Zwiewny Mak rozszerzyła oczy. Czy to naprawdę był… Czajka?
— Czajko! — zawołała Zwiewny Mak i podeszła bliżej drogi grzmotu.
Kocur po drugiej stronie pozostał cicho. Było widać, że nie wie, co ma rzec.
Wojowniczka spojrzała w lewo, potem w prawo i przebiegła do kocura.
— Dlaczego… dlaczego nie przychodziłeś? Czekałam każdej nocy… myślałam, że już nie chcesz się ze mną spotykać.
Głos kotki drżał i był desperacki, jakby kotka pragnęła, by kocur odpowiedział.
Czy już jej nie lubił… albo nie kochał?
Zwiewny Mak jakiś czas temu zrozumiała, że uczucie, które odczuwała w trakcie spotkań z Czajką, to miłość. Jednak teraz kotka nie była pewna, czy kocur to odwzajemnia.
Jej wzrok wbity był w pysk Czajki. Nie było widać na nim żadnych emocji.
— Przyjdziesz jeszcze kiedyś? — spytała Mak.
Jej oczy się zaszkliły.
Czarny ogon kotki opadł i leżał na ziemi, gdy kotka czekała na odpowiedź ukochanego. W końcu ona sama powiedziała:
— Wiem… chyba wiem, czemu nie przychodziłeś. To jest trudne… wiesz, ja jestem z Klanu Burzy, ty z Owocowego Lasu… ale ja… ja cię kocham… — na końcu jej głos zmienił się w szept pełen uczucia jak i strachu. Teraz wystarczyło tylko czekać, aż Czajka odpowie. — Wiesz, ja zawsze mogę przejść do Owocowego Lasu… jeśli nie chcesz się już spotykać potajemnie w nocy!
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)
Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)
14 marca 2026
Od Kasjopei do Ognikowej Słoty
Liliowa pręguska zbudziła się wśród kwiatów lawendy, a jej nos zalany został jej kojącym zapachem. Poczuła na swojej skórze ciepło letniego poranka. Westchnęła błogo, przeciągając się wśród łodyg kwiecia. Wytarzała się w nich, zatrzymując na swoim futrze ich intensywny zapach. Zaraz po tym przeszła do szybkiej porannej kuwety, porządkując swoje skołtunione po śnie futro. Wylizała również łabędzie pióro, by oczyścić je z brunatnej ziemi, która splamiła śnieżnobiałe pierze, a po tym ulokowała je niezgrabnie z powrotem za ucho. Po swojej stylizacji wreszcie wstała w celu zapolowania. Musiała przecież coś zjeść, bo trzeba wyruszyć zaraz ponownie w trasę. Może dziś znajdzie jakąś grupę, do której będzie mogła się przyłączyć? Samotność na nią dobrze nie wpływała, potrzebuje kontaktu z innymi kotami albo oszaleje.
Wyruszyła ona w stronę najbliższego wrzosowiska. Tam fauna była na tyle bujna, że na pewno znajdzie tam dla siebie jakiś syty kąsek. Po drodze zaczęła odczuwać, jak ciepło zamienia się w gorąco, a słońce niemiłosiernie świeciło w jej oczy. Po dotarciu szybko wyczuła zapach królika, a następnie podążyła tropem, jaki za sobą zostawił. Gdy wreszcie go zobaczyła, przypadła do ziemi i zaczęła swoje skradanie. Stawiała łapy na ziemi lekko, starając się być cichszą od myszy. Gdy królik się odwrócił niespodziewanie w stronę Kasjopei, oboje się poderwali w bieg. Podczas niedługiej pogoni samotniczce udało się przygnieść zwierzątko do ziemi, uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Spojrzała mu w oko, po czym natychmiast wgryzła się w krtań zdobyczy. Przez moment się miotało, ale gdy kocica poczuła gorzki smak krwi, natychmiast wyzionęło ducha. Zdobycz zabrała na niewielki zalesiony skrawek obok pola lawend, w którym spała i tam zajęła się jedzeniem w cieniu drzew.
Po posileniu się natychmiast wyruszyła dalej, by zawędrować jak najdalej, póki nie było jeszcze pełnego słońca. Szła wzdłuż rzeki, która teraz przez upał bardziej przypominała niezgrabny strumyk. Co jakiś czas robiła sobie postoje na napicie się, a jedyne ukojenie od słońca przynosiły okazjonalne cienie rzucane przez bialutkie chmury. Po drodze wróciła myślami do rodziny. Jak się czuli po jej odejściu? Czy w ogóle powinno ją to przejmować? Możliwe, że nie, ale zachowanie jej rodziny wciąż sprawiało, że pręguska stawiała sobie kilka pytań. Czy od zawsze Andromeda donosiła na Kasjope, czy tylko ten jeden raz? A ojciec to chyba w ogóle nie wiedział, w jakiej kwestii bronił matkę. Nie zdziwiłaby się, więc gdyby okazało się to prawdą. Kocur był tak zaślepiony starszą kotką, że od razu bezwarunkowo stawał po jej stronie, nie ważne, jakie bzdury ona by opowiadała. Zielonooka aż westchnęła z irytacją i przystanęła na niewielkim wzniesieniu, obserwując teren przed sobą.
Widziała miks lasu i łąk, gdzieniegdzie przerywane rzekami czy strumieniami. Może tam kogoś znajdę - pomyślała, po czym zawęszyła. Poczuła, jak wiatr zwiewa w jej stronę mieszankę zapachów kotów. Na pewno trafiła w dobre miejsce. Najpierw musi jednak znaleźć cień, bo słońce zaczęło już piec ją w cielsko.
Zaszła do lasu, który wprowadzał do terenów Klanu Wilka, o którym Kasjopeja jeszcze nie miała pojęcia. Na skraju zalesienia i pól spotkała niskiego szarego kocura, który na swój sposób przypominał kotce jej ojca.
— Przestrzegam cię, nie zaszywaj się dalej! — rzekł kocur, gdy tylko spotkali się wzrokiem. — Tam samotnicy, gdy wejdą raz, to więcej nie wyjdą!
Kasjopeję zaintrygował fakt znikających kotów. Zastanowiła się przez moment.
— A wiadomo, dlaczego tak jest? I jeśli tak jest, po co tu jesteś? — zapytała zaciekawiona.
— Klan tutejszy jest wrogi kotom z zewnątrz. Gdy w dzień tam zaszedłem, uszedłem z życiem, ale mój brat przedtem wlazł i nie wylazł, a była noc — opowiadał kocur, widocznie wzdrygając się na wspomnienie o krewnym. — Jestem tu, bo o cień nie łatwo, a w tym miejscu tu jest jeszcze bezpiecznie. Granica jest głębiej w las. Aczkolwiek trzyma mnie tu nadzieja o spotkanie brata.
Pręguska wsłuchiwała się w każde słowo kota, zastanawiając się, czy może lepiej byłoby pójść gdzie indziej. Ryzykować życiem czy może odpuścić?
— Rozumiem. Jest więcej klanów?
— Oj tak, kilka. Nie znam ich dobrze, powierzchownie tylko. Tu najgroźniej, lecz o cień najlepiej. Gdy pogoda przestanie gotować mi skórę, opuszczę to miejsce, bo na razie życie mi miłe — skwitował i natychmiast zaszył się w zaroślach, prędko pozostawiając Kasjopeję samą.
Samotniczka zastanowiła się przez moment. Może dołączyłaby do tego klanu? Skoro w ciągu dnia da się ujść z życiem, to może warto spróbować. Najwyżej straci życie. I tak nikt na nią nie czekał. Najpierw musiałaby zapolować. Ptactwa powinno tu być wystarczająco. Srebrna pręguska w takim razie zabrała się do polowania. Weszła nieco głębiej w las i zaczęła nadsłuchiwać. Tu i ówdzie usłyszała dzięcioła, tam gołębia, a gdzieś indziej jeszcze brzmiał śpiew sikory przerywany okrzykami kosa. Bardzo dobrze szło jej rozpoznawanie dźwięków ptaków, ale z polowaniem na nie szło jej nieco ciężej. Przypadła do ziemi między krzewami z widokiem na jałowce i kopiec mrówek. Oset uczył, że przy krzewach z owocami można się spodziewać wielu ptaków, ale to Andromedzie najlepiej szło polowanie na nie. Kasjopeja raczej wolała myszy czy inne gryzonie, do tego zajęczaki.
Kotka czekała na idealny moment, ale większość potencjalnych zdobyczy niemal natychmiast uciekała. Po długim oczekiwaniu przyleciał dzięcioł i zajął się wyskubywaniem mrówek. Był obrócony do kotki plecami, idealnie, by ta mogła się podkraść. Zanim poderwał się do lotu, ta szybko zajęła się przygwożdżeniem ptaka do ziemi, łamiąc przy tym jego kręgosłup. Spojrzała na niebo i zauważyła, że przybiera ono już nieco złotawą barwę, oznaczając nadciągający zachód słońca. Może teraz nie powinna iść do klanu. Raczej lepiej dla niej czekać do rana. Kotka westchnęła i przekąsiła dzięcioła, a następnie wybrała się, by znaleźć miejsce na sen.
Wyszła ona na nieco bardziej otwarty teren. Teraz gdy słońce schowało się za horyzontem, mogła spędzić wieczór w chłodnym, otwartym miejscu. Znalazła polankę ukwieconą rumiankiem, na co się uśmiechnęła. Nie była to lawenda, lecz jego zapach był dla niej równie kojący. Położyła się i wytarzała w białym kwieciu i przeciągnęła się. Po długim dniu wreszcie czas na wypoczynek.
Zbudziły ją ciepłe promienie porannego słońca, zapraszając ją do ucieczki w cień. Na niebie nie dało się zaobserwować żadnej chmury, zapowiadając dzień o bardzo ostrym i nieprzerwanym słońcu. Kotka wytrząsnęła z futra wszystkie kwiecia lawendy, by zastąpić je rumiankiem, uprzednio na szybko porządkując swoją już skołtunioną sierść. Następnie wybrała się z powrotem w las i zawęszyła. Wyczuła różnorodne zwierzęta. Cały ranek spędziła na polowaniu. Udało jej się złapać gołębia i ryjówkę, którą zjadła na pierwszy posiłek, a ptaka zostawiła jako prezent dla członków klanu. Gdy spojrzała w niebo, zaobserwowała słońce, które ledwo co się wspięło na szczyt. Czas najwyższy jest odnaleźć granicę klanu.
Po drodze zastanawiała się nad możliwymi pytaniami zadanymi w jej stronę. Na przykład: po co chce dołączyć do klanu? Najlepszym wytłumaczeniem byłaby potrzeba należenia do jakiejś grupy kotów, bo samotne życie nie było ambicją Kasjopei. A dlaczego akurat ten klan? Może po prostu lubi przesiadywanie w lesie, a poza tym tylko o tym klanie cokolwiek wie na ten moment. Westchnęła i się skupiła na drodze. Co chwilę stawała w miejscu, odkładając gołębia na bok, by móc wyczuć jakiekolwiek oznaczenia granicy. Po kilku takich postojach wywęszyła punkt, w którym zapach innych kotów stał się intensywniejszy niż gdziekolwiek indziej na drodze pręguski. Przystanęła i wzięła głęboki oddech. Teraz gdy już stała na granicy potencjalnych morderców samotników, nie było odwrotu. Jej poduszki łap zaczęły swędzieć przez nerwowe pocenie się. Dreptała w tę i z powrotem, próbując się opanować. Po kilku chwilach udało jej się przestać tak stresować i tylko oczekiwała jakichkolwiek kotów. Wtedy usłyszała szelest. Kotka stała z wiatrem, więc to koty czuły jej zapach, nie na odwrót. Usiadła i zaczekała cierpliwie. Zza drzew wyszła trójka kotów: dwa szylkrety i jeden bury kocur. Kasjopeja cofnęła lekko uszy, lecz w jej oczach wciąż było widać spokój i opanowanie.
— Czego tu szukasz, samotniku? — syknęła kotka o ciemnorudym zabarwieniu z czarnymi oraz białymi smugami. Spoglądała na liliową z uniesioną brodą i wyraźną pogardą w brązowych ślepiach.
— Jeśli jesteś tu tylko z kaprysu, radzę odejść — mruknął kot o kremowo-czarnym szylkretowym futrze, będąc raczej z tyłu grupy. Bury kocur zaś jedynie analizował Kasjopeję wzrokiem od góry do dołu.
— Chciałabym do was dołączyć — rzekła.
Odpowiedziała jej cisza i szybkie jakby obrzydzone spojrzenia między nieznanymi jej kotami.
— Taa, po to, by zapchlić nam klan — warknął wreszcie czarny pręgus, a reszta pozostała milcząca.
— Nie mam pcheł — parsknęła liliowa pręguska. — I mówię poważnie.
Przez kilka uderzeń serca trwała nieprzyjemna cisza między patrolem rzucającym pogardliwe spojrzenia w stronę samotniczki.
— To się okaże — skwitowała szylkretka, wbijając swój wzrok w oczy Kasjopei z niesmakiem.
Wyruszyła ona w stronę najbliższego wrzosowiska. Tam fauna była na tyle bujna, że na pewno znajdzie tam dla siebie jakiś syty kąsek. Po drodze zaczęła odczuwać, jak ciepło zamienia się w gorąco, a słońce niemiłosiernie świeciło w jej oczy. Po dotarciu szybko wyczuła zapach królika, a następnie podążyła tropem, jaki za sobą zostawił. Gdy wreszcie go zobaczyła, przypadła do ziemi i zaczęła swoje skradanie. Stawiała łapy na ziemi lekko, starając się być cichszą od myszy. Gdy królik się odwrócił niespodziewanie w stronę Kasjopei, oboje się poderwali w bieg. Podczas niedługiej pogoni samotniczce udało się przygnieść zwierzątko do ziemi, uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Spojrzała mu w oko, po czym natychmiast wgryzła się w krtań zdobyczy. Przez moment się miotało, ale gdy kocica poczuła gorzki smak krwi, natychmiast wyzionęło ducha. Zdobycz zabrała na niewielki zalesiony skrawek obok pola lawend, w którym spała i tam zajęła się jedzeniem w cieniu drzew.
Po posileniu się natychmiast wyruszyła dalej, by zawędrować jak najdalej, póki nie było jeszcze pełnego słońca. Szła wzdłuż rzeki, która teraz przez upał bardziej przypominała niezgrabny strumyk. Co jakiś czas robiła sobie postoje na napicie się, a jedyne ukojenie od słońca przynosiły okazjonalne cienie rzucane przez bialutkie chmury. Po drodze wróciła myślami do rodziny. Jak się czuli po jej odejściu? Czy w ogóle powinno ją to przejmować? Możliwe, że nie, ale zachowanie jej rodziny wciąż sprawiało, że pręguska stawiała sobie kilka pytań. Czy od zawsze Andromeda donosiła na Kasjope, czy tylko ten jeden raz? A ojciec to chyba w ogóle nie wiedział, w jakiej kwestii bronił matkę. Nie zdziwiłaby się, więc gdyby okazało się to prawdą. Kocur był tak zaślepiony starszą kotką, że od razu bezwarunkowo stawał po jej stronie, nie ważne, jakie bzdury ona by opowiadała. Zielonooka aż westchnęła z irytacją i przystanęła na niewielkim wzniesieniu, obserwując teren przed sobą.
Widziała miks lasu i łąk, gdzieniegdzie przerywane rzekami czy strumieniami. Może tam kogoś znajdę - pomyślała, po czym zawęszyła. Poczuła, jak wiatr zwiewa w jej stronę mieszankę zapachów kotów. Na pewno trafiła w dobre miejsce. Najpierw musi jednak znaleźć cień, bo słońce zaczęło już piec ją w cielsko.
Zaszła do lasu, który wprowadzał do terenów Klanu Wilka, o którym Kasjopeja jeszcze nie miała pojęcia. Na skraju zalesienia i pól spotkała niskiego szarego kocura, który na swój sposób przypominał kotce jej ojca.
— Przestrzegam cię, nie zaszywaj się dalej! — rzekł kocur, gdy tylko spotkali się wzrokiem. — Tam samotnicy, gdy wejdą raz, to więcej nie wyjdą!
Kasjopeję zaintrygował fakt znikających kotów. Zastanowiła się przez moment.
— A wiadomo, dlaczego tak jest? I jeśli tak jest, po co tu jesteś? — zapytała zaciekawiona.
— Klan tutejszy jest wrogi kotom z zewnątrz. Gdy w dzień tam zaszedłem, uszedłem z życiem, ale mój brat przedtem wlazł i nie wylazł, a była noc — opowiadał kocur, widocznie wzdrygając się na wspomnienie o krewnym. — Jestem tu, bo o cień nie łatwo, a w tym miejscu tu jest jeszcze bezpiecznie. Granica jest głębiej w las. Aczkolwiek trzyma mnie tu nadzieja o spotkanie brata.
Pręguska wsłuchiwała się w każde słowo kota, zastanawiając się, czy może lepiej byłoby pójść gdzie indziej. Ryzykować życiem czy może odpuścić?
— Rozumiem. Jest więcej klanów?
— Oj tak, kilka. Nie znam ich dobrze, powierzchownie tylko. Tu najgroźniej, lecz o cień najlepiej. Gdy pogoda przestanie gotować mi skórę, opuszczę to miejsce, bo na razie życie mi miłe — skwitował i natychmiast zaszył się w zaroślach, prędko pozostawiając Kasjopeję samą.
Samotniczka zastanowiła się przez moment. Może dołączyłaby do tego klanu? Skoro w ciągu dnia da się ujść z życiem, to może warto spróbować. Najwyżej straci życie. I tak nikt na nią nie czekał. Najpierw musiałaby zapolować. Ptactwa powinno tu być wystarczająco. Srebrna pręguska w takim razie zabrała się do polowania. Weszła nieco głębiej w las i zaczęła nadsłuchiwać. Tu i ówdzie usłyszała dzięcioła, tam gołębia, a gdzieś indziej jeszcze brzmiał śpiew sikory przerywany okrzykami kosa. Bardzo dobrze szło jej rozpoznawanie dźwięków ptaków, ale z polowaniem na nie szło jej nieco ciężej. Przypadła do ziemi między krzewami z widokiem na jałowce i kopiec mrówek. Oset uczył, że przy krzewach z owocami można się spodziewać wielu ptaków, ale to Andromedzie najlepiej szło polowanie na nie. Kasjopeja raczej wolała myszy czy inne gryzonie, do tego zajęczaki.
Kotka czekała na idealny moment, ale większość potencjalnych zdobyczy niemal natychmiast uciekała. Po długim oczekiwaniu przyleciał dzięcioł i zajął się wyskubywaniem mrówek. Był obrócony do kotki plecami, idealnie, by ta mogła się podkraść. Zanim poderwał się do lotu, ta szybko zajęła się przygwożdżeniem ptaka do ziemi, łamiąc przy tym jego kręgosłup. Spojrzała na niebo i zauważyła, że przybiera ono już nieco złotawą barwę, oznaczając nadciągający zachód słońca. Może teraz nie powinna iść do klanu. Raczej lepiej dla niej czekać do rana. Kotka westchnęła i przekąsiła dzięcioła, a następnie wybrała się, by znaleźć miejsce na sen.
Wyszła ona na nieco bardziej otwarty teren. Teraz gdy słońce schowało się za horyzontem, mogła spędzić wieczór w chłodnym, otwartym miejscu. Znalazła polankę ukwieconą rumiankiem, na co się uśmiechnęła. Nie była to lawenda, lecz jego zapach był dla niej równie kojący. Położyła się i wytarzała w białym kwieciu i przeciągnęła się. Po długim dniu wreszcie czas na wypoczynek.
***
Zbudziły ją ciepłe promienie porannego słońca, zapraszając ją do ucieczki w cień. Na niebie nie dało się zaobserwować żadnej chmury, zapowiadając dzień o bardzo ostrym i nieprzerwanym słońcu. Kotka wytrząsnęła z futra wszystkie kwiecia lawendy, by zastąpić je rumiankiem, uprzednio na szybko porządkując swoją już skołtunioną sierść. Następnie wybrała się z powrotem w las i zawęszyła. Wyczuła różnorodne zwierzęta. Cały ranek spędziła na polowaniu. Udało jej się złapać gołębia i ryjówkę, którą zjadła na pierwszy posiłek, a ptaka zostawiła jako prezent dla członków klanu. Gdy spojrzała w niebo, zaobserwowała słońce, które ledwo co się wspięło na szczyt. Czas najwyższy jest odnaleźć granicę klanu.
Po drodze zastanawiała się nad możliwymi pytaniami zadanymi w jej stronę. Na przykład: po co chce dołączyć do klanu? Najlepszym wytłumaczeniem byłaby potrzeba należenia do jakiejś grupy kotów, bo samotne życie nie było ambicją Kasjopei. A dlaczego akurat ten klan? Może po prostu lubi przesiadywanie w lesie, a poza tym tylko o tym klanie cokolwiek wie na ten moment. Westchnęła i się skupiła na drodze. Co chwilę stawała w miejscu, odkładając gołębia na bok, by móc wyczuć jakiekolwiek oznaczenia granicy. Po kilku takich postojach wywęszyła punkt, w którym zapach innych kotów stał się intensywniejszy niż gdziekolwiek indziej na drodze pręguski. Przystanęła i wzięła głęboki oddech. Teraz gdy już stała na granicy potencjalnych morderców samotników, nie było odwrotu. Jej poduszki łap zaczęły swędzieć przez nerwowe pocenie się. Dreptała w tę i z powrotem, próbując się opanować. Po kilku chwilach udało jej się przestać tak stresować i tylko oczekiwała jakichkolwiek kotów. Wtedy usłyszała szelest. Kotka stała z wiatrem, więc to koty czuły jej zapach, nie na odwrót. Usiadła i zaczekała cierpliwie. Zza drzew wyszła trójka kotów: dwa szylkrety i jeden bury kocur. Kasjopeja cofnęła lekko uszy, lecz w jej oczach wciąż było widać spokój i opanowanie.
— Czego tu szukasz, samotniku? — syknęła kotka o ciemnorudym zabarwieniu z czarnymi oraz białymi smugami. Spoglądała na liliową z uniesioną brodą i wyraźną pogardą w brązowych ślepiach.
— Jeśli jesteś tu tylko z kaprysu, radzę odejść — mruknął kot o kremowo-czarnym szylkretowym futrze, będąc raczej z tyłu grupy. Bury kocur zaś jedynie analizował Kasjopeję wzrokiem od góry do dołu.
— Chciałabym do was dołączyć — rzekła.
Odpowiedziała jej cisza i szybkie jakby obrzydzone spojrzenia między nieznanymi jej kotami.
— Taa, po to, by zapchlić nam klan — warknął wreszcie czarny pręgus, a reszta pozostała milcząca.
— Nie mam pcheł — parsknęła liliowa pręguska. — I mówię poważnie.
Przez kilka uderzeń serca trwała nieprzyjemna cisza między patrolem rzucającym pogardliwe spojrzenia w stronę samotniczki.
— To się okaże — skwitowała szylkretka, wbijając swój wzrok w oczy Kasjopei z niesmakiem.
<Ognikowa Słoto?>
Od Brukselkowej Zadry CD. Wełnistej Mszycy
— Brukselkowa Zadro — Wełnista Mszyca podjęła nagle. — Czuję, że Klan Wilka... Nie. — Pokręciła łebkiem. — Wiem, że Klan Wilka nie jest bezpiecznym miejscem dla kogoś takiego, jak ty czy ja. Nie jest odpowiednim miejscem, w którym powinny przychodzić na świat kocięta czy trenować młodzi uczniowie. Gęste korony drzew uniemożliwiają dotarcie gwieździstemu blasku do waszego obozu, pozwalając tym samym, aby mrok otulał serca i umysły większości twych braci. Dlatego chcę, żebyś wiedziała, że ty i koty, które czczą Gwiezdnych, mogą liczyć na moją pomoc, jak i myślę, że mogłyby liczyć na znalezienie bezpiecznego miejsca w Klanie Burzy, jeśli bylibyście gotowi na zmianę. Nie chcę już nikogo więcej z was stracić.
Liliowa zaniemówiła. Nie spodziewała się usłyszeć takiej propozycji od albinoski. Odejść? Z Klanu Wilka? Nie po to pozwoliła swoim bliskim uciec, samemu zostając w wilczackich szeregach, by teraz z nich odchodzić. Skinęła jednak głową w podzięce za troskę.
— Przepraszam, ale nie mogę… — odparła po chwili, biorąc głęboki wdech. — Nie mogę opuścić Klanu Wilka, choć masz rację, czasem jest tu trochę niebezpiecznie… — kontynuowała, próbując nadać głosowi żartobliwy ton, by rozluźnić atmosferę. — Jednak nie mogę zostawić tu kotów, które są tak bliskie memu sercu. Nie każdy z nich zdecyduje się na przejście do Klanu Burzy, a ja nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś im się stało, podczas gdy ja bezpiecznie siedziałabym w waszym azylu — tłumaczyła, przenosząc spojrzenie na swoje łapy. — Zresztą jestem już zbyt stara na takie zmiany. Który z Burzaków ucieszyłby się z kolejnego starucha do wykarmienia? Wiesz, przyjęcie przez Króliczą Gwiazdę to jedno, a bycie zaakceptowanym przez Burzaków to drugie. Nie chcę was zamęczać swoją obecnością — dodała, jakby poprzednie słowa nie były wystarczającym powodem, by zostać w Klanie Wilka.
Wełnista Mszyca nie wyglądała na ucieszoną, ale też nie była zawiedziona. Na jej pysku pojawiło się zrozumienie.
— Cóż, nie zmuszę cię do zmiany decyzji ani nie podejmę jej za ciebie — mruknęła w końcu białofutra, odwracając wzrok od Brukselkowej Zadry. — Oby Klan Gwiazdy miał cię w opiece. Muszę już wracać, ale gdy tylko nadarzy się okazja, spotkajmy się znów.
Pręgowana bez wahania zgodziła się na tę propozycję. Albinoska miała dobre serce. Troszczyła się o innych i każdemu starała się pomóc. Ponadto łączyło je całkiem sporo – w końcu obie znały Mglistego Sna, a teraz zamartwiały się o niego po stokroć.
Wojowniczka obdarzyła albinoskę ciepłym uśmiechem, po czym odwróciła się i zniknęła między wysokimi pniami drzew iglastych oraz gęstymi krzewami. Miała nadzieję, że już niedługo ich ścieżki skrzyżują się po raz kolejny.
Brukselkowa Zadra miała wrażenie, że Klan Wilka tylko rósł w siłę. Zalotna Gwiazda nie ociągała się z ceremoniami, których ostatnio było całkiem sporo. Na posadzie mistrzów zasiadały teraz trzy kotki – Kocimiętkowy Wir, Nadciągający Pomrok i Ognikowa Słota. Oprócz tego na ucznia został mianowany Księżycek, syn Jaskółczego Ziela. Czarnofutra kotka była dla Brukselki, można by rzec, znajomą. Zdarzało im się zamienić ze sobą kilka słów, tak więc pręgowana nie ociągała się, gdy kilka księżyców temu usłyszała wieść, że Jaskółka doczekała się kocięcia.
Jednak najważniejszym wydarzeniem ostatnich czasów było dla Brukselki mianowanie jej przybranych kociąt. Kryształka zwała się teraz Kryształową Łapą, a Węgielka nosiła miano Zwęglonej Łapy. Liliową z lekka niepokoił fakt, że dostały one na mentorów koty silnie związane z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd. Czyżby liderka przejrzała już wszystkie koty wierzące w Klan Gwiazdy, które żyją w wilczackim azylu? Czy specjalnie dobierała mentorów tak, by na jej oczach wyrastało pokolenie jeszcze silniej oddane mrokowi? Czy w takim przypadku próba nawrócenia Wilczaków była wciąż możliwa? Ten klan i tak już dawno był zepsuty. Wyżarty przez bezgwiezdne dusze, przegniły od środka. Może ucieczka naprawdę była jedynym rozwiązaniem? Cóż, z całą pewnością najłatwiejszym.
Brukselkowa Zadra miała już na karku mniej więcej siedemdziesiąt księżyców, co tylko potęgowało jej wrażenie, że czas ucieka jej przez palce. Obiecała Gwiezdnym Przodkom, że się nie podda, że jeszcze naprawi swoich zaślepionych pobratymców. Czy wtedy kłamała? Przyjęła tak chciwie nagrodę od Klanu Gwiazdy, a teraz zachowywała się, jakby ten rozdział w jej życiu został już zamknięty. Nie próbowała podszeptywać innym właściwych przekonań, nie próbowała budzić niepewności w kotach, które jeszcze dało się uratować. Pozwalała, by ci, którzy mieli szansę na nawrócenie, jeszcze bardziej pogrążali się w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
Tak nie powinien postępować kot, w którym Gwiezdni pokładali tak wiele nadziei.
Żółtooka westchnęła ciężko, opierając głowę na łapach. Czuła, jak ogarnia ją bezsilność. Ze śmiercią matki zdążyła się już pogodzić, teraz czując, że Kryształka jest jakby jej innym wcieleniem. Wciąż jednak nie mogła przełknąć faktu, że oczekiwano od niej o wiele więcej, niż w rzeczywistości robiła. Może i wykonywała pojedyncze rozkazy wydane przez Gwiezdnych, jednak na dłuższą metę nie robiła niczego z własnej woli. Pomysły, które miała na sprowadzenie Klanu Wilka na dobrą drogę, rozpływały się gdzieś w rutynie.
Teraz zresztą, gdy Wrotyczowa Szrama zaczęła się od niej dystansować, cały czas trzymając się boku Zalotnej Gwiazdy, Brukselka straciła ostatnie strzępki motywacji, jakie w niej drzemały. Kompletnie nie rozumiała tej zmiany w nastawieniu dymnej wojowniczki. Co musiało się jej stać, by tak drastycznie zmieniła swoje usposobienie?
Może Mglisty Sen miał rację. Może bronienie jej racji nie było warte napiętej relacji z synem. Może czarnofutry już od dawna widział więcej niż Brukselkowa Zadra. Tak bardzo chciałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co dzieje się teraz w Klanie Wilka – i tak bardzo chciałaby przeprosić go za wszystkie słowa, które z jej pyska mogłyby jakkolwiek go urazić.
By się nieco odprężyć i przewietrzyć, postanowiła udać się na spacer. Na klanowe tereny zawitała już słoneczna Pora Zielonych Liści, która przyjemnie ogrzewała las, jednocześnie nie męcząc zbytnio Wilczaków. Poszczęściło im się, że na swoich terenach mieli tak dużo cienia. Brukselka nie wyobrażała sobie spacerów w pełnym słońcu; chyba padłaby z przegrzania! Teraz przyszło jej też do głowy, że gdyby nie te wszystkie okrutne zwyczaje, Klan Wilka mógłby być naprawdę pięknym klanem. Na ich terenach nie brakowało rzek, jezior, rozległych lasów i kwiecistych polan. Nie była co prawda pewna, jak wyglądają tereny w innych zakątkach klanów, ale wiedziała, że inni mogliby tylko pomarzyć o takim borze.
Łapy zaniosły wojowniczkę wprost nad granicę z Klanem Burzy. Nie myślała o tym, by spotkać Wełnistą Mszycę, lecz najwyraźniej gdzieś z tyłu głowy i tak kłębiła się nadzieja, że znów się ujrzą. Może medyczka sprzeda Brukselce kilka rad? Była co prawda młodsza i zapewne mniej doświadczona przez życie, ale w końcu jej posada w dużej mierze opierała się na kontakcie z Przodkami. To ona była o nich nauczana już od urodzenia – dla niej byli czymś normalnym, naturalnym. Natomiast liliowa, choć wierzyła w ich słuszność, w tematach ich dotyczących czasem czuła się jak kocię we mgle.
— Przepraszam, ale nie mogę… — odparła po chwili, biorąc głęboki wdech. — Nie mogę opuścić Klanu Wilka, choć masz rację, czasem jest tu trochę niebezpiecznie… — kontynuowała, próbując nadać głosowi żartobliwy ton, by rozluźnić atmosferę. — Jednak nie mogę zostawić tu kotów, które są tak bliskie memu sercu. Nie każdy z nich zdecyduje się na przejście do Klanu Burzy, a ja nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś im się stało, podczas gdy ja bezpiecznie siedziałabym w waszym azylu — tłumaczyła, przenosząc spojrzenie na swoje łapy. — Zresztą jestem już zbyt stara na takie zmiany. Który z Burzaków ucieszyłby się z kolejnego starucha do wykarmienia? Wiesz, przyjęcie przez Króliczą Gwiazdę to jedno, a bycie zaakceptowanym przez Burzaków to drugie. Nie chcę was zamęczać swoją obecnością — dodała, jakby poprzednie słowa nie były wystarczającym powodem, by zostać w Klanie Wilka.
Wełnista Mszyca nie wyglądała na ucieszoną, ale też nie była zawiedziona. Na jej pysku pojawiło się zrozumienie.
— Cóż, nie zmuszę cię do zmiany decyzji ani nie podejmę jej za ciebie — mruknęła w końcu białofutra, odwracając wzrok od Brukselkowej Zadry. — Oby Klan Gwiazdy miał cię w opiece. Muszę już wracać, ale gdy tylko nadarzy się okazja, spotkajmy się znów.
Pręgowana bez wahania zgodziła się na tę propozycję. Albinoska miała dobre serce. Troszczyła się o innych i każdemu starała się pomóc. Ponadto łączyło je całkiem sporo – w końcu obie znały Mglistego Sna, a teraz zamartwiały się o niego po stokroć.
Wojowniczka obdarzyła albinoskę ciepłym uśmiechem, po czym odwróciła się i zniknęła między wysokimi pniami drzew iglastych oraz gęstymi krzewami. Miała nadzieję, że już niedługo ich ścieżki skrzyżują się po raz kolejny.
* * *
Jednak najważniejszym wydarzeniem ostatnich czasów było dla Brukselki mianowanie jej przybranych kociąt. Kryształka zwała się teraz Kryształową Łapą, a Węgielka nosiła miano Zwęglonej Łapy. Liliową z lekka niepokoił fakt, że dostały one na mentorów koty silnie związane z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd. Czyżby liderka przejrzała już wszystkie koty wierzące w Klan Gwiazdy, które żyją w wilczackim azylu? Czy specjalnie dobierała mentorów tak, by na jej oczach wyrastało pokolenie jeszcze silniej oddane mrokowi? Czy w takim przypadku próba nawrócenia Wilczaków była wciąż możliwa? Ten klan i tak już dawno był zepsuty. Wyżarty przez bezgwiezdne dusze, przegniły od środka. Może ucieczka naprawdę była jedynym rozwiązaniem? Cóż, z całą pewnością najłatwiejszym.
Brukselkowa Zadra miała już na karku mniej więcej siedemdziesiąt księżyców, co tylko potęgowało jej wrażenie, że czas ucieka jej przez palce. Obiecała Gwiezdnym Przodkom, że się nie podda, że jeszcze naprawi swoich zaślepionych pobratymców. Czy wtedy kłamała? Przyjęła tak chciwie nagrodę od Klanu Gwiazdy, a teraz zachowywała się, jakby ten rozdział w jej życiu został już zamknięty. Nie próbowała podszeptywać innym właściwych przekonań, nie próbowała budzić niepewności w kotach, które jeszcze dało się uratować. Pozwalała, by ci, którzy mieli szansę na nawrócenie, jeszcze bardziej pogrążali się w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
Tak nie powinien postępować kot, w którym Gwiezdni pokładali tak wiele nadziei.
Żółtooka westchnęła ciężko, opierając głowę na łapach. Czuła, jak ogarnia ją bezsilność. Ze śmiercią matki zdążyła się już pogodzić, teraz czując, że Kryształka jest jakby jej innym wcieleniem. Wciąż jednak nie mogła przełknąć faktu, że oczekiwano od niej o wiele więcej, niż w rzeczywistości robiła. Może i wykonywała pojedyncze rozkazy wydane przez Gwiezdnych, jednak na dłuższą metę nie robiła niczego z własnej woli. Pomysły, które miała na sprowadzenie Klanu Wilka na dobrą drogę, rozpływały się gdzieś w rutynie.
Teraz zresztą, gdy Wrotyczowa Szrama zaczęła się od niej dystansować, cały czas trzymając się boku Zalotnej Gwiazdy, Brukselka straciła ostatnie strzępki motywacji, jakie w niej drzemały. Kompletnie nie rozumiała tej zmiany w nastawieniu dymnej wojowniczki. Co musiało się jej stać, by tak drastycznie zmieniła swoje usposobienie?
Może Mglisty Sen miał rację. Może bronienie jej racji nie było warte napiętej relacji z synem. Może czarnofutry już od dawna widział więcej niż Brukselkowa Zadra. Tak bardzo chciałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co dzieje się teraz w Klanie Wilka – i tak bardzo chciałaby przeprosić go za wszystkie słowa, które z jej pyska mogłyby jakkolwiek go urazić.
By się nieco odprężyć i przewietrzyć, postanowiła udać się na spacer. Na klanowe tereny zawitała już słoneczna Pora Zielonych Liści, która przyjemnie ogrzewała las, jednocześnie nie męcząc zbytnio Wilczaków. Poszczęściło im się, że na swoich terenach mieli tak dużo cienia. Brukselka nie wyobrażała sobie spacerów w pełnym słońcu; chyba padłaby z przegrzania! Teraz przyszło jej też do głowy, że gdyby nie te wszystkie okrutne zwyczaje, Klan Wilka mógłby być naprawdę pięknym klanem. Na ich terenach nie brakowało rzek, jezior, rozległych lasów i kwiecistych polan. Nie była co prawda pewna, jak wyglądają tereny w innych zakątkach klanów, ale wiedziała, że inni mogliby tylko pomarzyć o takim borze.
Łapy zaniosły wojowniczkę wprost nad granicę z Klanem Burzy. Nie myślała o tym, by spotkać Wełnistą Mszycę, lecz najwyraźniej gdzieś z tyłu głowy i tak kłębiła się nadzieja, że znów się ujrzą. Może medyczka sprzeda Brukselce kilka rad? Była co prawda młodsza i zapewne mniej doświadczona przez życie, ale w końcu jej posada w dużej mierze opierała się na kontakcie z Przodkami. To ona była o nich nauczana już od urodzenia – dla niej byli czymś normalnym, naturalnym. Natomiast liliowa, choć wierzyła w ich słuszność, w tematach ich dotyczących czasem czuła się jak kocię we mgle.
<Wełnista Mszyco? Jesteś tam gdzieś?>
Od Latającej Ryby do Słonecznego Fragmentu
Skutecznie ignorując rozgadane towarzystwo, które od rana rozprawiało o kolejnych dziwactwach w klanie, zdecydowała się opuścić teren obozu. Przedzierając się między gęstwiną trzcin, pozwoliła sobie na odrobinę samouwielbienia, przyglądając się niektórym wykończeniom uzyskanym wskutek jej ciężkiej pracy. Gdy przesuwała się dalej, mimowolnie wychwytywała wśród łodyg miejsca niedorobione, krzywo ułożone. Fragmenty, przy których na pewno nie maczała łap. Inni najwyraźniej nie przykładali się wówczas solidnie do roboty tak jak ona.
Zadrżała lekko, gdy wyszła nad brzeg. Incydent z powodzią był już tylko odległym wspomnieniem, a wraz z nadejściem upałów poziom wody wyraźnie opadł. Teraz nurt był spokojniejszy, niemal leniwy. Jeśli tylko dobrze się zaparła, potrafiła przeprawić się na drugą stronę całkiem sprawnie. A przy takim słońcu wystarczyła chwila, by futro znów było suche i nienaganne.
Korzystała z tej łaskawości natury coraz częściej, wybierając samotne polowania. Nawet po ostatnim spotkaniu z niewidomym kocurem przy granicy Klanu Burzy uznała te okolice za w miarę bezpieczne. Nie była na tyle szybka, by dorwać króliki przemykające z sąsiednich terenów, lecz za to roiło się tam od gryzoni. A to w zupełności jej wystarczało.
Poranny patrol, w którym brała udział, był żałośnie powolny. Z jej potrzebą produktywności nie było mowy, by uznała to za wystarczający wysiłek na cały dzień.
Kolorowa Łąka w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Wysokie trawy mieszały się z plamami kwiatów w dziesiątkach odcieni, tworząc niemal przesadnie barwny krajobraz. Ktoś mógłby powiedzieć, że piękno tkwi w prostocie, ale gdy tylko zerknęła na własne futro, utwierdzała się w przekonaniu, że nic nie dorówna prawdziwej wyjątkowości. Wyróżnianie się z tłumu było przecież znacznie bardziej godne podziwu.
Dziś była jednak ostrożniejsza. Nie zbliżała się do granicy tak jak poprzednio, raczej obserwowała ją uważnie z bezpiecznej odległości. Powtarzała sobie, że tym razem nic jej nie zaskoczy. Z bojowym nastawieniem i siłą, jaką niosły jej łapy, z pewnością poradziłaby sobie z każdym zagrożeniem.
Zresztą skoro Burzacy wysyłali na granicę ślepców, trudno było uznać ich za szczególnie groźnych.
Na moment nawet zapomniała, że przyszła tu polować. Krążyła po łące powoli, z dumnie uniesioną głową, obserwując okolicę. Nie żeby specjalnie kusiła los, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła się ciekawość, czy znów natknie się na dziwacznie pręgowanego kocura. Nie zdążyła wtedy dokładnie przyjrzeć się jego futru, a gdy coś wyglądało choć odrobinę inaczej niż zwykle, trudno było jej przejść obok tego obojętnie.
Na wszelki wypadek zerknęła na siebie, wygładzając sierść krótkim ruchem języka. Nie daj Klanie Gwiazd, by ktoś uznał, że kręci się tu z powodów niegodnych porządnej wojowniczki. W końcu było wręcz przeciwnie — dbała o bezpieczeństwo. W teorii ich wspólne, w praktyce myślała tylko o sobie.
Najpewniej jednak większość kotów o tej porze kryła się w cieniu pod koronami drzew. Ona sama zdecydowanie wolała upał niż jakąkolwiek formę deszczu. Nawet lekka mżawka potrafiła zepsuć jej dzień do tego stopnia, że najchętniej zaszyłaby się w najbliższej suchej norze.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę granicy, znieruchomiała.
Tym razem nie była pusta.
Kremowy kot, wysoki i smukły, dostrzegł ją szybciej, niż by sobie tego życzyła. Jego futro nie wyróżniało się niczym szczególnym, choć uwagę przyciągały dziwnie wykręcone uszy i wyjątkowo puchata kita.
Spięła się odruchowo, lekko nastroszona. Była odważna, ale fakt, że znalazł się tak blisko granicy, mógł świadczyć o złych zamiarach. Może planował podwędzić zwierzynę z ich terenów? Ha. Nie było szans, by przepuściła taką okazję do przegonienia intruza. To byłoby coś, czym mogłaby się później pochwalić przed całym klanem.
Odchrząknęła, czując że to właśnie ten moment, gdy powinna przemówić. Była wystarczająco wysoka i dobrze zbudowana, by obcy od razu zrozumiał, że nie ma do czynienia z byle chucherkiem.
— Szukasz kogoś?
Zamarła.
To nie były jej słowa.
To kocur odezwał się pierwszy, patrząc w jej stronę z zaskakującym spokojem.
— Nie? — wybełkotała, wyraźnie zbita z tropu. — Ja... Po prostu zobaczyłam, że ktoś za bardzo się kręci nie przy swojej granicy, więc postanowiłam zareagować — dodała szybko, odzyskując resztki opanowania.
— Podszedłem, bo uznałem, że masz jakąś sprawę — odparł. — Nie przy swojej? Granica jest tak samo wasza jak i nasza, ale cóż, to nieważne. Najwyraźniej oboje podjęliśmy błędne założenia. Zdarza się.
Jego głos był ciepły, a ton zupełnie pozbawiony wrogości. To ją zmyliło. W swojej wyobraźni była już gotowa na bójkę. Pełna majestatu, nieugięta, przegoniłaby kocura jak najdalej.
— Tak... Nic tu po tobie — zasugerowała w końcu.
Nie mogła odejść pierwsza. Musiała zachować choćby pozory dominacji i przekonać samą siebie, że to ona przepędza przybysza. Nawet jeśli kremowy kocur wcale nie wyglądał, jakby planował przekroczyć granicę.
Stała więc wyprostowana, z wysoko uniesioną głową.
Przynajmniej tak wyglądało to w jej wyobrażeniach.
W rzeczywistości była lekko skulona, napięta i nadzwyczaj czujna. Każdy szmer za jej plecami sprawiał, że ogon drgał niespokojnie. Nie mogła się jednak odwrócić. Nie mogła spuścić go z oczu.
Wróg to wróg. Nawet jeśli się uprzejmie uśmiecha.
Kremowy kocur przez chwilę milczał, jakby rozważał jej słowa. Ogon poruszał się powoli, zamiatając trawy.
— Rozumiem — odezwał się w końcu spokojnie. — Czyli pilnujesz granic.
Uniosła wyżej podbródek. Do czego dążył?
— Oczywiście.
— W samotności?
To pytanie zabrzmiało zbyt niewinnie.
— Ja sama wystarczę, by wytropić każde zagrożenie i je odgonić — odparła szybko. — Nie potrzebuję nikogo więcej do tego.
Kocur skinął głową, jakby przyjmował tę odpowiedź bez zastrzeżeń. Jego spojrzenie na moment przesunęło się po łące, zatrzymując gdzieś za jej plecami.
— W takim razie masz dobry wzrok — stwierdził.
Uszy drgnęły jej lekko, niespokojnie.
— Słucham? — mruknęła, tłamsząc w sobie dozę niepewności. Chodziło o to, że go wypatrzyła? Cóż, to nie było ciężkie, jego kremowa barwa wyróżniała się na tle zieleni.
— Coś się tam rusza — powiedział nagle.
Latająca Ryba poczuła, jak po jej grzbiecie przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Przez krótką chwilę walczyła z chęcią obejrzenia się za siebie. To byłby błąd. Pokazałaby słabość.
— Próbujesz mnie rozproszyć? — prychnęła.
— Gdybym próbował, zrobiłbym to trochę subtelniej.
Trawy zaszeleściły. Cicho, ale wyraźnie, a to wystarczyło, by cała zesztywniała.
Kremowy wojownik nie ruszył się ani o krok. Nadal patrzył w jej stronę. Spokojnie, niemal z zaciekawieniem.
— Jeśli to coś z twojej strony granicy — powiedział łagodnie — to chyba twój problem.
Na moment zapadła cisza. A potem w wysokiej trawie znów coś poruszyło się ciężko. Wysokie źdźbła zaszeleściły jeszcze raz, tym razem głośniej.
Ogon Ryby nastroszył się niemal natychmiast, a mięśnie napięły do skoku, choć sama nie była pewna, czy zamierza walczyć, czy raczej rzucić się do ucieczki.
Z wysokiej zieleni wyrwał się... zając.
Długouchy przemknął tuż obok niej, niemal ocierając się o jej łapę, po czym pomknął dalej przez łąkę, jakby cała sytuacja w ogóle go nie obchodziła.
Podskoczyła gwałtownie, a z jej pyska uciekł zduszony okrzyk.
Przez ułamek chwili stała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami i nastroszoną sierścią, patrząc w ślad za uciekającym zwierzęciem. Dopiero gdy cisza zagościła na dobre, powoli się wyprostowała.
Niestety miała nieprzyjemne przeczucie, że kremowy kocur widział wszystko.
Otrzepała łapę z przesadną starannością, jakby to, jak teraz wygląda, było najważniejszą sprawą na świecie.
— No... — mruknęła w końcu, starając się nadać głosowi choć odrobinę godności. — Najwyraźniej uznał, że nie warto ze mną zadzierać. Taka sugestia dla ciebie.
Zając był już dawno poza zasięgiem wzroku, a ona stała jeszcze chwilę, czując jak jej własna duma powoli zwija się gdzieś w środku. Najchętniej odwróciłaby się i odeszła, ale to oznaczałoby przyznanie się do porażki. A na to absolutnie nie mogła sobie pozwolić.
Uniosła więc podbródek i wskazała ogonem w stronę granicy.
— No dobrze — rzuciła chłodno. — Skoro już widzę, że wszystko jest tu bezpieczne, to możesz sobie iść.
Stała w miejscu, sztywna jak patyk, pewna tego, że nie ma najmniejszego zamiaru odejść pierwsza.
Zadrżała lekko, gdy wyszła nad brzeg. Incydent z powodzią był już tylko odległym wspomnieniem, a wraz z nadejściem upałów poziom wody wyraźnie opadł. Teraz nurt był spokojniejszy, niemal leniwy. Jeśli tylko dobrze się zaparła, potrafiła przeprawić się na drugą stronę całkiem sprawnie. A przy takim słońcu wystarczyła chwila, by futro znów było suche i nienaganne.
Korzystała z tej łaskawości natury coraz częściej, wybierając samotne polowania. Nawet po ostatnim spotkaniu z niewidomym kocurem przy granicy Klanu Burzy uznała te okolice za w miarę bezpieczne. Nie była na tyle szybka, by dorwać króliki przemykające z sąsiednich terenów, lecz za to roiło się tam od gryzoni. A to w zupełności jej wystarczało.
Poranny patrol, w którym brała udział, był żałośnie powolny. Z jej potrzebą produktywności nie było mowy, by uznała to za wystarczający wysiłek na cały dzień.
Kolorowa Łąka w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Wysokie trawy mieszały się z plamami kwiatów w dziesiątkach odcieni, tworząc niemal przesadnie barwny krajobraz. Ktoś mógłby powiedzieć, że piękno tkwi w prostocie, ale gdy tylko zerknęła na własne futro, utwierdzała się w przekonaniu, że nic nie dorówna prawdziwej wyjątkowości. Wyróżnianie się z tłumu było przecież znacznie bardziej godne podziwu.
Dziś była jednak ostrożniejsza. Nie zbliżała się do granicy tak jak poprzednio, raczej obserwowała ją uważnie z bezpiecznej odległości. Powtarzała sobie, że tym razem nic jej nie zaskoczy. Z bojowym nastawieniem i siłą, jaką niosły jej łapy, z pewnością poradziłaby sobie z każdym zagrożeniem.
Zresztą skoro Burzacy wysyłali na granicę ślepców, trudno było uznać ich za szczególnie groźnych.
Na moment nawet zapomniała, że przyszła tu polować. Krążyła po łące powoli, z dumnie uniesioną głową, obserwując okolicę. Nie żeby specjalnie kusiła los, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła się ciekawość, czy znów natknie się na dziwacznie pręgowanego kocura. Nie zdążyła wtedy dokładnie przyjrzeć się jego futru, a gdy coś wyglądało choć odrobinę inaczej niż zwykle, trudno było jej przejść obok tego obojętnie.
Na wszelki wypadek zerknęła na siebie, wygładzając sierść krótkim ruchem języka. Nie daj Klanie Gwiazd, by ktoś uznał, że kręci się tu z powodów niegodnych porządnej wojowniczki. W końcu było wręcz przeciwnie — dbała o bezpieczeństwo. W teorii ich wspólne, w praktyce myślała tylko o sobie.
Najpewniej jednak większość kotów o tej porze kryła się w cieniu pod koronami drzew. Ona sama zdecydowanie wolała upał niż jakąkolwiek formę deszczu. Nawet lekka mżawka potrafiła zepsuć jej dzień do tego stopnia, że najchętniej zaszyłaby się w najbliższej suchej norze.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę granicy, znieruchomiała.
Tym razem nie była pusta.
Kremowy kot, wysoki i smukły, dostrzegł ją szybciej, niż by sobie tego życzyła. Jego futro nie wyróżniało się niczym szczególnym, choć uwagę przyciągały dziwnie wykręcone uszy i wyjątkowo puchata kita.
Spięła się odruchowo, lekko nastroszona. Była odważna, ale fakt, że znalazł się tak blisko granicy, mógł świadczyć o złych zamiarach. Może planował podwędzić zwierzynę z ich terenów? Ha. Nie było szans, by przepuściła taką okazję do przegonienia intruza. To byłoby coś, czym mogłaby się później pochwalić przed całym klanem.
Odchrząknęła, czując że to właśnie ten moment, gdy powinna przemówić. Była wystarczająco wysoka i dobrze zbudowana, by obcy od razu zrozumiał, że nie ma do czynienia z byle chucherkiem.
— Szukasz kogoś?
Zamarła.
To nie były jej słowa.
To kocur odezwał się pierwszy, patrząc w jej stronę z zaskakującym spokojem.
— Nie? — wybełkotała, wyraźnie zbita z tropu. — Ja... Po prostu zobaczyłam, że ktoś za bardzo się kręci nie przy swojej granicy, więc postanowiłam zareagować — dodała szybko, odzyskując resztki opanowania.
— Podszedłem, bo uznałem, że masz jakąś sprawę — odparł. — Nie przy swojej? Granica jest tak samo wasza jak i nasza, ale cóż, to nieważne. Najwyraźniej oboje podjęliśmy błędne założenia. Zdarza się.
Jego głos był ciepły, a ton zupełnie pozbawiony wrogości. To ją zmyliło. W swojej wyobraźni była już gotowa na bójkę. Pełna majestatu, nieugięta, przegoniłaby kocura jak najdalej.
— Tak... Nic tu po tobie — zasugerowała w końcu.
Nie mogła odejść pierwsza. Musiała zachować choćby pozory dominacji i przekonać samą siebie, że to ona przepędza przybysza. Nawet jeśli kremowy kocur wcale nie wyglądał, jakby planował przekroczyć granicę.
Stała więc wyprostowana, z wysoko uniesioną głową.
Przynajmniej tak wyglądało to w jej wyobrażeniach.
W rzeczywistości była lekko skulona, napięta i nadzwyczaj czujna. Każdy szmer za jej plecami sprawiał, że ogon drgał niespokojnie. Nie mogła się jednak odwrócić. Nie mogła spuścić go z oczu.
Wróg to wróg. Nawet jeśli się uprzejmie uśmiecha.
Kremowy kocur przez chwilę milczał, jakby rozważał jej słowa. Ogon poruszał się powoli, zamiatając trawy.
— Rozumiem — odezwał się w końcu spokojnie. — Czyli pilnujesz granic.
Uniosła wyżej podbródek. Do czego dążył?
— Oczywiście.
— W samotności?
To pytanie zabrzmiało zbyt niewinnie.
— Ja sama wystarczę, by wytropić każde zagrożenie i je odgonić — odparła szybko. — Nie potrzebuję nikogo więcej do tego.
Kocur skinął głową, jakby przyjmował tę odpowiedź bez zastrzeżeń. Jego spojrzenie na moment przesunęło się po łące, zatrzymując gdzieś za jej plecami.
— W takim razie masz dobry wzrok — stwierdził.
Uszy drgnęły jej lekko, niespokojnie.
— Słucham? — mruknęła, tłamsząc w sobie dozę niepewności. Chodziło o to, że go wypatrzyła? Cóż, to nie było ciężkie, jego kremowa barwa wyróżniała się na tle zieleni.
— Coś się tam rusza — powiedział nagle.
Latająca Ryba poczuła, jak po jej grzbiecie przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Przez krótką chwilę walczyła z chęcią obejrzenia się za siebie. To byłby błąd. Pokazałaby słabość.
— Próbujesz mnie rozproszyć? — prychnęła.
— Gdybym próbował, zrobiłbym to trochę subtelniej.
Trawy zaszeleściły. Cicho, ale wyraźnie, a to wystarczyło, by cała zesztywniała.
Kremowy wojownik nie ruszył się ani o krok. Nadal patrzył w jej stronę. Spokojnie, niemal z zaciekawieniem.
— Jeśli to coś z twojej strony granicy — powiedział łagodnie — to chyba twój problem.
Na moment zapadła cisza. A potem w wysokiej trawie znów coś poruszyło się ciężko. Wysokie źdźbła zaszeleściły jeszcze raz, tym razem głośniej.
Ogon Ryby nastroszył się niemal natychmiast, a mięśnie napięły do skoku, choć sama nie była pewna, czy zamierza walczyć, czy raczej rzucić się do ucieczki.
Z wysokiej zieleni wyrwał się... zając.
Długouchy przemknął tuż obok niej, niemal ocierając się o jej łapę, po czym pomknął dalej przez łąkę, jakby cała sytuacja w ogóle go nie obchodziła.
Podskoczyła gwałtownie, a z jej pyska uciekł zduszony okrzyk.
Przez ułamek chwili stała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami i nastroszoną sierścią, patrząc w ślad za uciekającym zwierzęciem. Dopiero gdy cisza zagościła na dobre, powoli się wyprostowała.
Niestety miała nieprzyjemne przeczucie, że kremowy kocur widział wszystko.
Otrzepała łapę z przesadną starannością, jakby to, jak teraz wygląda, było najważniejszą sprawą na świecie.
— No... — mruknęła w końcu, starając się nadać głosowi choć odrobinę godności. — Najwyraźniej uznał, że nie warto ze mną zadzierać. Taka sugestia dla ciebie.
Zając był już dawno poza zasięgiem wzroku, a ona stała jeszcze chwilę, czując jak jej własna duma powoli zwija się gdzieś w środku. Najchętniej odwróciłaby się i odeszła, ale to oznaczałoby przyznanie się do porażki. A na to absolutnie nie mogła sobie pozwolić.
Uniosła więc podbródek i wskazała ogonem w stronę granicy.
— No dobrze — rzuciła chłodno. — Skoro już widzę, że wszystko jest tu bezpieczne, to możesz sobie iść.
Stała w miejscu, sztywna jak patyk, pewna tego, że nie ma najmniejszego zamiaru odejść pierwsza.
<Słońce?>
Od Księżycka (Księżycowej Łapy)
Wieczór dzień przed mianowaniem
Biały kocurek biegał właśnie za motylem, gdy zauważył stojącego obok kocura. Zatrzymał się nagle przed nim, uderzając w jego klatkę piersiową. Liliowy spojrzał w dół na kociaka i westchnął.
— Zabieram cię na noc w lesie. Pamiętasz? — miauknął po chwili, odsuwając się od Księżycka. — Mama ci o tym nie wspominała? — zapytał po chwili, a gdy zauważył zmrużone oczy niebieskookiego, prychnął cicho.
— Coś wspominała? Nie wiem, nie słuchałem! — miauknął, z uśmiechem na pyszczku, a następnie złapał w pyszczek gałązkę, która leżała nieopodal.
— Nieważne. Chodź — miauknął, kręcąc głową niedowierzającą. — Najlepszy wojownik to z ciebie raczej nie będzie — stwierdził kocur, gdy wychodzili właśnie poza wyjście z obozu.
— Mam spędzić całą noc gdzieś tu? — zapytał, marszcząc brwi. — A jak będzie chciał mnie zjeść wilk? — zapytał, kierując swoje ogromne oczy na pręgowanego.
— Za dużo gadasz. Wtedy przynajmniej będziemy wiedzieć, że byłeś smaczny — odmruknął, a jego pysk mówił tylko jedno: “Proszę, zamknij się już”.
Czy to znaczyło, że Księżycek przestał gadać? Oczywiście, że nie. Pięknooki nie rozumiał komunikatów poprzez gesty czy mimikę. To nie tak, że był głupi. Po prostu czasem nie rozumiał.
— A to w ogóle bezpieczne? — zapytał, zatrzymując się.
— Nie, a teraz idź dalej i przestań już gadać — odparł kocur, najwyraźniej mający już szczerze dość. — Naucz się być cicho, bo inaczej te wilki cię zjedzą — dodał jeszcze, żeby biały w końcu zaczął być cicho.
Księżyckowi oczywiście zakręciła się łezka w oku. Gdyby nie był odrobinę emocjonalny, nie byłby w końcu sobą.
— Dobrze, przepraszam — wymamrotał tylko, starając się przełknąć gulę w gardle
Opuścił głowę w dół i zaczął chodzić bardziej nierówno jakby nerwowo. Stąpał powoli, a gałązki łamały się pod jego łapkami. Na jego nos spadł listek, więc zamachnął się głową, przez przypadek uderzając jednym ze swoich pędzelków Sowi Zmierzch.
— Mam dość — mruknął. — Miałem iść z tobą aż do Potwornej Przełęczy, ale zostajesz tu, na Czarnych Gniazdach. Żegnam — burknął i odszedł w stronę obozu.
Księżycek spojrzał w górę, szukając niewielkiej przestrzeni do obserwacji powoli ciemniejącego nieba. Przysiadł bezczynnie na środku, tylko co jakiś czas się rozglądając. Nagle usłyszał jakiś cichy dźwięk dochodzący z krzaków. Miał ochotę odskoczyć, ale zwierzę, które siedziało w ukryciu, musiało być naprawdę niewielkie. Ustawił się w pozycji, której nauczył go wojownik Kamyk i skończył na zwierzę. Działał jednak odrobinę zbyt chaotycznie i do tego stał pod wiatr, więc zwierzyna ostatecznie uciekła, a Księżycek wylądował z pyszczkiem w ściółce leśnej. Potarł nos łapą i przylizał swoją pierś. Nawet nie zauważył, gdy ciemność rozeszła się na tyle, że nie był w stanie zauważyć dalszego krajobrazu. Podszedł do jednego z drzew i spojrzał w górę. Miał nadzieję, że uda mu się wspiąć na jedną z gałęzi i przespać tam noc, jednak trochę się przeliczył. Najwidoczniej będzie musiał przećwiczyć to ze swoim mentorem, gdy już będzie uczniem, bo gdy wspiął się zaledwie pół metra, jego łapy odmówiły posłuszeństwa i spadł na ziemię. Pisnął cicho przez ból czterech liter, a jego wielkie oczy teraz stały się odrobinę szklane. Gdy już się uspokoił, zaczął się rozglądać za nową kryjówką. Szybko znalazł niewielki krzak, pod który z pewnością mógł wyjść i się ukryć. Jego białe futro z pewnością odznaczało się na tle lasu, co mogło sprowadzić na niego drapieżniki, ale siedział tak cicho i tak skulony, że możnaby pomyśleć, iż był tam od początku. Ułożył się na tyle wygodnie, na ile pozwalały mu to krzaki, schował puchaty ogonek pod siebie i dosyć szybko zasnął.
W dniu mianowania
Biały kocurek nadstawił jedno z uszu. Otworzył powoli niebieskie oczy, dopiero po chwili orientując się, gdzie właściwie się znajdował. Hałas nieopodal sugerował mu, że coś się zbliża. Głośniejszy tupot mówił mu także że mogło to być nadchodzące niebezpieczeństwo. Wyskoczył z krzaków i zaczął się rozglądać. Zjeżył białe futro, żeby wyglądać na odrobinę bardziej przerażającego, lecz przy jego ogromnych, niebieskich oczach, długaśnych pędzelkach oraz nieco dziwnej grzyweczce, wyglądał co najwyżej komicznie. Gdy zauważył w końcu drapieżnika, prędko odkrył, że to po prostu kot. Podbiegł do niego i przywitał się skinięciem pyszczka.
— Przeżyłem! I nie uciekłem do obozu! — miauknął radośnie, a mina, którą przybrał jego pyszczek, była chyba największym widzianym kotom wyszczerzem. Prędko rozpoznał w wojowniku kotkę, z którą rozmawiał kilka księżyców temu.
— Pani Maczek! — zawołał po chwili, widząc rudy pyszczek. Uśmiechnął się szeroko i machnął lekko puszystym ogonkiem.
Kotka uśmiechnęła się tylko, kiwając lekko głową.
***
Księżycek pobiegł do żłobka, rozglądając się za Jaskółczym Zielem. Szybko uświadomił sobie, że jego mamy już tam nie było. Zagrzebał nerwowo łapką w ziemi. Zdecydował się sam wymyć swoje futerko, przygotowując się swojej ceremonii. W ten sposób miał śmiesznie wyliczane na różne strony futro. Niekoniecznie potrafił myć je sam. Uznał jednak, że nauczy się wkrótce. Już po chwili zauważył liderkę Klanu Wilka wychodzącą ze swojego legowiska. Brązowe oczy kotki wydawały się Księżyckowi przerażające. Gdy spotkały się z tymi jego, zdawało się, że wyrażały one pogardę. Biały kocurek nie mógł być tego pewien, ale prawdopodobnie uważała, że był słaby. Zmrużył lekko oczy i nabrał powietrza w płuca, usiłując uspokoić drżące łapy. Nie naprawiało to jednak faktu, że jego zęby odrobinę szczękały. Starał się z całych sił nie okazywać strachu, ale emocje targające jego przerażonym serduszkiem mu na to nie pozwalały. Gdy usłyszał zwoływanie klanu, podszedł bliżej. Miał szczerą nadzieję, że przytrafi mu się dobry mentor, który nauczy go wszystkiego, co powinien wiedzieć. Szylkretowa kotka poprosiła niebieskookiego o podejście nieco bliżej.
— Księżycku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą — zaczęła Zalotna Gwiazda, wpatrując się w białe kocię. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać… Księżycowa Łapa. Twoim mentorem będzie Kocimiętkowy Wir. Mam nadzieję, że Kocimiętkowy Wir przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, odwracając się w stronę mentorki, którą postanowiła dać potomkowi Jaskółczego Ziela. Księżycek widząc rude futro i piękne zielone oczy uśmiechnął się lekko. “Wygląda niemal kropka w kropkę jak pani Maczek! Może będzie równie przyjazna? A może są siostrzyczkami?” pomyślał, a jedno z jego uszu zatrzepotał radośnie, sprawiając, że pędzelek prawie uderzył Zalotną Gwiazdę w nos. Kotka spojrzała tylko na niego ni to pobłażliwym, ni to rozeźlonym wzrokiem. Odwróciła ponownie głowę w stronę pręguski.
— Kocimiętkowy Wirze, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki, Lodowego Omenu doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją siłę i upartość. Będziesz mentorką Księżycowej Łapy. Mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — miauknęła, a następnie przymknęła oczy, najwyraźniej zastanawiając się jeszcze chwilę czy to, aby na pewno dobra decyzja.
Zalotka stała jeszcze chwilę, a następnie odwróciła się, kierując się w stronę swojego legowiska. Ksieżycek, a może raczej Księżycowa Łapa, bo tak teraz brzmiało jego imię, słuchał wiwatów. Nowe imię było podobne do poprzedniego i zdaniem ucznia równie piękne. Uniósł pyszczek, było widać jak bardzo bym dumny. Opuścił go, aby poszukać wzrokiem swojej matki, ale nigdzie nie mógł jej dostrzec. Gdy wykrzykiwanie jego imienia się skończyło, od razu poszedł szukać Kocimiętkowego Wiru. W końcu musiał kiedyś odczepić się od Jaskółczego Ziela…
[1122 słowa]
Od Dryfującej Łapy (Dryfującej Gałęzatki)
Niebieski kocur stał niedaleko od wyjścia już przygotowany na kolejny dzień treningów. Po ostatnich burach od nowej mentorki, a także po wcześniejszej karze na jedzonko w końcu postanowił trochę zmądrzeć. Dlatego, zamiast wegetować jak zawsze o tej porze, postanowił raz zrobić coś pożytecznego i wstał nieco wcześniej. Widząc szylkretowe futro, uśmiechnęła się nieznacznie.
— Witaj Wężynowy Splocie! Czym zamierzasz mnie dziś katować? — zapytał ironicznie, szczerząc się głupio.
Kotka skrzywiła się nieznacznie.
— Jesteś już na to za stary Dryfująca Łapo. Weź się za siebie. Idziesz na polowanie. Sam — prychnęła kotka.
— Czyżby to już pora mojej śmierci? Czy to wkrótce będzie moja ceremonia? — uśmiechnęło się szeroko, przechylając irytująca głowę w bok.
— Ucisz się już. Od tego twojego gadania zaraz będę musiała odwiedzić legowisko medyków — miauknęła, jeżąc odrobinę futro. — Po prostu przestań się odzywać nieproszony — dodała, liżąc swoje futro na piersi.
Pręgus kiwnął tylko głową i pożegnał się z kotką, kierując się w stronę Brzozowego Zagajnika. Tak złapało mysz oraz całkiem pokaźnej wielkości wiewiórkę. Uznając to za całkiem atrakcyjne pożywienie, zabrał je ze sobą z powrotem do obozu, gdzie po chwili przywitała go Wężynowy Splot.
— Nie będę się z tobą już więcej użerać. Dziś twoje mianowanie. Mandarynkowa Gwiazda sama stwierdziła, że nie będzie już dłużej trzymać cię jako leniwego ucznia — miauknęła kotka, jak zwykle wbijając swojemu uczniowi gdzieś jakąś szpilę. — Teraz za to będziesz mógł być leniwym wojownikiem. Awans — dodała, cicho się śmiejąc.
Dryfująca Łapa spojrzała w stronę srebrnego futra wychodzącego z legowiska przywódcy.
Gdy była już na swoim miejscu, niebieski podszedł bliżej, witając się drobnym skinięciem głowy.
“Nie zabawię tu na długo, ale przynajmniej zostałam wojownikiem” pomyślał rozbawiony.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika.
Dryfująca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — miauknęła kotka, kierując swój pysk w stronę złotookiego.
— Przysięgam — miauknęło nerwowo.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Dryfująca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Dryfująca Gałęzatka. Klan Gwiazdy ceni twoją empatię i siłę oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — mruknęła, dotykając pyskiem głowy kota. Niebieski dosyć szybko dotknął barku kotki, gdyż strasznie nie podobało się jeno czyjś dotyk. Wzdrygnęło się lekko, ale już po chwili było uśmiechnięte. Samo wyszło przed wyjście, gdzie przez całą noc pilnowało obozu.
[390 słów]
13 marca 2026
Od Króliczej Prawdy CD. Oszronionej Łapy
Zając posłał nowoprzybyłej parze przepraszający uśmiech.
— Ustalaliśmy dokładne zasady naszych podwójnych treningów.
— Tak, tak, to dość niecodzienny wybór — zgodził się Królik. — Ja i Oszroniona Łapa chcieliśmy pogratulować za to temu oto uczniowi. — Spojrzał na syna z taką samą dumą, jaką wcześniej obdarzył córkę. Strzępek skinął w podzięce.
— Dali ci takie imię, że nie umiem go powiedzieć — przyznała nagle Oszroniona Łapa. — Czemu, tak w ogóle...? — Tutaj spojrzała na ojca, a potem na wuja. — Czemu kotom zmieniają imiona? Moje jest takie szame... Inne, ale takie szame…
Królicza Prawda na moment jakby odciął się od rzeczywistości. W zmianie imion miał większe doświadczenie, niż mogłoby się Szronce wydawać. Niestety nie dało się wymazać tamtej fazy z istnienia, więc imię Niesforna Łapa wisiało nad kremowym kocurem jak złowrogi cień, przypominając mu o wszystkich błędach, jakie popełnił.
— Wiesz… niektórym kotom czasem zmieniają imiona przez to, że zrobiły coś złego — odparł po chwili i zamrugał kilkakrotnie, jakby odzyskiwał świadomość.
— Ale Sztrzępek nie zrobił nic złego, nie? — wypomniała mu kotka.
— Och… masz rację — mruknął wojownik, poruszając nerwowo kikutem. — W takim razie nie wiem… Może Judaszowcowa Gwiazda stwierdził, że imię Zszarzała Łapa bardziej do niego pasuje. Być może jako wojownik twój brat będzie nazywał się Zszarzałym Strzępkiem — wyjaśnił, próbując zachować spokój.
Nie będzie się przecież przyznawał do tego, że kilkanaście księżyców temu dopuścił się czegoś tak okropnego, jak ucieczka z rodzimego klanu, który był dla niego wszystkim. Nie chciał dawać Oszronionej Łapie żadnych niewłaściwych pomysłów.
Pointka zmrużyła oczy, jakby trochę podejrzliwie.
“Kiedyś im opowiem. Tak. Kiedyś na pewno…” – pomyślał Królik. Nie chciał teraz opowiadać o swoich przeżyciach, ale wiedział, że kiedyś z całą pewnością przyjdzie na to czas. Nie może tego ukrywać do końca życia, choć bardzo by chciał, żeby było to możliwe. Wolał jednak sam się przyznać, niż żeby te kocięta usłyszały o jego ucieczce od kogoś obcego.
Pasterzowa Łapa w końcu został wojownikiem, zyskując tym samym imię Czujny Pasterz. Judaszowcowa Gwiazda był już u schyłku swojego życia, co oznaczało, że niedługo to Pikująca Jaskółka – matka Królika – obejmie władzę w klanie.
Czy kremowa miała już wybranego zastępcę? Czy byłaby w stanie wybrać własnego syna na swoją prawą łapę? Jeśli tak, to czy zostałby nią Królicza Prawda, czy Trójoki Zając? Ciężko było stwierdzić, komu Jaskółka ufała bardziej. A może tak naprawdę nie wybierze żadnego z synów, by nikt nie podejrzewał, że któregoś z nich faworyzuje? Tego nie wiedział nawet sam Klan Gwiazdy, co przyprawiało Królika o dreszczyk ekscytacji. Czekoladowy przywódca mógł się przekręcić w każdym momencie, a wtedy życie wszystkich Klifiaków całkowicie się zmieni. Kremowy bardzo ufał swojej matce, więc zakładał, że dobrze poradzi sobie na tak wysokim stanowisku. Bez wątpienia przyniesie Klanowi Klifu chwałę i dumę, honorowo reprezentując go na zgromadzeniach.
Niedawno w klanie zmarła też jedna z wojowniczek – Pietruszkowa Błyskawica. Bursztynowooki nie znał jej zbyt dobrze. Jedyne, co o niej wiedział, to to, że była jak matka dla Przepiórczej Wichury, Kukułczego Wdzięku i Gołębiego Puchu. Jedna z tych kotek skradła serce Trójokiego Zająca, więc chcąc nie chcąc Królik musiał ją chociaż kojarzyć. Nie przepadał jednak za nią, a ona nie przepadała za nim. Mimo to kremus starał się ją tolerować, by zielonookiemu nie było przykro. Wiedział, jak wiele dla niego znaczyła Kukułka i jak długo już był w niej zakochany.
To dziwne, że ich związek jeszcze nie jest oficjalny. Najwyraźniej żadne z nich nie ma na tyle odwagi, by wyznać drugiemu miłość. A może po prostu szylkretka nie podziela uczuć pręgowanego wojownika?
Królik zdał sobie sprawę z tego, że już od jakiegoś czasu jego rozmowy z bratem ograniczały się raczej do kilku krótkich zdań. Może jednak powinni wyjść razem na spacer jak za dawnych czasów? Mogliby porozmawiać szczerze i powymieniać się nowinkami. Tęsknił za tamtymi dniami. A szczególnie za tymi sprzed ucieczki, gdy wszystko wydawało się jeszcze takie spokojne i ustatkowane. Przynajmniej w większości, bo Królik i tak od początku nie miał zbyt zwyczajnego życia…
Jego ciocia zmarła, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Nie pamiętał już o niej zbyt wiele, lecz gdzieś z tyłu głowy wciąż tkwiło wspomnienie chwili, gdy Pikująca Jaskółka przyszła im ogłosić, że Siewczy Letarg już do nich nie wróci. Pamiętał też, że przez pewien czas bardzo zależało mu na odkryciu prawdziwej przyczyny zniknięcia szylkretki. Jednak dni mijały, a on coraz bardziej tracił motywację, by kontynuować to śledztwo. Ostatecznie skończyło się więc na niczym.
Teraz kremowy obserwował, jak Oszroniona Łapa, Zszarzała Łapa, Trójoki Zając i Bukowa Korona wracają ze wspólnego patrolu. Te wszystkie koty… były mu tak znajome. Czuł się trochę dziwnie z faktem, że nie należał do ich treningowej “grupki”. Ale przecież był ojcem tych kociąt, a wcześniej miał za ucznia Pasterza, więc tak czy inaczej, nie mógł zostać mentorem któregoś z nich. Miał tylko nadzieję, że dobrze radzili sobie na treningach i nie sprawiali zbyt wielu problemów.
Właściwie postanowił nawet podejść do czwórki kotów i się z nimi przywitać.
— Hej, hej! — mruknął, zagradzając im drogę. — Jak było na treningu? — zwrócił się do swoich latorośli. — Czuję, że wasza ceremonia jest już tuż za rogiem! — stwierdził, uśmiechając się pokrzepiająco do Szronki i Strzępka.
Mieli już niemal dwanaście księżyców, a także zapewne niemałą wiedzę na temat walki i polowań! Oby tylko Judaszowiec nie zapomniał o tym, że wciąż ma obowiązki do wykonania – tak jak chyba zapomniał, że Strzępek mógłby zostać Postrzępioną Łapą, a nie Zszarzałą Łapą… Co będzie, jeśli kocur nie zostanie Zszarzałym Strzępkiem? Co, jeśli zostanie nazwany… Zszarzałym Nosem. Na Klan Gwiazdy! Czekoladowy naprawdę powinien już przejść do starszyzny.
— W takim razie dobrze czujesz — odezwał się Bukowa Korona, spoglądając na Króliczą Prawdę spod przymrużonych powiek. — Szkolę twojego dzieciaka bardzo starannie. Nie ma wątpliwości, że pod moim okiem stanie się najlepszym wojownikiem Klanu Klifu. Zaraz po mnie, oczywiście — kontynuował.
Kremus zaczął się zastanawiać, czy Buk bardziej wychwalał siebie, czy Zszarzałą Łapę. Z początku zdawali się nie przepadać za sobą, lecz teraz? Chyba zaczęli się dogadywać – co zresztą bursztynowookiego bardzo cieszyło.
— No pewnie… — odparł pręgowany, śmiejąc się pod nosem. — Bardzo doceniam starania każdego z was. Może uczcimy je jakimś skromnym polowaniem? Chciałbym zobaczyć, co już potrafią ci młodzi uczniowie — zaproponował, znów zwracając wzrok w stronę swoich dzieci.
— Tak, tak, to dość niecodzienny wybór — zgodził się Królik. — Ja i Oszroniona Łapa chcieliśmy pogratulować za to temu oto uczniowi. — Spojrzał na syna z taką samą dumą, jaką wcześniej obdarzył córkę. Strzępek skinął w podzięce.
— Dali ci takie imię, że nie umiem go powiedzieć — przyznała nagle Oszroniona Łapa. — Czemu, tak w ogóle...? — Tutaj spojrzała na ojca, a potem na wuja. — Czemu kotom zmieniają imiona? Moje jest takie szame... Inne, ale takie szame…
Królicza Prawda na moment jakby odciął się od rzeczywistości. W zmianie imion miał większe doświadczenie, niż mogłoby się Szronce wydawać. Niestety nie dało się wymazać tamtej fazy z istnienia, więc imię Niesforna Łapa wisiało nad kremowym kocurem jak złowrogi cień, przypominając mu o wszystkich błędach, jakie popełnił.
— Wiesz… niektórym kotom czasem zmieniają imiona przez to, że zrobiły coś złego — odparł po chwili i zamrugał kilkakrotnie, jakby odzyskiwał świadomość.
— Ale Sztrzępek nie zrobił nic złego, nie? — wypomniała mu kotka.
— Och… masz rację — mruknął wojownik, poruszając nerwowo kikutem. — W takim razie nie wiem… Może Judaszowcowa Gwiazda stwierdził, że imię Zszarzała Łapa bardziej do niego pasuje. Być może jako wojownik twój brat będzie nazywał się Zszarzałym Strzępkiem — wyjaśnił, próbując zachować spokój.
Nie będzie się przecież przyznawał do tego, że kilkanaście księżyców temu dopuścił się czegoś tak okropnego, jak ucieczka z rodzimego klanu, który był dla niego wszystkim. Nie chciał dawać Oszronionej Łapie żadnych niewłaściwych pomysłów.
Pointka zmrużyła oczy, jakby trochę podejrzliwie.
“Kiedyś im opowiem. Tak. Kiedyś na pewno…” – pomyślał Królik. Nie chciał teraz opowiadać o swoich przeżyciach, ale wiedział, że kiedyś z całą pewnością przyjdzie na to czas. Nie może tego ukrywać do końca życia, choć bardzo by chciał, żeby było to możliwe. Wolał jednak sam się przyznać, niż żeby te kocięta usłyszały o jego ucieczce od kogoś obcego.
* * *
Czy kremowa miała już wybranego zastępcę? Czy byłaby w stanie wybrać własnego syna na swoją prawą łapę? Jeśli tak, to czy zostałby nią Królicza Prawda, czy Trójoki Zając? Ciężko było stwierdzić, komu Jaskółka ufała bardziej. A może tak naprawdę nie wybierze żadnego z synów, by nikt nie podejrzewał, że któregoś z nich faworyzuje? Tego nie wiedział nawet sam Klan Gwiazdy, co przyprawiało Królika o dreszczyk ekscytacji. Czekoladowy przywódca mógł się przekręcić w każdym momencie, a wtedy życie wszystkich Klifiaków całkowicie się zmieni. Kremowy bardzo ufał swojej matce, więc zakładał, że dobrze poradzi sobie na tak wysokim stanowisku. Bez wątpienia przyniesie Klanowi Klifu chwałę i dumę, honorowo reprezentując go na zgromadzeniach.
Niedawno w klanie zmarła też jedna z wojowniczek – Pietruszkowa Błyskawica. Bursztynowooki nie znał jej zbyt dobrze. Jedyne, co o niej wiedział, to to, że była jak matka dla Przepiórczej Wichury, Kukułczego Wdzięku i Gołębiego Puchu. Jedna z tych kotek skradła serce Trójokiego Zająca, więc chcąc nie chcąc Królik musiał ją chociaż kojarzyć. Nie przepadał jednak za nią, a ona nie przepadała za nim. Mimo to kremus starał się ją tolerować, by zielonookiemu nie było przykro. Wiedział, jak wiele dla niego znaczyła Kukułka i jak długo już był w niej zakochany.
To dziwne, że ich związek jeszcze nie jest oficjalny. Najwyraźniej żadne z nich nie ma na tyle odwagi, by wyznać drugiemu miłość. A może po prostu szylkretka nie podziela uczuć pręgowanego wojownika?
Królik zdał sobie sprawę z tego, że już od jakiegoś czasu jego rozmowy z bratem ograniczały się raczej do kilku krótkich zdań. Może jednak powinni wyjść razem na spacer jak za dawnych czasów? Mogliby porozmawiać szczerze i powymieniać się nowinkami. Tęsknił za tamtymi dniami. A szczególnie za tymi sprzed ucieczki, gdy wszystko wydawało się jeszcze takie spokojne i ustatkowane. Przynajmniej w większości, bo Królik i tak od początku nie miał zbyt zwyczajnego życia…
Jego ciocia zmarła, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Nie pamiętał już o niej zbyt wiele, lecz gdzieś z tyłu głowy wciąż tkwiło wspomnienie chwili, gdy Pikująca Jaskółka przyszła im ogłosić, że Siewczy Letarg już do nich nie wróci. Pamiętał też, że przez pewien czas bardzo zależało mu na odkryciu prawdziwej przyczyny zniknięcia szylkretki. Jednak dni mijały, a on coraz bardziej tracił motywację, by kontynuować to śledztwo. Ostatecznie skończyło się więc na niczym.
Teraz kremowy obserwował, jak Oszroniona Łapa, Zszarzała Łapa, Trójoki Zając i Bukowa Korona wracają ze wspólnego patrolu. Te wszystkie koty… były mu tak znajome. Czuł się trochę dziwnie z faktem, że nie należał do ich treningowej “grupki”. Ale przecież był ojcem tych kociąt, a wcześniej miał za ucznia Pasterza, więc tak czy inaczej, nie mógł zostać mentorem któregoś z nich. Miał tylko nadzieję, że dobrze radzili sobie na treningach i nie sprawiali zbyt wielu problemów.
Właściwie postanowił nawet podejść do czwórki kotów i się z nimi przywitać.
— Hej, hej! — mruknął, zagradzając im drogę. — Jak było na treningu? — zwrócił się do swoich latorośli. — Czuję, że wasza ceremonia jest już tuż za rogiem! — stwierdził, uśmiechając się pokrzepiająco do Szronki i Strzępka.
Mieli już niemal dwanaście księżyców, a także zapewne niemałą wiedzę na temat walki i polowań! Oby tylko Judaszowiec nie zapomniał o tym, że wciąż ma obowiązki do wykonania – tak jak chyba zapomniał, że Strzępek mógłby zostać Postrzępioną Łapą, a nie Zszarzałą Łapą… Co będzie, jeśli kocur nie zostanie Zszarzałym Strzępkiem? Co, jeśli zostanie nazwany… Zszarzałym Nosem. Na Klan Gwiazdy! Czekoladowy naprawdę powinien już przejść do starszyzny.
— W takim razie dobrze czujesz — odezwał się Bukowa Korona, spoglądając na Króliczą Prawdę spod przymrużonych powiek. — Szkolę twojego dzieciaka bardzo starannie. Nie ma wątpliwości, że pod moim okiem stanie się najlepszym wojownikiem Klanu Klifu. Zaraz po mnie, oczywiście — kontynuował.
Kremus zaczął się zastanawiać, czy Buk bardziej wychwalał siebie, czy Zszarzałą Łapę. Z początku zdawali się nie przepadać za sobą, lecz teraz? Chyba zaczęli się dogadywać – co zresztą bursztynowookiego bardzo cieszyło.
— No pewnie… — odparł pręgowany, śmiejąc się pod nosem. — Bardzo doceniam starania każdego z was. Może uczcimy je jakimś skromnym polowaniem? Chciałbym zobaczyć, co już potrafią ci młodzi uczniowie — zaproponował, znów zwracając wzrok w stronę swoich dzieci.
<Córko?>
Od Szkwalnej Łapy do Zwiewnego Maku
Usłyszał od Mewiego Puchu, że dziś pójdą do Kolorowej Łąki zobaczyć granicę z Klanem Burzy i Klanem Klifu, a przy okazji nauczą się wspinać po drzewach. Podróż miała trochę zająć, więc możliwe, że będą mieli kilka postojów. Było popołudnie, sądził, że wyruszą rano, ale Mewi Puch wolał tę porę, więc nie było co dyskutować. Podczas gdy był w obozie, to nie został bez jakichś zajęć, musiał od rana wymieniać posłania w legowisku uczniów i je czyścić, zajęło mu to dosyć sporo czasu. Musiał wymienić jedenastu uczniom posłania po kolei i osobno czyścić, czy część z nich mogłaby się już mianować? Kto normalny w wieku 20 księżyców jeszcze siedzi w legowisku uczniów? Konwaliowa Mielizna ma tyle prawie, a jest już wojownikiem. Gdyby inni też by już się bardziej postarali, miałby mniej sprzątania. Na szczęście jednak już skończył na ostatnim posłaniu, czyli swoim, więc mógł tylko się zameldować do Mewiego Puchu.
Szkwalna Łapa podszedł do Mewiego Puchu, który wylegiwał się akurat przy stosie ze zwierzyną. Zrobił to na tyle blisko, że jego cień zasłaniał brzuch mentora.
***
– To pójdziemy teraz na granice? Już posprzątałem legowisko uczniów, jak mi kazałeś – czarny dymno-biały kocur spojrzał na niego z przymrużonymi oczami.
– Co do mnie mówiłeś, Szkwalna Łapo? – wojownik zapytał. Czy on był głuchy, czy coś? Przecież nie powiedział tego pytania cicho, a nie lubił się powtarzać.
– Obiecałeś, że gdy posprzątam legowiska uczniów, to pójdziemy na granice! – już głośniej mu przypomniał, co wcześniej chciał mu przekazać. Miał nadzieję, że jego mentor nie zapomniał o tym, że mieli dzisiaj iść. Inaczej by czuł się źle, że Mewi Puch jako kot bliski z rodem królewskim nie chce mu poświęcić czasu. Choć gdyby tak było, to może dlatego, że na pierwszym treningu zbabrał pływanie?
– A, no tak! Mam krótką pamięć, ale nie martw się, zabiorę cię nawet teraz – wojownik wstał i poszedł do wyjścia, a Szkwalna Łapa w podskokach pognał za swym mentorem, bardzo się cieszył, że wyjdzie z obozu.
Przepłynięcie z wysepki na wysepkę już nie było trudniejsze niż poprzednio. Dzięki temu, że regularnie pływał, to potrafił pokonać każde dystanse, po te krótsze, jak i dłuższe. Szkwalna Łapa był pewny, że skoro pływanie mu dobrze poszło, to wspinaczka też mu pójdzie bez większych problemów. Mewi Puch już stał na brzegu, czekając tylko na niego, Szkwał szybko przepłynął dłuższy dystans, dołączając do mentora. Gdy byli w komplecie, poszli w stronę lasu.
Weszli w głąb boru, Szkwalna Łapa nigdy nie widział tyle drzew w jednym miejscu. Sądził, że rosną pojedynczo, jak to drzewo w ich obozie, w którym Mandarynkowa Gwiazda miała swoje legowisko. Czuł się tak ciasno w otoczeniu lasu, był przyzwyczajony do gołej przestrzeni bez drzew składającej się z wysp wokół obozu. Zastanawiał się tylko teraz na które drzewo się wspiąć? Wszystkie wydawały się dosyć wysokie, zbyt wysokie...
– Możemy się tu na chwilę zatrzymać. Tymczasem spróbuję cię nauczyć wspinaczki na tym drzewie – Mewi Puch pokazał mu gruby dąb. – Zrobimy tak, że może wespniesz się na najbliższą gałąź, wystarczy, że będziesz używać pazurów, by nie spaść. Będę patrzało – wojownik usiadł sobie, a Szkwalna Łapa zastanawiał się, jak ugryźć temat. Drzewo było dość szerokie, więc chyba nie mogło być źle. Niebiesko-biały kocur chwycił za drzewo i zaczął się powoli wspinać. Niby wszystko szło gładko, ale uczucie kory, która dotykała jego poduszek, była dziwna, taka łaskocząca lekko, a niby taka nieprzyjemna, przez to kocurowi średnio podobało się. Czuł lekki dyskomfort, ale nadal się wspinał. Był tak w połowie drogi na tą gałąź, spojrzał w dół na swego mentora czy patrzy i się przeraził. Nie wyobrażał sobie, że tak wyglądało bycie wysoko nad powierzchnią ziemi. Teraz zupełnie nie chciał się wspinać dalej, bał się, że spadnie, dodatkowo wizja, że będzie wyżej, bardziej go przerażała, niż cieszyła. Musiał coś wymyślić, żeby się wymigać. Nie był w stanie wspiąć się na tą najwyższą gałąź. Chociaż patrząc na mentora, zauważył, że... ganiał motyle? Na serio? On chyba miał nawet więcej księżycy, niż jego ojciec, a zajmował się motylami? Szkwalna Łapa chciał się śmiać, ale przypomniał sobie, że gdyby się zaśmiał, to by spadł, więc się powstrzymał. Grupa motyli, którą ganiał wojownik, akurat się rozdzieliła, choć jeden siedział na korze jednego z drzew, a czarny dymny kocur nie odrywał od niej wzroku. Wtedy terminator wpadł na sprytny pomysł.
– Mewi Puchu, pomożesz mi? Akurat wspiąłem się na gałąź i chciałem zejść, ale jestem w połowie i już mi się kręci w głowie! – wcale nie schodził na dół po wspinaczce z gałęzi, nawet jej nie dotknął, ale Mewi Puch nie patrzył, więc skąd miał to wiedzieć? Dzięki temu Szkwalna Łapa mógł się wymignąć już od niepotrzebnej wspinaczki. Mentor na chwilę oderwał uwagę od motyla, słuchając swego ucznia.
– Jasne, już ci pomogom – Mewa szybko podszedł do drzewa, łapiąc Szkwała, następnie już niebieski kocur był na ziemi.
– Dziękuję, Mewi Puchu, to teraz możemy iść dalej? – skoro się w teorii wspiął, to chyba mogli sobie odpuścić, co nie? Granice brzmiały już ciekawiej niż kolejna wspinaczka na drzewo. Może nawet by spotkał jakiegoś Klifiaka lub Burzaka?
– Wspiąłeś się na gałąź, więc możemy uznać, że masz już zaliczoną wspinaczkę. Możemy zatem ruszyć dalej – odparł jego mentor, po czym zaczęli iść przez las. Minęli przy okazji jakiś charakterystyczny kamień dla tego miejsca. Im dalej szedł z mentorem, tym bardziej widział, że przebija się duża ilość światła przez drzewa. To znaczyło, że powoli wychodzili z tego lasu.
Byli na terenach, które się różniły od lasów i wysepek otoczonych wodą, tym razem widział nagi teren. Było tu doskonale widać z daleka piaszczyste plaże z morzem. Idąc z Mewim Puchem, zauważył oprócz tego obszar, który składał się z wielu kolorowych kwiatów.
– To ta Kolorowa Łąka, gdzie są blisko granice Klanu Klifu i Klanu Burzy? – spytał Szkwalna Łapa.
– Tak, to tutaj, przejdziemy przez nią, by obejrzeć granicę, a następnie wrócimy do obozu – kocury weszły w kwiatowisko, kwiaty wyglądały lepiej z bliska niż z daleka. Było tu dużo maków, stokrotek, mleczy i innych wszelakich kwiatów, Szkwała jednak zainteresowały żółte intensywne kwiaty, nie wiedział co to za rodzaj, ale zrobił postój i urwał trzy kwiaty i dał je za lewe ucho. Podobały mu się, pasowały do jego pięknego długiego niebieskiego futra. Czuł się tak męski, kwiaty w jego futrze nie przyciemniły jego bycia samcem. Tak się dumając, zauważył, że zgubił Mewi Puch. Rozejrzał się, po czym zauważył, że wśród kwiatów wystaje czarny kot, to był jego mentor. Podbiegł do niego, by się nie zgubić. Z kwiecistej łąki zbliżyli się już do plaży. Uczeń czuł jakby promienie słońca miały go spiec na wiór, jego długie futro też nie pomagało mu w schłodzeniu się. Chciał tak bardzo wejść do tego morza, tak się dusił przez tę duchotę w powietrzu, akurat widział jakieś wielkie głazy, na których mógł odpocząć, ale Mewi Puch zagrodził mu drogę.
– Co do mnie mówiłeś, Szkwalna Łapo? – wojownik zapytał. Czy on był głuchy, czy coś? Przecież nie powiedział tego pytania cicho, a nie lubił się powtarzać.
– Obiecałeś, że gdy posprzątam legowiska uczniów, to pójdziemy na granice! – już głośniej mu przypomniał, co wcześniej chciał mu przekazać. Miał nadzieję, że jego mentor nie zapomniał o tym, że mieli dzisiaj iść. Inaczej by czuł się źle, że Mewi Puch jako kot bliski z rodem królewskim nie chce mu poświęcić czasu. Choć gdyby tak było, to może dlatego, że na pierwszym treningu zbabrał pływanie?
– A, no tak! Mam krótką pamięć, ale nie martw się, zabiorę cię nawet teraz – wojownik wstał i poszedł do wyjścia, a Szkwalna Łapa w podskokach pognał za swym mentorem, bardzo się cieszył, że wyjdzie z obozu.
***
Przepłynięcie z wysepki na wysepkę już nie było trudniejsze niż poprzednio. Dzięki temu, że regularnie pływał, to potrafił pokonać każde dystanse, po te krótsze, jak i dłuższe. Szkwalna Łapa był pewny, że skoro pływanie mu dobrze poszło, to wspinaczka też mu pójdzie bez większych problemów. Mewi Puch już stał na brzegu, czekając tylko na niego, Szkwał szybko przepłynął dłuższy dystans, dołączając do mentora. Gdy byli w komplecie, poszli w stronę lasu.
***
Weszli w głąb boru, Szkwalna Łapa nigdy nie widział tyle drzew w jednym miejscu. Sądził, że rosną pojedynczo, jak to drzewo w ich obozie, w którym Mandarynkowa Gwiazda miała swoje legowisko. Czuł się tak ciasno w otoczeniu lasu, był przyzwyczajony do gołej przestrzeni bez drzew składającej się z wysp wokół obozu. Zastanawiał się tylko teraz na które drzewo się wspiąć? Wszystkie wydawały się dosyć wysokie, zbyt wysokie...
– Możemy się tu na chwilę zatrzymać. Tymczasem spróbuję cię nauczyć wspinaczki na tym drzewie – Mewi Puch pokazał mu gruby dąb. – Zrobimy tak, że może wespniesz się na najbliższą gałąź, wystarczy, że będziesz używać pazurów, by nie spaść. Będę patrzało – wojownik usiadł sobie, a Szkwalna Łapa zastanawiał się, jak ugryźć temat. Drzewo było dość szerokie, więc chyba nie mogło być źle. Niebiesko-biały kocur chwycił za drzewo i zaczął się powoli wspinać. Niby wszystko szło gładko, ale uczucie kory, która dotykała jego poduszek, była dziwna, taka łaskocząca lekko, a niby taka nieprzyjemna, przez to kocurowi średnio podobało się. Czuł lekki dyskomfort, ale nadal się wspinał. Był tak w połowie drogi na tą gałąź, spojrzał w dół na swego mentora czy patrzy i się przeraził. Nie wyobrażał sobie, że tak wyglądało bycie wysoko nad powierzchnią ziemi. Teraz zupełnie nie chciał się wspinać dalej, bał się, że spadnie, dodatkowo wizja, że będzie wyżej, bardziej go przerażała, niż cieszyła. Musiał coś wymyślić, żeby się wymigać. Nie był w stanie wspiąć się na tą najwyższą gałąź. Chociaż patrząc na mentora, zauważył, że... ganiał motyle? Na serio? On chyba miał nawet więcej księżycy, niż jego ojciec, a zajmował się motylami? Szkwalna Łapa chciał się śmiać, ale przypomniał sobie, że gdyby się zaśmiał, to by spadł, więc się powstrzymał. Grupa motyli, którą ganiał wojownik, akurat się rozdzieliła, choć jeden siedział na korze jednego z drzew, a czarny dymny kocur nie odrywał od niej wzroku. Wtedy terminator wpadł na sprytny pomysł.
– Mewi Puchu, pomożesz mi? Akurat wspiąłem się na gałąź i chciałem zejść, ale jestem w połowie i już mi się kręci w głowie! – wcale nie schodził na dół po wspinaczce z gałęzi, nawet jej nie dotknął, ale Mewi Puch nie patrzył, więc skąd miał to wiedzieć? Dzięki temu Szkwalna Łapa mógł się wymignąć już od niepotrzebnej wspinaczki. Mentor na chwilę oderwał uwagę od motyla, słuchając swego ucznia.
– Jasne, już ci pomogom – Mewa szybko podszedł do drzewa, łapiąc Szkwała, następnie już niebieski kocur był na ziemi.
– Dziękuję, Mewi Puchu, to teraz możemy iść dalej? – skoro się w teorii wspiął, to chyba mogli sobie odpuścić, co nie? Granice brzmiały już ciekawiej niż kolejna wspinaczka na drzewo. Może nawet by spotkał jakiegoś Klifiaka lub Burzaka?
– Wspiąłeś się na gałąź, więc możemy uznać, że masz już zaliczoną wspinaczkę. Możemy zatem ruszyć dalej – odparł jego mentor, po czym zaczęli iść przez las. Minęli przy okazji jakiś charakterystyczny kamień dla tego miejsca. Im dalej szedł z mentorem, tym bardziej widział, że przebija się duża ilość światła przez drzewa. To znaczyło, że powoli wychodzili z tego lasu.
***
Byli na terenach, które się różniły od lasów i wysepek otoczonych wodą, tym razem widział nagi teren. Było tu doskonale widać z daleka piaszczyste plaże z morzem. Idąc z Mewim Puchem, zauważył oprócz tego obszar, który składał się z wielu kolorowych kwiatów.
– To ta Kolorowa Łąka, gdzie są blisko granice Klanu Klifu i Klanu Burzy? – spytał Szkwalna Łapa.
– Tak, to tutaj, przejdziemy przez nią, by obejrzeć granicę, a następnie wrócimy do obozu – kocury weszły w kwiatowisko, kwiaty wyglądały lepiej z bliska niż z daleka. Było tu dużo maków, stokrotek, mleczy i innych wszelakich kwiatów, Szkwała jednak zainteresowały żółte intensywne kwiaty, nie wiedział co to za rodzaj, ale zrobił postój i urwał trzy kwiaty i dał je za lewe ucho. Podobały mu się, pasowały do jego pięknego długiego niebieskiego futra. Czuł się tak męski, kwiaty w jego futrze nie przyciemniły jego bycia samcem. Tak się dumając, zauważył, że zgubił Mewi Puch. Rozejrzał się, po czym zauważył, że wśród kwiatów wystaje czarny kot, to był jego mentor. Podbiegł do niego, by się nie zgubić. Z kwiecistej łąki zbliżyli się już do plaży. Uczeń czuł jakby promienie słońca miały go spiec na wiór, jego długie futro też nie pomagało mu w schłodzeniu się. Chciał tak bardzo wejść do tego morza, tak się dusił przez tę duchotę w powietrzu, akurat widział jakieś wielkie głazy, na których mógł odpocząć, ale Mewi Puch zagrodził mu drogę.
– Nie możemy już iść dalej, jesteśmy przy granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy. Różnica jest taka, że tam, gdzie są przy brzegu większe kamienie i dostęp do morza, to tam jest granica Klanu Klifu, natomiast dłuższy odcinek z samym piaskiem to już granica z Klanem Burzy – ta różnica, można powiedzieć, była diametralna, Klan Klifu miał mały skrawek granicy, a tymczasem Klan Burzy miał długą granicę z nimi, ale nie miał dostępu do morza. Skoro już wiedział, czym się to różni, to chciał być już w wodzie!
– Mewi Puchu, skoro już znam różnicę między granicami dwóch klanów, to czy mogę iść do wody? Jest mi ciepło! – Wody! WODY! On już nie mógł znieść tej tułaczki bez kąpieli.
– Oczywiście, możesz nawet tu przez chwilę być, a ja coś dla nas upoluje, bo trochę mi to zajmie – nie dość, że będzie pływał w morzu, to jeszcze dostanie darmową wyżerkę! Nie mogło już być lepiej. Wszedł do morza, a Mewi Puch zniknął, idąc w stronę Kolorowej Łąki. Szkwalna Łapa, będąc w słonej wodzie, poczuł się lepiej, była ona dosyć ciepła, ale chodząca, był tak blisko granicy z Klanem Klifu, zastanawiał się, czy jak zostanie wojownikiem, to będzie tu przychodził częściej. Było tu tak spokojnie i przyjemnie.
Od kiedy nie było Mewiego Puchu, cieszył się, że może się sam nacieszyć tym morzem, tylko ciekawe czy kogoś nie spotka przy granicy. Fajnie by było, bo chciał poznać jakichś uczniów z Klanu Klifu, wtedy mogliby wspólnie spotykać się i spędzać wspaniale czas, poza treningami. Na chwilę otrzepał się z wody i podszedł bliżej granicy, by się przyjrzeć terenom Klanu Klifu. Niestety nikt nie przyszedł, tak jak chciał, była tylko pusta i głucha cisza. Szkoda, że zapowiadało się na to, że nikogo nie spotka. Przynajmniej tak to wyglądało. Poszedł więc na granicę z Klanem Burzy popatrzeć z daleka na te dziwnie długie kamienie, które mieli na swoich terenach ci Burzacy. Słyszał, że Burzacy to stan umysłu, ciekawe czy to była prawda?
Nagle zauważył o dwie długości lisa od granicy czarną kotkę, która polowała na królika, była to chyba Burzaczka. Zobaczył, że jej oczy zwęziły się w szparki, gdy go ujrzała, więc podeszła do granicy Klanu Nocy z Klanem Burzy.
– Czego szukasz tak blisko terytorium Klanu Burzy? – zapytała kotka, podchodząc bliżej ucznia. Szkwalna Łapa nie rozumiał oburzenia tej wojowniczki, niby po co?
– Poznaje granicę z moim mentorem, ale akurat go aktualnie nie ma przy mnie, bo poszedł gdzieś – podał fakty, najwyżej jak kotka będzie chciała się na niego rzucić, to on jej odda, bo jakby po co się uczy na wojownika? By wymiękać? Już jej pokaże.
– No dobra... ale jeśli nie znikniesz stąd niedługo, to spodziewaj się... już sam wiesz czego. Miłego dnia... chyba – czarna kotka po tym wzięła królika, po czym sobie poszła. Em... Okej? To było dosyć dziwne, bardzo dziwne, nie spodziewał się tego.
– To na razie, cokolwiek miało to znaczyć – odszedł od granicy z Klanu Burzy, ci Burzacy naprawdę mają nie po kolei w łbach. Jak dobrze, że już sobie poszła, zadziałała mu tylko niepotrzebnie na nerwy. Ponownie wszedł do morza popływać, starając się zapomnieć o tej dziwaczce.
Mewi Puch przyszedł z dwoma myszami, Szkwalna Łapa, widząc go, podpłynął do niego. Następnie usiedli w piasku, dzieląc się zwierzyną.
– Spotkałem dziwną wojowniczkę na granicy – opowiedział Szkwał, prawie kończąc mysz. Mewi Puch wziął tylko kilka gryzów.
– Czemu dziwną? – wojownik był ciekawy, wydawało się, że się przejął tym, co powiedział niebieski kocur.
– Była cała czarna z białą plamą na klatce piersiowej i miała biel na łapach, dodatkowo miała niebieskie oczy. Groziła mi, że jak się nie wyniosę, to mam się czegoś spodziewać. Nie powiedziała nawet czego, to było naprawdę nietypowe zachowanie – aż przypominał sobie, jak na niego warczała, na zgniłą rybę! Dobrze, że nie była ruda, bo by go zapewne rozszarpała.
– To okropne… Dobrze, że dała ci spokój. To teraz skoro już zjedliśmy, możemy wrócić do obozu – czarny wojownik wstał, po czym dał znać ogonem, że powinni iść. Szkwalna Łapa tylko obrócił się w stronę granicy z Klanem Burzy i poszedł w stronę obozu.
***
Mewi Puch przyszedł z dwoma myszami, Szkwalna Łapa, widząc go, podpłynął do niego. Następnie usiedli w piasku, dzieląc się zwierzyną.
– Spotkałem dziwną wojowniczkę na granicy – opowiedział Szkwał, prawie kończąc mysz. Mewi Puch wziął tylko kilka gryzów.
– Czemu dziwną? – wojownik był ciekawy, wydawało się, że się przejął tym, co powiedział niebieski kocur.
– Była cała czarna z białą plamą na klatce piersiowej i miała biel na łapach, dodatkowo miała niebieskie oczy. Groziła mi, że jak się nie wyniosę, to mam się czegoś spodziewać. Nie powiedziała nawet czego, to było naprawdę nietypowe zachowanie – aż przypominał sobie, jak na niego warczała, na zgniłą rybę! Dobrze, że nie była ruda, bo by go zapewne rozszarpała.
– To okropne… Dobrze, że dała ci spokój. To teraz skoro już zjedliśmy, możemy wrócić do obozu – czarny wojownik wstał, po czym dał znać ogonem, że powinni iść. Szkwalna Łapa tylko obrócił się w stronę granicy z Klanem Burzy i poszedł w stronę obozu.
<Burzaczko?>
[Umiejętność – Pływanie + Wspinaczka po drzewach]
[1776 Słów]
Od Wzorzystej Dali CD. Płomiennego Serca
Zastanowiła się głęboko. Czy to możliwe, żeby Psotny Nietoperz jej się podobała? Nie. Na pewno nie! Przecież wtedy nie byłaby o nią nigdy zazdrosna. Psotka jest po prostu fajną kotką. Taką, jaką ona chciałaby być.
– Ja nie wiem… Ona mi się chyba nie podoba…
Ruda nie kwestionowała tego. Po prostu uśmiechnęła się ciepło.
– To nie jest takie łatwe. Kiedyś zrozumiesz, o kogo konkretnie chodzi. Po prostu potrzebujesz czasu.
– Wzorek! Jak ty to robisz, że ta grzywka jest taka falowana? – zapytała Drobne Ukojenie. Na to wojowniczka wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Tak jakoś wyszło.
To wywołało chichot wśród zgromadzonych kotek.
– Chcesz powiedzieć, że to jest naturalne? – dopytała inna.
– Najwyraźniej tak.
– Dobra, skoro Wzorek tak bardzo chce zachować sposób na falowaną grzywkę dla siebie – zażartowała Psotny Nietoperz. – To może porozmawiamy o czymś innym?
Większość przyjaciółek od razu się zgodziła. Nie było sensu wypytywać byłej pieszczoszki o coś, czego nie wiedziała, lub czym nie chciała się podzielić.
– W takim razie, jaki temat proponujesz?
– Może być o kocurach, jak chcesz. Chętnie posłuchamy o twoich randkach – uśmiechnęła się Nietoperz. Wzorek, która nie brała udziału w tej konkretnej wymianie zdań, poczuła się nagle nieswojo. Czuła, jakby jej żołądek zwinął się w kłębek. Nagle straciła całkowite zainteresowanie rozmową. Przynajmniej pozornie, bo jedno z jej uszu nadal uważnie ją śledziło. Mimo tego postanowiła oddzielić się od grupy na jakiś czas.
– Gdzie idziesz, Wzorek? – zapytała Pchełkowy Skok. Stanęła jak wryta. Co miała jej odpowiedzieć? Na szczęście dla niej chwilę później usłyszała kolejny żart ze strony Nietoperz.
– A co tam, nie powstrzymujmy wielkiej łowczyni Klanu Klifu.
Na tą zgodę Wzorek wsunęła się między krzaki i oddaliła się od kółeczka plotkarskiego. Podczas samotnego spaceru jej myśli cały czas były zajęte. Już, od kiedy zaczęła brać pod uwagę taką opcję, zastanawiała się, jak miała powiedzieć koleżankom, że podobają jej się kotki i być może spróbować swoich szans u jednej z tych, które jej się podobały. Niestety nie przewidziała jednego małego szczegółu. Nie wiedziała, ile z nich też lubiło kotki. Była szansa, że takich kotów nie było w jej grupce znajomych. A może akurat te, które jej się podobają, patrzą tylko na kocury? W końcu ciągle o nich gadały. Może kierowała swoje serce w złe miejsce? “Gdybym tylko była kocurem” westchnęła w myślach.
Kilka dni temu zdała sobie sprawę, że jej problem może mógł mieć rozwiązanie. Przecież istnieją koty, które urodziły się kotką, ale są kocurami. Musiała tylko zacząć używać męskich zaimków. Nawet próbowała, ale po prostu nie była w stanie poprawić nikogo. Bo nie czuła, że to działa. Nawet gdy w myślach mówiła o sobie jak o kocurze, czuła, że to coś obcego. Po raz kolejny zaplątała się w sieć emocji i nie wiedziała co zrobić. Na szczęście ostatnio pomogła jej z tym Płomienne Serce. Może i tym razem to zadziała? Dosiadła się do rudej podczas posiłku. Tylko jak teraz zacząć temat…?
– Ja nie wiem… Ona mi się chyba nie podoba…
Ruda nie kwestionowała tego. Po prostu uśmiechnęła się ciepło.
– To nie jest takie łatwe. Kiedyś zrozumiesz, o kogo konkretnie chodzi. Po prostu potrzebujesz czasu.
***
– Wzorek! Jak ty to robisz, że ta grzywka jest taka falowana? – zapytała Drobne Ukojenie. Na to wojowniczka wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Tak jakoś wyszło.
To wywołało chichot wśród zgromadzonych kotek.
– Chcesz powiedzieć, że to jest naturalne? – dopytała inna.
– Najwyraźniej tak.
– Dobra, skoro Wzorek tak bardzo chce zachować sposób na falowaną grzywkę dla siebie – zażartowała Psotny Nietoperz. – To może porozmawiamy o czymś innym?
Większość przyjaciółek od razu się zgodziła. Nie było sensu wypytywać byłej pieszczoszki o coś, czego nie wiedziała, lub czym nie chciała się podzielić.
– W takim razie, jaki temat proponujesz?
– Może być o kocurach, jak chcesz. Chętnie posłuchamy o twoich randkach – uśmiechnęła się Nietoperz. Wzorek, która nie brała udziału w tej konkretnej wymianie zdań, poczuła się nagle nieswojo. Czuła, jakby jej żołądek zwinął się w kłębek. Nagle straciła całkowite zainteresowanie rozmową. Przynajmniej pozornie, bo jedno z jej uszu nadal uważnie ją śledziło. Mimo tego postanowiła oddzielić się od grupy na jakiś czas.
– Gdzie idziesz, Wzorek? – zapytała Pchełkowy Skok. Stanęła jak wryta. Co miała jej odpowiedzieć? Na szczęście dla niej chwilę później usłyszała kolejny żart ze strony Nietoperz.
– A co tam, nie powstrzymujmy wielkiej łowczyni Klanu Klifu.
Na tą zgodę Wzorek wsunęła się między krzaki i oddaliła się od kółeczka plotkarskiego. Podczas samotnego spaceru jej myśli cały czas były zajęte. Już, od kiedy zaczęła brać pod uwagę taką opcję, zastanawiała się, jak miała powiedzieć koleżankom, że podobają jej się kotki i być może spróbować swoich szans u jednej z tych, które jej się podobały. Niestety nie przewidziała jednego małego szczegółu. Nie wiedziała, ile z nich też lubiło kotki. Była szansa, że takich kotów nie było w jej grupce znajomych. A może akurat te, które jej się podobają, patrzą tylko na kocury? W końcu ciągle o nich gadały. Może kierowała swoje serce w złe miejsce? “Gdybym tylko była kocurem” westchnęła w myślach.
***
Kilka dni temu zdała sobie sprawę, że jej problem może mógł mieć rozwiązanie. Przecież istnieją koty, które urodziły się kotką, ale są kocurami. Musiała tylko zacząć używać męskich zaimków. Nawet próbowała, ale po prostu nie była w stanie poprawić nikogo. Bo nie czuła, że to działa. Nawet gdy w myślach mówiła o sobie jak o kocurze, czuła, że to coś obcego. Po raz kolejny zaplątała się w sieć emocji i nie wiedziała co zrobić. Na szczęście ostatnio pomogła jej z tym Płomienne Serce. Może i tym razem to zadziała? Dosiadła się do rudej podczas posiłku. Tylko jak teraz zacząć temat…?
<Płomyk? Jesteś oficjalnym terapeutą Wzorek>
Nowy Członek Klanu Gwiazdy!
CICHA ŁAPA
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: przygniecenie przez zapadnięty tunel, uduszenie
Odszedł do Klanu Gwiazdy!
Od Wdzięcznej Firletki CD. Motylkowej Łączki
Parę księżycy temu…
— Rozumiem. Wiele ostatnio się działo, na pewno musi to źle na ciebie wpływać — miauknęła cicho, muskając ogonem bok młodszej. Chciała wiedzieć, co ją trapi, ale nauczyła się również nie naciskać. — Sypiasz w miarę dobrze?
Motylka wzruszyła barkami.
— Mogło by być lepiej.
— Przyjdź wieczorem po ziarenko maku — zaproponowała. — Mamy spore zapasy, a nie chciałabym, abyś się przemęczała.
Podniosła się z ziemi i przytknęła policzek do piersi wojowniczki… Wyżej nie sięgała. Motylka naprawdę wyrosła na wysoką, urokliwą kocicę.
— Jeżeli zmienisz zdanie, nie będę daleko od obozu.
Teraźniejszość...
Podsunęła pod pysk Baziowej Łapy parę liści wrotyczu. Zielone oczka uczennicy łypnęły na nią z dołu, po czym biała łapka wysunęła się spod kupy futra i zgarnęła do siebie medykament.
— Pamiętaj, musisz dokładnie przeżuć — miauknęła. — I połknąć.
Szylkretka pokiwała głową i podniosła liście między zęby. Wolna już łapa zaczęła przeczesywać kosmyki futra, jak gdyby szukając tam czegoś… Po paru uderzeniach serca przed Firletką znalazło się zasuszone, nieco poturbowane motyle skrzydło.
— Zapłata — objaśniła Bazia, z tymi słowy odwracając się na pięcie i uciekając z legowiska.
Patrząc na oddalającą się sylwetkę siostrzenicy bezmyślnie przysunęła prezent bliżej siebie, trzymając go uważnie pomiędzy pazurami. Opuściła spojrzenie na naderwane skrzydełko.
Motylka. Gardło nadal ściskało się jej nieprzyjemnie, gdy myślała o zaginionej wojowniczce. Przyjaciółce. Co się stało? Czemu zniknęła bez słowa? Czy odeszła z własnej woli, czy ktoś ją do tego zmusił?
Jej myśli przerwały głosy w centrum obozu i tupot łap. Zaniepokojona wypuściła skrzydełko z łap i zbliżyła się do wyjścia z Kamiennej Wieży, wychylając z niego głowę. Do obozu wparowała grupa wojowników z uczniami. Jagodowe Marzenie z Ciernistą Łapą na ogonie, a za nimi Strzępotkowy Kokon z szczerze przerażoną miną na pysku.
— Cicha Łapa- Tunel zawalił się na Cichą Łapę!
***
— Wszystkie koty wystarczająco dojrzałe, by polować, niech zbiorą się na zebranie klanu!
Głos Zawodzącego Echa poniósł się po polanie, nienaturalnie głośny, zważając na ciszę, która zapadła w obozie. Uczniowie patrzyli na zastępcę z szeroko otwartymi oczyma, a pyski dorosłych zdobiła gorycz.
Królicza Gwiazda znowu skrywał się w swoim legowisku. Medyczka zastanawiała się, kiedy obowiązki całkowicie spadną na zastępcę… Czasami już to tak wyglądało. Lider zdawał się wysuwać pysk z wieży tylko wtedy, kiedy to najbardziej konieczne.
— Wszyscy słyszeliśmy już, co stało się z Cichą Łapą — rozpoczął Echo, głosem spokojnym, ale nie obojętnym. — Aby zapobiec kolejnym tragediom, treningi w tunelach oraz wizyty w Grocie Pamięci zostają zawieszone do odwołania. Słoneczny Fragmencie, Biały Strumieniu — zwrócił się do przewodników — upewnijcie się, że wszystkie tunele są bezpieczne. Bądźcie przy tym ostrożni.
Zwróciła pysk w lewo, gdzie miejsce zajmował kremowy wraz z byłym uczniem. Dwójka kocurów pokiwała głowami.
— Wszystkim kotom, nie tylko uczniom — zastępca zmierzył wzrokiem zebrany tłum — przypominam o zakazie zapuszczania się w rozgałęzienia tuneli nie otwartych do codziennego użytku. Jeżeli nie wiecie, którędy musicie iść, poproście o pomoc któregoś z naszych przewodników. Po to tutaj są.
Królicza Gwiazda znowu skrywał się w swoim legowisku. Medyczka zastanawiała się, kiedy obowiązki całkowicie spadną na zastępcę… Czasami już to tak wyglądało. Lider zdawał się wysuwać pysk z wieży tylko wtedy, kiedy to najbardziej konieczne.
— Wszyscy słyszeliśmy już, co stało się z Cichą Łapą — rozpoczął Echo, głosem spokojnym, ale nie obojętnym. — Aby zapobiec kolejnym tragediom, treningi w tunelach oraz wizyty w Grocie Pamięci zostają zawieszone do odwołania. Słoneczny Fragmencie, Biały Strumieniu — zwrócił się do przewodników — upewnijcie się, że wszystkie tunele są bezpieczne. Bądźcie przy tym ostrożni.
Zwróciła pysk w lewo, gdzie miejsce zajmował kremowy wraz z byłym uczniem. Dwójka kocurów pokiwała głowami.
— Wszystkim kotom, nie tylko uczniom — zastępca zmierzył wzrokiem zebrany tłum — przypominam o zakazie zapuszczania się w rozgałęzienia tuneli nie otwartych do codziennego użytku. Jeżeli nie wiecie, którędy musicie iść, poproście o pomoc któregoś z naszych przewodników. Po to tutaj są.
wyleczona: Baziowa Łapa
Od Wzorzystej Dali CD. Trzcinowego Szmeru
Postarała się nie wzdrygnąć. Bała się, jak mogą zareagować koty z jej patrolu na jej fałszywe imię. Na szczęście chyba nikt nie zwrócił na to uwagi. Zaśmiała się nerwowo.
– Eh… chyba tak? – wykrztusiła niepewnie. Zanim zdążyła namyślić się, co może powiedzieć dalej, ich patrole już zdążyły się minąć. No cóż. Czasem rozmowy wychodziły dobrze, a czasem źle. Chyba że jest się Wzorek. Wtedy zostaje tylko druga opcja.
Mimo że Wzorzysta Dal stała się dużo bardziej społeczną istotą, nadal czasami potrzebowała czasu z dala od wszystkich swoich Klifiackich koleżanek. Zazwyczaj szła wtedy na samotne polowania, po których jej futro było całe rozwichrzone. Jej, w przeciwieństwie do wielu kotek o podobnej rutynie dbania o futro, zupełnie to nie przeszkadzało. Biegła po plaży. Piasek chrzęścił pod jej nogami, wbijając się między palce. Lekki ciepły wietrzyk targał jej futrem, a fale obmywały jej łapy, rozchlapując się na wszystkie strony, kiedy po nich przebiegała. Grzywka co chwilę zasłaniała jej któreś oko, znacznie utrudniając śledzenie zbiega. Zbiegiem tym był średniej wielkości krab. Uparcie próbował uciec od goniącej go szylkretowej wojowniczki. Niestety, nie udało mu się. Wzorzysta Dal pochwyciła go mocno w swoje szczęki i walnęła nim o pobliski głaz. Wygrała. Usiadła w chłodnym cieniu głazu, odkładając kraba obok siebie. Oparła się o skałę i wyrównała oddech po biegu. Zaczęła rozglądać się za odpowiednim kamieniem do rozłupania pancerza skorupiaka. Jej uwagę zwrócił dziwny dźwięk. Obróciła się w jego stronę. Zobaczyła jednak tylko niepozorny płaski kamień, który zdecydowanie nie przydałby jej się w tej sytuacji. Kontynuowała poszukiwania. Po chwili ponownie usłyszała ten sam dźwięk. Błyskawicznie obróciła głowę w kierunku jego źródła. Zobaczyła podobny do wcześniejszego, płaski kamyk… odbijający się od tafli wody. Zmarszczyła brwi. Kamyki nie skakały. Ktoś musiał go rzucić. Ostrożnie wychyliła łeb zza głazu i obejrzała się za siebie. Wzrokiem napotkała znajomą sobie brązowooką szylkretkę z blizną na szyi. Rzeczywiście, była tuż przy granicy z Klanem Nocy.
– Cześć Trzcinowy Szmerze! – uśmiechnęła się przyjaźnie do znajomej.
– Eh… chyba tak? – wykrztusiła niepewnie. Zanim zdążyła namyślić się, co może powiedzieć dalej, ich patrole już zdążyły się minąć. No cóż. Czasem rozmowy wychodziły dobrze, a czasem źle. Chyba że jest się Wzorek. Wtedy zostaje tylko druga opcja.
***
Mimo że Wzorzysta Dal stała się dużo bardziej społeczną istotą, nadal czasami potrzebowała czasu z dala od wszystkich swoich Klifiackich koleżanek. Zazwyczaj szła wtedy na samotne polowania, po których jej futro było całe rozwichrzone. Jej, w przeciwieństwie do wielu kotek o podobnej rutynie dbania o futro, zupełnie to nie przeszkadzało. Biegła po plaży. Piasek chrzęścił pod jej nogami, wbijając się między palce. Lekki ciepły wietrzyk targał jej futrem, a fale obmywały jej łapy, rozchlapując się na wszystkie strony, kiedy po nich przebiegała. Grzywka co chwilę zasłaniała jej któreś oko, znacznie utrudniając śledzenie zbiega. Zbiegiem tym był średniej wielkości krab. Uparcie próbował uciec od goniącej go szylkretowej wojowniczki. Niestety, nie udało mu się. Wzorzysta Dal pochwyciła go mocno w swoje szczęki i walnęła nim o pobliski głaz. Wygrała. Usiadła w chłodnym cieniu głazu, odkładając kraba obok siebie. Oparła się o skałę i wyrównała oddech po biegu. Zaczęła rozglądać się za odpowiednim kamieniem do rozłupania pancerza skorupiaka. Jej uwagę zwrócił dziwny dźwięk. Obróciła się w jego stronę. Zobaczyła jednak tylko niepozorny płaski kamień, który zdecydowanie nie przydałby jej się w tej sytuacji. Kontynuowała poszukiwania. Po chwili ponownie usłyszała ten sam dźwięk. Błyskawicznie obróciła głowę w kierunku jego źródła. Zobaczyła podobny do wcześniejszego, płaski kamyk… odbijający się od tafli wody. Zmarszczyła brwi. Kamyki nie skakały. Ktoś musiał go rzucić. Ostrożnie wychyliła łeb zza głazu i obejrzała się za siebie. Wzrokiem napotkała znajomą sobie brązowooką szylkretkę z blizną na szyi. Rzeczywiście, była tuż przy granicy z Klanem Nocy.
– Cześć Trzcinowy Szmerze! – uśmiechnęła się przyjaźnie do znajomej.
<Trzcina? Poznasz nową Wzorek!>
Od Pożarowej Łapy
Miała nadzieję, że jej nieplanowana ciąża nie odbije się na relacjach z Wydmową Łapą. Tyle nocy nie przespała. Nie tylko ze względu na kociaki prawie dosłownie skaczące po ścianach. Bała się też, co pomyślą inni. Może nie tyle cały klan, bo ci mogli swoje komentarze wsadzić pod ogon, co właśnie kremowa uczennica i może jeszcze Zawodzące Echo. W końcu nie wyglądało to najlepiej. Dopiero została oficjalnie przyjęta do Klanu Burzy, a już wymigała się od obowiązków. Z innej strony Wydma mogła pomyśleć, że zostawiła ją na pewną śmierć… i z pewnego punktu widzenia tak właśnie było. Mimo tego Pożar nadal próbowała wmówić sobie, że przyjaciółka jej nie porzuci. Niestety nie miała już żadnych argumentów. Z wejścia do żłobka widziała, jak dawna koleżanka teraz rozmawia z kochanką jej ojca. Im częściej to widziała, tym wścieklejsza była. A te jeszcze miały czelność rzucać jej pogardliwe spojrzenia?! Sahara miała być jej najlepszą kompanką na dobre i na złe. Tymczasem porzuciła ją przy pierwszej lepszej okazji! Wszystko na nic! To przez nią tkwiła w tym zapchlonym klanie i z nabrzmiałym brzuchem! Nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie musiała jej ratować! Nie miała za grosz wdzięczności! Po raz kolejny zawiodła się na kotach.
Od Oszronionej Łapy CD. Zszarzałej Łapy
Przeszłość
Wilgoć, smród rozkładającej się roślinności, chłód kamiennych ścian, a co najgorsze… całkowita ciemność otulająca ich ze wszystkich stron. Serce waliło jej w piersi niczym młot. Uważała się za kota, który chociaż nie ma wielu księżyców na karku, nie obawia się rzeczy, których nie ma potrzeby się obawiać na zapas. Nie czuła strachu, kiedy zostawała sama nocą w legowisku, nawet jako kociak nie miała problemu ze spaniem w najbardziej oddalonym kąciku żłobka, byle by nie czuć obecności matki u boku. Polowania w porze zmierzchu były dla niej ekscytujące, a nawet nieco łatwiejsze, gdyż zwierzyna chętniej wychodziła z ukrycia, a rozśpiewane robactwo świetnie maskowało dźwięk jej kroków. Wszystko to mogła znieść z łatwością, ba! Mogła to znieść z uśmiechem zadowolenia na pysku. Ale nie przesiadywanie w tunelach. Nie te całkowite ciemności, których nie mogła nawet porównać do czegokolwiek innego, co było jej dane doświadczyć. To nie była noc; nie było gwiazd, które mogłyby pokazać jej drogę, nie było księżyca, który zastąpił słońce na warcie na nieboskłonie, nie było dźwięków szumiących fal i sów, których pohukiwanie wskazywało na to, że nie cały las zapadł w sen. Nie był to też cień, z którego łatwo było znów wkroczyć na ścieżkę pełną światła dziennego. Nie była to nawet ciemność, którą można ujrzeć, kiedy zamykamy powieki. Wszystko, co miała przed oczyma teraz, było... kompletnie nierealnie czarne. Czuła jedynie kropelki wody, które osadzają się na jej futrze. Słyszała krew, która szumiała jej w uszach. Rozpoznawała blade, ledwo obecne zapachy kotów, które musiały niedawno przebywać w tych korytarzach.
"Najpewniej inny uczeń i jego mentor... Być może Zszarzała Łapa i Bukowa Korona?" — pomyślała przez moment, aby uspokoić się nieco. Zganiła swoją głupotę. "Nie możliwe... To nie zapach Strzępka. Rozpoznałabym go od razu, bez zastanowienia. Nawet gdyby dzieły nas setki korytarzy i kocich długości przepełnionych mrokiem i stęchlizną."
"Najpewniej inny uczeń i jego mentor... Być może Zszarzała Łapa i Bukowa Korona?" — pomyślała przez moment, aby uspokoić się nieco. Zganiła swoją głupotę. "Nie możliwe... To nie zapach Strzępka. Rozpoznałabym go od razu, bez zastanowienia. Nawet gdyby dzieły nas setki korytarzy i kocich długości przepełnionych mrokiem i stęchlizną."
— Wszystko w porządku, Oszroniona Łapo? Jeśli nie czujesz się jeszcze gotowa na trening w tunelach, jak najbardziej możemy zawrócić i poćwiczyć coś innego. Dobrze sobie radzisz z polowaniem, ale może walka? Co ty na to? — zaproponował przyjaźnie wuj, wciskając pysk między kamienną ścianę a jej bark. Nastroszyła się nieco.
— Nie! Nie ma takiej opcji — burknęła. Nie mogła pokazywać słabości, nie na treningach. Strach był dopuszczalny jedynie na polu walki lub w innych znacznie bardziej ryzykownych sytuacjach i jedynie wtedy, kiedy napędzał nas do czynienia tego, co słuszne i wymagane od nas. — Po prosztu... Myszlałam o tym zapachu... Można roszposznać czyj jeszt? Czy ty czujesz?
— Nie! Nie ma takiej opcji — burknęła. Nie mogła pokazywać słabości, nie na treningach. Strach był dopuszczalny jedynie na polu walki lub w innych znacznie bardziej ryzykownych sytuacjach i jedynie wtedy, kiedy napędzał nas do czynienia tego, co słuszne i wymagane od nas. — Po prosztu... Myszlałam o tym zapachu... Można roszposznać czyj jeszt? Czy ty czujesz?
Wojownik skupił się na tropie i przez dłuższy moment milczał.
— To nie Sztrzępek, ni Bukowa Korona, prawda? — zapytała jeszcze. Mentor pokręcił głową.
— Nie, zdecydowanie nie, ale to na pewno ktoś z naszego klanu. Nie musisz się martwić o jakichś nieproszonych gości czyhających za zakrętem. Gdyby samotnicy się tutaj wprosili, raczej prędko pogubiliby jakikolwiek ślad i drogę powrotną — zapewnił ją.
— Nie boję się… — prychnęła, zwieszając głowę nieco niżej i skupiając się na tym, co miała przed sobą. Wytężyła wzrok, a po chwili skupienia faktycznie zaczęła widzieć zarysy kamiennego korytarza, który ciągnął się dalej i dalej.
— W takim razie nie widzę powodu, abyśmy dalej tutaj stali, co? — miauknął, wracając na swoje poprzednie miejsce za uczennicą. — Prowadź.
— To nie Sztrzępek, ni Bukowa Korona, prawda? — zapytała jeszcze. Mentor pokręcił głową.
— Nie, zdecydowanie nie, ale to na pewno ktoś z naszego klanu. Nie musisz się martwić o jakichś nieproszonych gości czyhających za zakrętem. Gdyby samotnicy się tutaj wprosili, raczej prędko pogubiliby jakikolwiek ślad i drogę powrotną — zapewnił ją.
— Nie boję się… — prychnęła, zwieszając głowę nieco niżej i skupiając się na tym, co miała przed sobą. Wytężyła wzrok, a po chwili skupienia faktycznie zaczęła widzieć zarysy kamiennego korytarza, który ciągnął się dalej i dalej.
— W takim razie nie widzę powodu, abyśmy dalej tutaj stali, co? — miauknął, wracając na swoje poprzednie miejsce za uczennicą. — Prowadź.
* * *
Wrócili niedawno po porze szczytowania słońca. Obóz nie zdążył jeszcze zapełnić się kotami, które wybyły z niego wraz z świtem. Zerknęła przelotnie na Pchełkowy Skok i Mirtowe Lśnienie, którzy siedzieli niedaleko wyjścia, skryci nieco za kamieniem, rozglądając się co kilka wdechów, czy aby nikt się do nich nie zbliża.
"Dziwadła..." — mruknęła w głowie. Nie miała teraz ochoty przejmować się zachowaniem wuja, który nie znaczył dla niej o wiele więcej niż zwykły inny wojownik w klanie. Miała ochotę na porządny posiłek. Brzuch burczał jej niemożliwie; niemal nie przestraszył traszki, którą udało jej dostrzec na brzgu małego bajorka. Na szczęście kotki i nieszczęście biednej jaszczurki... pointka była szybsza, nawet jeśli zdradził ją głód. Chociaż gad nie był ładny i pokaźny, zwierzyna to zawsze zwierzyna. Pożegnała się z Zającem, który od razu skierował się w kierunku grupki wojowników, aby uciąć sobie przyjazną pogawędke. Szron za to pognała wręcz do stosu i wybrał dla siebie pożądną wiewiórkę, której futerko lśniło rdzawo mimo bycia zbrukanym przez krwiste plamy. Rozejrzała się. W oddali mignął jej oszpecony, grymaśny pysk Bukowej Korony, a to znaczyło, że jej brat również powinien gdzieś się tutaj kręcić. Nigdzie go jednak nie była w stanie dostrzec, a to znaczyło, że znów musiała zjeść posiłek sama. Nikt inny, kto siedział w głównej części obozu, nie wydawał się na ten moment dobrym kandydatem do rozmowy. Przysiadła więc i postarała się skupić wyłącznie na przeżuwaniu. Nie podnosiła wzroku znad wiewiórki; nie chciała wyglądać żałośnie i jakby szukała kompana do rozmowy. Jej jedynym zadaniem było napełnić brzuch, a potem skupić się na ustaleniu, gdzie przebywał Strzępek. Musiała mu coś zaproponować. Coś, co mogło mu się nie spodobać.
"Dziwadła..." — mruknęła w głowie. Nie miała teraz ochoty przejmować się zachowaniem wuja, który nie znaczył dla niej o wiele więcej niż zwykły inny wojownik w klanie. Miała ochotę na porządny posiłek. Brzuch burczał jej niemożliwie; niemal nie przestraszył traszki, którą udało jej dostrzec na brzgu małego bajorka. Na szczęście kotki i nieszczęście biednej jaszczurki... pointka była szybsza, nawet jeśli zdradził ją głód. Chociaż gad nie był ładny i pokaźny, zwierzyna to zawsze zwierzyna. Pożegnała się z Zającem, który od razu skierował się w kierunku grupki wojowników, aby uciąć sobie przyjazną pogawędke. Szron za to pognała wręcz do stosu i wybrał dla siebie pożądną wiewiórkę, której futerko lśniło rdzawo mimo bycia zbrukanym przez krwiste plamy. Rozejrzała się. W oddali mignął jej oszpecony, grymaśny pysk Bukowej Korony, a to znaczyło, że jej brat również powinien gdzieś się tutaj kręcić. Nigdzie go jednak nie była w stanie dostrzec, a to znaczyło, że znów musiała zjeść posiłek sama. Nikt inny, kto siedział w głównej części obozu, nie wydawał się na ten moment dobrym kandydatem do rozmowy. Przysiadła więc i postarała się skupić wyłącznie na przeżuwaniu. Nie podnosiła wzroku znad wiewiórki; nie chciała wyglądać żałośnie i jakby szukała kompana do rozmowy. Jej jedynym zadaniem było napełnić brzuch, a potem skupić się na ustaleniu, gdzie przebywał Strzępek. Musiała mu coś zaproponować. Coś, co mogło mu się nie spodobać.
Kiedy po raz ostatni oblizała pysk, a kostki gryzonia wyniosła poza obóz, gdzie zakopała je przy jaskini, zaczęła znów się rozglądać. W końcu zajrzała też do legowiska, gdzie faktycznie go znalazła. Niebieski kocur leżał zwinięty na kawałku mchu. Nie miała nawet ochoty go budzić, ale ten musiał wyczuć jej obecność i fakt, że bardzo dobitnie się w niego wpatruję, gdyż najpierw drgnęły mu wąsy, a następnie cały łebek podniósł się spomiędzy łap.
— Coś się stało, Oszroniona Łapo? — spytał, nieznacznie się przeciągając. Zamrugał kilkukrotnie, zanim jego wzrok spoczął na jej mordce. Terminatorka zrobiła parę kroków w jego kierunku, aby mieć pewność, że nikt nie usłyszy.
— Mam dla ciebie propozycję… — szepnęła, schylając się.
— Czemu jesteś taka… tajemnicza i skryta? Nie wiem, czy mi się to do końca podoba, siostro — przyznał, marszcząc nieco nos. Pomarańczowe światło zaczynało wpadać do środka obozu, barwiąc przy tym morskie ślepia Zszarzałej Łapy. Kotka zignorowała jego pytanie.
— Coś się stało, Oszroniona Łapo? — spytał, nieznacznie się przeciągając. Zamrugał kilkukrotnie, zanim jego wzrok spoczął na jej mordce. Terminatorka zrobiła parę kroków w jego kierunku, aby mieć pewność, że nikt nie usłyszy.
— Mam dla ciebie propozycję… — szepnęła, schylając się.
— Czemu jesteś taka… tajemnicza i skryta? Nie wiem, czy mi się to do końca podoba, siostro — przyznał, marszcząc nieco nos. Pomarańczowe światło zaczynało wpadać do środka obozu, barwiąc przy tym morskie ślepia Zszarzałej Łapy. Kotka zignorowała jego pytanie.
— Byłesz już z Bukową Koroną w tunelach? — zapytała, przekręcając nieco głowę w bok.
— Nie, jeszcze nie... Ale mówił, że wkrótce się tam wybierzemy — zamyślił się.
— Nie, jeszcze nie... Ale mówił, że wkrótce się tam wybierzemy — zamyślił się.
— A niech to piesz! — warknęła krótko.
— A co wymyśliłaś? — próbował dalej się dowiedzieć. Terminatorka położyła uszy po sobie i przycupła. Teraz mówiła już zdecydowanie głośniej. Jej plan i tak nie wypalił.
— Chciałam iszć razem, wiesz... potrenować. Ale tak to szie zgubimy — przyznała ze wstydem. Szron mało kiedy przyznawała się do słabości czy faktu, że nie jest w stanie czegoś zrobić. To była jedna z niewielu takich sytuacji, której świadkiem był jej brat.
— To nie byłby dobry pomysł... Nawet jakby był już po kilku treningach z tej dziedziny. — Pokręcił głową i podniósł się na przednich łapach. Teraz znów byli na równym poziomie. Ziewnął jeszcze raz i przerwał chwilę milczenia: — A jak było?
— Ciemno... Mokro i trochę szmierdziało — powiedziała szczerze. Kocur zaśmiał się krótko; kotka parsknęła cicho za nim.
— To nie byłby dobry pomysł... Nawet jakby był już po kilku treningach z tej dziedziny. — Pokręcił głową i podniósł się na przednich łapach. Teraz znów byli na równym poziomie. Ziewnął jeszcze raz i przerwał chwilę milczenia: — A jak było?
— Ciemno... Mokro i trochę szmierdziało — powiedziała szczerze. Kocur zaśmiał się krótko; kotka parsknęła cicho za nim.
— No to nie mogę się doczekać.
— Może uda ci szie go tam zosztawić? — zaproponowała z żartobliwą iskierką w spojrzeniu. Zszarzała Łapa znów zarechotał, zwieszając łeb.
— Nie mów tak, bo zaraz zacznę się obawiać nie ciemności, a tego, że to on wpadnie na ten pomysł.
— Nie mów tak, bo zaraz zacznę się obawiać nie ciemności, a tego, że to on wpadnie na ten pomysł.
— Szpokojnie, ja cię wszędzie znajdę — zapewniła, a po tych słowach zapanowała nieco ciężka cisza. Żadne z nich nie wiedziało, co powinno powiedzieć, co dodać, jak odpowiedzieć. W końcu więc po prostu powrócili na swoje mchy, czekając, aż do legowiska powrócą inni terminatorzy. Czekając na noc.
* * *
Teraźniejszość
— Powinnaś przejść się z tym uchem do Jagnięcego Ukłony, Oszroniona Łapo — powiedział Trójoki Zając, wpatrując się w swoją uczennice, która teraz siedziała na jednej z niższych gałęzi drzewa, drapiąc się szaleńczo. — Zaraz zlecisz na dół i coś mi się wydaje, że nie na cztery łapy. Uważaj trochę bardziej…
— Nie-nie ma potrzeby! — burknęła między szarpnięciami.
— Słuchaj staruszka mała — zawołała z góry Truskawkowe Pole. Jej niespotykane umiejętności skakania po drzewach, których nauczano zwiadowców w Owocowym Lesie, nie przemknęły niezauważone. Od kiedy tylko została wojowniczką, często zapraszano ją na treningi wspinaczki, aby pomagała tym, którzy gorzej sobie z tym radzą lub tym, którzy mają znacznie większe ambicje niż przeciętny Klifiak. Taką kotką była właśnie Szron, która musiała uciszyć głos niechęci, mówiący jej, że żadna brudna wycierucha nie będzie jej mówiła, jak ma coś robić, a jak nie, jeśli chce być w czymś lepsza.
— To ty jesteś stara — prychnęła, kierując wzrok w górę.
— Tja~? Może ciałem jestem starsza od Zajączka, ale ducha mam młodego, niczym te maluchy Morświnki, które nam zawitały niedawno. A widzieliście, jak się ten jeden maluch wiecznie krzywi i jak grymasi? Niezłe ziółko, co? Ale im daję popalić. Takie to małe, a tak tupie, tak wrzeszczy na całe gardło. Wow! Że też oni to wytrzymują. A tacy są milusi i słodziusi ci jego rodzice… — paplała bez końca kotka.
— Proszę cię, Truskawkowe Pole... Potem możemy sobie porozmawiać, ale teraz miałaś pomóc Oszronionej Łapie — zganił ją zmęczony już kremowy.
— Ale jak ja mam jej pomóc, skoro trzepie się, jakby jej robale wlazły do tego ucha? Nie będę brała za to odpowiedzialności — oznajmiła, kładąc się na gałęzi i oglądając sobie pazurki. — Niech wróci do mnie po tym, jak wyciągną jej to paskudztwo, co jej się pewnie tam zagnieździło. Wiem, co mówię, sama, jak tu przylazłam, to takie miałam. Na Wszechmatke, jak to swędziało i żyć nie dawało.
— Nie! Nie będę czekać niewiadomo ile, żebysz potem znalazła inną wymówkę! — krzyknęła w jej kierunku terminatorka. Dawna Owocniaczka posłała jej słodziutki uśmieszek.
— Ah, ale to nie moja wina, że mam tak dużo chętnych.
— Słuchaj staruszka mała — zawołała z góry Truskawkowe Pole. Jej niespotykane umiejętności skakania po drzewach, których nauczano zwiadowców w Owocowym Lesie, nie przemknęły niezauważone. Od kiedy tylko została wojowniczką, często zapraszano ją na treningi wspinaczki, aby pomagała tym, którzy gorzej sobie z tym radzą lub tym, którzy mają znacznie większe ambicje niż przeciętny Klifiak. Taką kotką była właśnie Szron, która musiała uciszyć głos niechęci, mówiący jej, że żadna brudna wycierucha nie będzie jej mówiła, jak ma coś robić, a jak nie, jeśli chce być w czymś lepsza.
— To ty jesteś stara — prychnęła, kierując wzrok w górę.
— Tja~? Może ciałem jestem starsza od Zajączka, ale ducha mam młodego, niczym te maluchy Morświnki, które nam zawitały niedawno. A widzieliście, jak się ten jeden maluch wiecznie krzywi i jak grymasi? Niezłe ziółko, co? Ale im daję popalić. Takie to małe, a tak tupie, tak wrzeszczy na całe gardło. Wow! Że też oni to wytrzymują. A tacy są milusi i słodziusi ci jego rodzice… — paplała bez końca kotka.
— Proszę cię, Truskawkowe Pole... Potem możemy sobie porozmawiać, ale teraz miałaś pomóc Oszronionej Łapie — zganił ją zmęczony już kremowy.
— Ale jak ja mam jej pomóc, skoro trzepie się, jakby jej robale wlazły do tego ucha? Nie będę brała za to odpowiedzialności — oznajmiła, kładąc się na gałęzi i oglądając sobie pazurki. — Niech wróci do mnie po tym, jak wyciągną jej to paskudztwo, co jej się pewnie tam zagnieździło. Wiem, co mówię, sama, jak tu przylazłam, to takie miałam. Na Wszechmatke, jak to swędziało i żyć nie dawało.
— Nie! Nie będę czekać niewiadomo ile, żebysz potem znalazła inną wymówkę! — krzyknęła w jej kierunku terminatorka. Dawna Owocniaczka posłała jej słodziutki uśmieszek.
— Ah, ale to nie moja wina, że mam tak dużo chętnych.
— Przestańcie... — poprosił Trójoki Zająć. — Oszroniona Łapo, to nie jest propozycja, a polecenie: marsz do medyczki albo wstrzymam twój trening do odwołania — zagroził, a niebieskie ślepia kotki rozszerzyły się w szczerym strachu.
— O wow... Pokazałeś pazurki, co? — skomentowała szylkretka. — Nie wierzę, że na ciebie coś takiego działa… Gdyby mi ktoś tak pogroził, to bym specjalnie jeszcze zrzuciła się z drzewa, żeby sobie dłużej odpocząć u starej Świergot.
— Widać po tobie — burknęła na odchodne Szron. Dwójka zostawiła rudą, która potem wróciła do obozu z pyskiem pełnym ptaków.
— O wow... Pokazałeś pazurki, co? — skomentowała szylkretka. — Nie wierzę, że na ciebie coś takiego działa… Gdyby mi ktoś tak pogroził, to bym specjalnie jeszcze zrzuciła się z drzewa, żeby sobie dłużej odpocząć u starej Świergot.
— Widać po tobie — burknęła na odchodne Szron. Dwójka zostawiła rudą, która potem wróciła do obozu z pyskiem pełnym ptaków.
* * *
— Czemu przyszłaś dopiero teraz, jeśli Trójoki Zając mówi, że drapiesz się już kilka wschodów słońca — zapytała zatroskana i przemęczona kotka, zaglądając terminatorce do ucha. — No jak nic infekcja... Ale co się dziwić... Tak ostatnio wieje, że nie trudno o złapanie czegoś takiego. Przewianie uszu czy przeziębienie to momencik nieuwagi, a może się skończyć czymś poważniejszym — trajkotała zwykle cicha i spokojna ruda. Widać było, że od kiedy zniknęła Ćmi Księżyc jest niezwykle zestresowana. Nie dość, że duża część wciąż nie była zbyt przekonana do dawnej samotniczki na tak ważnym stanowisku, tak teraz musiała na własnych barkach nosić zdrowie całego Klanu Klifu.
— Chciałam, ale — urwała, kiedy srebrna zaczęła grzebać jej głębiej. Poczuła, jak swędzi ją gardło i chce jej się kaszleć. — A-ale potem zoształasz sama i... Po co robić problem… — przyznała, unikając wzroku mentora, który świdrował ją zielonymi oczami.
— Chciałam, ale — urwała, kiedy srebrna zaczęła grzebać jej głębiej. Poczuła, jak swędzi ją gardło i chce jej się kaszleć. — A-ale potem zoształasz sama i... Po co robić problem… — przyznała, unikając wzroku mentora, który świdrował ją zielonymi oczami.
— Mm... Problem byłby dopiero potem… I to nie tylko dla Jagnięcego Ukłonu, ale i dla ciebie. Musisz cenić swój słuch. Uszy to twoje drugie oczy.
— Często nawet pierwsze… — mruknęła Jagienka, robiąc pewną aluzję do swojej zaginionej przyjaciółki. Na moment zapanowało milczenie, które ostatecznie zakończyła: — Pójde po aksamitkę… Trójoki Zającu, może odejść i odpocząć. Oszroniona Łapa zostanie tutaj, zanim jej nie opatrzę, ale potem wyślę ją do legowiska. Nie powinna nie móc iść jutro na trening, ale może wybierzcie coś, gdzie nie będzie wiać. — Wuj skinął łbem i opuścił lecznicę.
Uczennica nie wdała się już w rozmowę z medyczką. Nie miała ku temu żadnego powodu. Wiedziała, że duża część klanu jest niezwykle przejęta zniknięciem dawnej piastunki tej roli, a sama Jagnięcy Ukłon nie chce, aby ktokolwiek nazywał ją inaczej niż asystentką, nie dopuszczając do siebie możliwości okrutnego awansu; po co miała więc jeszcze stresować ją niepotrzebną paplaniną. Z jej uchem uwinęła się prędko. Ze składziku wróciła z kępką ładnych kwiatuszków, które szybko przeżuła, a następnie włożyła je głęboko, niemal boleśnie do różowiutkiego środka. Szron krzywiła się niemiłosiernie, ale nie pozwoliła sobie pisnąć mimo sporego dyskomfortu. Kiedy skończyła, kazała jej jeszcze chwilę poczekać tutaj. Dopiero wtedy skrzywiła się. Nie lubiła legowiska medyczek; było przesiąknięte zapachem ziół i pozostałości po przeróżnych chorobach. Chciała już wrócić i móc coś zjeść. Rozchmurzyła się momentalnie na widok znajomego pyszczka brata, który niósł w jej kierunku ładnego wróbelka.
— Miło z twojej strony, Zszarzała Łapo — odezwała się ruda, jeszcze zanim zdążył puścić ptaszka.
— Spotkałem po drodze wujka; powiedział, że udało mu się w końcu zmusić cię do wizyty z tym paskudnym uchem — powiedział, przysuwając piszczkę pod prażkowane łapy siostry.
— Miło z twojej strony, Zszarzała Łapo — odezwała się ruda, jeszcze zanim zdążył puścić ptaszka.
— Spotkałem po drodze wujka; powiedział, że udało mu się w końcu zmusić cię do wizyty z tym paskudnym uchem — powiedział, przysuwając piszczkę pod prażkowane łapy siostry.
— Użył niecnych zagrywek… — prychnęła, wyrywając piórka z okrągłego brzuszka.
— Najważniejsze, że wyzdrowiejesz — oznajmił i usiadł przy niej. Owinął ogon wokół grzbietu koteczki. — Udało ci się poćwiczyć z Truskawkowym Polem? To dzisiaj mieliście iść, prawda?
— To jej wina, że tu jesztem. Powiedziała, że mnie nie nauczy niczego, bo szie drapie — wypluła słowa razem z kawałkiem pierza.
— To jej wina, że tu jesztem. Powiedziała, że mnie nie nauczy niczego, bo szie drapie — wypluła słowa razem z kawałkiem pierza.
— Miło, że się zmartwiła. Na pewno jeszcze ci coś popokazuję. A wczoraj? Nie udało nam się porozmawiać, bo wróciłaś strasznie późno — zauważył brat.
— Szukaliszmy krabów. Nieźle nam poszło, znacznie lepiej nisz osztatnio, kiedy poszliszmy wszyscy całą czwórką — opowiedziała między gryzami. — Złapałam jednego, co był wielkości tego kamienia. — Wskazała na dość pokaźny otoczak. — Lepiej już mi idzie otwieranie; tak powiedział wuj.
— Szukaliszmy krabów. Nieźle nam poszło, znacznie lepiej nisz osztatnio, kiedy poszliszmy wszyscy całą czwórką — opowiedziała między gryzami. — Złapałam jednego, co był wielkości tego kamienia. — Wskazała na dość pokaźny otoczak. — Lepiej już mi idzie otwieranie; tak powiedział wuj.
— Byliście na plaży do późna? — zaniepokoił się nieco. Szron pokręciła głową.
— Potem poszlijmy na patrol poszukiwawczy… znowu. — Drugie słowo dodała ciszej, aby nie usłyszała go Jagnięcy Ukłon. — Myszleliszmy, że mamy jakisz trop, ale to znowu tylko te paszkudne mewy. Panoszą szie tutaj tak, że już niemal pachną jak koty.
— Potem poszlijmy na patrol poszukiwawczy… znowu. — Drugie słowo dodała ciszej, aby nie usłyszała go Jagnięcy Ukłon. — Myszleliszmy, że mamy jakisz trop, ale to znowu tylko te paszkudne mewy. Panoszą szie tutaj tak, że już niemal pachną jak koty.
— Prawda... W końcu będzie trzeba coś z tym zrobić...
— A ty? Co robiłesz dzisziaj i wczoraj?
<Bratek?>
[2190 słów + nawigacja w tunelach + wspinaczka na drzewa + otwieranie krabów]
[Przyznano 44% + 5% + 5% + 5%]
Od Oszronionej Łapy
Kolejni towarzysze coraz częściej opuszczali ściany legowiska uczniów. Szron obserwowała ich, kiedy po ceremonii przychodzili, aby wykonać ostatnią przysługę swoim dawnym współlokatorom i samemu wynieść stary mech. Obserwowała ich z zazdrością. Obserwowała ich każdy krok. Nie odwzajemniała uśmiechu, który jej posyłali, nie odpowiadała na przyjemne pożegnania i zapewnienia, że zapewne za niedługo znów będą mieli możliwość spania pod jednym kamiennym sklepieniem. Nie obchodziło jej to. Nic dla niej nie znaczył fakt, że nie będzie już słyszeć ich pochrapywania. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, na pewno nie w gronie terminatorów, którzy w większości wydawali jej się zwyczajnie poniżej jej poziomu. Nawet kiedy znacznie przewyższali ją i wiekiem, i ogólnym doświadczeniem w treningach. Chociaż wiedziała o tym, w końcu była kotką dość inteligentną, jej ambicje i duma nie pozwalały jej przejść z tym na porządek dzienny. W końcu jeśli ktoś dopiero w wieku ponad dwudziestu księżyców wyniósł swój leniwy, dorosły zadek z legowiska, które dzielił ze świeżomianowanymi kociakami, którym mleko wciąż świeciło pod noskiem, nie mógł być kompetentny, a co dopiero godny miana prawdziwego wojownika Klanu Klifu. Od czasu do czasu napotykała takiego Słoneczną Łapę (teraz już Słoneczne Oko), kiedy była z Trójokim Zającem akurat w tej samej okolicy co on i Mysi Postrach. Chociaż liliowy wyglądał już na kota w pełni dorosłego, jego umiejętności były zdecydowanie na poziomie zwykłego, niezbyt utalentowanego uczniaka, za którego Oszroniona Łapa się oczywiście nie uważała. Posyłała im wtedy oceniające spojrzenie. Nigdy nie odpowiadała im tym samym uprzejmym, nieco zawadiackim uśmieszkiem, którym obrzucali każde młodsze (i w sumie nie tylko) kotki w klanie. Wuj zwykle był milszy, czasami nawet przystawał i urywał sobie z dwójką krótką pogawędke. Nigdy nie "balowali" tam długo, jednak każde uderzenie serca, które spędzali w stanie statycznym, koteczka uważała za kompletnie zmarnowane. Nie mogła tego znieść. Nie mogła wytrzymać, stojąc tam bez sensu, wkurzona jakimikolwiek opóźnieniami. Nie wtrącała się w sprawy innych; jeśli oni nie mieli zamiaru brać treningu na poważnie, to było całkowicie w porządku. Nie miała jednak cierpliwości do tego, że ktoś próbował sabotować ją, nieważne, czy umyślnie, czy nie.
Podobne odczucia miała względem Promiennej Łapy. Pointka nie wiedziała, jakim cudem nie umiera ona ze wstydu każdego dnia, wiedząc, że nie tylko jest ostatnią z rodzeństwa, która nie zakończyła jeszcze szkolenia, ale jest też ogólnie najstarszą terminatorką w klanie. Długi czas przed tym tytułem broniła ją dwójka przybłęd z Owocowego Lasu, ale teraz nawet oni wybyli, aby spędzać noce w towarzystwie kotów w ich wieku. Nie pomagał fakt, że jej mentorką była matka Szron. Codziennie, kiedy uczniowie w podobnej porze wychodzili na treningi, widziała, jak dwie kotki spotykają się przy wejściu. Z każdym wschodem słońca, który mijał, a nie dochodziło do ceremonii mianowania Promiennej Łapy, nie tylko traciła szacunek do niej jako starszej koleżanki, ale też do matki, która malowała się gorzej i gorzej w oczach córki. Jeśli chce być kimś w przyszłości, zacznie od tego, by być lepsza od Źródlanej Łuny. Co jakiś czas nawet nachodziły ją myśli, że to ona w jakiś sposób przyczyniła się do tego, że trening szylkretki trwa tak długo. W końcu ciąża nauczycielki zapewne była nieco problematyczna, ale nie przesadzajmy… Na pewno ktoś przejął ten obowiązek podczas niedyspozycji dymnej. A to pokazywało Oszronionej Łapie tylko jedno… W Klanie Klifu była masa kotów, które nosiły imię wojowników, chociaż kompletnie się do tego nie nadawały. Nie umiały nawet wytrenować terminatora.
Ona sama nie mogła powiedzieć, że była niezadowolona ze swojego mentora. Przepadała za Trójokim Zającem, w którym widziała zwyczajnego, porządnego wojownika, który powinien być standardem w społeczności, która sama siebie uważa za godną okazywania jej szacunku. Nie był ani szczególnie silny, ani nie wymądrzał się, nie wracał za każdym razem z pyskiem pełnym piszczek, nie biegał po drzewach niczym wiewiórka, ale był w stanie nauczyć ją tego, co było potrzebne. Na podstawach, które jej pokazał, mogła stworzyć coś wielkiego, coś, co będzie owocem jej wysiłków, a nie tylko chwiejnym odbiciem umiejętności jej mentora. Wolała sama wysilić się mocniej, a nie potem jęczeć, że ledwo co skończyła szkolenie pod czyimś okiem i już wszystko pozapominała. W dodatku często wpadali na Zszarzałą Łape i Bukową Koronę. Wtedy najbardziej doceniała swojego wuja. Doceniała, że nie prychał na nią, nie wyzywał jej od najgorszych padlin, nawet kiedy była w złym humorze lub narastała w niej frustracja, gdy coś nie wychodziło jej od samiutkiego razu (a co gorsza, jeśli po prostu była w czymś kiepska). Doceniała, że potrafił zachować pysk nawet w najbardziej nieciekawych sytuacjach, kiedy niespodziewany deszcz uderzał ich prosto w oczy lub morska wichura szargała ich za uszy. Potrafił ją chwalić, ale nie przesadzał z tym, zwłaszcza że znał swoją bratanicę na tyle dobrze, aby wiedzieć, jak ważna jest dla niej satysfakcja z dobrze wykonanego zadania. Gdyby ktoś powiedział jej, że chociaż na jeden dzień ma zamienić się z bratem... najpewniej skończyłoby się to latającymi wokół kupkami futra... I nie należałoby ono tylko do niej. Nie lubiła jednookiego. Nie lubiła jego wiecznie wykrzywionego pyska, który nosił wyżej niż zasłużył. Nie lubiła go, bo męczył jej drogiego brata. Nie lubiła go, bo momentami miała wrażenie, że gdyby ktoś szkolił ją tak mocną łapą… byłaby znacznie lepsza niż jest teraz.
Kot, zazdrosny z natury, znajdzie we wszystkim możliwość zazdrości, nawet jeśli kłóci się to nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale też z jego innymi opiniami i przemyśleniami. Czasami obawiała się swojej zazdrości. Kochała Strzępka niesamowicie, najpewniej najmocniej na świecie i nigdy nie życzyłaby mu źle. Chciała, aby doszedł gdzieś w życiu, aby znaczył coś w klanie, aby mógł być dumny z tego, co uczynił przez całe swoje życie. Chciała tego dopóty, dopóki to wszystko nie sprawi, że będzie on lepszy od niej. Nie mogła znieść myśli, że Zszarzała Łapa zajdzie dalej niż ona, że będzie wyżej postawiony, bardziej szanowany i lepiej traktowany przez resztę kotów, nie tylko klifiaków. Pamiętała ich rozmowę o przyszłości. Pamiętała, że zwierzyła mu się, że marzy jej się wizja siebie na mównicy, z opatrznością Klanu Gwiazdy, z władzą w swoich łapach. Nie rozmyślała o tym. Nie mogła. Nienawidziła bezczynnego oddawania się marzeniom, uciekania w ten wyidealizowany świat tylko po to, aby nie musieć robić rzeczy, które faktycznie mogłyby nas zbliżyć do zamienienia ich w rzeczywistość. Gardziła biernością, gardziła lenistwem i podejściem, że cokolwiek się komukolwiek należy z byle powodu. Nic nie powinno być gwarantem. Był też drugi powód, przez który raczej nie rozmyślała już o Oszronionej Gwieździe… Często jej pysk zamieniał się na pysk brata. Oszroniona gwiazda przeobrażała się w Zszarzałą Gwiazdę, a tego znieść by nie mogła. To ona miała stać na czele, to ona miała być ponad. Zawsze tak było i zawsze miało tak być; to nigdy nie powinno podlegać dyskusji. Brat wiedział o ogromnych ambicjach siostry i, chociaż nigdy nie zostało to wypowiedziane wprost, musiał być świadomy, że ta zrobi wszystko, aby wybić się ponad niego, ponad innych. Nieważne, jakie będą konsekwencje, jakie skutki, jakie rzeczy będzie musiała poświęcić. Taka już w końcu była Szron. W tej kwestii niezwykle przypominała swoją babkę Pikującą Jaskółkę.
Mówiąc o właśnie tej kremowej kotce... Pointka nie mogła się wręcz doczekać dnia, w którym zostanie ona mianowana Pikującą Gwiazdą. Wierzyła szczerze i całkowicie, że będzie ona niesamowitą liderką, dzięki której Klan Klifu wręcz rozkwitnie w całej swojej okazałości. Wszystkie cechy, które według niebieskookiej powinien posiadać przywódca, były właśnie czymś, czym mogła poszczycić się Jaskółka. Była sroga i wyrachowana, a jednocześnie tak elegancka i szlachetna, jak gdyby fale same wyciosały jej sylwetkę w żółtawych skałach. Mimo podeszłego już wieku, na jej pysku nie można było doszukać się siwyzny, która nadawała innym kotom wygląd słaby i żałosny. Była doświadczona i pełna wiedzy, której nie można było nauczyć się na zwykłych treningach. Widziała krew, widziała pola walki i śmierć, widziała, jak klan się przemianiał, więc wiedziała, w jaki sposób uczynić go najwspanialszym. Oszroniona Łapa lubiła obserwować koty wokół siebie. Według niej była to rzecz lepsza niż zwyczajny, bezsensowny odpoczynek; jeśli już została zmuszona do fizycznej bezczynności, niech jej mózg popracuje. Nie uszło jej uwadze, że wielu wojowników podchodzi do zastępczyni z widoczną dozą niechęci i dystansu, co młodej kotce wydało się nadzwyczaj dziwne, a jednak tak… elektryzujące. Jaką moc musiała mieć w sobie babka, skoro nawet jej własni współklanowicze nieco się jej obawiali? Jakim szacunkiem musieli ją obdarzać..? Czy istniał lepszy sposób na pokazanie komuś, że jest się ponad nim, niż zasadzenie w nim małego ziarenka strachu?
Od czasu do czasu, kiedy tak rozmyślała i wpatrywała się w odgrywające się w obozie sceny, udało jej się napotkać przeszywający, czujny wzrok zielonookiej. Przybierał on wtedy przedziwny wyraz, który był dla Szron niemal niemożliwy do rozgryzienia. Nie był wrogi; miała nawet czasem wrażenie, że łagodniał nieco, zwłaszcza jeśli wcześniej zastępczyni rozmawiała z innym wojownikiem lub uczniem (szczególnie nie przepadała za kotami o samotniczym pochodzeniu, co pointka prędko wyłapała). Nigdy jednak się nie uśmiechała, podobnie jak wnuczka. Często wpatrywały się jedynie w swoje mordki, w milczeniu, trzymając dystans, nie zbliżając się nawet o krok. Wydawało się, że Pikująca Jaskółka wiedziała, że w oczach swojej rzekomej potomkini jest czymś w rodzaju ideału, wzoru do naśladowania, a więc nie chciała zbyt często niszcyć tej otoczki. Nie rozmawiały zbyt często; sama Szron nie chciała, aby babcia pomyślała, że zbyt się do niej przymila. Jeśli kiedykolwiek miała zostać tym, kim ona (zastępczynią), chciała zrobić to w sposób całkowicie samodzielny. Nie miała zamiaru wykorzystywać więzów krwi, nie miała zamiaru prosić jej za grzbietami innych. Wypracuję sobie ten tytuł tak jak ona… Niekoniecznie sprawiedliwie, ale na pewno z pomocą swoich własnych umiejętności i sprytu.
Mimo nienawiści, którą posiadała do marzycielstwa, od czasu do czasu (zwłaszcza po wyjątkowo udanym treningu, podczas którego wszystko wychodziło jej niemal perfekcyjnie, a myszy same wpadały jej pod łapy) pozwalała sobie na momenty, w których zastanawiała się, co ona by zrobiła, gdyby już została liderką, jakie zmiany by wprowadziła, czego by zakazała, a co stałoby się niezbędne w klanowym życiu. Lubiła robić listy w głowie, w których zaznaczałaby rzeczy, które są w Klanie Klifu niczym pluskwy czy inne paskudne robale, a co mogłoby pomóc im w pozbyciu się ich. Najwięcej czasu spędzała nad kwestią kotów, które urodziły się poza granicami. Było to spowodowane oczywiście faktem, że babka Jaskółka była dość otwarta ze swoją niechęcią do owych osobników, nawet jeśli jedyną częścią życia, którą spędziły one poza Klanem Klifu, było wczesne dzieciństwo czy też młodość. Z łatwością mogła dojść do wniosku, kto właśnie należy do takich wojowników "z zewnątrz" lub kto zdecydowanie za mocno bratał się z nie-Klifiakami. Kremowa nie przepadała za Mysim Postrachem, to była sprawa iście oczywista, a podobną niechęcią obdarzała również jego córki. Zdarzało jej się krzywo spojrzeć na Kukułkę, Przepiórkę i Gołąbka, a na Pajęczą Nić wolała w ogóle nie patrzeć, podobnie było z kotami, które przybyły z innych klanów. Najgorzej traktowała Rozżarzoną Pieśń, której krew z Klanu Wilka wydawała się być najgorszą zarazą w legowisku wojowników. Nieco mniej wrogo patrzyła na Truskawkowe Pole i Wędrującego Wibrysa; być może z powodu ich ojca, którego pamiętała jeszcze ze swoich wojowniczych dni, a może zwyczajnie dlatego, że Owocniacy nie wymordowali im przyjaciół kilkadziesiąt księżyców temu. Musiała się mocno skupić, aby mieć swoją własną opinię na ten temat, a nie kierować się jedynie tym, co na ten temat sądzi aktualna zastępczyni. Oszroniona Łapa, nieważne, jak bardzo chciałaby być taka jak babcia, nie mogła przywołać nawet jednego wspomnienia, gdzie jakiś samotnik lub kot z innego klanu był dla niej wrogi czy zwyczajnie nie miły. Nie miała co prawda nigdy doczynienia z przybłędą lub jakimś agresorem, ale to tylko pokazywało, że nie byli oni faktycznym zagrożeniem, z którym klan miałby musieć się codziennie zmagać. I o ile nie była blisko ani z kotami z Owocowego Lasu, ani z uciekinierką z Klanu Wilka... Nie widziała w ich zachowaniu niczego, czego nie zauważyłaby też u swoich Klifiaków z krwi i kości. Oczywiście, Truskawkowe Pole była irytująca i głosna, a do tego uważała się za najlepszego wspinacza w całym lesie (a co denerwowało Szron najbardziej, było to, że szylkretka faktycznie była w tym wyśmienita, najpewniej najsprawniejsza w Klanie Klifu), ale nie były to cechy, które można było przylepić wszystkim kotom, które wychowały się wśród zapachu jabłoni. Zwłaszcza że jej brat był zdecydowanie bardziej znośny… no może gdyby nie był tak leniwy i wymemłany za każdym razem, kiedy niebieska go spotykała. Rozżarzona Pieśń była nawet mniej problematyczną postacią w oczach córki Łuny. Wykonywała swoje obowiązki dobrze, nie była ślamazarna czy niedokładna, a do tego nie memłała jezorem, kiedy nie musiała. Gdyby musiała, mogłaby nawet powiedzieć, że za nią szczerze przepada. Ale nie powie.
Zazwyczaj te dogłębne przemyślenia kończyły się, gdy powieki uczennicy stawały się zdecydowanie zbyt ciężkie, aby móc utrzymać je otwarte choć kilka uderzeń serca dłużej. Zaczynała wtedy czuć lekkie pulsowanie w poduszkach łap, a mięśnie rozluźniały się i pozwalały sobie na odpoczynek. Spoglądała wtedy na skulonego brata, karcąc się w myślach, że mogła tak okrutnie zazdrościć mu rzeczy, które istniały tylko i wyłącznie w jej własnej głowie. Jeśli miała faktycznie kiepski dzień za sobą, jeśli potrzebowała tej nocy niecodziennie dużo komfortu, przysuwała się bliżej do tego postrzępionego, niebieskiego grzbietu, aby położyć na nim łeb. Brode wciskała mocniej w gęstą sierść, nierzadko budząc go przy tym. Mamrotała ciche przeprosiny, a on nie odpowiadał; nigdy nie miał jej tego za złe. Przez chwilę pomrukiwali do siebie, pokazując, że ani jednemu, ani drugiemu nie przeszkadza ta bliskość, która w żłobku była dla nich czymś codziennym, a teraz zdarza się coraz rzadziej. Terminatorka zasypiała wtedy prędko, acz niespokojnie, wiedząc, że nigdy nie będzie tak dobrą siostrą jak on dobrym jest bratem.
[2226 słów]
[Przyznano 45%]
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

