Przeszłość
Trójokiemu Zającowi nie obeszły się wieści uchem – jego braciszek, Królicza Prawda, doczekał się kociąt ze Źródlaną Łuną. Sam Zając pamiętał momenty, kiedy kremus odwiedzał niebieską dość często, szczególnie po wojnie z Klanem Wilka. Między dwójką panowała konkretna atmosfera, która nierzadko przywoływała uśmiech na pyski wielu. A może tylko mu się tak wydawało? Zielonooki był jednym z pierwszych kotów, którym zdarzyło się odwiedzić parkę. Gdy tylko dostrzegł dwie kuleczki, zdziwiło go odrobinę, że nie były wcale podobne do jego brata. Uznał jednak, że były bardziej podobne do swojej mamy… chociaż do niej też nie były aż tak bardzo, jak przykładowo Mak czy Kocimiętka do Dyniowej Skórki. Po nich było widać, z kim są spokrewnione. Uznał, że nie będzie temu przykładać aż tak wielkiej wagi, w końcu i tak nie osiągnąłby wiele tymi myślami, a tylko może by sobie niepotrzebnie zaprzątał głowę czymś, co pewnie nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Miało jednak znaczenie to, czy mógłby dzisiaj się do nich przejść. Chwycił dwa drobne śnieżnobiałe piórka, może mógłby je im wręczyć? Dostrzegł, że z kociarni wychodzi Źródlana Łuna, pewnie po to, żeby wyprostować łapy. Tak naprawdę to minęli się, a sam Zając zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno może odwiedzić kocięta. W końcu ich mama wyszła, więc może nie spodobałaby jej się jego chęć odwiedzenia jej pociech. Albo wręcz przeciwnie. Sam zielonooki tak naprawdę nie rozmawiał z nią nigdy za wiele, to raczej jego brat utrzymywał z nią stały kontakt. Jeśli był przy niej szczęśliwy, to Trójoki Zając nie zamierzał podchodzić do ich związku sceptycznie tak jak niektórzy Klifiacy do Strzępka i Szronki. Cieszył się, że wreszcie odnalazł drugą połówkę i może zacznie rzeczywiście cieszyć się z życia. Był teraz w końcu przykładem do naśladowania dla swoich dzieci, od niego uczyły się najwięcej, od samej Źródlanej Łuny również.
Królicza Prawda siedział tuż obok maluchów, zielonooki uśmiechnął się do nich szeroko. Mały kocurek wydawał się dość skołowany, ciekawe czy myślał sobie, że jego ojciec się sklonował? Najprawdopodobniej, w zasadzie byli niezwykle podobni do siebie z małymi różnicami. Trójoki Zając zachichotał na ten widok. Mały point w odpowiedzi przycisnął uszy do główki, z wyraźnym niezadowoleniem i nastroszonym futerkiem na głowie, niczym u małego jeżyka. Kremus zerknął na niego z lekkim zdziwieniem. Może zachował się zbyt głośno? W końcu nie widzieli go nigdy wcześniej. Musiały doświadczać codziennie wielu nowości, w końcu kilka kotów je odwiedzało.
— Kim jesteś? — spytał wprost z widocznym grymasem na młodym pyszczku.
Trójoki Zając przysiadł blisko, upewniając się, czy Króliczej Prawdzie to odpowiada. Gdy nie spotkał się z żadną negatywną reakcją, kiwnął mu głową. Spojrzał na młodzika.
— Nazywam się Trójoki Zając i jestem bratem waszego taty, jesteśmy niezwykle podobni. Na pewno to zauważyłeś — miauknął z lekkim, przyjaznym uśmiechem. — A ty jesteś Strzępek, prawda? — zamruczał, patrząc na kocurka. — Wiesz, przyniosłem dla was prezent, bo pomyślałem, że może spodoba wam się coś podobnego — dorzucił jeszcze, po czym odwrócił się na moment i po paru uderzeniach serca położył piórko tuż przed kocięciem. Ciekawe, czy mu się spodoba? Może wcale nie lubił takich rzeczy, może lepiej by było, gdyby otrzymał coś innego?
Przez większość wypowiedzi Strzępek uważnie mierzył go wzrokiem. A na pytanie o imię, jedynie skinął głową.
— To, co jest? — Kolejne pytanie opuściło jego jasnawy pyszczek. Po tych trzech słowach, nie czekając na odpowiedź wojownika, pochylił się nad prezentem, który wprawił w ruch przez głębszy wydech. Podmuch powietrza uniósł piórko na parę długości wąsa, by ponownie opaść nieco dalej, bliżej łap kremusa.
Zielonooki posłał kocurkowi przyjazny uśmiech. — Od zawsze byliśmy do siebie bardzo podobni. Niektórym zdarzało się nas nawet mylić — powiedział, obserwując piórko, które poruszało się teraz bezwładnie na wietrze, jakby każdy z podmuchów grał mu melodię, do której tańczył. — Jednak im dłużej się z nami przebywa, tym łatwiej jest nas chyba rozróżnić, tak mi się wydaje — dorzucił. Jemu oczywiście było łatwo mówić, ponieważ potrafił, wiadomo, odróżnić siebie od brata. Różnili się charakterami, kolorem oczu, nawet odrobinę ułożeniem bieli. Rozumiał jednak, że niektórzy mogli mieć konkretny kłopot w rozróżnianiu ich, czasem nawet go to bawiło.
<Co o tym myślisz, Strzępku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz