Gdy Paskudek był Pierzem, małym słodkim kociakiem
Barszcz zachichotał, rozklejając się totalnie nad słodkością Pierza. Mały puchaty kociak przypominał mu, jak wspaniale jest mieć pociechy, i o tym, że Klan rośnie w siłę. Schylił się do niego, machając krótkim ogonkiem.
— Twoi bracia to leniuszki, hmm? — Zapytał. — I tylko Ty jesteś taki żądny przygód? — Zachichotał.
— Tak! — zadeklarował głośno. — Oni tylko jęczą i narzekają, a nasz tata ma bardzo ważne misje! Podobno! — Mówił, rozgadując się na całość.
— Jestem Barszczowa Łodyga, ale możesz mi mówić wujek Barszcz — oznajmił. Skrócenie jego imienia powinno być łatwiejsze do wymówienia dla Pierza, aniżeli pełne wojownicze imię. Poza tym lubił być nazywany wujkiem.
— Dobrze, dobrze. Pójdziemy razem obejrzeć wieżę! Tylko po cichutku, żeby nie obudzić Twoich braci! — Szepnął do niego, jakby planowali jakąś wielką rozróbę.
Tląca się iskra w oceanicznych oczach kociaka przybrała na sile. Wypiął pierś, próbując wyglądać na większego, ale słysząc zgodę, zaczął popiskiwać i skakać z radości.
— Tak! Tak! Tak! — Jego szepty graniczyły z piskami stóp potworów. Wziął głęboki wdech i wydech, aby się uspokoić. — Chodźmy! Chodźmy!
Po sekundzie już umysł Pierza był zajęty czymś innym. Wojownik grzecznie czekał, aż ten przetrawi wszystko.
— A co to ten... barżdż? — Spróbował powtórzyć młodziak. — I łodyga? I czemu ty jesteś wujek Barżdż? — Nagle zmarszczył pysk w grymasie — Ja już mam wujka! Jest tym, yyy... medykowym kotem! Tak... — Mówił szybko, aż nadto. Starszy grzecznie słuchał i próbował nadążyć.
— Barszcz to taka roślinka — miauknął. — A łodygi mają różne rośliny, na pewno widziałeś już jakieś! A jeśli nie, to przyniosę Ci jutro coś fajnego.
— A przyniesiesz mi kwiatki? Takie ładne... różowe, fioletowe i żółte! Znajdź mi je! — Zażądał Pierze po raz kolejny. — Podobno zaraz wyrosną jakieś kwiatki! Tak mi mama mówiła! — Ciągnął. — Chcę je mieć, aby Aminek i Bąbel mi zazdrościli! Chcę być PIĘKNY! — Rzekł, a na końcu dodał krzyk zbliżony do pisku wydawanego przez stopy potworów. Zmarszczył brwi w determinacji, a w granatowych oczkach było widać tlącą się iskrę ambicji na tle spokojnego, głębokiego oceanu.
Pierze z szokiem namalowanym na pysku zaczął wpatrywać się nagle w ogon kocura.
— Co... co ci się stało z ogonkiem...? — Zapytał drżącym głosem i aż musiał przyjrzeć się swojemu ogonowi czy był na miejscu. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył swoją płomienną kitę tam, gdzie powinna być. — Czemu... czemu masz... bobka zamiast ogonka?
Barszczyk zaśmiał się dźwięcznie, podążając za wzrokiem malca. Postawił uszy do góry i pokazał mu bliżej swój krótki ogonek.
Słysząc określenie "bobek" na swój ogon, nie mógł nic poradzić na to, że wkradł mu się szeroki uśmiech na pyszczek. Pokręcił głową, przymykając oczy. Jaki mały zabawny kociak, taki kreatywny! Barszcz nie obraził się za to określenie, Pierze był mały, miał nieduży zasób słów oraz nie wiedział wielu rzeczy o świecie. Toteż Barszcz, jak przystało na dobre wujka (chociaż Pierze go nie uznał jeszcze), postanowił wyjaśnić.
— Mam taki krótki ogonek od urodzenia. — Powiedział. — Nasz lider, a mój brat też taki ma. Dostaliśmy go od rodziców! Czasem zdarza się, że niektóre koty rodzą się z krótkim ogonkiem, albo z uszkami wywiniętymi do tyłu. O! A jeszcze inne mają kręconą sierść! To dopiero niesamowite!
Na kolejne zdania kocurek wytrzeszczył oczy.
— Serioooo!? — miauknął przejęty, a iskry ambicji w oczach przerodziły się w gwiazdki zachwytu. — A ja? A ja co mam takiego w sobie? Też się wyróżniam? — Zalał Barszcza pytaniami. — Powiedz, powiedz! — Ponaglił go.
Barszcz podniósł łapę i pogłaskał niesforną czuprynkę Pierza. Pokiwał przy tym głową, wydając z siebie głośne "hmmm", żeby zaakcentować swoje zastanowienie.
— Masz! Zobacz jakie plamki masz na futerku, nikt takich nie ma! A widziałeś własne uszka? Jedyne w swoim rodzaju! — Odpowiedział z przekonaniem. — A kwiatki w zimę może być troszkę ciężko znaleźć, Pierze.
Zabrał łapę i schylił się do kocurka. Położył się na chlebek i pomyślał moment.
— Co Ty na to, że jak przyjdzie wiosna, to pójdziemy razem poszukać kwiatków? I wtedy weźmiemy tyle, ile będziesz chciał! I żółte, i fioletowe, może nawet znajdziemy czerwone!
~*~
Nadeszło parne lato, które Barszcz przez swój wiek odczuwał dużo bardziej, niż kiedykolwiek. Mało co wyściubiał nosa na zewnątrz, gdy słońce paliło w plecy. Najlepiej pracował rano i wieczorem, nie inaczej było również tego dnia.
Gdy jednak wyszedł po południu na teren obozu, dostrzegł Pierze, któremu kiedyś złożył obietnicę. Słyszał, że kocurek nawywijał to i tamto, dostając karne imię, co było nawet trochę zabawne.
Podszedł do niego z uśmiechem na siwym pysku.
— Dzień dobry Paskudku — miauknął wesoło. — Czy zechcesz pozbierać ze mną kwiatki, tak jak kiedyś Ci obiecałem?
<Pierze?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz