Pożywienia też nie było za wiele, przez co jego polowania się przedłużały. Jasne lubił spędzać czas z Kosaćcem, Pustułką czy innymi, którzy akurat towarzyszyli mu w łowach bądź treningu. Ale znacznie bardziej wolałby to robić we względnie suchym legowisku.
Chociaż tyle, że był mały i drobny, więc nie musiał wiele jeść. Jego mentor był za to olbrzymim, dobrze zbudowanym kocurem, ciekawe jak on sobie radził z mniejszą ilością pożywienia. Może miał jakieś sposoby na poradzenie sobie z sytuacją? Powinien jakieś mieć, w końcu pewnie ciężko pracował, by być aż tak umięśnionym, a teraz by to wszystko stracił. Raczej nie byłoby to dla niego korzystne.
Podsumowując, Pora Opadających Liści była do niczego, a nadchodziła jeszcze gorsza Pora Nagich Drzew. Poziomek oczami wyobraźni już widział te kule śniegu czepiające się jego futra i nieprzyjemnie mrożących łapy.
Mimo wszystkich wad tego okresu Obiegu Pór uczeń sumiennie wykonywał swoje obowiązki te powierzone, jak i narzucone przez samego siebie. Dalej pamiętał swoją noc mianowania na ucznia, Makowy Nów wyjaśniła mu wszystko, ale i tak wydarzenie pozostawiło mocny ślad w pamięci delikatnego kocurka. Skoro coś takiego robili kociakom, to co spotykało starsze koty obijające się, nie wykonujące swoich obowiązków? Poziomkowa Łapa nie chciał tego sprawdzać, dlatego mimo przemęczenia i niedosypiania, nie zrezygnował z dodatkowej pomocy starszym, zmienianiu legowisk czy nadprogramowym polowaniom. Musiał być przydatny dla klanu.
Jednak pewnego ranka obudził się wyczerpany, nie miał pojęcia czemu. Pracował co prawda za dużo, ale to żadna nowość, jak na razie nie znalazł sobie żadnych nowych obowiązków. Nie poszedł też spać później niż zazwyczaj. Dziwnym był również fakt tego, że podczas tego okresu jego łapy, szczególnie w miejscach bez sierści była lodowata, a teraz? Teraz była gorąca jak futro po wylegiwaniu się na słońcu. Od czasu do czasu do czasu czuł również dziwne uczucie przechodzące mu przez całe ciało i lekko wstrząsające nim.
Przeklęta Pora Opadających Liści — pomyślał. Nie mógł iść wykonać żadnego z obowiązków, nie mógł iść na trening z Kosaćcem. Zamiast jakkolwiek przydać się wspólnocie, musiał udać się do Medyków i poprosić ich o pomoc. Może nawet jakieś z ich bezcennych zapasów, będą musiały zostać na niego zużyte. Sytuacja coraz mniej mu się podobała, ale wiedział jedno, jeśli nie pójdzie do uzdrowicieli, będzie tylko gorzej.
Wykrzesał z siebie jakieś resztki sił, wstał i powędrował w stronę lecznicy. Zobaczył, że Koperkowa Łapa, znaczy się Roztargniony Koperek, akurat siedziało przy wejściu. Poziomek spotkał już wszystkich medyków w klanie, najbardziej chyba polubił właśnie jeno. Pewnie dlatego, że na początku jego nowego życia jako Wilczak odbyli całkiem przyjemną, i o dziwo niestraszną rozmowę.
— Roztargniony Koperku, źle się czuję. — oznajmił, podchodząc do Asystenta Medyka.
— Co konkretnie się dzieje Poziomkowa Łapo?
— Je-jestem trochę senny, mam gorące łapki i jakieś dziwne uczucie co jakiś czas mnie przeszywa. — powiedział ze zwieszoną głową, naprawdę nie chciał tu być. Kot na pewno miało ważniejsze sprawy na głowie. — A-ale nie jest to nic poważnego, jeśli brakuje lekarstw lub coś takiego to poradzę sobie. Nie-nie martw się o mnie. — powiedział głosem przepełnionym poczuciem winy.
— Spokojnie Poziomku, ziół nam nie brakuje. — Jeno głos był opanowany, na szczęście miało trochę cierpliwości do ucznia — Nie ruszaj się, proszę, przez chwilę, muszę cię zbadać.
— D-dobrze. — Skinął głową i zastygł w bezruchu, zmieniało się to tylko wtedy, gdy medyk poprosiło go zmianę pozycji.
Koperek dotknęło poduszek i nosa kocurka, obejrzało go dokładnie i w końcu zapytało — Czujesz czasem uderzenia ciepła lub zimna? — diagnoza była raczej oczywista, ale zawsze lepiej się upewnić.
— Chyba — powiedział cicho, nie był do końca pewien, o co go spytano.
— Masz gorączkę, poczekaj tu chwilę. — Roztargniony Koperek zniknęło w odmętach jamy, a Poziomek siedział grzecznie i czekał, chociaż osłabienie dawało o sobie znać. Kot w końcu przyszło, w pysku trzymając jakieś liście i fioletowe kwiaty. — Proszę, zjedz to. — Położyło przed nim ciekawie wyglądający, puchaty liść.
Kocur zjadł roślinę bez pretensji, jednak na jego mordce dało się zauważyć grymas. Nie była to najsmaczniejsza rzecz na świecie. Zanim zdążył zapytać, po co Medykowi jakiś kwiatek to go wyprzedziło.|
— To lawenda, wróć teraz do swojego legowiska, połóż ją pod nosem i postaraj się głęboko oddychać — poinstruowało — Powinieneś również się zdrzemnąć, daj organizmowi czas na regenerację.
— Jasne, dziękuję za pomoc. Mam nadzieję, że zbyt nie przeszkodziłem w twoich zajęciach — powiedział ze skruchą.
Koperek tylko pokręciło głową — Jeśli objawy nie ustąpią lub powrócą, to przyjdź do mnie, dobrze?
Kocurek skinął głową, wziął roślinkę do pyska i wrócił do krzewów tworzących jego dom. Położył się w legowisku, lawendę położył na przednich łapach i przytknął do niej nos zgodnie z zaleceniami. Postanowił pójść za radą Medyka i pójść spać, chociaż nie był pewien, czy okazjonalne dreszcze pozwolą mu wypocząć.
Nie był zadowolony, że po raz kolejny zaniedbuje swoje obowiązki przez zdrowie, ale chociaż Kosaćcowa Grzywa był wyrozumiały i w przypadku choroby odpuszczał mu treningi. Cieszył się, że miał takiego mentora.
[918 słów]
[przyznano 18%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz