Kawka zjeżył się.
— Z a p o m n i j — przeliterował słowo, by lepiej dotarło do tępego łba brata. — Nakabluj, a już nie spojrzysz na swoją część legowiska nigdy tak samo — zagroził.
Maluszek uniósł lekko zdziwiony brwi, po czym niespodzianie chapnął Kawkę w łapę. Kocurek z piskiem oddalił się od brata.
— Ty... ty... ty wyrzygany kłaku! — uniósł się na wężo-kaczkę. — Masz przechlapane, wiewiórczy pośladku!
Maluszek jedynie wziął głęboki wdech i otworzył pyszczek.
— Mamo! Mamo! Kafka mne oblaza! — zaczął się drzeć jak kotka z rują.
Cętkowany Liść podniosła się leniwie z posłania, przeciągając powoli. Podeszła do synów nieprzytomnym krokiem.
— Co... co się dzieje? — zapytała zaspana, siadając przed nimi. — Maluszku? Kawko? Znów się kłócicie? — jej głos nagle spoważniał.
Niebieskie ślipia uważnie obserwował kocięta.
— Kafka mnie oblaza, mamo! — nie odpuszczał Maluszek, spoglądając błagalnie na rodzicielkę.
Kawka fuknął zły. Pajęcza wylinka jak zwykle zesrałby się jeśli, by na niego nie naskarżył.
— Wcale nie prawda! — wtrącił się Kawka. — Maluszek zaczął! — kłamał jak z nut.
— Cio? Wcale nie! — zaprzeczył niepełnosprawny, podchodząc bliżej brata.
Jego brązowe ślipia wpatrywały się prosto w oczy Kawki. Gdyby nie brak łap u wężo-kaczki byliby do siebie tacy podobni.
— Nie kłam, lisi bobku — mruknął cicho kocurek.
— Ty jeses lisi bobek! — odpowiedział Maluszek.
— Widzisz mamo! Obraża mnie!
— To Kafka zacyna! — buntował się wężo-kaczka.
Kawka pokazał mu zwycięsko język.
— Mamo! — zawył kocurek. — Mamo! On mi pokazal jesyk!
— Żebyś swojego nie zgubił, skarżypyto! — krzyknął na niego zły Kawka.
Wzrok matki spoważniał. Szybkim ruchem łapy rozdzieliła braci.
— Spokój — miauknęła wyjątkowo groźnie.
Najwidoczniej miała już dość ciągłych kłótni najmłodszych z potomstwa.
— Obydwoje idziecie do tego kąta — rozkazała, wskazując nieugięcie w stronę zapajęczonego zakątka kociarni. — I siedzicie tam, aż się nie pogodzicie, zrozumiano?
<maluch, co robimy>
Cętkowany Liść podniosła się leniwie z posłania, przeciągając powoli. Podeszła do synów nieprzytomnym krokiem.
— Co... co się dzieje? — zapytała zaspana, siadając przed nimi. — Maluszku? Kawko? Znów się kłócicie? — jej głos nagle spoważniał.
Niebieskie ślipia uważnie obserwował kocięta.
— Kafka mnie oblaza, mamo! — nie odpuszczał Maluszek, spoglądając błagalnie na rodzicielkę.
Kawka fuknął zły. Pajęcza wylinka jak zwykle zesrałby się jeśli, by na niego nie naskarżył.
— Wcale nie prawda! — wtrącił się Kawka. — Maluszek zaczął! — kłamał jak z nut.
— Cio? Wcale nie! — zaprzeczył niepełnosprawny, podchodząc bliżej brata.
Jego brązowe ślipia wpatrywały się prosto w oczy Kawki. Gdyby nie brak łap u wężo-kaczki byliby do siebie tacy podobni.
— Nie kłam, lisi bobku — mruknął cicho kocurek.
— Ty jeses lisi bobek! — odpowiedział Maluszek.
— Widzisz mamo! Obraża mnie!
— To Kafka zacyna! — buntował się wężo-kaczka.
Kawka pokazał mu zwycięsko język.
— Mamo! — zawył kocurek. — Mamo! On mi pokazal jesyk!
— Żebyś swojego nie zgubił, skarżypyto! — krzyknął na niego zły Kawka.
Wzrok matki spoważniał. Szybkim ruchem łapy rozdzieliła braci.
— Spokój — miauknęła wyjątkowo groźnie.
Najwidoczniej miała już dość ciągłych kłótni najmłodszych z potomstwa.
— Obydwoje idziecie do tego kąta — rozkazała, wskazując nieugięcie w stronę zapajęczonego zakątka kociarni. — I siedzicie tam, aż się nie pogodzicie, zrozumiano?
<maluch, co robimy>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz