Od rana nigdzie go nie widziała, a była to nowość, gdyż zazwyczaj wszędzie było go pełno. Musiał w końcu chwalić się na prawo i lewo, jaki jest cudowny, prawda? Miodek nie ukrywała, że trochę zmartwił ją taki stan rzeczy. Nie mogła nawet wyobrazić sobie, aby coś złego mu się stało. (Co swoją drogą też ją trochę martwiło...). W końcu Chabrowa Bryza powiedziała, że znajdzie go u medyków. Niewiele myśląc Miód chwyciła w pysk dorodnego królika (bo przecież wedle niego samego nie zasługiwał na byle mysz!) i ruszyła mu na spotkanie. Wchodząc do krainy, w której rządy sprawowała Zajęcza Stopa, do jej nosa jak zawsze dopadł szereg rozmaitych zapasów. Natomiast gdzieś w rogu, patrząc na własne łapy, siedział on. Narcyzowy Pył wyglądał pewnie zupełnie jak Miodek, gdy to on przyszedł ją odwiedzić. Koteczka uśmiechnęła się do tej myśli i ruszyła do niego, rzucając mu w końcu posiłek przed pysk.
– Nieźle – stwierdził, rozciągając się lekko.
– Co zbroiłeś? – zapytała, przyglądając mu się. Chyba daleko jej była do Holmesa, gdyż nic takiego nie widziała. Czyżby z jej przyjaciela zrobił się hipohondryk?
– Ogon. – Kiedy to powiedział, faktycznie zauważyła tam pewną nieprawidłowość. Był tak... dziwnie wygięty. – Mój cudowny, piękny ogon. Taki wspaniały...
Ile razy mam ci powtarzać, abyś się nie zesrał? Pomyślała, więcej w tym jednak było rozbawienia, niż pretensji.
– No już, księciuniu, na pewno nie umierasz – burknęła nań, uśmiechając się lekko. – Zagoi się.
– Taki cudowny...
Och, zamierza teraz cały czas jęczeć? Na pewno nie. Miodowa nie pryszła tutaj, aby tego wysłuchiwać. Spojrzała na kocura krótko, szukając w głowie jakiegoś pomysłu.
– No, chyba zapomnieliśmy o mojej Rutologii, co nie? – rzuciła, szczerząc kiełki. Nadeszła jej kolej. Narcyz spojrzał na nią, wyglądając tak, jakby próbował coś sobie przypomnieć. To troszkę rozeźliło kotkę. – Ruta. Rutologia. Moje pierwsze imię. Nauka o mnie, barani łbie – upomniała go, obrażonym tonem.
– A tak, tak, Rutologia! Pamiętałem, sprawdzałem cię – wypowiedź zakończył puszczając jej oczko. – Więc, co mi ciekawego o sobie opowiesz, Kuleczko?
– Poważnie, przestań mnie tak nazywać – warknęła, przewracając oczami. Uczepił się tej "Kuleczki", jak rzep psiego ogona. Debil. Po chwili jednak otworzyła pyszczek i przeszła do opowieści.
~*~
Mała ruta urodziła się w dość cenionej hodowli, a przynajmniej tak zawsze mówili o niej dwunożni. Mieszkała tam, wraz z trójką swojego rodzeństwa, których imion nie raczyła zapamiętać, więc ich nie poznamy. Rodzice traktowali ją raczej, jak przedmiot. Produkt. W ich relacji nie było miejsca na czułość, czy zbędne pieszczoty. Ruta miała się po prostu sprzedać, tak samo, jak jej rodzeństwo. Problem leżał jednak w tym, że owa osobliwa koteczka sprzedać się nie chciała. Kociaki znikały z kociarni, a ona zostawała, z każdym dniem tracąc nadzieję na spełnienie swojego przeznaczenia. Matka twierdziła, że to niemożliwe. Że Ruta musi trafić do nowego domu, że to tylko kwestia czasu. Ojciec tylko prychał, uważając swoje dziecko za coraz bardziej wadliwe. Sama koteczka też zaczynała się poważnie martwić, bo co to, w czym niby była gorsza od innych?
Ten dzień nie zapowiadał dużej zmiany. Ruta w znudzeniu bawiła się, próbując złapać własny ogon. Jaskier obserwował ją ze znużeniem, tylko utwierdzając się w swoim przekonaniu. Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wlały się zapachy nowych dwunożnych. Pachnieli tymi swoimi dziwnymi perfumami, których nozdrza kotki nie do końca pojmowały. Niby to kwiaty, niby nie. Ruta nie raczyła nawet na nich spojrzeć. I tak się nią nie zainteresują. Nie słuchała ich, więc nie słyszała, jak zachwycają się młodą pieszczoszką. Jaskier zaś unosił brwii aż po sam sufit, rozumiejąc, jakim tonem te dziwne stwory mówią, gdy coś chwalą, a jakim, gdy są zawiedzeni. Zdecydowanie wychwalali to małe, okrągłe stworzonko. Tak, kotka już wtedy miała troszkę ciałka, chociaż zdecydowanie przybyło jej go potem. Można powiedzieć, że miała naturalną tendencję do tycia, a przy tym grube kości, te sprawy.
W końcu, ktoś raczył podnieść ową kulkę nieszczęścia i spoglądając w jej wielkie, niebieskie oczy, od razu się zakochać.
Więc, wyrok zapadł. Ruta, znana też jako Miodowa Łapa, trafiła do nowego domu. Dostała nawet uroczą kokardkę, którą zakładano jej, jak przychodzili goście. Tak zaczęło się jej nowe życie, w ciepłym, kochającym domu...
~*~
– Czyli mówisz, że dwunogi nie były takie złe? – Narcyz wyraźnie się zdziwił. Kotka uśmiechnęła się.
– Byli wspaniali. Zdecydowanie lepsi, niż moja rodzona rodzina. Bardzo o mnie dbali i... Cóż... – Spojrzała na bok, czując, jak wszystkie wspomnienia nagle do niej wracają. Spochmurniała. Zdążyła polubić swoje aktualne życie, ale to nie znaczyło, że nie brakowało jej dawnego. Ciepłych kocyków. Kolan dwunożnych. Tego dziwnego pudła, w którym mieszkali mali ludzie. Smażonych ryb i jej wielkiego, pięknego drapaka...
– Hej. Kuleczko. Haalo, kuleczko! – Narcyz pomachał jej łapą przed oczami. – Wszystko z tobą dobrze?
– C-co? Tak, jest okej. Po prostu... Nie, to głupie. Nic mi nie jest.
Kocur jednak dźwignął się niezgrabnie (przez zraniony ogon) na równe nogi i poczynił kilka chwiejnym kroków w jej kierunku, aby następnie wtulić się lekko w jej bok. Gdyby mógł, otuliłby ją teraz ogonem. Niestety jego pole do manewru zostało zmniejszone.
– Teraz ja o ciebie dbam, głuptasku – oznajmił ciepło, liżąc przyjaciółkę za uszkiem.
Policzki kremowej kotki zapłonęły żywym ogniem.
– Z-zamiast się wygłupiać l-lepiej się połóż... – burknęła na niego, marszcząc brwi. Jeszcze sobie pomyśli, że zrobiło jej się miło!
Bo niestety, zrobiło. Narcyz jednak nie musiał wiedzieć wszystkiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz