Już jakiś czas trwała Pora Opadających Liści, a Horyzont ciągle miała wrażenie, że ledwo co została znaleziona przez Brukselkową Zadrę oraz Wrotyczową Szramę wraz z resztą rodzeństwa. Rana po porzuceniu przez Makowiec nadal był świeża i w jej przypadku czas nie leczył ran. Wszystko toczył się dalej, przemijało, a ruda kotka nadal była w miejscu już od dłuższego czasu. Chciała wierzyć, że matka nie porzuciła ich i dotrzymałaby obietnicy, jednak wszystko z każdym dniem przemawiało przeciwko niej.
Pustułkowa Łapa już nie przychodził do żłobka, ostatnio dało się usłyszeć, jak jednego dnia klan skanduje dwa imiona, których Horyzont nie słyszała: Pustułkowy Szpon oraz Krucze Pióro. Choć ptasie człony w imionach jasno wskazywały, że to właśnie Pustułkowa Łapa oraz zapewne jego brat zostali mianowani. Czy ona także będzie mieć zmienione imię? Horyzontowa Łapa? Przecież to nie brzmi tak dobrze, jak w przypadku czekoladowego lub dymnego kocura…
– Martwi cię coś? – spytała nagle Brukselkowa Zadra, siadając obok kotki przed żłobkiem i obejmując ją puszystym ogonem. Koteczka poczuła przyjemne ciepło, które ogarnęło jej kocięce ciało.
– Nie? – Jej odpowiedź brzmiała bardziej jak pytanie, co było jasną wskazówką, że jednak coś jest na rzeczy. – Może… Tak.
– A co takiego? – mruknęła ciepło wojowniczka, a w jej głosie można było usłyszeć troskę i wręcz matczyną czułość.
– Czy nasza mama naprawdę nas porzuciła? Przecież dobrze nam było razem… Może Konfident nie był dobrym ojcem, jednak to chyba nie powód, by nas zostawić.
– Świat jest dużo bardziej skomplikowany, niż się wydaje, naszym losem w dużej mierze kierują przodkowie i najwidoczniej to musiało się stać – odpowiedziała spokojnie Brukselka, pochylając się, aby polizać Horyzont za uchem.
– Jednak czy naprawdę jest nam pisane życie w klanie?
– Nie podoba ci się tutaj?
– Podoba, jednak pomimo bycia tu już parę księżyców to nadal czuje się jak ktoś obcy…
– Nie przejmuj się tym, co inni mówią. Jeszcze zapewne długi czas zajmie im, nim przywykną do takich wspaniałych kociąt.
– Skoro tak mówisz, to zapewne tak musi być – mruknęła, odwracając wzrok od wojowniczki, by przenieść go przed siebie, na centrum obozu, który obecnie zajmowała część kotów dzielących się językiem.
<Brukselkowa Zadro?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz