Kocurek ganiał się pośrodku obozu ze swoją siostrą Szafirek. Lawenda powiedziała, że jest dla niej zbyt ciepło, więc została w żłobku. “Czy ona zawsze musiała być taką boi myszką?” zastanawiał się Szkwał. On jakoś wyszedł na zewnątrz i nie było tragedii. Tam, gdzie był cień, było chłodniej i bardziej znośnie. Taplali się w kałużach po niedawnym urwaniu chmury, mając nadzieję, że nikt ich nie przyłapie. Zwłaszcza że nie wyglądało, jakby ktoś miał donieść ich ojcu. Żaden kot nawet nie chciał opuszczać cienia.
– Oby nikt nie powiedział Złocistemu Widlikowi, że nie jesteśmy w żłobku. Inaczej znowu tam wrócimy, a tak mi się nie chce tylko tam siedzieć! – marudziła, po czym pochlapała dla zabawy brata wodą.
– Też mam taką nadzieję. W żłobku w końcu nie ma takich fajnych kałuż! – Odwzajemnił chlapnięcie swojej siostry, chichocząc jak zwyczajne rozrabiające kocię. Kotka widząc to, skoczyła na niego, robiąc zapasy w kałuży, przez co ich futra powoli się brudziły od wody wymieszanej z ziemią. Nie przeszkadzało im to, tak świetnie się bawili, że nawet nie zwrócili na to uwagi. W końcu, gdy kociaki się bawią, mało je obchodzi, co potem przyniosą do żłobka. Nawet jeśli to błoto. Przewracając się, Szkwał zauważył większą kałużę od tej, w której się bawili. Wyglądała na głębszą i kociak zastanawiał się, czy to nie było jakieś ryzyko. Dla niebieskiego owszem, ale w imię zabawy trzeba czasem ryzykować.
– Patrz tam! Założę się, że tam nie wleziesz. – Pacnął siostrę w głowę, wykrzykując: – Kto ostatni jest zgniłą rybą!!! – wykrzyknął, lecąc jak wariat do kałuży, jednak Szafirka szybko wstała i rozpoczęła pościg. Oboje lecieli w stronę bajorka z prędkością nawałnicy, a ich futra muskał zimny, wiosenny wiatr. Szkwał nie chciał być zgniłą rybą. Chciał wypaść lepiej i zaśmiać się siostrze w twarz, że wypadła gorzej. Byli już tak blisko tego giganta, że Szkwał wpadł na genialny pomysł. Wymienił się tylko spojrzeniem z Szafirek, mającej to samo tempo biegu jak on, a następnie skoczył w stronę kałuży. Był pewny, że w ten sposób będzie pierwszy. Okazało się, że ten pomysł nie był zły, ale niebieski kocurek wsunął się za szybko do kałuży, mocząc tam swój cały łeb. Kocur dusił się przez chwilę błotem. Na szczęście jednak znalazł grunt, a kałuża sięgała mu do klatki piersiowej. Szafirek skoczyła na bombę do kałuży jako druga, ochlapując brata.
– Może jestem zgniłą rybą, ale przynajmniej niebłotnistą i śmierdzącą! – Pokazała mu złośliwie język, a Szkwał naburmuszył się, machając swą puszystą kitą na boki ze złości.
– Przynajmniej byłem pierwszy! – Też pokazał język temu złośliwemu glonowi. Kociaki patrzyły na siebie przez chwilę, jakby chciały rozpętać wielką kłótnię na środku obozu, na temat tego, kto według kogo był jaką rybą. Szafirek pacnęła go łapą w głowę, a Szkwał wrzucił ją do kałuży. I tak okazało się, że szybko zapomnieli o tej konwersacji i zaczęli się bawić w bajorku.
***
Kociaki bawiły się nadal w kałuży. Były już całkowicie brudne. Ledwo było widać ich umaszczenia. Podczas dalszej zabawy, Szkwałowi rzuciło się w oczy, że koty zaczęły powoli gromadzić się wokół wejścia do obozu. Następnie było słychać, że tłum wymieniał się jakimiś informacjami.
– Co się dzieje? – Jego siostra też zauważyła zebraną grupę kotów.
Na chwilę wyszli z kałuży, patrząc na klanowiczów.
– Chodźmy tam! – Niebieski kocur poszedł pospiesznie, by niczego nie przegapić, a Szafirek towarzyszyła mu, krocząc zaraz za nim. Przeciśnięcie się przez tłum było prawie niemożliwe. Kocur musiał skakać, by coś zobaczyć. Dlaczego inne koty musiały być takie duże? Kociak już sądził, że będzie tu czekać wieczność. Na szczęście tłum się rozproszył, a Szkwał mógł dostrzec grupę kotów, która była już blisko źródełka i nie blokowała wejścia do obozu. Na jej czele była czarno–biała księżniczka. Nazywała się chyba Czyhająca Murena? A może Czyhająca Marena? Szkwałowi w sumie było to w tym momencie obojętnie. Wracając, za nią szli trzej wojownicy. Dymna kotka z długim pyskiem i białymi uszami, czarna szylkretka z bielą i buro-biały kocur. Jednak nie oni go najbardziej zainteresowali. Za nimi szła dorosła, czarna kotka, pokryta w większości bielą, o intensywnie pomarańczowych oczach. Schowany za nią natomiast był mały kocurek, który był biały z niebieskimi plamami. Jego oczy były tak samo intensywnie pomarańczowe. Był chyba nawet w jego wieku. Nie czekając, podbiegł cały ubłocony do kociaka.
– Cześć! – powiedział lekko zdyszany, a następnie przeszedł do konkretów. – Skąd jesteś? Bo ja z Klanu Nocy. I przy okazji jak się nazywasz? – Nieznajomy kociak był dosyć wstydliwy i nadal chował się za nogą swojej matki. Jakby nie wiedział, jak zacząć rozmowę. Szafirce jednak to nie przeszkadzało, zwłaszcza naruszanie jego przestrzeni osobistej. Kociak gwałtownie się cofnął, gdy Szafirek zaczęła go wąchać.
– Hej! Chcesz się z nami pobawić? Będzie fajnie, znamy dużo fajnych miejsc w obozie, gdzie możemy się zapoznać! – miauknęła.
Kociak jednak patrzył tylko na lewo i prawo, nadal nic nie mówiąc. Cofnął się z powrotem do boku matki, choć zdawało się, że był jakiś postęp w komunikacji między nimi. Kocurek już chciał coś powiedzieć, ale gwałtownie odwrócił głowę. Szkwał popatrzył w tę samą stronę co on. Był tam Błękitna Laguna. Rozmawiał on z Czyhającą Marzeną, jednocześnie zerkając na dwa nowe koty. Szkwał chciał go zapytać, czy może przyjmie tego śmiesznego kociaka do Klanu Nocy, ale za jego plecami coś usłyszał.
– Wracamy, muszę was umyć. Wyglądacie jakbyście przeszli nawałnicę... – Był to charakterystyczny głos Złocistego Widlika. Piastunek chwycił go za kark, idąc z nim do żłobka.
– Ale ja nie chcę się myć! Właśnie gadałem z kolegą! – Jego ojciec nie zatrzymywał się jednak, a Szafirek poszła za Widlikiem. Ubłocony kociak spoglądał ukradkiem na nowego kociaka. Tak bardzo chciał go poznać! Trochę szkoda, że jego ojciec mu w tym przeszkodził.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz