Z szerokim uśmiechem na pysku, czarna kotka przeskoczyła na kolejną gałąź. Złapała prędko równowagę, chwilę na niej balansując, zanim uniosła pyszczek, by odnaleźć swoją uczennicę. Ten odcinek drzewa należał do terminatorów. Większość uczniów przejdzie wkrótce mianowanie. Już najwyższy czas. W tym również jej uczennica, Ostróżka. Po wygranej i odbiciu swoich z łap rybojadów, ponownie rozpoczęły szkolenie. Pokazała już siostrze Konopi cały sad oraz przypomniały sobie podstawowe umiejętności.
Powoli podeszła do Cichej. Trąciła córkę Leszczyny nosem. Zaledwie kilka księżyców wcześniej, niema kotka była taka malutka! Mniejsza niż jej łapa. Ta myśl sprawiła, że zrobiło jej się ciepło na sercu. Mirabelek przewrócił się na drugi bok na posłaniu z patyków i mchu, w kształcie gniazda, prawie spadając. Na szczęście do tego nie doszło. Odetchnęła z ulgą. Ponowiła trącenie Cichej. Mały śpioch. Szylkretka zamrugała kilkukrotnie, przyzwyczajając je do promieni słońca. Ziewnęła, odsłaniając różowy języczek, zanim jej spojrzenie zatrzymało się na liderce.
- Pora na trening. - miauknęła łagodnie czarna kotka. - Im wcześniej wyjdziemy, tym szybciej pokaże ci cały Owocowy Las.
Faktycznie było jeszcze bardzo wcześnie. Odzwyczaiła się od wstawania o takich porach, miło było wrócić do rutyny, jaką miał mentor. Zerknęła na słońce, jeszcze nawet niebędące na szczycie, zanim ogonem przejechała po boku Cichej. Córka Myszołowa wreszcie wstała, wstąpił w nią nowy entuzjazm. Nareszcie była uczennicą. Pewnie się bardzo cieszyła. Nauczy się wielu nowych rzeczy. Cicha wyprzedziła ją, pierwsza ześlizgując się z ogromnej jabłoni. Szyszka poszła w ślad za nią. Na jej pyszczku wciąż malował się uśmiech.
Cicha rzuciła jej spojrzenie jasno mówiące "Od czego zaczniemy?". Będzie musiała wyłapywać jej sygnały równie dobrze, jak robi to Leszczyna. Skinęła głową na samą myśl.
- Pójdziemy wzdłuż Ogrodzenia. Nie jesteśmy co prawda na patrolu, ale warto byś znała tamtejszą okolicę. Później pokaże ci najlepsze tereny łowieckie. Nasz sad jest dość duży. - miauknęła Szyszka.
Machnęła ogonem, nim ruszyła przed siebie, upewniając się, że Cicha podąża za nią. Musiała pilnować, by się nie oddaliła i nie zabłądziła, a domyślała się, że z koteczki będzie niezłe ziółko. Idąc prosto, mijały wiele krzewów i owocowych drzew. Szyszka odskoczyła akurat w chwili, gdy jabłko spadło na ziemię, rozpryskując się na podłożu i rozlewając sok. Skrzywiła się, nie zwalniając jednak tempa. Przeciskając się przez zarośla, kotka uważnie nasłuchiwała i smakowała woni. Czuła zwierzynę, ale nie nadszedł jeszcze czas, by nauczyć Cichą tej umiejętności.
Po dłuższym czasie dotarły do Ogrodzenia. Siatka odgradzała sad od terenów zamieszkiwanych przez klany. A także ich dawnego. Doleciał do niej ostry zapach lisów. Kwestią czasu było, aż drapieżniki zapuszczą się w te rejony. Dlatego tak ważna była obserwacja, nawet jeśli zdawało się być bezpiecznie. Rudzielców pewnie było sporo. Zmrużyła oczy. Musiała porozmawiać z Nostalgią na pewien temat. Oderwała się na chwilę od planów, które pojawiły się w jej łebku, żeby w pełni skupić się na dzisiejszej lekcji. Oprócz zapachu nie widziała z daleka nic niepokojącego. Nocniaki na szczęście nie poszukiwali rebeliantów i dawnych więźniów.
Cicha trąciła ją łapką w bok, zwracając na siebie spojrzenie żółtych ślepi. Pyszczek miała niezadowolony. Ogonem wskazała na siatkę, wbijając w mentorkę oczekujące spojrzenie. Szyszka położyły uszy.
- Nie. Wszyscy poza medykami, mają zakaz zapuszczać się poza Owocowy Las. Jedynie za moją zgodą, w nagłych wypadkach, a ten takim nie jest. - mruknęła czarnulka. - Tutaj nam niczego nie brakuje. Nie ma potrzeby węszenia na wrogich i niebezpiecznych terytoriach. Nie pozwolę, żeby Pstrągowa Gwiazda nas ponownie zaatakowała.
Uderzyła ogonem o ziemię, mrużąc oczy na samą myśl o rozlewie krwi i walce, podczas której przestali być Klanem Lisa. Nie chciała by to się powtórzyło. Dała znać Cichej. Szylkretka zbyt wpatrywała się poza Ogrodzeniem, a Szyszce się ta ciekawość nie podobała.
- Nie radzę łamać zasad. - miauknęła.
Wrócił jej spokój, gdy tylko się znacząco oddaliły, ponownie zapuszczając się między drzewa w Miejscu, Gdzie Owoce Spadają Na Łeb. Cicha podążała pewnym krokiem, z zainteresowaniem się rozglądając. Szyszka cały czas miała na nią oko, uśmiechając się i przystając, gdy lisiaczka coś obwąchiwała. Cicha wreszcie puściła się biegiem, dopadając do jakiegoś starego jabłka i kopiąc je na pień drzewa. Szyszka poruszyła wąsami z rozbawieniem.
- Jesteśmy już w połowie. Tutaj są już tylko drzewa, pośród których kryje się zwierzyna. Gdzieś niedaleko był też mały strumień z wodą, możemy tam się wybrać podczas następnej lekcji. - miauknęła. Pamiętała rady Płomykówki, że zwierzyna uwielbia chłód. - Cicha, czy znasz przeszłość naszej grupy? Warto byś znała historię.
Gdyby mogła mówić, pewnie rzuciłaby "co?". Po kilku uderzeniach serca, szylkretka powoli pokręciła łebkiem. Leszczyna pewnie nie mówiła jej zbyt dużo, by nie martwić córki, która była jeszcze wtedy kociakiem.
- No dobrze, zacznijmy od początku. W lesie są cztery klany. Klan Burzy, znany ze swojej szybkości, Klan Klifu, Klan Wilka i Klan Nocy. My nie jesteśmy klanem. Nie wierzymy w Klan Gwiazdy, czyli zmarłych przodków mających pilnować swoich ze Srebrnej Skóry. - miauknęła. Miała ochotę opowiedzieć więcej o gwiezdnych w których wierzyła, ale w porę się powstrzymała. Horyzont sam radził to, czego się będzie trzymać. Owocniaki nie posiadali wiary, nie zwracali aż takiej dużej uwagi na kodeks i to czyniło ich niezależnymi. - Patrolujemy, polujemy, zajmujemy się zwykłymi obowiązkami członków. I żyjemy w tym spokoju, nikomu się nie uprzykrzając. Jeszcze na długo zanim przyszłaś na świat, mieszkaliśmy poza Owocowym Lasem, nie spaliśmy na drzewach. Nasz obóz mieścił się blisko rzeki oraz bagien. Zostaliśmy pewnego dnia zaatakowani przez Pstrągową Gwiazdę, przywódczynię Klanu Nocy. Za nic. Ot tak chciała się nas pozbyć. Większość naszych zabiła, natomiast uczniów i kocięta podłe rybojady porwały, wcielając w swoje szeregi. Części z nas, w tym mi i twoim rodzicom, udało się uciec. Reszty możesz się domyślić. Atak na obóz nocniaków okazał się udany i teraz znowu możemy być bezpieczni.
Kotka na chwilę zamilkła, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający przez jej futro. Już nigdy nie pozwoli, by jej grupa się rozpadła. By zostali tak podle potraktowani. Wyciągnęła i schowała pazury. Cały czas spoglądała prosto na Cichą, starając się podkreślić, że historia ich dawnego Klanu Lisa, jest bardzo ważna. I powinna ją znać, jako członkini.
- Dawniej byliśmy Klanem Lisa, co pewnie wiesz. Pierwszą lokalizacją, a przynajmniej mi znaną, była stodoła. Jeszcze na starych terenach. Pod władzą Sarny, a potem Czereśni. Chociaż liderów było znacznie więcej. Skupmy się jednak na razie na bliższych czasach. Za rządów Czereśni zamieszkaliśmy na bagnach. Stare tereny mieszczą się daleko za górami, musieliśmy je opuścić, gdy Dwunożni za bardzo zaczęli niszczyć terytorium, płosząc naszą zwierzynę i zakłócając porządek. Czereśnia zginęła, a jej miejsce zajął Horyzont, który nas poprowadził. - miauknęła czarna kotka. - Czereśnia była siostrą twojej babci, Płomykówki. Szkoda, że obie nie zdążyły cię poznać, by cię polubiły. Twoja babcia była moją mentorką, wszystko co wiem zawdzięczam jej i teraz przekaże to tobie.
Zdała sobie sprawę, że trochę się rozgadała, chociaż Cicha powinna być wdzięczna, że nie zaczęła opowiadać o wszystkich liderach ze szczegółami. Zaśmiała się cicho na samą myśl. Powinny już ruszać dalej. Jeszcze trochę im zostało do przejścia, a słońce unosiło się już na najwyższym punkcie.
<Cicha?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz