BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 lipca 2025

Od Zalotnej Krasopani

Zalotna Krasopani nie mogła ostatnio zaznać spokoju. Ciągle chodziła w kółko albo siedziała nieruchomo, wpatrując się tępo w jedno miejsce, jakby miała nadzieję, że myśli w jej głowie uporządkują się same. Nic z tego. Im bardziej próbowała to wszystko zrozumieć, tym bardziej czuła się zagubiona. Martwiła się o swoje dzieci – i to nie tak zwyczajnie. Martwiła się naprawdę, aż do bólu, bo to wszystko powoli wymykało się już spod kontroli. Kosaćcowa Grzywa… wiedział. Wiedział o kulcie, o jej roli w nim, o brutalnych zasadach i tradycjach. Patrzył na nią inaczej, jakby nie była jego matką, a okrutną, bezduszną morderczynią. Jakby była kimś zupełnie obcym, niewartym zaufania. To kłuło ją w serce, bo gdy przypominała sobie chwile, jakie spędziła w żłobku na wpajaniu mu wiary w Miejsce, Gdzie Brak gwiazd, to czuła, że straciła wtedy czas. Tym wszystkim nigdy przenigdy nie chciała go krzywdzić. Chciała dla niego dobrze, jak najlepiej. Pragnęła, aby przejął w kulcie wysoką rangę, aby był podziwiany i szanowany, ale on… okazał się inny. Okazał się zdrajcą, a w dodatku i kotem, który działa impulsywnie. Zalotna Krasopani zmarszczyła nos, czując, jak rana na jego nasadzie także się marszczy. Pamiętała tamten moment, pamiętała pazury kocura iskrzące w świetle.
Oprócz niego była też Jarzębinowy Żar, a ona także nie była zwykłą, oddaną mrocznym przodkom członkinią. Nie należała jeszcze do kultu, ale po tym wszystkim, Zalotka nie wiedziała, czy na pewno ją w nim chce. Może i ona, jak i jej brat, nie byli nigdy szczególnie blisko, tak… Kosaciec na pewno musiał przekazać jej tak ważne informacje, o których się dowiedział. Musiał, prawda? A jeśli powiedział i jej, to większość młodszych kotów w klanie także o tym wiedziało. Wojowniczka starała się ignorować tę paraliżującą myśl, że nowi rekruci do kultu, mogli tak naprawdę spiskować przeciwko niemu za ich plecami. Przynajmniej do czasu, ale… gdy Jarzębina opowiedziała jej o tym śnie – o skorupie, która pęka – coś w niej zadrżało. To nie był zwykły sen, nie mógł być. Zalotka wiedziała o tym, że gwiezdni zdrajcy mogą zsyłać przepowiednie, wiedziała, jak działają – ale przecież Jarzębina zapewniała ją, że tamten sen był jedynym, że poza nim nie miała żadnego innego kontaktu z Klanem Gwiazdy. Nie wyglądała, jakby kłamała, ale w tych czasach… w tych czasach nikomu nie można już było ufać.
To wszystko było skomplikowane. Nie wiedziała już, czy dobrze robi. Chciała ich tylko chronić. Całe życie próbowała ich trzymać z daleka od tego wszystkiego. Chciała wychować ich na przykładnych członków Klanu Wilka, silnie wierzących w siłę mrocznych przodków, niedopuszczających do siebie słuszności Klanu Gwiazdy. Myślała, że właśnie tak będzie mogła im zapewnić dobrobyt i spokój, a oni? Jak na złość musieli wpakować się w coś głupiego. Teraz było już za późno, na pewno byli w tym zbyt głęboko, aby ich uratować. Z drugiej strony… skoro nie było szans na to, że dołączą do kultu, to czy powinni w ogóle przebywać w klanie? To był wstyd. Zalotna Krasopani – kapłanka – z dwójką dzieci, które nigdy nie oddały się wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Czasami szylkretka zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby powiedzieć Nikłej Gwieździe o… wszystkim. Na pewno byłby zły, wściekły wręcz. Zaatakowałby Kosaćcową Grzywę, zranił go, wygonił, a może nawet zabił? Zalotka wzdrygnęła się na tę myśl. Czuła się tak, jakby stała właśnie nad brzegiem rwącej rzeki i patrzyła, jak jej dzieci są porywane przez nurt. Chciała ich ratować, pomóc im, ale w miejscu trzymała ją obawa, że… ich nie da się już uratować. Westchnęła ciężko i przymknęła oczy, nie będąc pewna, co ma robić.
Przez chwilę jej umysł wypełniała całkowita cisza. Pustka – tak, jakby cały świat zatrzymał się na ułamek sekundy. Potem… błysk. Przebłysk czegoś, co trudno było opisać słowami. Jakby w lesie spowitym ciemnością, nagle przez korony drzew przebiły się silne słoneczne promienie. Jej oczy się rozszerzyły, a oddech na moment zatrzymał się w płucach. Jej serce zaczęło bić szybciej. Przodkowie, przodkowie… oczywiście! Przecież jej matka mówiła kiedyś o rytuale, niemal zapomnianym, który pozwoliłby na rozmowę z najświętszymi przodkami. To nie było tylko kolejne puste kłamstwo, a prawdziwy rytuał, który wymagał czystości intencji i szczerych słów. Można było wtedy zadać jedno pytanie – tylko jedno – ale odpowiedź mogła zmienić wszystko. Ciepło rozlało się po jej klatce piersiowej. Wiedziała już, co musi zrobić. W tym samym momencie kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę. Prążkowana Kita, jej partner, kroczył w jej stronę z wyrazem łagodnego zmartwienia w oczach. Jednak zanim zdążył coś powiedzieć, ona już była w ruchu. Zerwała się na cztery łapy jakby kierowana przez wyższą siłę. Jej ruchy były zwinne, lecz niespokojne i pełne napięcia. Prędkim krokiem wyminęła srebrnego kocura, nawet nie patrząc mu w oczy. Za sobą usłyszała jedynie jego zdziwione mamrotanie, coś w rodzaju: Zalotko…? Dokąd ty…?, ale to już nie miało znaczenia. Nie teraz, gdy czuła się taka sprytna. Gdy szła w stronę wyjścia z obozu, podczas gdy jej łapy stąpały pewnie, choć ciężko. Czuła, że jej ciało jeszcze nie nadąża za tym, co działo się w jego środku. W środku buzowała w niej ekscytacja, ale i lęk. Serce waliło w jej piersi jak oszalałe. Co, jeśli się pomyli? Jeśli źle zrozumie jakiś znak? Albo co gorsza… co, jeśli nie dostanie żadnej odpowiedzi?
Gdy wyminęła ostatnie krzaki prowadzące ku wyjściu, poczuła na karku chłodniejszy powiew wiatru. Aby dokonać rytuału, musiała odejść gdzieś dalej. W miejsce ciche i odosobnione, w którym nikt nie zakłóciłby jej skupienia. Tam, gdzie słychać było jedynie odgłosy dochodzące z lasu i bicie własnego serca. W myślach powtarzała sobie możliwości pytań, które mogła zadać. Musiało być precyzyjne. Nie mogło być długie, ale musiało nieść wszystko, co czuła. Wszystkie jej obawy i nadzieje. Oprócz tego musiała jeszcze znaleźć jakąś drobną ofiarę i najlepiej poczekać, aż słońce na dobre usunie się z nieba. Jak na razie był wieczór, zmierzchało – cienie wydłużały się między drzewami, a światło z każdą chwilą zdawało się niknąć. Wiatr był lekki, ale niósł za sobą chłód, zwiastujący zbliżającą się noc. Zalotna Krasopani poruszała się przez las ostrożnie, niemal bezszelestnie, z opuszczonymi łapami i brzuchem przytulonym do czubków traw. Jej nos nieustannie poruszał się w górę i w dół, czujnie badając powietrze. Wojowniczka nie szukała teraz pożywienia, a ofiary. Drobnej, ale jeszcze ciepłej, która mogłaby posłużyć za dar dla przodków. Szła całkiem długo, aż w końcu… coś poczuła. Do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach – mysz. Świeży, wyraźny, co oznaczało, że stworzonko znajdowało się niedaleko. Postawiła uszy, a źrenice w jej oczach natychmiast zwęziły się do szerokości cieniutkiej sosnowej igły. To była jej szansa, musiała ją wykorzystać.
Zeszła niżej, ostrożnie, niemal czołgając się przez wysoką trawę. Ogon trzymała nisko, a drgające uszy postawione wysoko. Wychwytywała każdy szmer, aż w końcu w oddali, pomiędzy kępkami chwastów, dostrzegła niewielki ruch. Źdźbło delikatnie się poruszyło. Nie było to coś łatwego do wyłapania, ale w stanie, w którym jej wszystkie zmysły były wyostrzone, nic nie mogło jej powstrzymać. Podeszła bliżej, aż była w stanie dostrzec paciorkowate oczka zwierzyny. Jej mięśnie napięły się pod skórą, gotowe do skoku. Odliczała w myślach, wstrzymując oddech. Trzy, dwa, jeden… Skoczyła z gracją i w jednej chwili znalazła się nad ofiarą. Przygwoździła ją łapą do ziemi, w tym samym momencie słysząc przerażone piśnięcie. Poczuła, jak serce myszki rozpaczliwie bije pod jej pazurami, ale nie puściła. Nawet nie przycisnęła jej mocniej. Musiała być ostrożna. Chciała ją złapać, lecz nie zabić, dlatego powoli, ostrożnie, wzięła mysz w zęby. Zwierzątko poczęło się szamotać, próbując wyswobodzić się z uścisku, jednak nic z tego. Z trudem Zalotka powstrzymała się od tego, by nie zacisnąć zębów i zakończyć jego cierpienia. Całe jej ciało domagało się, by to zrobić. To był przecież instynkt, odruch każdego wojownika – ale ona musiała być silna. Przodkowie pragnęli krwi, świeżej, jeszcze ciepłej.
Szła powoli dalej, trzymając zdobycz delikatnie w pysku. Jej łapy stąpały uważnie, a uszy drgały przy każdym najmniejszym szmerze. Choć mysz przestała walczyć, kotka wciąż czuła jej puls. Wiedziała, że nie ma prawa się teraz pomylić. Jeśli ofiara zginęłaby przedwcześnie, przodkowie mogliby się oburzyć, a ona nie mogła do tego dopuścić. Dotarła wreszcie do Ciernistego Drzewa. Jego gałęzie były powykręcane w najróżniejsze strony, spowite mgłą. To tu miały miejsce najważniejsze rytuały, to tu mroczni przodkowie przemawiali najgłośniej. Ziemia wokół drzewa była twarda, spękana i sucha, a prócz tego rosło tu wiele krzewów ciernistych. Końcówka ogona szylkretki drgała nerwowo, jednak nie ze strachu, lecz napięcia i oczekiwania. Jej zwężone źrenice przesuwały się po znajomych konturach świętego miejsca, jakby po raz ostatni chciały upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Niebo nad nią było zasnute ciężkimi, ciemnymi chmurami. Ani jedna gwiazda nie przebijała się przed ich warstwę, żadna z nich nie odważyła się zabłysnąć nad tym miejscem. To był znak – znak, że przodkowie czuwali.
Zalotna Krasopani mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Delikatnie zmrużyła oczy, czując narastające napięcie w całym ciele. Oto nadeszła ta chwila. Zacisnęła mocniej szczęki na ciele myszy, która do tej pory spoczywała między jej kłami. Zwierzątko nagle zesztywniało, a z jego drobnego gardła wydobył się ostatni, cichy pisk. Jedno uderzenie serca później opadło bezwładnie na ziemię z głuchym uderzeniem. Cisza zapadła natychmiast. Następnie z wprawą, jakby powtarzała ten gest od najmłodszych lat, kotka pochyliła się nad ciałem i rozcięła cienką skórę ofiary, pozwalając, aby ciepła, gęsta krew wypłynęła i skleiła sierść. Zanurzyła w niej ostrożnie palce, a czerwień wsiąknęła w jej blade futro niemalże od razu. Po chwili powoli i uroczyście zaczęła kreślić symbole na spękanej glebie. Jej oczy lśniły w mroku, podczas gdy jej pysk poruszał się sztywno. Z gardła uciekały jej słowa:
— Drogie dusze, które niesprawiedliwie kroczą pośród ciemnej i nieskończonej kniei, przyjmijcie moją ofiarę z krwi i kości, leżącą przed waszym jaśniejącym obliczem. Najedzcie się oraz napijcie, gasząc choć na chwilę wyżerający wewnętrznie głód i pragnienie, a także odpowiedzcie na ważne pytanie, co padnie teraz z moich ust — zakończyła szeptem, niemal drżącym głosem. Na moment zamarła, stojąc pośród czerwonych znaków i chłodniejącego ciała myszy. Czuła, jak coś w powietrzu się zmienia. Jakby mgła zacieśniała się wokół niej, przylegając do jej futra. Gałęzie drzewa zdawały się wydłużać, skręcając się jeszcze bardziej na tle nocnego nieba. Cisza, która otaczała kapłankę, stawała się zbyt głośna, jakby nagląca. Zalotna Krasopani wzięła wdech i zadała pytanie:
— Czy gwiezdne szczury już dosięgły moich dzieci…? Czy jeszcze zdołam nawrócić je na prawdziwą ścieżkę? — Gdy wypowiedziała te słowa, zapanowała cisza. Martwa, niemal nienaturalna cisza. Nie było słychać nawet najcichszego poruszenia liści, żadnych szmerów traw ani pohukiwania sów. — Mroczną ścieżkę — dodała, przełykając ślinę. Zalotna Krasopani zaczęła się niepokoić. Przez krótką chwilę miała nawet ochotę krzyknąć, aby upewnić się, że nie ogłuchła, ale… tego nie zrobiła. Powstrzymała się z szacunku do przodków, do rytuału, do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd – a wtedy coś się zmieniło. Z oddali nadciągnął chłodny, wilgotny wiatr, niosący za sobą zapach stęchłej ziemi. Z początku zawiał lekko, delikatnie muskając jej policzki i kark, a potem naparł na nią z siłą, która przygładziła futro na jej pysku. Jej oczy zmrużyły się, chroniąc od ostrego wichru, lecz gdy kapłanka na nowo je otworzyła, dostrzegła drobny kształt powiewający na wietrze – liść. Samotny kręcił się jakby w niepewnym tańcu. Był potargany, postrzępiony, ale wyraźnie przypominał… pięcioramienną gwiazdę. Przodkowie przemówili. Zanim zdążyła dokładnie mu się przyjrzeć, liść niespodziewanie przyspieszył i z impetem uderzył ją prosto w twarz. Nie bolało, ale siła uderzenia sprawiła, że szylkretka mimowolnie zamknęła oczy, zmarszczyła brwi i odchyliła głowę do tyłu. — Co do…! — syknęła, lecz przerwała w połowie zdania. Zacisnęła zęby, a po chwili zsunęła liść z futra jednym, nerwowym ruchem łapy. To nie była pomyłka, to nie był przypadkowy liść. To była odpowiedź od mrocznych przodków. Wojowniczka pochyliła się powoli przed Ciernistym Drzewem, kładąc po sobie uszy. Nie ważyła się spojrzeć w górę, a każdy skrawek jej ciała był teraz przepełniony szacunkiem. Przymknęła oczy, oddychając nierówno – i dopiero po dłuższej chwili przemówiła:
— Dziękuję wam… naprawdę dziękuję. Za to, że mnie wysłuchaliście. Za to, że przyszliście do mnie wtedy, gdy niepewność rodziła we mnie strach. — Zamilkła na kilka uderzeń serca, nabierając tchu. — Wasz znak był wyraźny i choć nie spodziewałam się go w takiej formie, nie mam wątpliwości, że był on prawdziwy — zakończyła. Jej podziękowania były krótkie, lecz nie widziała sensu, by niepotrzebnie je wydłużać. Kapłanka nachyliła się nad symbolami i starła je łapą, ukrywając wszelkie ślady po odbytym rytuale. Samą mysz wzięła w zęby i odłożyła pod jednym z krzewów, aby przodkowie mogli się nią pożywić. Gdy odchodziła, nie spojrzała się już za siebie. Wiedziała, że czeka ją długa noc pełna przemyśleń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz