Przeszłość, dawne Zgromadzenie. Gdy Świetliki niedawno się sprowadziły na tereny koło OL, zima.
Jeszcze tej nocy, gdy koty wróciły do obozu, Figa mogła dostrzec wyraźne napięcie na ich pyskach. Od razu dopadła do Sajgona, który szedł zamyślony. Jego kwaśna mina nie zdradzała zbyt wielu szczegółów.
— No! Dawaj, opowiadaj, co się działo! — ponagliła wojownika, a ten trzepnął nerwowo ogonem.
— Pf, nie ma dobrych wieści — burknął, siadając pod drzewem.
— Jak to? —Kotka się zdziwiła. — Nikt nie wszczął żadnej awantury? No to lipa!
— Nie, Figa, ogarnij się — syknął, a ona posłała mu gniewne spojrzenie. Nie wiedzieć kiedy oba koty się zakumplowały do takiego stopnia.
— Zrobię, co będę chciała — fuknęła.
— Pamiętasz, jak jakiś czas temu znaleźliśmy podczas patrolu ślady zapachowe?
— Tamte, co należały do jakichś włóczęgów? — dopytała.
— Tak, dokładnie. Nie zgadniesz! — miauknął, a widać po nim było wyraźne zdenerwowanie. — To byli zdrajcy z Klanu Wilka! Nikła Gwiazda wydał przed nimi ostrzeżenie podczas Zgromadzenia.
Figa zamilkła na dłuższą chwilę, przywołując moment znalezienia śladów zapachowych. Patrol mocno się nimi wtedy zaniepokoił, a Pieczarka była widocznie przerażona. Jedynie Czereśnia chodził wkurzony, ciągle omawiając coś z liderką. Po Owocowym Lesie zaczęły krążyć pogłoski, plotki, dużo niepokoju. Koty zaczęły panikować i nakręcać siebie nawzajem. Grupa włóczęgów? A co, jeśli zaatakują? Dlaczego kręcili się nieopodal Owocowego Lasu? I takie różne głosy można było zasłyszeć w tamtym czasie.
Pieczarka następnego wieczora zwołała koty. Figa widziała po jej pysku oraz nerwowo drgającym ogonie, że nie ma dobrych wieści. Nie, żeby kiedykolwiek miała. Pieczarka była chodzącym kłębkiem nerwów, a byle podmuch wiatru mógł ją przewrócić. Jasna kotka wzięła głęboki wdech, nim przemówiła z Czereśnią u boku;
— Koty Owocowego Lasu, w związku z ogłoszeniem Nikłej Gwiazdy i znalezieniem kilka księżyców temu śladów zapachowych, zbieram grupę ochotników, którzy pójdą za południową granicę na tereny niczyje i sprawdzą obecność grupy Świetlików. — Pieczarka starannie dobierała słowa, by nie wzniecać paniki, albo żeby uspokoić samą siebie. Figa nie była w stanie tego stwierdzić.
— Przewodzić będzie Czereśnia — Wskazała ogonem na Zastępcę. — Musicie mieć na uwadze ewentualną możliwość stoczenia z nimi bitwy! To wszystko, chętne koty niech zgłoszą się do Czereśni.
Fidze nie trzeba było dwa razy powtarzać. Spranie kilku samotniczych tyłków jak najbardziej jej odpowiadało!
Ruszyła więc do czekoladowego kocura, dostrzegając, że Sajgon, jak i Dereńka, a nawet Jaśminowiec również wstali, by do niego pójść. Kotka uśmiechnęła się dziarsko, ciesząc się w duchu na taką ekipę. Nie obawiała się wcale tych włóczęgów. Skoro uciekli z Klanu Wilka, to byli tchórzami! A tchórze nie będą stawiać dużego oporu, raz-dwa ich przepędzą!
Później, wciąż Pora Nagich Drzew.
Duża grupa kotów, bo było ich aż — tu Figa musiała policzyć — dwanaście, zebrała się przy wyjściu z obozu. Zastępca wyszedł na prowadzenie i cała ekipa ruszyła dziarsko przed siebie. W trakcie drogi rozmawiali na najróżniejsze tematy, Figa uczepiła się Jaśminowiec, dokuczając jej, oraz śmiejąc z tego, że przytyła po ciąży. Nie mogła sobie odpuścić skomentowania romansu młodszej z tym, pożal się Wszechmatko, uzdrowicielem. Następnie plotkowała z Kurką i Dereńką, a Czereśnia udawał, że nie słucha.
Brodząc w wysokim śniegu, minęli Śmietnisko. Słońce powoli przesuwało się ku szczytowej pozycji, gdy stanęli naprzeciw Drodze Grzmotu. Starsze koty z ich grupy wiedziały, jak i kiedy przekraczać to miejsce; dodatkowo zimą kręciło się tutaj mniej potworów. Pierwszy pobiegł Czereśnia z Czerwcem, za nimi Kurka, Dereńka, Guziczek i Orchidea. Figa przebiegła razem z Jaśminowiec oraz Sajgonem. Len, Hiacynt i Ziemniak byli na końcu. Wszyscy szczęśliwie nie skończyli w brzuchu potworów, więc odetchnęli z ulgą. Przekroczyli granicę gęstego lasu na terenach niczyich. Od razu do ich nozdrzy dotarł tutejszy zapach, masa zwierzyny, smrody potworów, a gdzieś pomiędzy nimi wymieszane zapachy tej bandy przybłęd. Śnieg był tutaj nieco rzadszy dzięki gęstwinie koron drzew, więc koty mogły z ulgą odetchnąć. Byli zmęczeni całym tym marszem, brodzeniem w białym puchu i zimnym, ostrym powietrzem.
Nagle Owocniaki wpadły na ślady tych przybłęd, ich ślady zapachowe, takie same, jak wtedy przy granicy z Owocowym Lasem. Ruszyli więc w kierunku źródła, przybierając na pyszczki niestrudzone wyrazy, by tamci nie mogli poznać ich zmęczenia.
Figa wraz z Czereśnią na czele oraz pozostałymi kotami dotarła do miejsca, w którym przebywali przybysze. Zastępca niestrudzenie, z pyskiem pełnym determinacji, parł przed siebie. Gdy wszyscy stanęli oko w oko z grupą samotników, Figa posłała im grożące spojrzenie. Stanęła za Czereśnią, prostując się.
Czereśnia przemówił pierwszy, jego głos był szorstki i ostry.
— Czego chcecie?! Co tutaj robicie? Wiemy wszystko o waszej grupie!
Dwa napotkane koty zdawały się być nimi mocno zaskoczone, co jednak nie ostudziło zapału Figi ani nikogo z grupy.
Byli członkowie Klanu Wilka ostrożnie podeszli do ogromnego patrolu Owocniaków.
— Jesteśmy pokojowi — powiedział jako pierwszy, czarny kocur, zasłaniając tym samym medyczkę, która zjeżyła się ze strachu. — Uciekliśmy z krwawych łapsk Klanu Wilka, a nasza grupa... Zostaliśmy tylko my oraz jeszcze jeden kot. Reszta się rozpierzchła po nieznanych terenach, szukając bezpiecznego domu.
Szylkretowa kotka odnajdując iskierkę opanowania, zrównała się z kocurem.
— Czemu jest was tutaj aż tyle?
Figa fuknęła pod nosem, przepychając się obok Czereśni, który na nią warknął.
— Ta jasne, pokojowi! — warknęła czekoladowa zwiadowczyni. — Banda z was tchórzy.
— Dlaczego wybraliście akurat to miejsce? — zapytał Czereśnia, ponownie przejmując inicjatywę. — Ostrzegam, że od waszej odpowiedzi zależeć będzie wasz los.
Figa dostała od zastępcy spojrzenie mówiące jedynie: "opanuj się!" Odwróciła głowę, rozeźlona, marszcząc nos.
Czarny rozmówca przeniósł uważne spojrzenie na Owocniaczkę. Z opanowaniem, przeczesał swoją brodę i zerknął na swoją szylkretową towarzyszkę, która intensywnie myślała nad odpowiedzią.
— Uciekliśmy, żeby znaleźć się jak najdalej od terenów Klanu Wilka. Chcieliśmy się odciąć od tyranii, która tam panuje. Nie chcieliśmy ryzykować naszych żyć, więc wyzwoliliśmy się. Tak nam powiedział Klan Gwiazdy — odpowiedział czysto dyplomatycznym głosem
— Klan Wilka to mordercy... Mówię to ja, była asystentka medyczki... Kult zabija wszystkich, którzy nie wierzą w Mroczną Puszczę, nie mogliśmy tam zostać. — Szylkretowa kotka patrzyła się śmiertelnie poważnie na Czereśnie, jakby szukała chociaż iskry zrozumienia. — Dostałam znak od przodków... Musieliśmy uciec, musieliśmy odzyskać wolność, żeby pielęgnować naszą wiarę. Inaczej by nas wszystkich zabili i oddali w ofierze nieczystym duszom Mrocznej Puszczy.
Brodaty kocur pokiwał spokojnie głową.
— Nie wiem, co powiedział o nas Nikła Gwiazda, jednak to nie my tutaj jesteśmy zagrożeniem. Chcieliśmy tylko uwolnić się z krwawych łap kultu. Na pewno nie będziemy zagrażać Owocowemu Lasowi. Nie mielibyśmy w tym żadnego interesu.
Czereśnia zdawał się nieco złagodnieć, ale tylko odrobinę. Figa machnęła ogonem arogancko, nie chcąc im do końca uwierzyć. Prawdą jednak było, że mieli słowo przeciwko słowu, o ile Nikła Gwiazda miał autorytet wśród kotów klanowych, tak informacje, jakie właśnie uzyskali, mogły im rozjaśnić sytuację w Klanie Wilka. Nie mieli pojęcia o tym, że koty zrobiły sobie krwawy kult.
— Jaki macie interes w przebywaniu akurat w okolicy Owocowego Lasu? — zapytał dyplomatycznie zastępca Pieczarki, mierząc rozmawiającą z nim dwójkę kotów. – Nie mogliście wybrać innego miejsca?
— A gdzie moglibyśmy uciec? Jestem jednym z młodszych wojowników i nie znam za wiele terenów. Poszliśmy wzdłuż Drogi Grzmotów za terytoria innych społeczności oraz za rzekę. Nie chcielibyśmy, żeby Wilczaki nas znaleźli, a ten gęsty las jest idealnym dla nas domem. Tak właśnie znaleźliśmy się tutaj — zauważył brodaty, zabierając łapki z zimnego śniegu. Zaczęli powoli marznąć.
Szylkreta napuszyła futerko z zimna. Figa zwróciła na to uwagę. Była ciekawa, jak i o ile przeżyją zimę.
— Nie chcieliśmy, żeby pobiegli naszym śladem, na tereny niczyje. Nikt nie chce umierać z łap kotów, które są naszymi krewnymi... A kult nie ma litości... — Medyczka delikatnie przysunęła się do czarnego wojownika, żeby się lekko ogrzać.
Figa oceniła go spojrzeniem. Widać, że nieopierzony. Wszyscy słuchali ich opowieści, a brzmiały wiarygodnie. Czereśnia machnął ogonem, rozluźniając nieco swoją napiętą sylwetkę. Słońce było już wysoko na niebie.
— Czyli dobrze rozumiem, że nie będziecie mieszać się w sprawy Klanów, zwłaszcza Owocowego Lasu? — zapytał, unosząc brew. — Ani w ich relacje.
Tym razem pierwsza odezwała się puchata szylkretka.
— My jedynie chcemy nieść światło Klanu Gwiazdy. Wierzymy w kodeks wojownika oraz medyka. Szkodzenie innym jest wbrew tym zasadom. Owocowy Las może czuć się bezpiecznie; nie będziemy naruszać waszych granic. Można nawet nas prosić o pomoc, gdyż tak mówi kodeks.
Czarny wojownik skinął głową.
— Tak, jak mówiłem, przybyliśmy tutaj w pokoju i nie będziemy odmawiać nikomu pomocy, gdyż sami jej potrzebowaliśmy. — Czarnofutry wojownik znów spojrzał się na jedną z kotek patrolu, która patrzyła się głównie na niego oceniająco. Figa nie wierzyła w Klan Gwiazd, słyszała, że to same stare dziadki i mają dziwne zwyczaje, toteż nie rozumiała ich fenomenu. Wiara we Wszechmatkę dawała o wiele więcej swobody, dlatego Fidze tak pasowała.
Owocniaki zaczęły szeptać między sobą. Kilka z kotów dalej zdawało się nie wierzyć przybyszom, jednak doskonale zdawało sobie sprawę, iż decyzja finalnie należy do Czereśni. Nawet Figa czy Czerwiec nie mogli na nią wpłynąć. Zastępca znany był ze swojej nieugiętości i ją doskonale prezentował.
— Jak nazywacie swoją grupę? — zapytał po kilku uderzeniach serca. — Nie wydajecie się kłamać. Jeśli przyrzekniecie nie zapuszczać się na tereny Owocowego Lasu i nie mieszać w nasze sprawy, puścimy was wolno.
Myślał jeszcze chwilę, jakby rozważał różne opcje.
— Jak również ma się rozumieć, jeśli będzie przestrzegać tych warunków, nie wydamy was innym Klanom — oznajmił wyniosłym, acz spokojnym głosem. Było w jego tonie coś, co wyczuła nawet arogancka Figa. Dwójka samotników na pewno też zrozumiała przekaz zastępcy. Jeśli Owocniaki znajdą choćby kłębek sierści należący do któregoś z ich grupy, bez wahania przejdą do działania.
— Nazywaliśmy się Świetlikami, jednak nie wiem, czy jest sens nazywania się tak, skoro ostała się nas trójka... Możecie być pewni, że nie zamierzamy przechodzić przez waszą granicę, jednak tyczy się to również was oraz umowy, jaką teraz nawiązujemy. Warunki będą spełnione, jeśli również nie wydacie nas nikomu. My chcemy jedynie iść zgodnie z kodeksem wojownika — zgodził się na stawiane warunki przez Czereśnię.
Szylkretowa medyczka jedynie przyglądała się kotom, które znajdowały się w patrolu. Kotka nie podważała słów młodszego kocura. Pachniała silną wonią ziół. Ciekawe, czy w Klanie Wilka leczy się tym samym co w Owocowym Lesie? Przez głowę Figi przeszła nawet myśl, by ich Uzdrowiciele wymienili się informacjami z tą kotką.
Figa złagodniała nieco na pysku, zauważyła też, że reszta kotów zrobiła kilka kroków w tył, jakby chcąc utwierdzić Świetliki w przekonaniu o ich zamiarach. Zresztą, chyba nikt poza Figą i Lnem nie bardzo mieli ochotę się bić w tym śniegu, z jakimiś włóczęgami. Zwiadowczynie zainteresowały z kolei informacje, jakie uzyskali. Klan Wilka... zdawał się naprawdę być złym miejscem, czy mógł w ten sposób zagrozić Owocowemu Lasowi? Czy możliwe było, iż wyciągną łapę ku innym kotom? Może Figa mogłaby ugrać coś dzięki tym informacjom.
Z jej przemyśleń wyrwał ją Czereśnia, który dumnie wyprostowany, poruszył wąsami z aprobatą. Ani na chwilę nie opuścił gardy, a mimo to nie sprawiał wrażenia bycia zagrożeniem.
— Za kogo wy nas uważacie? — burknęła Figa.
— Jesteśmy uczciwą społecznością. Możecie mieć pewność, że nie naruszymy warunków umowy. – Wypowiedział się Czereśnia.
Mglisty Sen skinął głową na słowa zastępcy, a między nimi zapadła cisza.
Czereśnia również milczał tak jak reszta jego grupy. Nastała długa, niezręczna cisza, którą przerwał zastępca po odchrząknięciu.
— To chyba będziemy się zbierać — miauknął, będąc gotowym do odejścia.
Gdy jednak dał znać ogonem grupie, iż ruszają, milczący do tej pory kremowy kocur o imieniu Len wyszedł przed szereg. Jego mina była poważna, co zaciekawiło Figę.
— Hola, hola — miauknął niskim tonem. — Coś kręcą.
Czereśnia zgromił go wzrokiem.
— Co masz na myśli? — zapytał Czereśnia, marszcząc brwi.
— Doskonale czuć na tym terenie więcej kocich zapachów niż trójki — wytknął, a mową ciała wyraźnie groził dwójce przybłądów. — Na pewno kłamali! Jest ich więcej i pewnie tylko czekają, by nas zaatakować!
— Możliwe, że tutaj się kręcą jacyś samotnicy, jednak ich nie znamy — zauważył Mglisty Sen zmęczonym głosem. — Mimo że zostaliśmy samotnikami, nie mamy władzy nad innymi kotami, które też przemierzają te lasy. Poza tym nie mielibyśmy niczego dobrego, atakując was, jeśli dokładnie to chcieliście usłyszeć.
Nagle z tłumu Owocniaków wystąpił nie kto inny, jak Ziemniak. Figa wzięła wdech, by coś powiedzieć, ale czekoladowy kocur ją uprzedził.
— Ah tak? — Uniósł brew podejrzliwie. — To dlaczego macie na sobie zapachy tych domniemanych "samotników"? Jeśli się z nimi nie spoufalacie, to nie powinniście nimi pachnieć!
— Bo przechodzimy tymi samymi drogami, co oni? — zauważył Mglisty Sen, pokazując już widoczne zmęczenie i znudzenie rozmową. — Jesteśmy już w tych lasach tak długo, że nasze zapachy zdążyły się zmieszać. Przybyliśmy na te tereny wczesną Porą Nowych Liści i do tej pory przez te lasy przeszło wiele samotników, jak i zagubionych pieszczochów. Każdy krzew i gałąź pachnie inaczej, a zapachy się mieszają. Nie jesteśmy Klanem i nie mamy granicy, żeby pachnieć, jednym zapachem. Toż to podstawy podstaw — odpowiedział już bardziej oschle do Ziemniaka. Przeniósł wzrok na Czereśnie. — Doszliśmy już do porozumienia. Marnujecie nas czas, rzucając w nas oskarżeniami, które się nawet nie pokrywają z realiami, przyszliście do nas, grożąc nam, byśmy to my nie wchodzili na wasze terytorium, jest was dwunastu wojowników, którzy umieją walczyć na nas dwoje, w tym Jarzębinowy Żar jest medyczką. To naprawdę źle wygląda. Uważam to spotkanie za zakończone.
Mglisty Sen wstał, będąc gotowym do odejścia. Otrzepał się ze śniegu i szturchnął pyskiem Jarzębinowy Żar, która ewidentnie zaczęła już zamarzać. Medyczka również wyglądała na urażoną wrogością kotów z Owocowego Lasu.
Figa prychnęła pod nosem, a Ziemniak zdawał się być nieco... zmieszany. W istocie pewnie czarny wojownik miał rację, a czekoladowy Owocniak położył uszy. Czereśnia spojrzał na niego ostro. Figa trzepnęła ogonem.
— W istocie — odezwał się Czereśnia. — Spotkanie zakończone.
Figa nie mogła stwierdzić, czy Czereśnia był wkurzony, a na pewno miał do tego prawo. Ziemniak zrobił złe wrażenie, wystawił na ośmieszenie zastępcę, ale i całą społeczność. Figa czuła, że czekoladowemu się oberwie za tę uwagę, a z drugiej strony niby Owocniaki nie mogły mieć pewności, jak długo Świetliki przebywały na tych terenach.
Niemniej, obie grupy się rozeszły, a do Czereśni lepiej było bez kija nie podchodzić.
Gdy wrócili do obozu, Czereśnia przekazał wszystko Pieczarce (zapewne celowo pomijając podejrzliwość Ziemniaka i jego próbę podważenia rzetelności Świetlików). Liderka wieczorem ogłosiła wszystko, uspokajając Klan. Figa siedziała z boku i słuchała z napuszonym ogonem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz