Przez dziury starego pnia przedostawały się rażące promienie słońca. Ptaszki ćwierkały, kwiatuszki kwitły, a takie kociaki jak Pierze paliły się w piekle… to znaczy, w żłobku. Oczywiście, że tam; w końcu miał karę. Może i nie cuchnął tak bardzo, jak Smrodek, bo Paskudek wykorzystał potencjał języka i naiwność Rybkowej Łapy – zaraz, Wścibskiej Łapy! – do wyczyszczenia jego śmierdzącego futerka. No cóż, coś kosztem czegoś. A skoro zahaczyliśmy o ten temat, to warto wspomnieć, skąd taka nagła zmiana imienia uczennicy. Otóż podczas sprzątania legowiska przywódcy, a przynajmniej tak się tłumaczyła, koteczka podobno zajrzała nie tam, gdzie potrzeba, a nawet ukazała się przed całym klanem, wchodząc na górę kamiennej wieży. Co za wstyd! Nawet Pierze tak się nie czuł na zgromadzeniu. Być może był to efekt nienawiści, która przyćmiła jakąkolwiek garstkę nieśmiałości w kociaku.
Pierze leżał przed żłobkiem, wpatrując się w błękitne niebo. Widział przed sobą latające, czarne kropki, niby muszki, ale działo się to tylko, gdy kocurek spoglądał prosto w niebo. Może i ostatnimi czasy miewał problemy ze snem, ale to nic takiego! Miał nadzieję, że to z czasem minie.
Tylko garstki chmur leniwie sunęły po rozgrzanym, niebieskim ogniu. Mimo że ten kolor miał się kojarzyć z Porą Nagich Drzew to dziś dawał do popisu. Może to słońce jest takie ciepłe — pomyślał. Zmarszczył brwi, przymrużając oczy w szparki. A czemu słońce? A może tak naprawdę słońce nazywa się księżyc, a księżyc… słońce? Kocurek uwielbiał kwestionować wszystko, co mu mówiono. Może to dlatego wciąż nie był uczniem.
Bąbelkowa Łapa wrócił ze swoich pierwszych łowów. Pierze wstał, słysząc szum wokół wyjścia z obozu. Zawołał Aminka, który klął w tym czasie Króliczego Bobka. Musieli zobaczyć czy temu szczęściarzowi udało się coś upolować.
— Bąbel, chodź no tu! — podbiegł rudy do młodszego o kilkaset uderzeń serca kocurka. Rzucił się wręcz na niego, przyszpilając do ziemi. Mimo wszystko to Paskudek wciąż wygrywał; był większy, silniejszy, odważniejszy… no i przystojniejszy! Pewnie będzie musiał znaleźć Bąblowi partnerkę, bo biedak zostałby sam aż do śmierci!
— Ej, złaź ze mnie! — pisnął czekoladowy.
— Dobra, dobra… nie musisz tak dramatyzować! Nic ci nie robię, widzisz? — odsunął się z uśmieszkiem, pozwalając braciszkowi wstać. Dmuchnął w swoją długą, iglastą i gęstą grzywkę, chcąc choć na chwilę ujrzeć Bąbelkową Łapę w pełnej okazałości. — No dobra… jak tam leci, stary? — przeszedł w końcu do rzeczy Paskudek. Kątem oka spojrzał na stertę zwierzyny niedaleko. — Złapałeś coś? Chociaż coś… bardziej jadalnego niż twój własny cień? — zachichotał wraz z Aminkiem.
Bąbelkowa Łapa oburzył się na jego słowa.
— Nieprawda! Ja… yyy… — wskazał prędko łapą na jakąś obślinioną wiewiórkę. — Ja to złapałem! Sam!
Baziowa Łapa spojrzała na niego spod byka.
— Łżesz! To ja to złapałam! — powiedziała i wymierzyła mu bolesnego kuksańca w bok. Bąbel omalże nie stracił równowagi.
Smrodek zaczął się śmiać jak psychopata, a Paskudek złowieszczo rechotać.
— Ale z ciebie frajer, Bąbel!
— I kłamca! — dodał z boku Aminek.
Bąbel patrzył na nich z szeroko otwartymi oczyma. Cofnął się, a oczy stały się szkliste. Pierze nie zdążył zareagować, a uczeń zaczął ryczeć. Bąbelkowa Łapa uciekł, potykając się o własne lub czyjeś łapy.
Aminek i Pierze popatrzyli po sobie, a potem wzruszyli ramionami.
— Przeeejdzie mu! — miauknęli jednocześnie, pewni w swoich słowach.
— Bąbel to po prostu mięczak — dodał Aminek.
Pierze mu przytaknął.
— Hej! Pierze! Tutaj!
Kocurek obejrzał się. Spojrzał prosto w oczy Wścibskiej Łapy.
— Cześć, Rybkowa Ła…
— Chcesz może porozmawiać?
— Uhhh… no… jasne! — odparł zmieszany. Czy czasem nie powinna teraz zmieniać tych swoich posłań? Ciekawe czy to nie jest ich kolejny parszywy test…
<Wścibska Łapo? O czym mamy dzisiaj spiskować, partnerko w zbrodni?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz