[*] dla Zajęczej Stopy...
Czarna rozglądała się po obozie szukając szylkretki wzrokiem. Może jest już? Może już wraca?
Cicho jęknęła nie widząc przyjaciółki na horyzoncie.
- Nie ma jej. - odwróciła głowę w stronę czekoladowego. - I co robimy?
- Nie wiem, nie wiem, Konwalio. Nigdy nie wracała, aż tak późno, a przynajmniej mówiła, że dłużej gdzieś zagai. Poszła zbierać tylko kilka ziół, a to nie jest zajęcie na cały dzień. - miauknął zamyślony niebieskooki. - M-może pójdziemy jej szukać?
- Masz rację, chodźmy. - stanęła. - Martwię się o nią, mam nadzieję, że nic jej się nie stało.
- Ja też mam taką nadzieję, ale bądźmy dobrej myśli. - mruknął starszy i wyszedł z legowiska medyków.
***
Byli po za obozem, ciemno było bardziej niż w czterech literach. Co wcale nie pomagało szukającym kotą, a wręcz przeciwnie.
- Zajęcza Stopo! Zajęcza Stopo! - wołał syn Brzozowego Szeptu już od dobrych kilku chwil. - Nie widzę jej, a ty?
- Też nie... - Konwaliowe Serce pokręciła pyskiem i opuściła ze smutkiem uszy. - Na Klan Gwiazdy... Mogłam pójść z nią... - do jej oczu zaczęły napływać pierwsze łzy. Próbowała je powstrzymać i zachować zimną krew, ale nie umiała. A co jeśli zginęła gdzieś? Albo ktoś ją porwał? W końcu taki medyk dość cenny jest... - Mogłam jej nie puszczać samej... A co jeśli nie żyje?
Jeżowa Ścieżka lekko musnął ogonem przyjaciółkę.
- Spokojnie, nie płacz. Na pewno ją znajdziemy żywą. - mruknął cicho, w jego głosie można było usłyszeć niepewność - Na pewno... Wracajmy do szukania, jeśli my jej nie znajdziemy to inni.
- Dobrze. Zajęcza Stopo!!!
Kątem oka zobaczyła zawaloną norę, która jeszcze dzisiaj była jak nowa. Widziała ją na spacerze z Cętką.
- Patrz! - wskazała przednią łapą norę. - Jeżyku, ona jeszcze dzisiaj nie była zawalona...!
- M-myślisz ż-że utk-utknęła tam Zajęcza Stopa...? Nie... Nie... To nie możliwe...
- N-nie wiem... Musimy sprawdzić to... Pozostaje nam tylko nadzieja, ż-że tam nie weszła, bo... j-jeśli tak to... - nie odważyła się nawet skończyć. Zajęcza Stopa musiała żyć. Nie mogła umrzeć! To nie możliwe... Nie mogła...
Zaczęli kopać razem. Tak szybko jak mogli. Czas był cenny. Jeśli byłaby tam zaginiona każda sekunda była na wagę złota. Po chwili zobaczyli szylkretowe futro. Delikatnie odgarniali ziemię od ciała medyczki.
- J-jest, szybko, wyciągnijmy ją. - odrzekł spanikowany kocur.
<Jeżyku? Przepraszam, że takie krótkie...>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz