— Dobra robota, Tojadowa Łapo, ale następnym razem trzymaj pyszczek jeszcze niżej — stwierdził nauczyciel.
— Dziękuję, tak zrobię — odpowiedziałem.
Schowaliśmy zwierzynę tak, by można ją było zabrać w drodze powrotnej i ruszyliśmy dalej. W powietrzu można było wyczuć stary zapach lisa oraz świeży zapach myszy. Rzuciłem porozumiewawcze spojrzenie mentorowi i oboje przyjęliśmy pozycje łowieckie. Rysi Bór odsunął się cicho na bok i pozwolił mi działać. Wszystko wykonałem poprawnie: ułożenie ogona, pyszczka, ciała. Przybliżyłem się do myszy i rzuciłem się na nią z wysuniętymi pazurami. Chwyciłem ją podobnie jak poprzednią ofiarę i zakończyłem jej żywot. Mentor podszedł do mnie i zapytał:
— Jakie czujesz zapachy?
— Stary zapach lisa, tej myszy i… zapach nornicy? — stwierdziłem pytająco.
— Dobrze — odpowiedział Rysi Bór.
— Dosyć szybko opanowałeś tropienie i polowanie, to dobrze. Muszę cię jeszcze nauczyć walki i obrony.
W myślach przeszła mi myśl: "Skoro zwierzynę łatwo łapię, to walka musi być jeszcze prostsza. Hihihi." Rzuciłem pewne siebie spojrzenie nauczycielowi, a on zaprowadził mnie na pustą polanę.
— Zaatakuj mnie — rozkazał.
— Jak to...? — zapytałem.
— Nauczę cię praktyką.
— Nie chcę ci nic zrobić…
— Obronię się, spokojnie.
Wysunąłem pazury i zdezorientowany skoczyłem na mentora. Próbowałem go w jakiś sposób powalić, lecz ten zrobił zwinny unik i zaatakował mnie od odsłoniętej strony. Przyznam, że nie lekko mnie uderzył. Straciłem dech w piersiach i z bólu przyklęknąłem przy kolejnym kroku.
— Jeszcze raz — rozkazał.
Nie chciałem pokazać słabości, więc zdeterminowany wyprostowałem się i ponownie skoczyłem na Rysiego Bora. Tym razem znowu zrobił unik, ale zamiast zastosować kontratak, powiedział:
— Nie możesz przy ataku odsłaniać innych części ciała, Tojadowa Łapo. Naśladuj moje ruchy.
Tym razem bardziej przemyślałem swój ruch i zaatakowałem w sposób podobny do mentora.
Nie wiem, ile czasu dokładnie minęło, ale w końcu wracaliśmy do obozu. Byłem bardzo wycieńczony
— atakowałem gorzej niż te bydlaki z innych klanów.
— Będziemy ćwiczyć twój atak, aż opanujesz go wybitnie — stwierdził Rysi Bór.
— Jestem w tym beznadziejny… — odpowiedziałem.
— Każdy był w tym kiedyś beznadziejny — odparł.
— Ale ja nie mogę! Jak mam być dobrym wojownikiem, skoro nie umiem walczyć…
— To co, poddajesz się? — zapytał mnie mentor.
— Nigdy! — odpowiedziałem.
Będąc młodym, wydawało mi się, że w przyszłości będę niepokonany. Chciałem pomagać swojemu klanowi i pragnąłem, by inni mnie uwielbiali. Jednak od mianowania na ucznia wszystko się wywróciło do góry łapami. Okazało się, że siłą i rozumem niczym się nie różnię od innych moich rówieśników.
— Będę ćwiczyć do upadłego! Gdybym się poddał, to jakim byłbym kotem? — warknąłem.
Mentor nie odpowiedział. Przyjął to, co powiedziałem, i ruszyliśmy dalej. Po tym męczącym treningu obaj zgłodnieliśmy, a byliśmy akurat niedaleko Rzeki. Rysi Bór stwierdził, że nauczy mnie łowić ryby, przy okazji. Stałem nad wodą i powtarzałem jego ruchy. Wypatrzyłem ofiarę, skromnej wielkości rybę. Czekałem, aż podpłynie i tak jak mentor mi pokazał pazurami, wyłowiłem ją. Udało mi się tego dokonać dopiero po czwartym razie, ale warto było. Chmury na niebie zapowiadały mocną ulewę, a do obozu było jeszcze trochę drogi. Szybko zjedliśmy i wyruszyliśmy powrotną drogą. W międzyczasie zwierzęta się pochowały, a wiatr zaczął mocniej wiać. Z nieba zaczęły spadać drobne krople deszczu, które szybko zamieniły się w intensywną ulewę. Nagle z wszystkich stron zaczęła wylewać się woda, więc byliśmy zmuszeni wspiąć się na drzewa i przeczekać burzę. Myślałem, że to potrwa chwilę, a ostatecznie spędziliśmy tam całą noc.
[624 slów + nauka łowienia ryb]
[przyznano 12% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz