Przed mianowaniem trzypaku znajdek
Wszystko szło zgodnie z planem. Wszystkie koty z powiązaniami z Baśniową Stokrotką zostały uziemione, a ich bliscy wzięci na obserwację. Klan Nocy przetrwa kolejną walkę. Wyszła rano ze swojego legowiska i jak normalny wojownik wzięła zwierzynę z dziupli. Usiadła i powoli zaczęła konsumować pokarm. Obserwowała, jak klanowicze rozpoczynają swój typowy dzień. Niestety ta sielanka została gwałtownie przerwana. Wężynowy Kieł pewnym siebie krokiem z uniesioną głową wyszła z lecznicy i oznajmiła:
– Jestem w ciąży! – i nic nie byłoby w tym szczególnie dziwnego, gdyby nie następne zdanie. – I to nie byle jakiej! Moje dziecko będzie w rodzinie królewskiej!
Mandarynka prawie zakrztusiła się kawałkiem ryby. Co?! Jakim cudem?! Panika wezbrała w niej, przerywając mury chłodu. Rozejrzała się po zgromadzonych. Było tylko dwóch potencjalnych ojców. Szybki rzut okiem na Szałwiowe Serce wystarczył jednak, żeby go wykluczyć. Wojownik sam wyglądał na zdziwionego, jakby widział latające kamyki. Spojrzała więc na Błękitną Lagunę. Jego pysk był… Tej ekspresji nie dało się wpisać w klasyczne opisowe ramki. Jednak ewidentnie nie można było określić jej jako “zdziwionej”. Mimo że już zdążyła przełknąć nieszczęsny kawałek pokarmu, nadal czuła jakby jej gardło się ściskało. Czuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Porzuciła resztkę ryby na ziemi i chwiejnym krokiem podeszła do szylkretki. Chciała się śmiać. Powiedzieć, że to przecież tylko żart… przecież to niemożliwe… Tylko właściwie czemu nie miałoby to być możliwe? Ledwo była w stanie patrzeć przed siebie, jej wzrok ciągle uciekał. Otworzyła pysk, ale nie była w stanie wypowiedzieć żadnych słów. Ciężarna uśmiechnęła się.
– Och! Mandarynkowa Gwiazdo! Chciałabyś może pójść na jeszcze jeden krótki spacer, zanim ulokuję się w żłobku?
Czyli to nie był żart. Bezwiednie powłóczyła łapami za szylkretką do wyjścia z obozu. Dopiero wtedy była w stanie wykrztusić jedyne wyrazy, jakie teraz zajmowały jej mózg.
– Ale… jak? Kiedy? Wy…? – w tym momencie nie wyglądała na chłodną przywódczynię. Ponownie na jej twarzy gościł podobny wyraz, co wtedy, kiedy jeszcze jako uczennica zobaczyła zwłoki Błotnistej Plamy zwisające z pyska babki. Widząc to, Wężyna przybrała twarz zatroskanej koleżanki.
– Och, Mandarynko... – wymruczała przeciągle. – To długa historia, a ty nie wyglądasz dobrze. Ostatnio masz tyle zmartwień na głowie... Powinnaś odpoczywać. Kiedyś zdradzę ci szczegóły, jednak na razie naszym priorytetem powinno być zdrowie naszej ukochanej liderki – kąciki pyska szylkretki powędrowały do góry. – W końcu nasza krew się połączy. To wspaniałe, czyż nie?
Ostatnie kilka słów wybrzmiały niczym grzmot w jej głowie. Brzmiały zbyt znajomo. Nie chciała tego znowu. Nie teraz, kiedy na chwilę odzyskała jasność umysłu, nie teraz, kiedy szepty wreszcie ustały. Nie wiedziała, czy rzeczywiście to usłyszała, czy to tylko nadmiar emocji. Postawiła krok w tył, po czym odwróciła się od zielonookiej i praktycznie przesprintowała z powrotem do swojego legowiska. Miała wrażenie, że coś ją goni. Te zielone spojrzenie… Szybko oddychając, dotknęła łapą policzka, jakby miała tam znaleźć krew. Na szczęście nic jej nie było. Ale czy to mogło jakkolwiek uspokoić niepokój kotki?
***
Niestety pomimo jej początkowych lęków, nie był to koszmar. Wężyna rzeczywiście była w ciąży i nieważne ile razy Mandarynka pytała, odpowiedź medyczek była niezmienna. “W końcu nasza krew się połączy. To wspaniałe, czyż nie?” cały czas zadawała sobie to pytanie, nie mogąc jednak pozbyć się głosu, który słyszała, gdy było ono wypowiadane. Chciała powiedzieć, że to wspaniałe, że ona i Wężyna wreszcie będą rodziną… Tylko nie tak to miało wyglądać. Czuła się zawiedziona. Przede wszystkim sobą, że nie dała rady tego przewidzieć i temu zapobiec. Czuła rozdzierający ból odrzucenia. I pewne obrzydzenie. Tym, że Wężyna najprawdopodobniej wykorzystała jej syna. I tym, że nadal nie potrafiła jasno określić uczuć, które do niej czuła. Nieważne jak bardzo próbowała, nie mogła wymyślić zbiegu zdarzeń, w którym ta sytuacja byłaby pozytywna. Myśl o tym, że zauroczyła ją partnerka jej syna, sprawiała, że chciała wymiotować. Nie mogła patrzeć im w oczy. A szczególnie Błękitnej Lagunie. Była na niego wściekła, mimo że nie miała o co. A góra faktów, o których ten nie mógł się nigdy dowiedzieć, po raz kolejny się powiększyła.
– Mandarynkowa Gwiazdo? – o wilku mowa. Nie odpowiadała. Nie wiedziała, co mogła powiedzieć. Nie wiedziała nawet, czy chciała cokolwiek mówić. Miała nadzieję, że ten sobie pójdzie, ale zamiast tego kocur po prostu wszedł do środka. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zebrała całą stanowczość, jaką w tej chwili mogła w sobie znaleźć i powiedziała:
– Wyjdź.
Zaskoczony zastępca popatrzył na nią.
– Ale-
– Wyjdź.
Widząc, że tu nic nie osiągnie, czarno-biały poddał się i opuścił legowisko.
***
– Ja… nie… wiem…
<Żmij?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz