Kotka z należytą sumiennością praktykowała jedną, prostą, zasadę.
To, co działo się dookoła niej, nie miało większego znaczenia, dopóki nie dotyczyło jej samej.
Z tego też powodu wszelkie boleści Klanu Nocy, dziwaczne związki książąt-konfidentów ze staruszkami, zdrady stanów i tego typu melodramaty, zwisały jej koło nosa. Wychodziła z założenia, że póki jej ogon był bezpieczny, nic więcej nie powinno zaprzątać jej myśli.
Dzisiejszy dzień należał do tych przyjemniejszych. Wody między wyspami były spokojniejsze niż zwykle, a słońce wiszące wysoko nad horyzontem przyjemnie ogrzewało jej futro. Dzięki temu pływanie stało się znośniejsze, a noce spokojniejsze, choć i tak ograniczała moczenie się do absolutnego minimum. Zdecydowanie wolała ląd. Zwłaszcza teraz, gdy wraz z rozkwitem pory roku zwierzyny nie brakowało, a ona mogła z czystym sumieniem polować na suchym, stabilnym podłożu.
Samotność nigdy jej nie przeszkadzała. Inni wojownicy stanowili raczej miły dodatek — widownię, która powinna z należytą uwagą podziwiać jej futro i nie szczędzić komplementów.
Mimo to zazwyczaj trzymała się większych patroli. Gdzieś z tyłu głowy wciąż czaiło się wspomnienie paskudnych zgrai samotników, więc gdy zapuszczała się sama, wybierała raczej okolice bliżej granic innych klanów. Co mógł jej zrobić jakiś Burzak albo Klifiak? Nawet by jej nie podskoczyli — dwie siebie warte zgraje nieudaczników. Do Wilczaków również nie pałała sympatią, lecz na szczęście ich tereny leżały znacznie dalej. Sojusz czy nie, pod nosem miała już wystarczająco dużo kotów, których ledwie tolerowała.
Zawahała się, gdy przyszło jej przepłynąć rzekę. Jedyną istotą, którą naprawdę tolerowała w wodzie, było jej własne odbicie. Czasem zatrzymywała się nad spokojną taflą i przyglądała swojemu pysku ozdobionemu ciemną smugą. Dwubarwne tęczówki sprawiały, że czuła się wyjątkowa. Zresztą, w jej mniemaniu wszystko w niej było piękne. I niemal idealne.
Teraz jednak ostrożnie stawiała kroki, czując się nieswojo bliżej granicy. Sama nie potrafiła do końca wyjaśnić, co ją tu przyciągnęło. Chęć zmierzenia się z własnymi lękami brzmiała absurdalnie, bo przecież nigdy nie przyznałaby, że jakiekolwiek posiada. O nie. Była silna. Wspaniała. Mądra. I przede wszystkim niezwykle skromna.
Zastrzygła uchem, gdy wśród traw rozległ się cichy szelest. Po chwili dostrzegła drobną mysz — niewielką, stanowiącą najwyżej przekąskę dla kocięcia, ale wciąż lepszą niż nic. Są przecież tacy, którzy całymi dniami wygrzewają się w słońcu, i była ona, pracowita oraz zawzięta. To się przecież liczyło. Przykucnęła, krzywiąc się lekko, gdy piach musnął jej brzuch. Znowu pół dnia spędzi na pielęgnacji futra. Postąpiła kilka kroków bliżej, skupiona na drobnej sylwetce wśród traw, lecz wtedy rozległ się kolejny szelest — głośniejszy, sugerujący coś znacznie większego. Gwałtownie zadarła pysk, płosząc mysz, która natychmiast zniknęła w zieleni. W tej samej chwili dostrzegła jedynie ulotny błysk szarej sierści wymykającej się z krzewów. Nie zastanawiała się długo, gdyż instynkt kazał jej ruszyć biegiem.
Coś ją goniło. Na pewno. Nie słyszała za sobą żadnych kroków, lecz upór i wola przetrwania mówiły jej, by się nie zatrzymywać. Pędziła wzdłuż wody, czując jak łapy uderzają o ziemię coraz szybciej, a serce wali jej w piersi. Wyhamowała dopiero wtedy, gdy na jej drodze ni stąd, ni zowąd wyrósł skulony, jasny kot. Obróciła gwałtownie łeb, spodziewając się ataku, jednak za plecami panowała cisza. Zamiast krwiożerczego drapieżnika, w niedużej od siebie odległości dostrzegła zająca — tłustego, szarego i zupełnie nieświadomego zamieszania.
Wzdrygnęła się. Zwiewała przed... Nie, tu na pewno było coś jeszcze. A tego długouchego podrzucili jej Gwiezdni. To była jedyna sensowna wersja wydarzeń
— Śniący? — Doszedł do jej uszu cichy głos, należący do przeszkody, która powstrzymała ją od dalszych pędów. — Nie... Nie pachniesz jak Śniący...
Zmrużyła oczy. A ten skąd się tu wziął? Była niepowtarzalna i widząc ją, powinien od razu wiedzieć, że z kimkolwiek jej nie pomylił, na pewno tym kimś nie jest. Nawet nie potrafiła powtórzyć tego imienia, które wymajaczył — nie było warte jej uwagi. Zazwyczaj w takich sytuacjach po prostu by się wycofała, nie wdając się w rozmowy z kimś spoza klanu, jednak tym razem coś ją zatrzymało. Futro kocura było… specyficzne. Nie w tym zapierającym dech stylu co jej własne, ale jego niebieskawe pręgi przyciągnęły na chwilę jej uwagę.
— Nie — prychnęła w końcu. — Ja pachnę ładnie. A ten twój... ktokolwiek, z pewnością śmierdzi. Zresztą jak każdy z waszej bandy.
Wciągnęła ze świstem zapach unoszący się w powietrzu. Burzak? Skrzywiła się i rozejrzała po okolicy. Nie było mowy, by przekroczyła granicę. To nie byłoby do niej podobne. Brzydzili ją, a z własnej woli nigdy nie postawiłaby na cudzych terenach łapy.
Kocur wzdrygnął się, co z początku ją wystraszyło, gdyż spodziewała się nagłego ataku z jego strony.
— Nie wiem, nie wąchałem cię — odparł po chwili ciszy, raczej beznamiętnym tonem. — Może też śmierdzisz. Na przykład rybami. — Zdawało się, że albo był pewny siebie, albo wiedział coś, czego kotka wiedzieć nie mogła, a czas miał wszystko pokazać.
Z początku, rzecz jasna, nastroszyła się na te słowa. Akurat śmierdzenie i ryby wzajemnie się wykluczały, jednak czego mogła się spodziewać po kocie z innego klanu? Logiczne że nie wiedział, co dobre. Na dodatek uparcie trzymał spuszczony pysk, przez co nie mogła nawet zaznaczyć swojej wyższości samym spojrzeniem. Było to wyjątkowo irytujące — jakby celowo odmawiał jej tej drobnej przyjemności.
— Najwidoczniej masz problemy z węchem — rzuciła chłodno.
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to nie były jej tereny. Rozsądek podpowiadał, że powinna się wycofać, zanim rozmowa przerodzi się w coś bardziej kłopotliwego. Nie chciała problemów — w końcu to nie jej wina, że goniła ją jakaś bestia i nie miała lepszego miejsca do ucieczki. Tak przynajmniej wolała to sobie tłumaczyć.
Mimo to nie potrafiła tak po prostu odejść. Coś w wyglądzie kocura uparcie przyciągało jej uwagę. Jego futro nie było wcale takie zwyczajne, jak początkowo sądziła. Najbliżej było mu chyba do pręgowania cętkowanego, lecz nadal nie oddawało to w pełni jego wzoru. Plamy były większe, bardziej rozlane, a jaśniejsze środki tworzyły zaskakująco harmonijną całość. Nic wyjątkowego w porównaniu z jej wdzięcznymi spiralami, a jednak widok ten dziwnie ją drażnił. Jakby niechętnie musiała przyznać, że było w nim coś interesującego.
— Uh, z głową zresztą też masz coś nie tak. Ktoś wchodzi na tereny twojego klanu, a ty co? Zero postawy obronnej? Widać, że pozamienialiście się na rozumy z królikami — stwierdziła z wyraźną dezaprobatą. Najwyraźniej tylko w jej przypadku ładne futro szło w parze z rozsądkiem.
— Ah, tak, to... Nie, żebym mógł coś z tym zrobić. Znaczy, niby bym mógł, ale mało by z tego wyszło? Zawsze mogę wrzasnąć i ktoś mi przyjdzie pomóc, po prostu gardło będzie boleć. A co, wyglądam groźnie? Dałbym radę cię przegonić? — wyjaśnił tonem którym mógłby oceniać czyjąś sytuację, a nie swoją, jakby aktualne możliwe niebezpieczeństwo go nie dotyczyło. — I z nosem mam wszystko w porządku, z głową chyba też — dodał. — A skoro jesteś świadoma, że jesteś nie na swoich terenach, to to nie tak, że z tobą jest coś nie tak? — spytał szczerze, przekręcając głowę. — Po co tu weszłaś, jesteś masochistką czy coś?
— Słucham? — burknęła odruchowo, krzywiąc się. — Oczywiście, że nie, zresztą nie dałbyś mi rady, ale...
Urwała w pół słowa. Dopiero teraz, gdy jego pysk nie był już pochylony ku ziemi, dostrzegła coś, co sprawiło, że jej myśli nagle się rozproszyły.
Oczy kocura były niezwykle blade. Puste. Pozbawione ciemnych źrenic, po których zawsze najłatwiej było odczytać, co myślał rozmówca. Patrzyły w jej stronę, a jednak jakby wcale jej nie widziały.
I nie chodziło o to, że zrobiło jej się głupio. Po prostu poczuła się dziwnie. Stała przed nim w całej swojej okazałości, z tym pięknym futrem i idealnie ułożonymi smugami, a on nawet nie miał szansy tego dostrzec. To było w pewien sposób przykre. Może wcale nie byłby takim ignorantem, gdyby mógł zobaczyć, z kim rozmawia. Może nawet nie wiedział, że jego własna sierść wcale nie była tak nijaka jak u co drugiego wojownika.
Przez dłuższą chwilę milczała, rozglądając się dookoła. Był tu sam, blisko granicy. Nie żeby szczególnie zależało jej na losie obcych kotów, ale nawet ona potrafiła uznać, że nie był to zbyt mądry pomysł.
— Ciebie wygnano, czy coś? — palnęła w końcu. — Czy Burzacy mają bezmyślność w naturze? Sam przylazłeś na granicę, wiedząc że… no… — zawahała się, marszcząc nos — no wiesz, nie widzisz? — Poczuła się nagle trochę niezręcznie z własnej bezpośredniości. — Nikt cię nie kocha, że pozwala ci tak beztrosko pakować się pod nos potencjalnego zagrożenia? — mruknęła. — Na Klan Gwiazd, kocięta też tak zostawiacie same sobie przy granicach? I że was jeszcze wszystkich nic nie powybijało...
Ostatnie słowa zabrzmiały bardziej jak zdezorientowane burknięcie niż prawdziwa złośliwość. Nadal nie była pewna, co właściwie powinna teraz myśleć. Zupełnym przypadkiem zawędrowała na nieswoje rejony, ale teraz zdawało jej się zbyt późno, aby tak po prostu zawrócić.
To, co działo się dookoła niej, nie miało większego znaczenia, dopóki nie dotyczyło jej samej.
Z tego też powodu wszelkie boleści Klanu Nocy, dziwaczne związki książąt-konfidentów ze staruszkami, zdrady stanów i tego typu melodramaty, zwisały jej koło nosa. Wychodziła z założenia, że póki jej ogon był bezpieczny, nic więcej nie powinno zaprzątać jej myśli.
Dzisiejszy dzień należał do tych przyjemniejszych. Wody między wyspami były spokojniejsze niż zwykle, a słońce wiszące wysoko nad horyzontem przyjemnie ogrzewało jej futro. Dzięki temu pływanie stało się znośniejsze, a noce spokojniejsze, choć i tak ograniczała moczenie się do absolutnego minimum. Zdecydowanie wolała ląd. Zwłaszcza teraz, gdy wraz z rozkwitem pory roku zwierzyny nie brakowało, a ona mogła z czystym sumieniem polować na suchym, stabilnym podłożu.
Samotność nigdy jej nie przeszkadzała. Inni wojownicy stanowili raczej miły dodatek — widownię, która powinna z należytą uwagą podziwiać jej futro i nie szczędzić komplementów.
Mimo to zazwyczaj trzymała się większych patroli. Gdzieś z tyłu głowy wciąż czaiło się wspomnienie paskudnych zgrai samotników, więc gdy zapuszczała się sama, wybierała raczej okolice bliżej granic innych klanów. Co mógł jej zrobić jakiś Burzak albo Klifiak? Nawet by jej nie podskoczyli — dwie siebie warte zgraje nieudaczników. Do Wilczaków również nie pałała sympatią, lecz na szczęście ich tereny leżały znacznie dalej. Sojusz czy nie, pod nosem miała już wystarczająco dużo kotów, których ledwie tolerowała.
Zawahała się, gdy przyszło jej przepłynąć rzekę. Jedyną istotą, którą naprawdę tolerowała w wodzie, było jej własne odbicie. Czasem zatrzymywała się nad spokojną taflą i przyglądała swojemu pysku ozdobionemu ciemną smugą. Dwubarwne tęczówki sprawiały, że czuła się wyjątkowa. Zresztą, w jej mniemaniu wszystko w niej było piękne. I niemal idealne.
Teraz jednak ostrożnie stawiała kroki, czując się nieswojo bliżej granicy. Sama nie potrafiła do końca wyjaśnić, co ją tu przyciągnęło. Chęć zmierzenia się z własnymi lękami brzmiała absurdalnie, bo przecież nigdy nie przyznałaby, że jakiekolwiek posiada. O nie. Była silna. Wspaniała. Mądra. I przede wszystkim niezwykle skromna.
Zastrzygła uchem, gdy wśród traw rozległ się cichy szelest. Po chwili dostrzegła drobną mysz — niewielką, stanowiącą najwyżej przekąskę dla kocięcia, ale wciąż lepszą niż nic. Są przecież tacy, którzy całymi dniami wygrzewają się w słońcu, i była ona, pracowita oraz zawzięta. To się przecież liczyło. Przykucnęła, krzywiąc się lekko, gdy piach musnął jej brzuch. Znowu pół dnia spędzi na pielęgnacji futra. Postąpiła kilka kroków bliżej, skupiona na drobnej sylwetce wśród traw, lecz wtedy rozległ się kolejny szelest — głośniejszy, sugerujący coś znacznie większego. Gwałtownie zadarła pysk, płosząc mysz, która natychmiast zniknęła w zieleni. W tej samej chwili dostrzegła jedynie ulotny błysk szarej sierści wymykającej się z krzewów. Nie zastanawiała się długo, gdyż instynkt kazał jej ruszyć biegiem.
Coś ją goniło. Na pewno. Nie słyszała za sobą żadnych kroków, lecz upór i wola przetrwania mówiły jej, by się nie zatrzymywać. Pędziła wzdłuż wody, czując jak łapy uderzają o ziemię coraz szybciej, a serce wali jej w piersi. Wyhamowała dopiero wtedy, gdy na jej drodze ni stąd, ni zowąd wyrósł skulony, jasny kot. Obróciła gwałtownie łeb, spodziewając się ataku, jednak za plecami panowała cisza. Zamiast krwiożerczego drapieżnika, w niedużej od siebie odległości dostrzegła zająca — tłustego, szarego i zupełnie nieświadomego zamieszania.
Wzdrygnęła się. Zwiewała przed... Nie, tu na pewno było coś jeszcze. A tego długouchego podrzucili jej Gwiezdni. To była jedyna sensowna wersja wydarzeń
— Śniący? — Doszedł do jej uszu cichy głos, należący do przeszkody, która powstrzymała ją od dalszych pędów. — Nie... Nie pachniesz jak Śniący...
Zmrużyła oczy. A ten skąd się tu wziął? Była niepowtarzalna i widząc ją, powinien od razu wiedzieć, że z kimkolwiek jej nie pomylił, na pewno tym kimś nie jest. Nawet nie potrafiła powtórzyć tego imienia, które wymajaczył — nie było warte jej uwagi. Zazwyczaj w takich sytuacjach po prostu by się wycofała, nie wdając się w rozmowy z kimś spoza klanu, jednak tym razem coś ją zatrzymało. Futro kocura było… specyficzne. Nie w tym zapierającym dech stylu co jej własne, ale jego niebieskawe pręgi przyciągnęły na chwilę jej uwagę.
— Nie — prychnęła w końcu. — Ja pachnę ładnie. A ten twój... ktokolwiek, z pewnością śmierdzi. Zresztą jak każdy z waszej bandy.
Wciągnęła ze świstem zapach unoszący się w powietrzu. Burzak? Skrzywiła się i rozejrzała po okolicy. Nie było mowy, by przekroczyła granicę. To nie byłoby do niej podobne. Brzydzili ją, a z własnej woli nigdy nie postawiłaby na cudzych terenach łapy.
Kocur wzdrygnął się, co z początku ją wystraszyło, gdyż spodziewała się nagłego ataku z jego strony.
— Nie wiem, nie wąchałem cię — odparł po chwili ciszy, raczej beznamiętnym tonem. — Może też śmierdzisz. Na przykład rybami. — Zdawało się, że albo był pewny siebie, albo wiedział coś, czego kotka wiedzieć nie mogła, a czas miał wszystko pokazać.
Z początku, rzecz jasna, nastroszyła się na te słowa. Akurat śmierdzenie i ryby wzajemnie się wykluczały, jednak czego mogła się spodziewać po kocie z innego klanu? Logiczne że nie wiedział, co dobre. Na dodatek uparcie trzymał spuszczony pysk, przez co nie mogła nawet zaznaczyć swojej wyższości samym spojrzeniem. Było to wyjątkowo irytujące — jakby celowo odmawiał jej tej drobnej przyjemności.
— Najwidoczniej masz problemy z węchem — rzuciła chłodno.
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to nie były jej tereny. Rozsądek podpowiadał, że powinna się wycofać, zanim rozmowa przerodzi się w coś bardziej kłopotliwego. Nie chciała problemów — w końcu to nie jej wina, że goniła ją jakaś bestia i nie miała lepszego miejsca do ucieczki. Tak przynajmniej wolała to sobie tłumaczyć.
Mimo to nie potrafiła tak po prostu odejść. Coś w wyglądzie kocura uparcie przyciągało jej uwagę. Jego futro nie było wcale takie zwyczajne, jak początkowo sądziła. Najbliżej było mu chyba do pręgowania cętkowanego, lecz nadal nie oddawało to w pełni jego wzoru. Plamy były większe, bardziej rozlane, a jaśniejsze środki tworzyły zaskakująco harmonijną całość. Nic wyjątkowego w porównaniu z jej wdzięcznymi spiralami, a jednak widok ten dziwnie ją drażnił. Jakby niechętnie musiała przyznać, że było w nim coś interesującego.
— Uh, z głową zresztą też masz coś nie tak. Ktoś wchodzi na tereny twojego klanu, a ty co? Zero postawy obronnej? Widać, że pozamienialiście się na rozumy z królikami — stwierdziła z wyraźną dezaprobatą. Najwyraźniej tylko w jej przypadku ładne futro szło w parze z rozsądkiem.
— Ah, tak, to... Nie, żebym mógł coś z tym zrobić. Znaczy, niby bym mógł, ale mało by z tego wyszło? Zawsze mogę wrzasnąć i ktoś mi przyjdzie pomóc, po prostu gardło będzie boleć. A co, wyglądam groźnie? Dałbym radę cię przegonić? — wyjaśnił tonem którym mógłby oceniać czyjąś sytuację, a nie swoją, jakby aktualne możliwe niebezpieczeństwo go nie dotyczyło. — I z nosem mam wszystko w porządku, z głową chyba też — dodał. — A skoro jesteś świadoma, że jesteś nie na swoich terenach, to to nie tak, że z tobą jest coś nie tak? — spytał szczerze, przekręcając głowę. — Po co tu weszłaś, jesteś masochistką czy coś?
— Słucham? — burknęła odruchowo, krzywiąc się. — Oczywiście, że nie, zresztą nie dałbyś mi rady, ale...
Urwała w pół słowa. Dopiero teraz, gdy jego pysk nie był już pochylony ku ziemi, dostrzegła coś, co sprawiło, że jej myśli nagle się rozproszyły.
Oczy kocura były niezwykle blade. Puste. Pozbawione ciemnych źrenic, po których zawsze najłatwiej było odczytać, co myślał rozmówca. Patrzyły w jej stronę, a jednak jakby wcale jej nie widziały.
I nie chodziło o to, że zrobiło jej się głupio. Po prostu poczuła się dziwnie. Stała przed nim w całej swojej okazałości, z tym pięknym futrem i idealnie ułożonymi smugami, a on nawet nie miał szansy tego dostrzec. To było w pewien sposób przykre. Może wcale nie byłby takim ignorantem, gdyby mógł zobaczyć, z kim rozmawia. Może nawet nie wiedział, że jego własna sierść wcale nie była tak nijaka jak u co drugiego wojownika.
Przez dłuższą chwilę milczała, rozglądając się dookoła. Był tu sam, blisko granicy. Nie żeby szczególnie zależało jej na losie obcych kotów, ale nawet ona potrafiła uznać, że nie był to zbyt mądry pomysł.
— Ciebie wygnano, czy coś? — palnęła w końcu. — Czy Burzacy mają bezmyślność w naturze? Sam przylazłeś na granicę, wiedząc że… no… — zawahała się, marszcząc nos — no wiesz, nie widzisz? — Poczuła się nagle trochę niezręcznie z własnej bezpośredniości. — Nikt cię nie kocha, że pozwala ci tak beztrosko pakować się pod nos potencjalnego zagrożenia? — mruknęła. — Na Klan Gwiazd, kocięta też tak zostawiacie same sobie przy granicach? I że was jeszcze wszystkich nic nie powybijało...
Ostatnie słowa zabrzmiały bardziej jak zdezorientowane burknięcie niż prawdziwa złośliwość. Nadal nie była pewna, co właściwie powinna teraz myśleć. Zupełnym przypadkiem zawędrowała na nieswoje rejony, ale teraz zdawało jej się zbyt późno, aby tak po prostu zawrócić.
<Księżycu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz