***
Obudził się wcześniej, gdy słońce jeszcze nie wzniosło się wystarczająco wysoko, by oświetlić swoimi promieniami teren. Powoli, tak by nie zbudzić wojowniczki, wymknął się na zewnątrz. Było jeszcze chłodno, ale pewnie ten stan niedługo się zmieni. Wczoraj była ładna pogoda, więc liczył na to, że i dziś będzie idealna. Przywitał się z Szakłakowym Cieniem, który pełnił nocną wartę. Kocur ziewnął, podchodząc do niego.
- Witaj, Jesionowy Wichrze. Co tak wcześnie na nogach? - zapytał.
- Pamiętasz jak mówiłeś, że powinienem zająć się lepiej Brzoskwinką? - Kocur kiwnął głową. - Więc... postanowiłem coś przygotować.
- Powodzenia! Na pewno jej się spodoba - stwierdził wojownik - No już idź... - Machnął ogonem. - Nie zatrzymuje cię.
Jesionowy Wicher pożegnał się z kocurem, życząc mu miłych snów i udał się na stos ze zwierzyną. Złapał dwie dorodne ryby i ruszył w kierunku niespodzianki. Będąc na miejscu sprawdził, czy jakieś zwierzę nie popsuło jego starań. Wybrał miły zagajnik otoczony krzakami, aby mieli nieco prywatności. Wyglądało na to, że wszystko było na swoim miejscu. Ukrył posiłek pod mchem, aby żadne dzikie zwierzę im nie wykradło śniadania, po czym ruszył wolnym krokiem z powrotem do obozowiska. Teraz najtrudniejsza część... Będąc pod legowiskiem wojowników zerknął na śpiącą kocicę. Nadal była malutka, lecz ten mały wzrost dodawał jej uroku i słodyczy. Liznął ją w policzek, wybudzając. Ta ziewnęła, przeciągając się i spojrzała na niego pytająco.
- Co? Co tak wcześnie?
- Chodź... - Zachęcał, wskazując na wyjście.
- Ledwo słońce wzeszło... Daj mi spać - Zamknęła oczy.
Westchnął.
- Kochanie... Chodź. Uwierz. Nie pożałujesz.
To sprawiło, że kotka powoli usiadła zaciekawiona. Trochę się skrępował, ale próbował nie dać tego po sobie poznać. Oboje ruszyli. Brzoskwinka jeszcze po drodze kilka razy ziewała. No ale musieli ruszyć już teraz! Wschód słońca należał do nich. W końcu dotarli na miejsce. Przecisnęli się przez gąszcz krzaków, a oczom partnerki rzucił się pięknie udekorowany zakątek. Z jej pyska rozległ się cichy zachwyt i zdumienie. Rozglądała się po otoczeniu, które powoli zaczynało nabierać kolorów. Usiadł obok niej, owijając ogon o jej ogon. Siedzieli tak w ciszy, obserwując jak niebo zmienia barwę, a woda lśni.
- Tu jest... przepięknie.
Uśmiechnął się do niej, słysząc te słowa. Czyli udało się zrobić na niej wrażenie.
- To jeszcze nie koniec. - powiedział wyciągając spod mchu świeży posiłek.
- Moje ulubione! - zawołała liżąc go w policzek.
No tak. Znał w końcu jej gusta kulinarne. Trudno było o tym zapomnieć, gdy widziało się jak ze smakiem pałaszowała ryby.
Ten moment był dla nich szczególny i magiczny. Byli tylko we dwoje, a świadkiem było słońce i szum rzeki. Nie sądził, że cokolwiek mogło popsuć ten dzień.
***
- Przepraszam! - już po raz kolejny to słowo padło z jego pyska.
Obserwował jak jego ukochana unosi przednią łapę, a na jej pysku maluje się cierpienie. To nie tak miało się skończyć! Nie tak! Ale był głupi! Słysząc po raz kolejny jej jęk, znów przeprosił. Było mu tak głupio i przykro! Jej ramię poważnie spuchło i wyglądało na bardzo nienaturalne. Pomagał jej iść, ciągle klnąc na swoją głupotę.
- Przepraszam! - znów wyrwało się z jego pyska. - Wiesz, że nie chciałem. To tak nie miało się skończyć!
- Wiem... Wiem. Przecież mówię, że to nic. Zaraz mnie medyk poskłada.
A co jeśli nie? Jeśli uszkodził poważnie jej bark? Pełen niepokoju dotarł z ukochaną do leża urzędującego tam klifiaka.
- Co się stało? - zapytał widząc obrażenie na ciele kremowej.
- No... My... Znaczy... - plątał mu się język.
- Upadłam - w końcu powiedziała Brzoskwinka.
Spojrzał na nią pytająco. Czemu kłamała? To on był temu winien!
- Masz wybity bark. Będę musiał go nastawić. - wytłumaczył kocur.
Jak to nastawić? Spojrzał nieco poddenerwowany na kotkę. A co jeśli uszkodzi jej bardziej? A co jeśli...?
- Jesionku, wyjdź. - zwróciła się do niego wojowniczka. - Zaraz padniesz mi tu na zawał i będziemy musieli cię ratować.
Tak... Tak... Chyba powinien wyjść i poczekać na zewnątrz. Znów wyrwało mu się z pyska przepraszam i usiadł przed wejściem. Usłyszał jak ukochana jęknęła, gdy coś strzyknęło. Niesamowite, że była tak silna, by powstrzymać się od wrzasku na pół obozu. Musiało to okropnie boleć. I to przez niego... Idiota, idiota! Po tym widać było, że nie byli gotowi na ten krok. Jedna czasu nie cofnie. Miał nadzieję, że ukochana wyzdrowieje, a on pozbędzie się wyrzutów sumienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz