptowanego kocura do ziemi.
— Czy ty masz pojęcie, co robisz? — zawył.
Jeno pysk zaczął się zmieniać. Rozdziawione usta rozszerzyły się do ogromnych rozmiarów, pożerając małego złotka w przytłaczającą nicość. Czuł grząski grunt pod łapami oraz ciężar na własnym grzbiecie. Przed jego oczami plonowanie pojawił się pręgowany point. Spojrzał na swoje łapy. Były wyraźnie większe. Gdy nagle przed nim pojawiła się woda, mógł doskonale widzieć w niej własne odbicie. Nagle przestał być Karuzelą, tylko Majaczącą Łapą.
— Dlaczego uciekłeś? — miauknęło przed nim Mazurek.
Miało zamglony wzrok, pysk przyozdobiony niezbyt obecnym uśmiechem.
— Oni wszyscy nie żyją. A to twoja wina. Jesteś bezużyteczny! — warknęło, a Kopciuszek poczuł jeszcze większy ciężar na swoich barkach. — Czujesz to? To właśnie konsekwencje, które musisz ponieść na swój błąd.
— Ale ja nie uci… — zaczął, jednak nagle zamknął pysk.
Coś nie pozwalało mu na to, żeby mówił.
— Nie zmyślaj! Zabiłeś ją. Do tego ta łapa… Naprawdę? Jesteś aż tak żałosny? W NASZEJ wierze takie rzeczy były próbą. PRÓBĄ, KTÓRĄ POWINIENEŚ PRZETRWAĆ TY BEZMYŚLNY POMIOCIE — zawyło, a Kopciuszek obalił się pod wpływem niewidocznego ciężaru na barkach.
— Nie obchodzi mnie, co zrobisz. Masz być posłuszny i wierny. Czego cię uczyłem…córko? — burknęło, kładąc łapę na głowie pręgusa.”
Złoty obudził się z bólem całego ciała. Przerażony rozejrzał się po legowisku uczniów. Przykrył pysk łapami i próbował uspokoić kołatanie serca. Gdy w końcu mu się to udało, ponownie zasnął.

***

Kopciuszek obudził się w nie najlepszym humorze. Zamrugał kilkukrotnie, próbując przyzwyczaić się do światła wpadającego zza strumieni wodospadu kryjącego obóz Klanu Klifu. Nadal czuł dziwny ból. Wiedział, że to koszmar jednak czuł się jakby przeszło po nim stado dzików. Zjeżył lekko futro, patrząc na Pajęczą Nić zaglądającą do legowiska.
— A ty tu czego? — warknął cicho, ale widząc chłodne spojrzenie mentorki, szybko ucichł, przewracając tylko oczami.
— Trochę szacunku. Rozmawiałam z Lśniącą Gwiazdą — odmruknęła spokojnie, ale nadal mierzyła ucznia mroźnym wzrokiem.
— Aha. Jasne. W końcu przeszedłem jakoś ten beznadziejny test — odburknął niczym zbuntowany dzieciak.
Na dziś najwyraźniej miał mieć spokój. Zamknął oczy, a przed oczami znowu stanął mu obraz ojca.
“Wiara… Oni wszyscy… są niewierni i żałośni” pomyślał, oddychając spokojnie.
Otworzył powoli oczy i uśmiechnął się pierwszy raz od wielu księżyców. Nie sądził że znienawidzony przez niego rodzic będzie wyznacznikiem ścieżki jego przyszłości. Jego decyzja, która miała zapaść już wiele księżyców temu, najwyraźniej wkrótce miała wyjść na światło dzienne. Nie wiedział tylko, jak miał podejść do swojej misji odkupienia. Musiał znaleźć niewiernego. Boska Istota nigdy nie miała nic przeciwko innowiercom, wręcz przepadała, gdy kot wierzył w innych Niebieskich. Tak przynajmniej zapamiętał Kopciuszek lekcje swojego ojca. Zapomniał o wszystkich zasadach, które wpojono mu za kocięcia, a teraz, aby odkupić swoje winy, musiał zdobyć się na gest ku zwiększeniu wiernych Boskiej Istocie. Zdecydował się, że będzie to właśnie dziś. Przygotowywał się do tego od wielu wschodów słońca i nie było mowy, aby nikt nie został poruszony jego słowami. Widocznie Pajęcza Nić musiała już odbyć mowę z liderem, gdyż już za chwilę dało się słyszeć donośny głos cętkowanego kocura wzywającego swój klan. Cała zgraja kotów zebrała się wokół mównicy. Na pysku Kopciuszka malował się błogi, pełen determinacji uśmiech. Nie było w nim ani krztyny strachu. Strach był w końcu jednym z grzechów. Rudzielec wystąpił jeszcze krok bliżej ludności. Wyglądał na niezbyt pewnego.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego… wojownika — przerwał, wpatrując się w spokojnego złotego kocura. — Majacząca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu i dbać o swój klan nawet za cenę życia? —
— Przysięgam na mą czystą duszę — odparł, uśmiechając się łagodnie.
— A więc mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Majacząca Łapo, od tej pory będziesz znany jako… Majaczący Kopciuszek. Klan Gwiazdy ceni twoją siłę i empatię oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu — miauknął.
Kopciuszek odchrząknął lekko, skupiając na sobie nadal wzrok innych.
— Stoję przed wami i chciałbym powiedzieć, że jestem wdzięczny Boskiej Istocie, Klanowi Gwiazdy, ale też wam-tym, którzy dali mi szansę — mruczał powoli, a jego oczy spotykały się ze skrzywionymi pyskami pobratymców. — Liczę na dalszą współpracę — dodał jeszcze krótko, jakby nie był pewien co jeszcze powinien powiedzieć.
Spojrzał na przywódcę, który przyglądał się mu chłodnym wzrokiem. Zapewne myślał, że poprzednia przywódczyni musiała mieć do niego jakąś rację.

***

Majaczący Kopciuszek zdecydował się na wizytę u pewnej kotki. Czarne futro oraz wczepione w nią piękne niebieskie kwiaty i piórka. Korzystając z nieobecności niebieskiego tłuścioszka (jak Kopciuszek pozwolił sobie nazywać nowego protektora) zawitał w żłobku. Na uboczu ujrzał trzy kotki.
“Obrzydliwe” pomyślał, ale mimo to uśmiechnął się serdecznie.
— Witaj Psotny Nietoperzu. Wiesz… Jesteś pierwszą poznaną mi kotką, która zdaje się mieć rozum — zaczął cicho, aby nie obudzić śpiących.
— Dzień dobry Majaczący Kopciuszku. Miło mi — uśmiechnęła się.
— Czy twoje kocięta już wierzą? A co z twoim partnerem? Chyba nie wzięłaś sobie obrzydliwego niewiernego za ojca własnego potomstwa? — zapytał, nadal się szczerząc.

<Psotny Nietoperzu?>

[1599 słów]

[32%]

Od Roztargnionego Koperka CD. Brukselkowej Zadry

W dniu znalezienia Kukułki i Kryształki

Liliowy zajął się maluchami przyniesionymi przez jej siostrę. Nie wyglądały najgorzej, chociaż jednej z nich dokuczał katar. Odrobinę kaszlały, ale odrobina ziół powinna to naprawić. Gdy zajęło się kociętami, spojrzało na swoją siostrę.
— Nie uważasz, że w Klanie Wilka… źle się ostatnio dzieje? — szepnęła do jeno, jednocześnie łypiąc podejrzliwie na wyjście z legowiska. — Tak bardzo chciałabym tu coś zmienić, ale… nawet nie wiem, od czego zacząć. Ja już nie wiem, komu powinnam ufać, a komu nie — kontynuowała ściszonym głosem, patrząc na brata ze smutkiem w oczach. Potem przeniosła wzrok na dwójkę kociąt. — Boję się, że te dzieci skończą tak samo, jak Zaćmiony Horyzont i Mglisty Sen i w ogóle to… nie wiem, czy jest jakiś sens kontynuować… — umilkła, po czym pokręciła głową. — Zresztą, nieważne.
Wtem do legowiska weszła Barczatkowy Świt oraz Cisowe Tchnienie. Koper westchnęło cicho i skinęła kotce ogonem na pożegnanie.

Ostatnie zgromadzenie

Roztargniony wyszło z obozu, idąc wraz z Cisowym Tchnieniem i Chudym Grzbietem. Gdy dotarli na zgromadzenie, usiadło niedaleko skały, co jakiś czas rozmawiając z resztą medyków Klanu Wilka. Po jakimś czasie westchnęło, przeciągając się odrobinę. Zmrużyło lekko oczy i rozejrzało się dookoła, szukając interesującego pyska. I wreszcie znalazło. Miało dziwne wrażenie, że skądś kojarzyło tę kotkę. Podeszło do niej i kiwnęło lekko głową.
— Dobry wieczór...Klifiaczko — mruknęło niezbyt głośno. — Jak cię zwą? — zapytało, cały czas zastanawiając się, skąd mogło dokładnie ją kojarzyć.
Pysk był wyjątkowo znajomy, miało to na końcu języka. Nagle otworzyło nieco szerzej oczy.
— Czekaj...! Zaćmiony Horyzont? — miauknęło dosyć cicho zaskoczone.
Ciało kotki było pokryte bliznami. Trochę się zmieniła od czasu, gdy widziało ją po raz ostatni.
— Nie wiem, o kim mówisz, jestem Rozżarzona Pieśń — powiedziała, spinając lekko mięśnie w swoim ciele.
Koper widziało zakłopotanie kotki i samo spojrzało w bok niepewne. Wiedziało, że to ona, ale najwyraźniej musiało podejść do tego inaczej.
— Rozżarzona Pieśń? Rozumiem — miauknęła spokojnie, łagodnie się uśmiechając. — Uhh... Przepraszam. Ja... Brukselka się o ciebie martwiła. Ja z resztą też — szepnęło cicho. — Cieszę się, że jesteś bezpieczna — mówiło spokojnie, chociaż nadal nie było pewne czy w jakiś sposób jej nie wystraszy.
Było nawet bardziej pewne że to ona. Może kiedyś nie miało najlepszych kontaktów z siostrą, ale starało się czasem zajrzeć do żłobka, aby sprawdzić stan kociąt. Poza tym ich relacje już się poprawiły.
— Czemu uciekłaś? Czułaś się źle w Klanie Wilka, prawda...? — mruknęło bardzo cicho. — Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz…
— Roztargniony Koperku, proszę nie tutaj... Odpowiem na wszystkie pytania, jednak nie przy innych Wilczakach... Chciałabym teraz jedynie wiedzieć, czy Bruskelkowa Zadra ma się dobrze. Jak odpowiesz, to udawaj, że mnie nie znasz z Klanu Wilka... To dla mnie ważne — wyjaśniła, prosząc starszego kocura o to, by nie drążył tematu jej przeszłości wśród Wilczaków.
Roztargniony Koperek otrząsnęło się lekko.
— Jasne, wybacz. Brukselkowa Zadra ma się dobrze. Znalazła też dwójkę kociąt... — miauknęło cicho. — Jak się czujesz Rozżarzona Pieśnio? Czy Klan Klifu traktuje cię dobrze? A może nawet i lepiej... — miauknęło dosyć cicho, ale zaraz pokręciło główką. — Nie jestem pewne czy powinni widzieć naszą dwójkę razem. W końcu nie chcesz być rozpoznana.
— Spokojnie, raczej mało kto mnie pamięta. Chyba. A co do Klanu Klifu to początkowo było bardzo dobrze, nawet jeśli czułam bijącą niechęć do mnie od innych. Potem zostałam wojowniczką i czułam się jak we właściwym miejscu, lecz... — przerwała, ściszając głos z obawy, że jakiś Klifiak w pobliżu ich usłyszy.
— A-Ah możliwe — miauknęło, liżąc się nerwowo po piersi.
— Lśniąca Gwiazda od jakiegoś czasu wprowadza tytuły dla zasłużonych wojowników, którzy otrzymują jednocześnie przywileje. Mam wrażenie, że obawia się jakichś spisków pod własnym nosem, dlatego wyznacza pewne koty, by miała oczy i uszy szeroko otwarte, aby później mu o wszystkim mówić w razie czego. Zamiast czuć się bezpiecznie to mam wrażenie bycia obserwowaną i szpiegowaną niemal non stop.
Słuchało słów kotki i zjeżyło lekko futro, słysząc informacje o Lśniącej Gwieździe.
— Czyli macie coś w rodzaju szpiegów w klanie? To trochę smutne. Czyżby nie lubili Lśniącej Gwiazdy? A może właśnie teraz będą próbowali dotrzeć do jego łask... — mruczało cicho pod nosem. — I tak jestem asystentem medyka. Mnie te informacje niepotrzebne. Planujesz coś? — zapytało cicho.
— Nie wiem. Może obawia się kolejnych odejść z klanu. Ostatnio zniknęła wojowniczka oraz sama zastępczyni klanu. Jestem w stanie zrozumieć takie obawy, ale według mnie to już trochę przesada... Nie jestem pewna czy nadal pozostanę w Klanie Klifu, jeśli wszystko będzie zmierzać w takim, a nie innym kierunku. Odeszłam od rodziny, wybierając własne dobro i ucieczkę od możliwej kontroli przez innych, a teraz znowu to samo…
— Tylko do Klanu Wilka już raczej nie wracaj. Wątpię, że Zalotna Gwiazda przyjmie cię z otwartymi ramionami... — westchnęło. — Jeśli uważasz że gdzie indziej będzie ci lepiej, to nawet się nie zastanawiaj. Tylko...bądź bezpieczna, dobrze? — uśmiechnęło się leciutko.
— O ile jeszcze pamięta pojedynczego kota, który odszedł. I spokojnie Roztargniony Koperku, będę uważać. Lepiej powiedz, jak tam w klanie, bo pewnie trochę się zmieniło — odparła, mówiąc ostatnie zdanie nieco głośniej niż wcześniej.
— Przybyło do nas dużo kotów. Oh i miałom ucznia! Ten...wariat. Chudy Grzbiet. Właściwie jest moim synem — wymruczało, chichocząc cicho. — Kilka może kilkanaście księżyców temu na naszych terenach widziano Potwory i obalone drzewa... Teraz wydaje mi się, że jest dobrze. Sprawa chyba trochę ucichła — miauczało nadal dosyć cicho. — Klan Wilka jest jak zwykle...nietypowy
— Rozumiem. Wspominałoś wcześniej coś o jakiś znajdkach, które znalazła Bruskelkowa Zadra, są może na zgromadzeniu? Czemu w ogóle jej nie widuje?
— Są. Obie z nich — odparło. — Właściwie nie wiem czemu... Zalotna Gwiazda od wielu zgromadzeń nie chciała zabierać jej na zgromadzenia. Ciekawe z jakiego powodu? — zamyśliło się przez chwilę, ale pokręciło główką. — Może kiedyś poznasz którąś z młodszych znalezionych sióstr — mruknęło, przerywając na chwilę wypowiedź. — Wiesz może co z Mglistym Snem?
— Może. Mam nadzieję, że spotkam ją może na granicy... Tak dawno jej nie widziałam. A ze Snem to nie mam bladego pojęcia, co się dzieje.
— Liczę na wasze spotkanie. Nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiła... Dobrze widzieć cię całą i zdrową. Oby on był również bezpieczny. Ciekawe, może też tutaj jest...? — miauknęło. — Muszę już raczej iść. Cisowe Tchnienie chyba wydaje się trochę zbyt szczęśliwa, będąc sama — parsknęło cicho i odeszło.
Rozżarzona Pieśń skinęła głową.
— Że też Cis jeszcze dycha, tyle księżyców minęło, a ona nadal medyczka — mruknęła pod nosem, co dotarło jeszcze do uszu Kopra.
Uśmiechnęło się lekko.
“Faktycznie. Mam szczęście, że Cisowe Tchnienie tak długo żyje” pomyślało.

Księżyc temu

Od zgromadzenia minęło już trochę czasu, jednak Koper nadal nie miało dobrej okazji na rozmowę ze swoją siostrą.
Chciało już zacząć szukać Zadry, jednak przeszkodził jeno w tym Krucze Pióro. Koper uniosło brwi sceptycznie nastawiona do tego spotkania. Nie od dziś było wiadomo, że kocur nie był fanem medyków.
— Chyba mam infekcję rany na grzbiecie — mruknął w końcu, gdy już zdecydował się przestać posyłać wrogie spojrzenia Koprowi.
Liliowy skrzywił się, jednak przygotował okład dla kocura.
— Nie ma za co — mruknęło chłodno kocurowi na odchodne.
“Może i jest zastępcą, ale nie sądzę, aby to dawało mu prawo do zachowania się w taki sposób…” pomyślało, jeżąc lekko futerko. Zaraz po Kruczym Piórze ujrzało także nowy nabytek Klanu Wilka. Dziki Berberys, wygnaniec Klanu Burzy. Koper nie do końca znało jego sytuację, ale nie przepadało za nim. Nie rozmawiali zbyt wiele, dlatego Berberys szybko wyszedł z legowiska medyków. Koper odetchnęło cicho i wychyliło łebek na obóz. Widząc swoją siostrę, podeszło, witając się z nią skinięciem głowy.
— Brukselkowa Zadro czy mogłabyś pomóc mi w szukaniu ziół? Może porozmawiamy…? — zasugerowało ostrożnie z łagodnym uśmiechem.

<Brukselko?>

Wyleczeni: Krucze Pióro, Dziki Berberys

10 sierpnia 2026

Od Rozbitego Księżyca CD. Cętkowanego Tęgosza

Przedostatnie zgromadzenie

Rozbity Księżyc szedł wraz z Cętkowanym Tęgoszem i Seradelkową Łapą. Nie był do końca pewien, jak właściwie trafił do tej grupy. Tak samo, jak nie był pewien, dlaczego zaprzyjaźnił się z rudzielcem. Gdy dotarli na Bursztynową Wyspę, uczennica dosyć szybko się od nich oddaliła, więc zostali sami. Nie rozmawiali raczej zbyt wiele, dopóki gdzie między kotami nie zauważyli dwóch niebieskich uczennic kłócących się o jakieś bzdury.
— Patrz na nie, nawet zgromadzenie się nie zaczęło, a już tam psocą w oddali — pokazał mu dwie szalejące niebieskie kotki.
Księżyc miał ochotę odejść od kocura, ale ostatecznie zrezygnował. Uznał, że Cętek mógłby się jeszcze za to na niego obrazić. Wolał być wierny swojemu przyjacielowi i nie robić sobie problemów. Widząc dwie uczennice, sam najchętniej by do nich dołączył, ale słysząc słowa Tęgosza, zastrzygł uchem zirytowany.
— Jeszcze się nie biją. Widać, że to świeże mięso. Na szczęście nienależące do Klanu Wilka, więc nie musi to nas obchodzić — odparł nieco bardziej chłodno niż zwykle i skrzywił pyszczek. — Szkoda, że ja nie mogłem czegoś takiego zaznać. Fajnie by było mieć kogoś, kto rzucałby się z tobą błotem jako uczeń — marudził coś tam pod nosem.
Obserwował przez chwilę Tęgosza, unosząc lekko brwi. Chyba zbierał jakieś pozostałości z bitwy młódek z innych klanów.
"Co on kombinuje?" pomyślał, a zaraz chwilę później oberwał czymś mokrym...i brudnym.
— Łap Księżyc! — rudzielec rzucił bielucha błotem, brudząc jego białe futro, wyglądającego na dosyć rozbawionego.
Rozbity co prawda dostał ostrzeżenie, ale trochę zawiesił mu się móżdżek. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
— Czy ty jesteś głupi? — prychnął najpierw, ale zaraz zaczął się śmiać.
Posłał Cętkowanemu ciepły uśmiech.
Tęgosz uśmiechnął się złośliwie, ale też ze swego rodzaju satysfakcją.
— Słowa jako uczeń nic ci nie mówią? — dodał, zbierając błoto ze swojego futra.
— A musimy się ograniczyć tylko do bycia uczniami? Ja tam czuje się nadal młody, nawet jak zostałem wojownikiem, niedawno po tobie — odmruknął, unosząc lekko brwi.
Księżycek ziewnął cicho, na wypowiedź rudzielca.
— Młody może i tak, ale jaki głupkowaty. Jeszcze parę księżyców temu prędzej był uznał że jaszczurki zaczną latać niż ty, dumny Tęgoszyku rzucisz we mnie kawałem błota — zaśmiał się znowu.
— Nie futrzaku, za to ty strasznie spięty jakoś — odparł.
— Wcale nie jestem spięty... — burknął, wytrzepując białe futerko.
Podszedł do cętkowanego, przejeżdżając kocurowi ogonem podbródek. Korzystając z jego chwili nieuwagi, również zebrał błoto i położył mu je prosto na głowę.
— To błotko dodaje ci uroku przyjacielu — miauknął.
Oczy cętkowanego zabłysły lekko. Rewanż, za rewanż. Błoto wylądowało tym razem w futrze na piersi białego. Zmrużył lekko oczy w odpowiedzi na słowa cętka.
— Tobie też towarzyszu, teraz wyglądasz jak "dziki Wilczak”— miauknął.
— Sam jesteś dziki Wilczak. Dziki mysi móżdżek — miauknął.
— Chyba przed chwilą wybiłem się z rytmu, co? Biały ogonek cię zdezorientował? A może to po prostu moja sprawka? — zatrzepotał rzęsami, a w jego oczach można było ujrzeć zapewne całe odbijające się niebo.
Szybko jednak przewrócił oczami.
— No co tak patrzysz? — burknął ze śmiechem.

Pół księżyca później

Rozbity Księżyc wrócił właśnie z patrolu. Nie miał zbyt wiele siły. Niemal od razu, gdy odłożył swoją zdobycz na stos, poległ nieopodal, zabierając ze sobą ze stosu jakąś mysz. Wkrótce przysiadła się do niego jakaś wojowniczka. Spojrzał na czekoladowe futro, od razu rozpoznając w nim Tropiącą Łaskę.
— Zapytam prosto. Jesteś z Tęgoszem? — zapytała, a jej pysk wykrzywił się odrobinę z niesmakiem.
Księżyc aż wypuścił z pyska zwierzynę.
— Słucham? — mruknął niedowierzający własnym uszom. — Co to w ogóle za pytanie? Jak mógłbym z nim być? — burknął zniesmaczony tą myślą.
— Wiesz, niektórzy mówią, że tak. No i dziwnie się zachowujecie — prychnęła z dozą złośliwości.
— Niektórzy najwyraźniej mają coś z głową. Czemu niby miałbym? — mruknął, chociaż brzmiało to może odrobinę bardziej jak syknięcie. — Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Ale to tłumaczy, czemu ostatnio niektórzy zaczęli się krzywić na mój widok. Kto to w ogóle rozniósł? — skrzywił pyszczek.
Nawet jeśli rudzielec nie wyglądał najgorzej, to byli przyjaciółmi. No i oboje byli młodzi, mieli jeszcze dużo czasu przed tobą.
Tropik nie wyczuwając żadnej plotki, przewróciła tylko oczami i odeszła. Księżyc zmarszczył brwi, rozglądając się. Zaraz położył uszy po sobie. Szybko stwierdził, że powinien zacząć unikać swojego towarzysza. Choćby na tyle, ale te dziwne plotki umilkły. Co jak co, ale wolał nie mieć przez to problemów.

Trzy księżyce później

Biały, gdy tylko dowiedział się o śmierci Cienistej Zjawy, zapragnął porozmawiać z rudzielcem. Właśnie dlatego zdecydował się na spotkanie z nim. Nie rozmawiali od trzech księżyców. Nie spał również już koło niego w legowisku, lecz na drugim jego końcu. Plotki zdążyły odrobinę umilknąć, chociaż nadal część kotów patrzyła na niebieskookiego dosyć nieprzychylnie. Zaczepił go więc przy posiłku.
— Hej… Tęgoszu — mruknął cicho, kładąc uszy lekko po sobie

<Tęgosz?>

Od Mordor CD. Gołąbka

Dawniej

— Proszę, przypilnuj jej — usłyszała niebieska.
Wysunęła lekko pazurki i jednym z nich tknęła zrobiony dla niej okład. Rohan nie była w tego powodu najszczęśliwszą. Złapała kotkę za kark, a dokładnie w tym samym momencie rozległy się żałosne piski kociaka. Szarpała się trochę, ale ostatnie padła bez woli życia, niezadowolona stwierdzając, że nie będzie się odzywać to matki.

***

Mordor przeciągnęła się leciutko, wbijając pazurki w podłoże żłobka. Zamruczała cicho i zaczęła rozglądać się po żłobku. To był wyjątkowo spokojny dzień, nawet jak dla jej szalonej rodzinki. Zastrzygła uchem, słysząc czyjeś kroki przy żłobku. Spojrzała w tamtą stronę, widząc znajome bure futerko ucznia uzdrowiciela. Zawołał ją, a gdy poprosił koteczkę o pokazanie łapki, podniosła ją, nieomal się obalając. Spojrzała na stokrotki w futrze kocura i zamrugała kilkukrotnie.
“Jakie ładne!” pomyślała, dopóki jedna z nich nie trafiła na jej nos.
Wtedy przestały być takie ładne, gdyż za łaskotały ją płatki. Podskoczyła lekko i ściągnęła łapką kwiatek, lecz żywica nadal była je jej nosku. Zaczęła próby ściągnięcia jej, a Gołąbek przyglądał się jej chyba odrobinę rozbawiony.
— Z czego się śmiejesz! — zawyła.
— Czekaj, czekaj — miauknął, gdy kotka prawie rozwaliła jedno z legowisk.
Gdy się uspokoiła, podszedł do niej i dokładnie ściągnął resztki żywicy z różowej skóry kociaka.
— Hmpf! — burknęła na niego, a Gołąbek uśmiechnął się lekko.
— Z łapą już wszystko dobrze. Mam nadzieję, że nie trafisz do mnie po raz kolejny zbyt szybko — miauknął.

***

Mordor zeskoczyła z kasztanowca. Chwilę temu skończyła swój dzisiejszy trening. Nie szło jej szczególnie najgorzej, skończyli dziś nawet szybciej. Może nie szło jej tak dobrze, jak siostrze, ale też miała pewien progres. Nauczyła się już robić legowiska na gałęziach, choć powinna bardzo podszlifować swoje umiejętności wspinaczki. Kasztanowiec nie był dla niej jakimś wielkim problemem, ale inne drzewa w Owocowym Lesie…były już nieco cięższe! Rozejrzała się za jakimś znajomym pyskiem. Musiała uzupełnić swoje zapasy mchu. Wtem zauważyła Gołąbka. Razem z Mistral wychodzili z obozu. Młódka doskoczyła do nich.
— Idę z wami! — miauknęła.
Oboje kiwnęli głową na zgodę i cała trójka wyszła z obozu. Zaczęła próby wejścia na jedno z drzew, ale zaraz się poddała. Biegałam dookoła, szukając czegoś. Zielarka i uzdrowiciel od razu zorientowali się, że czegoś szukała.
— Tam jest trochę mchu — miauknął Gołąbek, a Mordor zaświeciły się oczy.
Skoczyła dokładnie we wskazane miejsce i zaczęła chichotać, zbierając mech.
Obejrzała się za siebie.
— Jeśli znajdziesz jakieś dziwnie pachnące rośliny to mów. To mogą być zioła — mruknęła Mistral, a niebieska kiwnęła szybko głową, wskakując na drzewo.
Wczepiła pazurki w drzewo i zaczęła się rozglądać na tyle, ile mogła, będąc przyczepioną do kory drzewa. Nagle zleciała z tego drzewa i odrobinę się obiła. Zapiszczała nerwowo.
— Nic ci nie jest? — zapytał cicho Gołąbek, a Mordor pokręciła głową na nie.
Powiedziała, że nie, ale dopiero po chwili zorientowała się, że nie może zbyt dobrze chodzić. Wzięła mech i kulejąc, szła już spokojnie z resztą.
— Jak wrócimy do obozu, przyjrzysz się mojej łapie, dobrze Gołąbku? Chyba ją zwichnęłam — mruknęła nieco zdenerwowana.

[486 słów]

[10%]

Sesja zakończona/wstrzymana