Siedział u Potrójnego Kroku i słuchał jego marudzeń, znowu. Po raz kolejny. Uszy mu więdły od ciągłego wysłuchiwania, jak to liliowy pośrednik między zwykłymi kotami a wymyślonymi gwiezdnymi ma źle. Jak nikt go nie docenia i jak wszędzie jest brudno. Do tego gadanina o Fasolkowej Łapie, Krzywicy, Krzywiźnie. Kto to tam wie... Trójnogi potrzebował innej rozrywki, niż wąchanie ziół całą dobę.
- To ty mnie w końcu słuchasz czy nie?! - Oburzony liliowy wyrwał wojownika z zamyślenia poprzez uderzenie łapą w głowę płowego. Świtająca Maska syknął wrogo na uśmiechniętego zielonookiego, masując sobie miejsce trzepniecia ogonem.
- Słucham! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie nie uderzał?! Kiedyś połamiesz mi głowę, a z tego, co wiem, to łamanie kości nie leży w zadaniach medyków - mruknął niezadowolony lynx. Od pierwszego zgromadzenia potrafił dostawać od kuzyna kary polegające na uderzeniach w głowę. Może to przez nie widział Ciernika? Na szczęście od dowiedzenia się o ojcostwie cienista halucynacja nie nawiedzała wojownika. W sumie się z tego cieszył, pseudotowarzysz uprzykrzał życie Świtu.
- Nie odpowiadałeś nic... Eh... Skarania z tymi wojownikami - miauknął pod nosem Potrójny Krok.
- Pójdę do Nocy - powiedział Świtająca Maska, chcąc pobyć z własną córką, która tak bardzo przypominała mu Konwaliowe Serce, jego ukochaną. - Nie odwiedzałem jej od dwóch dni. Mam nadzieję, że nie dawała popalić Owocowej Pogoni czy Cętkowanemu Liściowi.
- Chodzi ci o znajdkę, tak? - zapytał się medyk. - Coś za bardzo się o nią troszczysz... - Mądre, zielone oczy przyjrzały się płowemu. Lynx odwrócił głowę, ponieważ na jego pysku pojawił się uśmiech, taki nagły i niespodziewany. Myślami był już przy Nocy. Zdołał ją pokochać, ale musiał grać względnie zdystansowanego, aby klan nie zaczął podejrzewać. Tym bardziej Potrójny Krok. Jak on odkryje prawdę, to życie lynxa stanęłoby ma głowie.
- Pfff, a czego się spodziewałeś? Że będę ją olewał? Leżała porzucona na naszym terenie. Jestem za nią odpowiedzialny, a królowe ze żłobka mają swoje pociechy do wykarmienia. Tym bardziej, że jedno przypomina węża - powiedział Świtająca Maska pewnym tonem.
Opuścił legowisko medyków i udał się do żłobka. Już przy wyjściu natknął się na małą, puchatą kuleczkę, przypominającą Konwalię. W pierwszej chwili myślał, że to ona. Półdługa sierść, czarna jak nocne niebo, białe plamy, takie same jak u medyczki klanu burzy. Ten sam kształt oczu...
Dopiero brązowe tęczówki małej kotki przypomniały Świtającej Masce, że ma doczynienia z Nocą.
- Co tu robisz? - zapytała się oburzona. Zaczynało się robić nieprzyjemnie. - Miałeś siedzieć u Potrójnego Kroku! - Kotka widocznie nie przepadała za liliowym.
Świtająca Maska westchnął.
- Byłem u niego, lecz przyszedłem do ciebie. Znalazłem cię, więc... Jestem zobowiązany o dbanie o znadjkę - powiedział, starając się zachować spokój i zazwyczaj bijący optymizm.
Noc prychnęła.
- Idę szukać rodziców. W żłobku jest nudno - powiedziała, mijając wojownika. Płowy zagrodził jej drogę swoimi nogami. Pamiętał, jak sam wychodził ze żłobka, bo też nudziło mu się ciągłe siedzenie tam. Wychował się sam z bratem, bez rówieśników. Żadna dorosła kotka nie była w ciąży, więc lynx był zmuszony do ciągłych bójek z Ciężkim Krokiem oraz wysłuchiwania narzekań i mądrości Trójki. Noc miała chociaż towarzystwo w swoim wieku.
- Posłuchaj, mała - miauknął, patrząc morskimi oczami w ślepia Nocy. - Nikt nie wie, kto jest twoimi rodzicami. Nawet ja. Mogły cię urodzić domowe koty, pieszczochy, które uciekły od Dwunożnych, żeby popatrzeć na tłuste ptaki. Albo samotnicy... Zwykłe włóczęgi. Bardziej prawdopodobni są włóczędzy, bo żaden rozpieszczony kiciuś nie doszedłby do naszych granic. Przyniosłem cię tu i do szóstego księżyca siedzisz w żłobku. Nawet, jak ci się nudzi. Możemy porobić jakieś zabawki z suchych kasztanów lub pobawić się w berka ze Śnieżką. Jak myślisz?
- To ty mnie w końcu słuchasz czy nie?! - Oburzony liliowy wyrwał wojownika z zamyślenia poprzez uderzenie łapą w głowę płowego. Świtająca Maska syknął wrogo na uśmiechniętego zielonookiego, masując sobie miejsce trzepniecia ogonem.
- Słucham! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie nie uderzał?! Kiedyś połamiesz mi głowę, a z tego, co wiem, to łamanie kości nie leży w zadaniach medyków - mruknął niezadowolony lynx. Od pierwszego zgromadzenia potrafił dostawać od kuzyna kary polegające na uderzeniach w głowę. Może to przez nie widział Ciernika? Na szczęście od dowiedzenia się o ojcostwie cienista halucynacja nie nawiedzała wojownika. W sumie się z tego cieszył, pseudotowarzysz uprzykrzał życie Świtu.
- Nie odpowiadałeś nic... Eh... Skarania z tymi wojownikami - miauknął pod nosem Potrójny Krok.
- Pójdę do Nocy - powiedział Świtająca Maska, chcąc pobyć z własną córką, która tak bardzo przypominała mu Konwaliowe Serce, jego ukochaną. - Nie odwiedzałem jej od dwóch dni. Mam nadzieję, że nie dawała popalić Owocowej Pogoni czy Cętkowanemu Liściowi.
- Chodzi ci o znajdkę, tak? - zapytał się medyk. - Coś za bardzo się o nią troszczysz... - Mądre, zielone oczy przyjrzały się płowemu. Lynx odwrócił głowę, ponieważ na jego pysku pojawił się uśmiech, taki nagły i niespodziewany. Myślami był już przy Nocy. Zdołał ją pokochać, ale musiał grać względnie zdystansowanego, aby klan nie zaczął podejrzewać. Tym bardziej Potrójny Krok. Jak on odkryje prawdę, to życie lynxa stanęłoby ma głowie.
- Pfff, a czego się spodziewałeś? Że będę ją olewał? Leżała porzucona na naszym terenie. Jestem za nią odpowiedzialny, a królowe ze żłobka mają swoje pociechy do wykarmienia. Tym bardziej, że jedno przypomina węża - powiedział Świtająca Maska pewnym tonem.
Opuścił legowisko medyków i udał się do żłobka. Już przy wyjściu natknął się na małą, puchatą kuleczkę, przypominającą Konwalię. W pierwszej chwili myślał, że to ona. Półdługa sierść, czarna jak nocne niebo, białe plamy, takie same jak u medyczki klanu burzy. Ten sam kształt oczu...
Dopiero brązowe tęczówki małej kotki przypomniały Świtającej Masce, że ma doczynienia z Nocą.
- Co tu robisz? - zapytała się oburzona. Zaczynało się robić nieprzyjemnie. - Miałeś siedzieć u Potrójnego Kroku! - Kotka widocznie nie przepadała za liliowym.
Świtająca Maska westchnął.
- Byłem u niego, lecz przyszedłem do ciebie. Znalazłem cię, więc... Jestem zobowiązany o dbanie o znadjkę - powiedział, starając się zachować spokój i zazwyczaj bijący optymizm.
Noc prychnęła.
- Idę szukać rodziców. W żłobku jest nudno - powiedziała, mijając wojownika. Płowy zagrodził jej drogę swoimi nogami. Pamiętał, jak sam wychodził ze żłobka, bo też nudziło mu się ciągłe siedzenie tam. Wychował się sam z bratem, bez rówieśników. Żadna dorosła kotka nie była w ciąży, więc lynx był zmuszony do ciągłych bójek z Ciężkim Krokiem oraz wysłuchiwania narzekań i mądrości Trójki. Noc miała chociaż towarzystwo w swoim wieku.
- Posłuchaj, mała - miauknął, patrząc morskimi oczami w ślepia Nocy. - Nikt nie wie, kto jest twoimi rodzicami. Nawet ja. Mogły cię urodzić domowe koty, pieszczochy, które uciekły od Dwunożnych, żeby popatrzeć na tłuste ptaki. Albo samotnicy... Zwykłe włóczęgi. Bardziej prawdopodobni są włóczędzy, bo żaden rozpieszczony kiciuś nie doszedłby do naszych granic. Przyniosłem cię tu i do szóstego księżyca siedzisz w żłobku. Nawet, jak ci się nudzi. Możemy porobić jakieś zabawki z suchych kasztanów lub pobawić się w berka ze Śnieżką. Jak myślisz?
<Noc?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz