Czuł jak łapy padają mu ze zmęczenia. Dawno już nie chodził tak długo. Lecz nic nie mówił. Bał się postawić Wrzosowi. Tym bardziej, że ten i tak już mu pomagał. Las z każdym krokiem zdawał się gęstnieć. Drzewa były coraz ciaśniej ustawione, a krzewy porastały każdą wolną przestrzeń. Żywica czuł ile zwierzyny kryje się w tych zakamarkach. Nic dziwnego, że Wrzos tak walecznie bronił swoich terenów.
— Przerwa — zarządził Wrzos.
Żywica zmęczony padł na ziemię. Leśne podłoże było przyjemnie chłodne. Liliowy pewnie rozkoszowałby się nim dłużej, gdyby nie to, że czarny się do niego przysiadł.
— Mogłaś powiedzieć, że jesteś zmęczona — mruknął Wrzos.
Żywica zastrzygł uszami na formę żeńską. Czyżby i kocur wziął go za samicę? Liliowy coraz bardziej się zastanawiał co takiego zrobili mu Dwunogi, że nie było czuć, że jest kocurem. Może to przez nich smród? Już miał poprawić Wrzosa, lecz pewna myśl uderzyła mu do łba. Prawdopodobnie przez to, że czarny wziął go za kotkę był dla niego taki miły. W końcu kto by nie pomógł zagubionej panience w potrzebie? Na pewno już każdy szybciej niż jakiemuś samcowi. Przerażony myślą, że Wrzos go pogoni, gdy tylko wyjawi swoją prawdziwą płeć, Żywica kiwnął łebkiem.
— N-nie chciałam c-ci prze-przeszkadzać — wymamrotał cicho.
Wrzos pokręcił łbem.
— Jak zemdlejesz nie będę cię ciągnąć, Koniczynko — ostrzegł go czarny. — Idę zapolować, zostań tu i się nie zgub.
Gdy tylko Wrzos oddalił się na kawałek Żywica podniósł się powoli, rozglądając po terenie. Miał nadzieję, że wkrótce dojdą do nieco bardziej znanych mu terenów. Czuł, że tu już niedaleko.
— Da-daleko jeszcze?
— Daleko — odpowiedział Wrzos. — Pytasz o to od połowy podróży — dodał, wywracając ślipiami.
Żywica nie odpowiedział, jedynie spuścił łeb. Nie sądził, że kocur mając na myśli daleką wędrówkę ma na myśli parudniową. Wiedział, że trochę przejdą, lecz to był już drugi wschód słońca wędrówki. Żywicę powoli ciągłe chodzenie zaczynało wykańczać. Tym bardziej, że gór jak nie było widać tak nic się nie zmieniło. Powoli tracił nadzieję. Westchnął ciężko, spoglądając w górę. Gwiazdy rozświetlały im drogę, lecz żadna z nich nie wyglądała znajomo.
Gdzie był Klan Gwiazd, gdy go potrzebował?
— Jak będziesz stękać tak to cię tu zostawię, Koniczynko. — ostrzegł go Wrzos.
Liliowy kiwnął łbem.
— Coś ucichłaś — mruknął czarny, spoglądając na niego zielonymi ślipiami.
Żywica zerknął na kocura po czym usiadł, owijając łapy ogonem. Wahał się przed zwierzaniem się Wrzosowi. W końcu ten mógł uznać, że za bardzo marudzi i go tu zostawić. Niepewnie otworzył pysk.
— My-myślałam, że szybciej dotrę do domu... — wyznał cicho, czując rosnącą gulę w gardle. — Ja... ja po-po prostu chce j-już wrócić do do-domu... — pisnął żałośnie, ledwo hamując łzy.
Wrzos westchnął.
— Trzeba było nie dać się złapać — prychnął, odrywając ślipia od Żywicy.
Liliowy skrzywił się.
— Trze-trzeba było nie dać się zła-złapać? Trze-trzeba... trzeba było nie dać się złapać?! — wrzasnął na kocura. — Myślisz, że specjalnie tam wlazłam, lisi bobku?! Że specjalnie zo-zostawiłam swo-swoją rodzinę?! — uniósł się, prawie zapowietrzając.
Wrzos nie odpowiedział.
— N-nawet nic nie odpowiesz?! Nic?! Ty i Dwunogi jesteście siebie wart! — krzyknął, odbiegając od Wrzosa.
Był zły na kocura. Był zły na Dwunogi. Był zły to wszystko co się zadziało. Nie rozumiał jakim prawem to go spotkało. Nawet wolał nie próbować zrozumieć. Chciał jedynie. Chciał jedynie być już w domu. Móc zapomnieć o tej całej przygodzie. O tych wszystkich napotkanych kotach. Chciał jedynie móc się przytulić do Berberysowej Bryzy, posłuchać przechwałek Szczawiowego Liścia, odwiedzić grób Fiołkowej Doliny, obserwować jak Rumiankowa Pręga zagaduje do Mysiej Łapy, czy Daliowa Łapa ćwiczy po treningu, aby zostać szybciej wojowniczką. Tak bardzo chciał już ich wszystkich zobaczyć. Tak cholernie za nimi tęsknił. Za ich głosami, zapachem, czy ruchami ciała. Nigdy nie sądził po śmierci matki i Pójdźkowego Snu, że tak prędko będzie mu równie mocno zatęsknić. Chciał po prostu już być w Klanie Klifu.
Tylko dlaczego Gwiezdni tak bardzo mu to uniemożliwiali?
Pierwsza łza wypłynęła z pomarańczowego ślipia, a za nią kolejna i jeszcze jedna. Nie minęło uderzenie serca, a Żywica płakał jak mały kociak. Zupełnie jak wtedy gdy przestraszył się unoszonego przez powietrze liścia. Zmęczony i zapłakany sam nawet nie wiedział kiedy zasnął.
Śniła mu się Jarzębinka. Bawili się piórkiem sroki, które dostali od babci. Siostra wesoło ganiała za podarunkiem od Poplamionego Piórka, nawołując go do wspólnej zabawy. Mały Żywica nie umiał jej odmówić. Przez ten beztroski sen prawie zapomniał o całej podróży. Jeszcze zaspany wtulił się do leżącego obok niego kota. Futro Berberys wydawało się dziwnie sztywne, lecz nie zwrócił na to uwagi. Coś mamrocząc pod nosem, wtulił się w ukochaną. Tak strasznie brakowało mu jej ciepła.
— Eee... Koniczynko? — rozległ się głos nad jego uchem.
Żywica nieco zdezorientowany otworzył oczy. Zamiast ujrzeć ślipia w kolorze letnich słoneczników przywitała go mocna zieleń. Przetarł sennie oczy łapą i ziewnął. Wrzos przyglądał się mu uważnie.
— Co?! Co t-ty tu robisz?! — pisnął Żywica, zorientowawszy się kto obok niego leżał.
Kocur zdawał się nie być przejęty tak bardzo jak liliowy. Przeciągnął się leniwie.
— Trzęsłaś się. — oznajmił. — Poza tym to ty zaczęłaś się do mnie kleić — dodał, wywracając oczami. — No nie gap się tak na mnie — warknął, jeżąc się.
Żywica obrażony jedynie odwrócił się. Nie zamierzał rozmawiać z tym głupim kocurem, który sam brał go za jakiegoś skończonego mysiego móżdżka. Nawet go nie przeprosił za wczoraj, a teraz jeszcze kleił. Aroganckie lisie łajno.
— Ruszajmy — mruknął Wrzos, widząc, że jego towarzysz podróży był w nie sosie. — Skoro masz energię na obrażanie się to dasz radę bez postoju — dodał z podłym uśmiechem.
Żywica trzepnął ogonem.
Czemu każdy kocur musiał prędzej czy później zacząć działać mu na nerwy?
* * *
— Da-daleko jeszcze?
— Daleko — odpowiedział Wrzos. — Pytasz o to od połowy podróży — dodał, wywracając ślipiami.
Żywica nie odpowiedział, jedynie spuścił łeb. Nie sądził, że kocur mając na myśli daleką wędrówkę ma na myśli parudniową. Wiedział, że trochę przejdą, lecz to był już drugi wschód słońca wędrówki. Żywicę powoli ciągłe chodzenie zaczynało wykańczać. Tym bardziej, że gór jak nie było widać tak nic się nie zmieniło. Powoli tracił nadzieję. Westchnął ciężko, spoglądając w górę. Gwiazdy rozświetlały im drogę, lecz żadna z nich nie wyglądała znajomo.
Gdzie był Klan Gwiazd, gdy go potrzebował?
— Jak będziesz stękać tak to cię tu zostawię, Koniczynko. — ostrzegł go Wrzos.
Liliowy kiwnął łbem.
— Coś ucichłaś — mruknął czarny, spoglądając na niego zielonymi ślipiami.
Żywica zerknął na kocura po czym usiadł, owijając łapy ogonem. Wahał się przed zwierzaniem się Wrzosowi. W końcu ten mógł uznać, że za bardzo marudzi i go tu zostawić. Niepewnie otworzył pysk.
— My-myślałam, że szybciej dotrę do domu... — wyznał cicho, czując rosnącą gulę w gardle. — Ja... ja po-po prostu chce j-już wrócić do do-domu... — pisnął żałośnie, ledwo hamując łzy.
Wrzos westchnął.
— Trzeba było nie dać się złapać — prychnął, odrywając ślipia od Żywicy.
Liliowy skrzywił się.
— Trze-trzeba było nie dać się zła-złapać? Trze-trzeba... trzeba było nie dać się złapać?! — wrzasnął na kocura. — Myślisz, że specjalnie tam wlazłam, lisi bobku?! Że specjalnie zo-zostawiłam swo-swoją rodzinę?! — uniósł się, prawie zapowietrzając.
Wrzos nie odpowiedział.
— N-nawet nic nie odpowiesz?! Nic?! Ty i Dwunogi jesteście siebie wart! — krzyknął, odbiegając od Wrzosa.
Był zły na kocura. Był zły na Dwunogi. Był zły to wszystko co się zadziało. Nie rozumiał jakim prawem to go spotkało. Nawet wolał nie próbować zrozumieć. Chciał jedynie. Chciał jedynie być już w domu. Móc zapomnieć o tej całej przygodzie. O tych wszystkich napotkanych kotach. Chciał jedynie móc się przytulić do Berberysowej Bryzy, posłuchać przechwałek Szczawiowego Liścia, odwiedzić grób Fiołkowej Doliny, obserwować jak Rumiankowa Pręga zagaduje do Mysiej Łapy, czy Daliowa Łapa ćwiczy po treningu, aby zostać szybciej wojowniczką. Tak bardzo chciał już ich wszystkich zobaczyć. Tak cholernie za nimi tęsknił. Za ich głosami, zapachem, czy ruchami ciała. Nigdy nie sądził po śmierci matki i Pójdźkowego Snu, że tak prędko będzie mu równie mocno zatęsknić. Chciał po prostu już być w Klanie Klifu.
Tylko dlaczego Gwiezdni tak bardzo mu to uniemożliwiali?
Pierwsza łza wypłynęła z pomarańczowego ślipia, a za nią kolejna i jeszcze jedna. Nie minęło uderzenie serca, a Żywica płakał jak mały kociak. Zupełnie jak wtedy gdy przestraszył się unoszonego przez powietrze liścia. Zmęczony i zapłakany sam nawet nie wiedział kiedy zasnął.
* * *
— Eee... Koniczynko? — rozległ się głos nad jego uchem.
Żywica nieco zdezorientowany otworzył oczy. Zamiast ujrzeć ślipia w kolorze letnich słoneczników przywitała go mocna zieleń. Przetarł sennie oczy łapą i ziewnął. Wrzos przyglądał się mu uważnie.
— Co?! Co t-ty tu robisz?! — pisnął Żywica, zorientowawszy się kto obok niego leżał.
Kocur zdawał się nie być przejęty tak bardzo jak liliowy. Przeciągnął się leniwie.
— Trzęsłaś się. — oznajmił. — Poza tym to ty zaczęłaś się do mnie kleić — dodał, wywracając oczami. — No nie gap się tak na mnie — warknął, jeżąc się.
Żywica obrażony jedynie odwrócił się. Nie zamierzał rozmawiać z tym głupim kocurem, który sam brał go za jakiegoś skończonego mysiego móżdżka. Nawet go nie przeprosił za wczoraj, a teraz jeszcze kleił. Aroganckie lisie łajno.
— Ruszajmy — mruknął Wrzos, widząc, że jego towarzysz podróży był w nie sosie. — Skoro masz energię na obrażanie się to dasz radę bez postoju — dodał z podłym uśmiechem.
Żywica trzepnął ogonem.
Czemu każdy kocur musiał prędzej czy później zacząć działać mu na nerwy?
Jdndndns shippuje XD
OdpowiedzUsuńkiedyś uda xd
OdpowiedzUsuń