Niepewnie wpatrywał się na rwący strumień. Woda złowrogo bulgotała, uderzając o kamienie. Spojrzał niepewnie na swojego towarzysza. Wrzos westchnął.
— Nie bądź mysim bobkiem, Koniczynko — mruknął kocur, szturchając go lekko.
Żywica cofnął się do tyłu.
— N-nie umiem pływać — przyznał. — A moja ciocia umarła przez taki strumień — dodał ciszej.
Wrzos wywrócił teatralnie ślipiami.
— No to czas się przemóc — stwierdził czarny, popychając go ku wodzie. — Dasz radę, możesz się mnie trzymać za ogon, jak tak się kitrasz — dodał z wrednym uśmiechem.
Żywica spuścił wzrok. Droga na około pewnie zajęła by im kolejny wschód słońca. Podróżowali już razem trzy księżyce. Trzy cholerne księżyce. Żywiczna Mordka, który już praktycznie wcale nie reagował na stare imię, wciąż to w nie wierzył. Każdego dnia coraz bardziej tracił nadzieję na powrót do domu. Pyski Klifiaków coraz bardziej mu się zamazywały, a chęć podążania na przód nikła. W końcu nadal byli daleko.
Ile jeszcze się okaże, że będą wędrować?
Żywicy coraz głupiej było wykorzystywać biednego Wrzosa, który już całą Porę Nowych Liści prowadził go do domu.
— Ej, to jak? — mruknął czarny.
— M-możemy spróbować — miauknął Żywica, chwytając Wrzosa za ogon. — A-ale jakby mnie nurt porwał t-to mnie złapiesz? — upewnił się.
Wrzos wyszczerzył się.
— No jasne, głupolu — odpowiedział, wkraczając do strumienia.
Liliowy podążył za nim. Zjeżył się czując zimną ciecz na łapach. Zadygotał mimowolnie. Czując, że się coraz bardziej zamocza, zamknął oczy.
— Aż tak się boisz? — parsknął Wrzos.
Żywica otworzył oczy niechętnie, by zobaczyć ten dumny z siebie pysk kocura. Nie wierzył, że ten mysi bobek niczego nie bał. Zacisnął mocniej zęby na ogonie czarnego, by odgryźć się na towarzyszu.
— Ajć, przestań głupia — burknął, popychając go do wody.
Poczuł jak zimna ciecz otacza jego ciało. Mimowolnie pisnął.
— Lisi bobek! — wydarł się na kocura, czując cały nasiąka wodą.
Wrzos zaśmiał się.
— I czego się bałaś? Sama widzisz jak tu płytko — mruknął dumny.
Żywica nie podzielał jego dobrego humoru.
— Wronia strawa! — wrzasnął, chlapiąc czarnego wodą.
— Osz ty! — zawołał Wrzos, uderzając łapą o powierzchnie strumienia.
Wystarczyło parę uderzeń serca i obydwoje byli przemoczeni do suchej nitki.
— Ale durnie wyglądasz — stwierdził Wrzos, przyglądając się przemoczonej Koniczynce.
Żywica pokazał mu język.
— T-to twoja wina, mysi bobku — burknął obrażony.
Wrzos wzruszył ramionami.
— Sama się prosiłaś o to — mruknął, pokonując pospiesznie strumień. — Chodź szybciej to jeszcze zdążymy wyschnąć na polanie — zawołał, przyspieszając.
Liliowy podążył za kompanem, otrzepując się z nadmiaru wody.
* * *
Spał wygodnie na kawałku mchu, który Wrzos skądś wytrzasnął. Śnił znów o swoim dzieciństwie. O wesołych zabawach z siostrą, o ślicznych kamyczkach i kwiatkach przed kociarnią. O swoich ukochanych dziadkach Słonecznej Polanie i Poplamionym Piórku, którzy opowiadali mu liczne bajki. Uśmiechnął się lekko na widok pary pointów. Tak strasznie mu ich brakowało. Mama po śmierci rodziców stała się jeszcze bardziej smutna.
— Ej, Koniczynko — mruknął Wrzos, szturchając go.
Żywica przegonił go, machnięciem łapy. Chciał spędzić jeszcze trochę czasu z dziadkami.
— Wstań, a uwierz mi nie pożałujesz — nie odpuszczał czarny.
Żywica niechętnie otworzył pomarańczowe ślipia. Rozejrzał dokoła siebie, ale oprócz pyska Wrzosa nie było nic do oglądania.
— W-wiesz, że nienawidze g-głupich żartów — burknął zły, że porzucił sen dla niczego.
Czarny westchnął.
— Wstań, mysi móżdżku — rozkazał, ciągnąć lekko liliowego do góry. — Patrz, o tam — wskazał łapą północ.
Żywica mrużył oczy wciąż nie do końca przytomny, wstał i spojrzał w kierunku wskazywanym przez Wrzosa.
Góry.
— Aaa! — pisnął szczęśliwy wręcz podskakując.
Góry! Cholerne góry! W końcu do nich dotarli. W końcu był blisko domu. W końcu będzie mógł zobaczyć się z rodziną.
— Dziękuję! — miauknął, prawie płacząc ze szczęścia i rzucając się Wrzosowi na szyję. — Tak stra-strasznie ci dzie-dziekuję! — czuł jak słony potok wypływa z jego ślipi.
Czarny trochę znieruchomiały, poklepał go ogonem po grzbiecie.
— Jeszcze nie masz co dziękować, trochę nam zostało do przejścia, a znając twój fart, wolę cię odprowadzić do końca — mruknął kocur. — Jeszcze weźmiesz jakąś gałąź za węża — dodał.
Żywica zignorował końcową uwagę i kiwnął łbem.
— Mo-może... może do-dołączysz d-do mojego klanu? — zaproponował niepewnie.
Wrzos wybałuszył ślipia.
— Co? — miauknął zdziwiony, niepewny o co chodzi liliowemu. — Czemu?
Żywica spuścił uszy, nie wiedząc jak za bardzo to wytłumaczyć kocurowi.
— Po pro-prostu bę-będzie... będzie m-mi ciebie brakować — mruknął szybko Żywica, uciekając wzrokiem. — Choć two-twojego paskudnego p-pyska nie — dodał.
Wrzos zaśmiał się cicho.
— Chyba mówiłaś o sobie — odgryzł się mu. — To nie ja zaryłem czołem o gałąź.
Żywica napuszył się zły. Tłumaczył już kocurowi, że zdobył tą bliznę na wojnie.
— Odnośnie twojej propozycji... — urwał nagle Wrzos, zamyślając się. — Może, zastanowię się, ok?
Żywica kiwnął łbem. Miał nadzieję jedynie, że Lisia Gwiazda nie będzie miał nic przeciwko przyjęcia wojownika.
Wrzosek daj mu buzi
OdpowiedzUsuń