UWAGA: WALKA, LEKKI GORE
Był piękny, słoneczny dzień. Tak piękny, że Lis postanowił — ot, tak — wykraść się samemu z obozu, by trochę się powygrzewać.
Z powodu swego zdrowotnego problemu — dziwnej choroby, która nie pozwalała mu chodzić i biegać jak każdemu innemu kotu — nie mógł sam wychodzić. Jednak uznał, że i tak nikt się o tym nie dowie. Może uda mu się udowodnić, że on też może zrobić coś pożytecznego dla klanu!
Małymi, cichymi oraz chwiejnymi krokami zaczął zbliżać się do wyjścia z obozu. Na szczęście (lub nieszczęście, czego się zaraz dowiemy) w obozie prawie nikogo nie było. Wszyscy wojownicy oraz zwiadowcy wraz z liderką byli na patrolach czy polowaniach. Jedynie zastępcy, szaman, uzdrowiciele oraz stróże zostali, a oni zajęci byli swoimi sprawami. Takim sposobem Lisowi udało się wyjść.
— Wow… — wymknęło mu się. Terytorium zdawało się nie kończyć! Co prawda był już raz na zewnątrz, ale wciąż nie mógł uwierzyć, jak wielki jest teren Owocowego Lasu.
Jego kiwające się łapki sam poprowadziły go w jakimś kierunku. Biedny nowy uczeń nie miał jeszcze w pełni wykształconych zmysłów, nie były one tak dobre, jak u starszych terminatorów oraz dorosłych kotów, a więc nie wyczuł świeżego zapachu lisa. Prawdę mówiąc, wyczuł go, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie niebezpieczeństwo mu grozi. Lis swoimi oczami spoglądał na Lisa, który chwiejnie maszerował przez teren.
W końcu rudzielec zdecydował, że wróci do obozu.
Pewniejszymi już krokami skierował się w tamtą stronę i znów chciał niepostrzeżenie wkraść się do środka. Gdy rozmyślał, jak to zrobić, przed nim stanął jakiś kot.
— Co tutaj robisz, mały? Czy aby nie wolno ci wychodzić bez drugiego kota? — To była Orchidea, patrząca na niego łagodnie i zarazem stanowczo.
— Ja… chciałem nazbierać trochę mchu do… do… legowiska uczn… uczniów — odparł Lis.
— No dobrze, ale już tak więcej nie rób, młody. — Z tymi słowami Orchidea zaprowadziła go z powrotem do obozowiska. Widocznie Pieczarka już dowiedziała się o jego ucieczce, gdyż gniewnie machnęła ogonem, gdy mały uczeń wszedł do środka.
— Co ty sobie… — Nie dokończyła; w jej oczach ukazał się strach, a jej futro stanęło dęba. Spoglądała na wejście, gdzie znikąd pojawił się łeb, a potem całe ciało gotowego do boju najprawdziwszego lisa.
— LIS! LIS W OBOZIE! — wrzasnęła. Nie zdołała ukryć gdzieś Lisa, a więc mały został na miejscu, przypatrując się scenie z paniką w oczach. Czy ten lis przyszedł tu za jego tropem?
— Udało nam się — westchnęła Pieczarka. — Ale za jaką cenę?
W bitwie zmarło kilka kotów. Gdy lis rzucił się na Pumę, Mucha spróbował go uratować, jednak zapłacił za to życiem. Gdy lis go załatwił, przeszedł do Pumy i tym sposobem, mimo starań innych stróż, także został ofiarą kłów i pazurów. Lis (uczeń OL) został ciężko ranny. Pół jego twarzy zostało obdarte, a na prawej tylnej nodze już raczej nie stanie. Jego ogon znaczyła długa blizna. Jakim cudem taki mały uczeń mógł zostać tak ciężko ranny?
Z powodu swego zdrowotnego problemu — dziwnej choroby, która nie pozwalała mu chodzić i biegać jak każdemu innemu kotu — nie mógł sam wychodzić. Jednak uznał, że i tak nikt się o tym nie dowie. Może uda mu się udowodnić, że on też może zrobić coś pożytecznego dla klanu!
Małymi, cichymi oraz chwiejnymi krokami zaczął zbliżać się do wyjścia z obozu. Na szczęście (lub nieszczęście, czego się zaraz dowiemy) w obozie prawie nikogo nie było. Wszyscy wojownicy oraz zwiadowcy wraz z liderką byli na patrolach czy polowaniach. Jedynie zastępcy, szaman, uzdrowiciele oraz stróże zostali, a oni zajęci byli swoimi sprawami. Takim sposobem Lisowi udało się wyjść.
— Wow… — wymknęło mu się. Terytorium zdawało się nie kończyć! Co prawda był już raz na zewnątrz, ale wciąż nie mógł uwierzyć, jak wielki jest teren Owocowego Lasu.
Jego kiwające się łapki sam poprowadziły go w jakimś kierunku. Biedny nowy uczeń nie miał jeszcze w pełni wykształconych zmysłów, nie były one tak dobre, jak u starszych terminatorów oraz dorosłych kotów, a więc nie wyczuł świeżego zapachu lisa. Prawdę mówiąc, wyczuł go, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie niebezpieczeństwo mu grozi. Lis swoimi oczami spoglądał na Lisa, który chwiejnie maszerował przez teren.
W końcu rudzielec zdecydował, że wróci do obozu.
Pewniejszymi już krokami skierował się w tamtą stronę i znów chciał niepostrzeżenie wkraść się do środka. Gdy rozmyślał, jak to zrobić, przed nim stanął jakiś kot.
— Co tutaj robisz, mały? Czy aby nie wolno ci wychodzić bez drugiego kota? — To była Orchidea, patrząca na niego łagodnie i zarazem stanowczo.
— Ja… chciałem nazbierać trochę mchu do… do… legowiska uczn… uczniów — odparł Lis.
— No dobrze, ale już tak więcej nie rób, młody. — Z tymi słowami Orchidea zaprowadziła go z powrotem do obozowiska. Widocznie Pieczarka już dowiedziała się o jego ucieczce, gdyż gniewnie machnęła ogonem, gdy mały uczeń wszedł do środka.
— Co ty sobie… — Nie dokończyła; w jej oczach ukazał się strach, a jej futro stanęło dęba. Spoglądała na wejście, gdzie znikąd pojawił się łeb, a potem całe ciało gotowego do boju najprawdziwszego lisa.
— LIS! LIS W OBOZIE! — wrzasnęła. Nie zdołała ukryć gdzieś Lisa, a więc mały został na miejscu, przypatrując się scenie z paniką w oczach. Czy ten lis przyszedł tu za jego tropem?
* * *
W bitwie zmarło kilka kotów. Gdy lis rzucił się na Pumę, Mucha spróbował go uratować, jednak zapłacił za to życiem. Gdy lis go załatwił, przeszedł do Pumy i tym sposobem, mimo starań innych stróż, także został ofiarą kłów i pazurów. Lis (uczeń OL) został ciężko ranny. Pół jego twarzy zostało obdarte, a na prawej tylnej nodze już raczej nie stanie. Jego ogon znaczyła długa blizna. Jakim cudem taki mały uczeń mógł zostać tak ciężko ranny?
[468 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz