Gdy Kopciuszek był pieszczochem
— Nie powinieneś. Przecież wiesz, że te nauki nie zdadzą się na nic. Jak można uderzyć bezbronne kocię, bo nie wie co to Boska Istota. A uczyłeś go chociaż? — warknął ostrzegawczo Mleczko.
— Nie mów mi jak mam wychowywać swoje kocięta, jasne? — odmruknęło Mazurek pustym tonem głosu. — Musi znać podstawy! Boska Istota to nasza wspaniała i wszechmocna idea, nie pamiętasz? Jeśli nie będą wierne i lojalne cóż będzie z nich za pożytek? Równie dobrze mogą umrzeć! — podsumował point, machając nerwowo ogonkiem na boki.
— Nie zapomnij, że są to też twoje kocięta. Ich matka nie żyje, a my mieliśmy się nimi za… — miauknęło, jednak nie było dane mu skończyć, gdyż wypowiedź przerwał jeno partner.
— Ich matka nie żyje, bo również była niewierna. Otwórz oczy wreszcie oczy! To kocięta zrodzone z krwi niewiernych — rzucił.
Wtem przyszedł do nich właśnie osobnik, o którym rozmawiali. Mały Karuzela podsłuchiwał już od jakiegoś czasu z jednak miał zbyt wiele pytań, aby móc tak po prostu odejść.
— O-o czym wy mówicie? I dlaczego miałbym umrzeć? — zapytał zdenerwowany.
— Nikt nie umrze mój Karuzelo. Twój ojciec…jest żałosny. Przedkłada własną wiarę nad was moje maluchy.
— To ty jesteś żałosny Mleczko. Oni muszą to wiedzieć. Inaczej ich stąd wyrzucę. Całą piątkę. Nie wiem, na jaką cholerę w ogóle ich tutaj wziąłeś! — miauknęło, ale zaraz potem zamknęło pyszczek, przypominając sobie, że jedno ze wspomnianych “nich” było właśnie w tym pomieszczeniu.
— Jak możesz… Jak możesz być taki oschły? — zapytał kocur, jeżąc futro.
Karuzela schował się za plecami adopcyjnego ojca.
— Karuzelo — zaczęło donośnym tonem głosu Mazurek. — Chodź. Natychmiast. Nauczę cię wszystkiego. Już — mruczało spokojnym tonem głosu, chociaż kryła się w nim oczywista groźba.
Gdy Kopciuszek był w żłobku
Wyszedł nerwowo ze żłobka. Jedna z kocich towarzyszek znowu zaczęła go zaczepiać. Chyba już wolał zbyt przymilnych dwunożnych, których spotykał te dwa księżyce temu. Tupiąc ze złości, wyszedł przed żłobkiem, gdzie spotkał kolejną kotkę. Podniósł wzrok i miał ochotę przeklnąć. Wojowniczka wpatrywała się w kocie zaintrygowana.
— Dzień dobry Kopciuszku — miauknęła przyjaźnie, a złoty zjeżył futerko. — Coś się stało? — zapytała.
— I znowu… Chyba umrę — zawył żałośnie. — Na wszystkie gwiazdy… — burknął cicho, a Psotka strzepnęła uchem.
“Ciekawe czy uważa, że jestem wariatem?” pomyślał, ale nie sądził, aby mógł się spodziewać czegoś takiego po dziwnej kotce. Wyglądała na przyjazną, co właściwie idzie w parze z naiwnością. Przysiadł więc przed nią.
— Ty. Opowiedz mi o Klanie Gwiazdy — mruknął, patrząc na czarną kotkę wyniosłym wzrokiem.
Kotka skrzywiła się lekko na zachowanie kociaka, ale na jej pysku nadal widniał uśmiech.
— Klan Gwiazdy to koty Srebrnej Skóry. Dbają o nasze bezpieczeństwo i o to, aby nasze klany były pełne urodzaju — odmiauknęła z uśmiechem.
Kopciuszkowi zaświeciły się oczy.
— To dokładnie to, co chciałem usłyszeć!! Dziękuję — uśmiechnął się szeroko i ciepło, wręcz nienaturalnie.
Kto widział, aby złoty szczerzył się do jakiejkolwiek kotki? Słyszał już o Klanie Gwiazdy. Boskie, podniebne kotki, które sprawiały pieczę nad wszystkimi ich wiernymi. Słyszał o wiarach zarówno jako pieszczoch od rodziców, a także i tutaj. Szybko uznał, więc że to jakiś wyznacznik dobra…i czystości, którą wielbił. Widział w Klanie Gwiazdy mistyczne, niewinne istoty o niezwykle łagodnym usposobieniu, nie wiedząc, że w rzeczywistości były to koty takie jak każde inne – tyle że po prostu martwe. W słowach kotki szukał więc potwierdzenia dla ich dobra, a nie szczegółów. Kotka zapewne uznała zachowanie młodego kocurka za nieco dziwne, ale ten zupełnie się tym nie przejmował. Czemu miałby zastanawiać się o tym, co myśli żałosna mróweczka.
Jakiś czas temu
Ponownie zaczepił tę samą czarną kotkę. Jego mentorka za żadne skarby nie chciała opowiedzieć mu o Klanie Gwiazdy. Choć może to wina tego, że najzwyczajniej w świecie była ateistką. Chciał, aby kotka, której dawniej nie spytał nawet o imię, opowiedziała mu o zasadach zesłanych przez gwiezdnych dla kocich wojowników. Pajęcza Nić była pod tym względem do wywalenia.
— Co się stało Majacząca Łapo? — zapytała przyjaźnie.
— Ty. Najpierw powiedz, jak masz na imię — mruknął, a kotka zmarszczyła brwi.
Majak za wszelką cenę starał się nie odejść od kotki, która przecież miała mu wytłumaczyć wszystkie te podniebne wspaniałości. Nie wykazywała się według niego zbytnią inteligencją, jednak może to i lepiej?
— Jestem Psotny Nietoperz — odparła.
— Opowiedz mi o kodeksie wojownika. Pajęcza Nić zachowuje się tak, jakby nie znała go zbyt dokładnie — mruknął zirytowany, być może przez przypadek wsypując w coś własną mentorkę.
Czarna opowiedziała młodszemu kocurowi o wszystkich zasadach, które dotyczyły wierzących klanowych kotów. Ukazał swoje ząbki w przebiegłym uśmieszku i wypiął pierś.
— Dziekuję. Cieszy mnie, że jesteś wierną — mruknął powoli i odszedł, zostawiając nieco zdziwioną kotkę samą sobie.
***
“— Spójrz. Widzisz tego ptaka? To są gołębie. Mawiają, że to zwykły, brudny ptak. Jednak nie wszystkie. Czasem spotkasz takiego wyjątkowego. Cenimy te ptaki, szczególnie o czystej, niewinnej białej barwie. Rozumiesz? — mruknęło Mazurek.
Karuzela spojrzał na ojca i zmrużył oczy. Nadstawił się do skoku, niemal łapiąc ptaszysko. Point zjeżył futro i przygwoździł mocno adoptowanego kocura do ziemi.
— Czy ty masz pojęcie, co robisz? — zawył.
Jeno pysk zaczął się zmieniać. Rozdziawione usta rozszerzyły się do ogromnych rozmiarów, pożerając małego złotka w przytłaczającą nicość. Czuł grząski grunt pod łapami oraz ciężar na własnym grzbiecie. Przed jego oczami plonowanie pojawił się pręgowany point. Spojrzał na swoje łapy. Były wyraźnie większe. Gdy nagle przed nim pojawiła się woda, mógł doskonale widzieć w niej własne odbicie. Nagle przestał być Karuzelą, tylko Majaczącą Łapą.
— Dlaczego uciekłeś? — miauknęło przed nim Mazurek.
Miało zamglony wzrok, pysk przyozdobiony niezbyt obecnym uśmiechem.
— Oni wszyscy nie żyją. A to twoja wina. Jesteś bezużyteczny! — warknęło, a Kopciuszek poczuł jeszcze większy ciężar na swoich barkach. — Czujesz to? To właśnie konsekwencje, które musisz ponieść na swój błąd.
— Ale ja nie uci… — zaczął, jednak nagle zamknął pysk.
Coś nie pozwalało mu na to, żeby mówił.
— Nie zmyślaj! Zabiłeś ją. Do tego ta łapa… Naprawdę? Jesteś aż tak żałosny? W NASZEJ wierze takie rzeczy były próbą. PRÓBĄ, KTÓRĄ POWINIENEŚ PRZETRWAĆ TY BEZMYŚLNY POMIOCIE — zawyło, a Kopciuszek obalił się pod wpływem niewidocznego ciężaru na barkach.
— Nie obchodzi mnie, co zrobisz. Masz być posłuszny i wierny. Czego cię uczyłem…córko? — burknęło, kładąc łapę na głowie pręgusa.”
Złoty obudził się z bólem całego ciała. Przerażony rozejrzał się po legowisku uczniów. Przykrył pysk łapami i próbował uspokoić kołatanie serca. Gdy w końcu mu się to udało, ponownie zasnął.
***
Kopciuszek obudził się w nie najlepszym humorze. Zamrugał kilkukrotnie, próbując przyzwyczaić się do światła wpadającego zza strumieni wodospadu kryjącego obóz Klanu Klifu. Nadal czuł dziwny ból. Wiedział, że to koszmar jednak czuł się jakby przeszło po nim stado dzików. Zjeżył lekko futro, patrząc na Pajęczą Nić zaglądającą do legowiska.
— A ty tu czego? — warknął cicho, ale widząc chłodne spojrzenie mentorki, szybko ucichł, przewracając tylko oczami.
— Trochę szacunku. Rozmawiałam z Lśniącą Gwiazdą — odmruknęła spokojnie, ale nadal mierzyła ucznia mroźnym wzrokiem.
— Aha. Jasne. W końcu przeszedłem jakoś ten beznadziejny test — odburknął niczym zbuntowany dzieciak.
Na dziś najwyraźniej miał mieć spokój. Zamknął oczy, a przed oczami znowu stanął mu obraz ojca.
“Wiara… Oni wszyscy… są niewierni i żałośni” pomyślał, oddychając spokojnie.
Otworzył powoli oczy i uśmiechnął się pierwszy raz od wielu księżyców. Nie sądził że znienawidzony przez niego rodzic będzie wyznacznikiem ścieżki jego przyszłości. Jego decyzja, która miała zapaść już wiele księżyców temu, najwyraźniej wkrótce miała wyjść na światło dzienne. Nie wiedział tylko, jak miał podejść do swojej misji odkupienia. Musiał znaleźć niewiernego. Boska Istota nigdy nie miała nic przeciwko innowiercom, wręcz przepadała, gdy kot wierzył w innych Niebieskich. Tak przynajmniej zapamiętał Kopciuszek lekcje swojego ojca. Zapomniał o wszystkich zasadach, które wpojono mu za kocięcia, a teraz, aby odkupić swoje winy, musiał zdobyć się na gest ku zwiększeniu wiernych Boskiej Istocie. Zdecydował się, że będzie to właśnie dziś. Przygotowywał się do tego od wielu wschodów słońca i nie było mowy, aby nikt nie został poruszony jego słowami. Widocznie Pajęcza Nić musiała już odbyć mowę z liderem, gdyż już za chwilę dało się słyszeć donośny głos cętkowanego kocura wzywającego swój klan. Cała zgraja kotów zebrała się wokół mównicy. Na pysku Kopciuszka malował się błogi, pełen determinacji uśmiech. Nie było w nim ani krztyny strachu. Strach był w końcu jednym z grzechów. Rudzielec wystąpił jeszcze krok bliżej ludności. Wyglądał na niezbyt pewnego.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego… wojownika — przerwał, wpatrując się w spokojnego złotego kocura. — Majacząca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu i dbać o swój klan nawet za cenę życia? —
— Przysięgam na mą czystą duszę — odparł, uśmiechając się łagodnie.
— A więc mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Majacząca Łapo, od tej pory będziesz znany jako… Majaczący Kopciuszek. Klan Gwiazdy ceni twoją siłę i empatię oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu — miauknął.
Kopciuszek odchrząknął lekko, skupiając na sobie nadal wzrok innych.
— Stoję przed wami i chciałbym powiedzieć, że jestem wdzięczny Boskiej Istocie, Klanowi Gwiazdy, ale też wam-tym, którzy dali mi szansę — mruczał powoli, a jego oczy spotykały się ze skrzywionymi pyskami pobratymców. — Liczę na dalszą współpracę — dodał jeszcze krótko, jakby nie był pewien co jeszcze powinien powiedzieć.
Spojrzał na przywódcę, który przyglądał się mu chłodnym wzrokiem. Zapewne myślał, że poprzednia przywódczyni musiała mieć do niego jakąś rację.
***
Majaczący Kopciuszek zdecydował się na wizytę u pewnej kotki. Czarne futro oraz wczepione w nią piękne niebieskie kwiaty i piórka. Korzystając z nieobecności niebieskiego tłuścioszka (jak Kopciuszek pozwolił sobie nazywać nowego protektora) zawitał w żłobku. Na uboczu ujrzał trzy kotki.
“Obrzydliwe” pomyślał, ale mimo to uśmiechnął się serdecznie.
— Witaj Psotny Nietoperzu. Wiesz… Jesteś pierwszą poznaną mi kotką, która zdaje się mieć rozum — zaczął cicho, aby nie obudzić śpiących.
— Dzień dobry Majaczący Kopciuszku. Miło mi — uśmiechnęła się.
— Czy twoje kocięta już wierzą? A co z twoim partnerem? Chyba nie wzięłaś sobie obrzydliwego niewiernego za ojca własnego potomstwa? — zapytał, nadal się szczerząc.
<Psotny Nietoperzu?>
[1581 słów]